Kazimiera Muszałówna: Klimontów (1934)

Kazimiera Muszałówna: Klimontów (1934)

Mężczyźni zjechali do kopalni, na trzysta metrów pod ziemię, i nie wrócili. W grobowym mroku i ciszy węglowego podziemia protestowali bez głosu przeciwko zatopieniu kopalni.

Na teren kopalni nie wolno było kobietom wchodzić. Dla nich, dla wielkiego tłumu kraciastych chustek, z dziećmi uczepionymi u rzadkiej frędzli, zarezerwowano wielki plac przed parkanem, obiegający teren kopalni. Na tym to placu dyżurowały nieustające wiece kobiet, poddawanych prądom coraz innych niepokojów, przypuszczeń, podejrzeń. Ktoś powiedział: „może gazy” – i tłum kobiet kołysał się rozpaczliwie i rwał włosy w męce niepewności. Ktoś podszepnął: „może chorzy” – i tłum kobiet zamierał w napięciu uwagi, skupionej na ruchu kulek windy szybu.

Na dole wzmagała się ostrość walki, wzrastała wola wyrzeczeń, natężania cierpień, które miały być manifestacją protestu. Trzeciego dnia okupacji podziemi węglowych, trzeciego dnia obozowiska kobiet pod parkanem kopalni, wczesnym rankiem przeleciał przez powietrze wielokrotny sygnał dzwonu: cztery, cztery i dwa… Alarm. W domkach robotniczych wszczął się gwałtowny ruch. Kto żył, cwałował pod parkan kopalni.

Tysiące kobiet w kraciastych chustkach utknęło oczami w kółkach windy. Jak wolno obracają się kółka, jak powoli nawija się lina żelazna na obrotach koła.

W powietrzu bije pustka, w uszach uderza dzwon alarmu.

Ktoś w tłumie kobiet zachlipał. Krzyknęło dziecko. Zadrżał nie wiadomo czyj jęk. I zaraz pustka w powietrzu wypełniła się jękiem, narosła szlochem, zwilgotniała deszczem łez. Nie było słychać ani jednego słowa, ani jednego krzyku. Wspólny wirowy gest zakołysał wielkim ciałem tłumu.

Zanim otworzyła się brama parkanu – już tłum kobiet rozstąpił się w wolnym korytarzu, takim samym jak korytarze na dole, wyrąbane w ścianach węgla. Na noszach, dźwiganych zmartwiałymi z przerażenia rękami kolegów, leżała wyciągnięta postać omdlałego buntownika podziemi. W nozdrza uderzył zapach mokrego węgla, stęchlizny i potu. Białawe plamy pleśni jaskrawo odbijały na czarnym, zmiętym, wilgotnym ubraniu. Zarośnięta twarz z zielonkawym odcieniem skóry, mocnymi cieniami podkreślone oczy z sinymi powiekami i nienaturalne wydłużenie bezwładem całej postaci.

Poznano go… Poderwane wargami jednej kobiety nazwisko zemdlonego skakało z ust na usta, aż doskoczyło, dotarło i uwięzło w gardle tej, dla której było wszystkim. Mąż… Wzmożony jęk nie przeciął wysokiego tonu krzyku, który wydzierał się wciąż z tysiąca piersi. Tylko dwie ręce wyrwały się spod chustki, uderzyły w tłum i torować poczęły przejście pochylonemu naprzód ciału.

Nosze z zemdlonym nie zdołały dotrzeć do drzwi lecznicy, kiedy spod ziemi wyrwał się nowy dzwon alarmu. Poderwało nowym napięciem jęku. Tłum kobiet zawrócił z drogi ku lecznicy na drogę ku kopalni. Strach i ból podcięły nogi. Powietrze zatrzęsło się od straszliwego szlochu, który wyrywał wnętrzności i niósł je do gardła, dławiąc aż do zemdlenia. Rozłączały się naraz ręce, zgodnie spięte w klamrze ściskającej chustkę pod brodą, łopotały w powietrzu w poszukiwaniu utraconej równowagi i – nie znalazłszy jej – ciągnęły ciało do ziemi. Na ziemi utworzył się zator z ciał. W niewymownej męce bezradności i nieludzkiego cierpienia, w nagłym, niewyjawionym poczuciu braku wszelkiego punktu oparcia, niektóre z kobiet same rzucały się na ziemię i szlochały w nią łzami, jakby te łzy mogły przeoczyć trzysta metrów węglowej głębi, dotrzeć od zamkniętych we wspaniałej czerni górników i do ich protestu dołączyć protest swój, protest kobiecego cierpienia.

Nim nosze z drugim zemdlonym przekroczyły bramę ogrodzenia kopalni – nowy alarm wstrząsnął tłumem. I potem, raz po razie, bez oddechu – uderzał jeszcze cztery razy. Wielki jęk kobiet nie przycichał. Powietrze stało się mokre od łez i ponad wszelki ciężar cięższe od szlochu. Nie można było złapać oddechu piersiami, stłoczonymi od pękającego bólu, nie można było patrzeć od łez bez przerwy płynących, nie można było stać od wstrząsów rwanego jękami ciała. Tłum był ściśnięty masą wzajemnego podporu, wezbranego gestu kołysania, wezbranego dreszczu rozpaczy.

Ucichł dzwon alarmowy, ale powietrze nie przestawało bić zbiorowym jękiem. W tym jęku, jak w defiladzie, sunęły nosze z zemdlonymi. Z tłumu kobiet grupa młodych chłopców podniosła głosami, w których drżała nuta męczeńskiej ekstazy, pieśń: „Czerwony sztandar…”. Pod lecznicą, do której zdążały nosze, na kamienne schodki wskoczył mówca. Drgnął oddziałek pieszej policji, która na próżno wstydziła się łez spływających po twarzach spod stalowych kasków. Drgnął na komendę: rozproszyć tłum…

Piątek minął spokojniej. Aż dopiero wieczorem klatka stanęła. Górnicy nie chcieli kontaktu z żywymi na górze. Zamilkł telefon. Z dołu nikt nie odpowiadał na sygnały. Na górze zapanowały ciężkie godziny rozpaczy i niepokoju, gorszego od złej pewności. Po nocy bezsennej, w sobotę rano rozerwał ciszę kopalni, skazanej na zatopienie, sygnał alarmu. Z domków robotniczych biegiem zdążano pod kopalnię. Znowu szloch wypełnił doszczętnie powietrze. Jeden zemdlony przewędrował na noszach do lecznicy.

Nowy wstrząs płaczu: górnicy nie przyjmują jedzenia. Bolesne zdziwienie jest nową torturą: jak można to wszystko przeżyć?

Kobiety cierpią bezradnie. Co one mogą zrobić? Żadne układy, konferencje, nie prowadzą do skutku. Trzeba pomyśleć o układach z Bogiem.

Gorączkowa zbiórka po dziesięć groszy od głowy kobiecej na Mszę. Nie wszystkie mogły dać te ciężkie grosze. Zebrano złotych polskich dwadzieścia trzy i ileś lam starannie policzonych groszy. Do księdza – na Mszę za górników na dole. Ksiądz Senko odprawi Mszę bez pieniędzy. Nie, one tak nie chcą. Jeżeli ksiądz chce, niech im te pieniądze potem przywiezie do Komitetu Pomocy Górnikom, funkcjonującego obok kopalni.

W niedzielę rano wszystkie kobiety i wszystkie dzieci pociągnęły do kościoła. Ciężko było iść z sercem przygniecionym od troski, na którą nikt na tym wielkim wspaniałym świecie nie znajdował jeszcze rady. Czyż musi tak być, żeby ci na dole pomarli, nim przyjdzie pomoc? W tłumie kobiet, wędrujących wielką gromadą do kościoła, już po drodze wybucha rozpacz. Znowu jęk ogromny trzęsie powietrzem. A kiedy weszły wreszcie do kościoła, wydawało się, że mury świątyni nie pomieszczą straszliwego szlochu rozpaczy.

Msza była do żadnej innej niepodobna. Grały organy niepotrzebnie. Wielki jęk nie ustawał ani na chwilę. Ruchoma od wstrząsów kolumna kobiet na próżno przyciskała twarze do chłodnego kamienia kościelnej posadzki. Nie było tu żadnej ochłody. Gorące łzy paliły twarz, nie zmniejszając palenia w sercu. Chłodne powietrze kościelnego wnętrza zmieniało się w parę od rozpalonych oddechów rozpaczy. Jęk odbijał się od wysokiego stropu i oddawał go ścianom, przydając mocy. Ksiądz przy ołtarzu modlił się z twarzą mokrą od łez. A kiedy po Mszy odwrócił się do tłumu i wsparty o ołtarz zamierzał powiedzieć kilka słów otuchy, chwycił go za gardło nagły skurcz szlochu. Więc tylko przeżegnał zrozpaczoną gromadę, z której wyrwał się nowy, mocniejszy jęk.

Kiedy wróciły z kościoła, pochlipując jeszcze po drodze resztkami niewylanych łez, trzeba było zabrać się do codziennej roboty. Górnicy przerwali głodówkę. Przyjechał ksiądz, przywiózł pieniądze złożone na Mszę, dołożył trochę własnych, wręczył matkom kilka baniek mleka dla dzieci.

Ale to wszystko nie pomogło sprawie. Nastały dalsze dni czarne od troski. Górnicy nadal pozostawali pod ziemią.

Kiedy przyszedł wreszcie dzień, w którym górnicy wygrali swoją sprawę, zdobyli obietnicę niezatopienia kopalni i uzyskali prawo do zasłużonych odszkodowań, gwarantujących możność dalszego życia, kobietom górnickim zabrakło łez radości.

Stroskane twarze uderzają wciąż bolesnym zdumieniem, kiedy usta wypowiadają tę myśl niedziwną:

Jak to można było przeżyć taką rzecz?

Kazimiera Muszałówna

______________________

Powyższy tekst Kazimiery Muszałówny, poświęcony strajkowi okupacyjnemu górników kopalni „Klimontów” w Sosnowcu w roku 1933, pierwotnie ukazał się w książce Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego: marzec 1933, Strajk górników w kopalni węgla kamiennego „Klimontów” w Sosnowcu, rodziny strajkujących oczekujące przed bramą kopalni.

Maria Dulębianka: Polityczne stanowisko kobiety [1908]

Maria Dulębianka: Polityczne stanowisko kobiety [1908]

Najznamienniejszym zjawiskiem w ogólnej, tak szybko, nawet gwałtownie dokonywującej się dziś ewolucji ludzkich pojęć jest niezawodnie coraz głębsze uświadamianie się w masach pojęcia równości obywatelskiej.

Jest to najdonioślejsze zwycięstwo obecnej chwili.

Atoli uświadomienia tego ostatnim wyrazem stanie się, a raczej staje się obywatelskie uświadomienie kobiety. Prawda, trzeba było bardzo silnego wstrząśnienia kajdanami wszechniewoli, ażeby i kobietę wyprowadzić z biernego poddaństwa i pchnąć ją do walki. Dziś już do walki pchniętą została. Uczuła nareszcie, że czas i jej stanąć do wspólnej pracy na wielkiej arenie publicznego życia. Że i jej należą się wszystkie obywatelskie prawa, wszystkie bez wyjątku, aby mogła spełniać wszystkie obywatelskie obowiązki.

I oto druga, epokowego znaczenia zdobycz dni naszych. Bo jeżeli przyszliśmy do przeświadczenia, że największym błędem naszej polityki przeszłości, błędem, który nas do upadku przywiódł i w niemocy pogrążył, było usunięcie ludu, uznawanego dzisiaj za fundament narodu, od współudziału w pracach tego narodu, to z równą pewnością twierdzić możemy, że drugim takim błędem dla pomyślności narodu nie mniej złowrogim, jest usuwanie od tej pracy kobiety. Im prędzej tedy błąd ten naprawionym zostanie, im prędzej tak nieopatrznie lekceważone i marnowane siły, których nie mamy za wiele, lekceważyć i marnować przestaniemy, tym prędzej zbliżymy się do urzeczywistnienia naszych narodowych i ogólnoludzkich ideałów. Bo choć zdobędziemy wolność, wolnym narodem się nie staniemy, dopóki połowa ludności praw obywatelskich pozbawioną będzie.

A któryż naród jest w tym stopniu powołany nieść przed innymi kaganiec wolności, jeżeli nie ten, co w tradycjach swych posiada tak wspaniały kult wolnego ducha, i nie ten, co tyle bojów za swoją i cudzą wolność toczył, i tyle bólu, i tyle męki, i tyle tortur przeżył? A przeżywała je z nim razem i kobieta i to jej całkiem szczególnej dostojności dodało. Kobieta polska wcześniej się rozwinęła, wcześniej dojrzała i wcześniej od innych otrzymała chrzest człowieczeństwa. Tedy śmielej niźli każda inna może żądać praw człowieka i dotkliwiej niźli każda inna odczuwać musi wszelką krzywdę i wszelkie bezprawie. Hasło: równe prawa wszystkim mężczyznom, wyższe jest niewątpliwie od kastowych haseł minionej epoki: „prawa szlachcie”, „prawa mieszczaństwu”, „prawa duchowieństwu”, ale zważmy, jaki niedostatek jeszcze i jaką ułomność wykazuje to na płci osobnika gruntujące się uprawomocnienie. O ileż wyższe jest i więcej demokratyczne i więcej ludzkie to hasło nowe, które idzie i rozbrzmiewa dookoła, a tu i owdzie już zwycięstwa święci: równe prawa wszystkim!

W imię hasła tego, z inicjatywy, rzuconej na Zjeździe w Krakowie w r. 1905, stanęły kobiety do nowej pracy. We wszystkich dzielnicach polskich postępowe żywioły jęły organizować swoje szeregi, zakładać związki, stowarzyszenia, pisma, zdobycie praw obywatelskich dla kobiet mające na celu.

Ale oto stało się, że młode te organizacje, zanim zdążyły jeszcze skonsolidować się, wypracować programy, nakreślić plan działania, do działania tego musiały przystąpić natychmiast, a mianowicie w Galicji, aby wziąć udział i stanowisko swoje zaznaczyć w walce o prawa polityczne, przy przygotowującej się w r. 1905 i 1906 reformie wyborczej w Austrii.

Ten pierwszy krok szerszej politycznej akcji kobiecej był nader ważny i nader trudny, dlatego chcę go tu bliżej omówić, aby następnie wyciągnąć wnioski ku pożytkowi dalszej naszej pracy, a także aby wykazać, jaką naglącą koniecznością jest objęcie ruchu naszego w bardzo ścisłe ramy stałej organizacji.

Otóż ważnym był ten pierwszy krok, albowiem przy dokonywującej się reformie wyborczej w Austrii, a dokonywującej się w tak doniosłym momencie historycznym, kobiety nie powinny były być pominięte; powinny były prawa polityczne uzyskać, zwłaszcza, gdy je przed reformą wyborczą w minimalnej mierze już posiadały. Jakimże tedy prawem logiki wówczas, kiedy ogół męskiej ludności prawa zyskiwał, one, najwięcej pokrzywdzone, traciły i te, które już posiadały? Wszystko jedno jakie były te utracone prawa, chodzi o fakt tej eksorbitancji prawnej, o fakt sprzeczności nawet z ustawowymi paragrafami państwa, według których to paragrafów obywatele mogą nowe prawa pozyskiwać, lecz raz pozyskanych nie mogą tracić.

Trudny zaś był ten pierwszy krok dla kobiet, gdyż do życia politycznego niezaprawione przystępowały do niego z całym dyletantyzmem, brakiem doświadczenia, przystępowały prawie po omacku. Popełniły też zaraz na wstępie kardynalny błąd, iż zamiast podjąć akcję samodzielnie, dobyć sił z siebie, pójść jakąś własną drogą, wstąpiły od razu na szlaki partyjne, oddały się pod partyjną komendę, odbierając w ten sposób agitacji swej całą powagę i niezależność.

Rzecz prosta, stronnictwa polityczne, o ile nie mogły ruchu tego stłumić, usiłowały objąć nad nim kuratelę, wyzyskać go dla własnych interesów i podporządkować własnej dyscyplinie; usiłowania uwieńczone zresztą dobrym skutkiem.

Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne początkowo, jak wiemy, odnosiło się bardzo nieprzychylnie do zawiązujących się organizacji równouprawnienia kobiet. Naturalnie nieoficjalnie, bo byłoby to dla nas za wiele honoru, lecz poufnie, za pośrednictwem żeńskich parlamentarzy mówiono, nam – jak mówiono i wam tu także: „teraz nie pora na walkę o prawa kobiety, kiedy się toczy walka o prawa narodu”.

Zaiste przyznać trzeba, że może żadne z panujących u nas pojęć nie jest równie bałamutne, mętne, równie nadużywane i równie bezmyślnie interpretowane, jak pojęcie, co jest narodową, a co nienarodową pracą lub walką. Roztrząsane przy każdej okazji, najważniejszej i najmniej ważnej, często pracy i usiłowaniom podejmowanym w najidealniejszych celach, staje się zatrutą strzałą bez pardonu godzącą i w pracę, i w pracownika. Nic też dziwnego, że godziła i w organizującą się pracę kobiety.

Otóż można by spytać, czyż ta kobieta stoi na zewnątrz swego narodu? A prawa jej czyż nie byłyby prawami jej narodu? Czyż do niego nie należy?

Nie przypuszczam złej woli, ale jest jakaś wielka pomyłka w tym twierdzeniu, jakieś wielkie nieporozumienie, a nieporozumienie to podnoszę tu z tym większym naciskiem, ile że mu ulegają i kobiety same, zwłaszcza mniej samodzielnie myślące, a zapatrzone w Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Pragnąc gorąco pracować dla swego społeczeństwa, nie zawsze i niedokładnie zdają sobie sprawę, co i jak czynić im należy, w ciągłej obawie pozostając, czy dana praca, do której zresztą pociąga je nawet jakieś wewnętrzne przekonanie, będzie dosyć narodową. Raz w raz na różnych zebraniach, zwłaszcza poufniejszej natury, z takim narodowym zakłopotaniem spotkać się można.

Gorzej jeszcze: i te kobiety nawet, które osobiście wyemancypowały się już z więzów niewolniczej przeszłości, skrzętnie powtarzają: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety, potrzebnego na walkę narodową”.

Otóż w jakiż sposób wyizolować tę pracę narodową od wszelkiej innej? Gdzie oznaczyć granicę, u której kończy się praca dla narodu, a zaczyna jakaś praca odrębna, nie dla narodu? Jeżeli praca nad wyzwoleniem kobiety nie jest pracą narodową, to i praca nad wyzwoleniem ludu, nad wywalczeniem lepszej doli rzeszy robotniczej, nad podniesieniem jakiejkolwiek warstwy, jakiegokolwiek stanu ludności byłaby pracą nienarodową, na którą obecnie szkoda czasu. A jeżeli tak nie jest, jeżeli i walka o prawa chłopa i walka o prawa robotnika, o prawa dziecka, o prawa każdej gromadki ludzi jest pracą dla narodu, a jest nią niewątpliwie, bo do podniesienia tego narodu dąży, to jest nią także i walka o prawa kobiety, o jej wyzwolenie. A w jakiż inny sposób można wyzwolić i podnieść lud i w jaki sposób można wyzwolić kobiety, nie wyprowadzając ich z gnębiącej, długowiekowej niewoli. W jakiż sposób dać im możność pracowania dla narodu, gdy się im odmawia prawa tej pracy?

Jeżeli w znaczeniu ogólnym pracą narodową jest każda praca dodatnia dokonywana w narodzie i dla narodu, jakkolwiek bezpośrednio służy danej warstwie lub danemu odłamowi ludności, bo naród nie jest żadną abstrakcją, lecz zrzeszeniem tychże warstw i grup ludzkich i wszystko, co stanowi o szczęściu, wielkości, kulturze i moralności narodu, stanowi o kulturze, moralności itp. każdej odrębnej grupy ludności i wzajemnie, jest niewątpliwie dziedzina ściśle narodowej pracy, tej pracy, która bezpośrednio służy ogółowi, tj. całemu narodowi, a ma na celu obronę jego praw, jego bytu, ochronę jego całości, jego bezpieczeństwa i jego stanowiska na zewnątrz wobec innych narodów. W państwach konstytucyjnych prace te, jak wiemy, wykonują organy polityczne i ustawodawcze, zatem gdy kobiety dopominają się praw politycznych, tedy dopominają się właśnie udziału w tej najistotniejszej pracy narodowej.

Tu zaś, na tej ziemi, gdzie nikt z nas żadnych ludzkich praw nie posiada, my kobiety, żądając równouprawnienia, żądamy współudziału w walce o te prawa narodu, w pracy dla jego przyszłości, żądamy uczestnictwa w odbudowywaniu gmachu narodowego. A żądamy tego, bo mamy prawo sądzić, że ta budowa będzie lepsza i pewniejsza, i silniejsza, gdy i my rękę swą do niej przyłożymy. Bo czujemy się na siłach pracować na wszelkich posterunkach i na wszelkich polach, nie tylko na nieużytkach. Toteż pełne ironii wydają się nam słowa: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety”.

Żeby skończyć z tą kwestią, dodam jeszcze, że jedyne momenty, w których nie szkoda czasu, lecz nie ma czasu na walkę o żadne inne prawa oprócz praw całego narodu, to są momenty czynnych ruchów rewolucyjnych. W tych momentach atoli kobieta staje się niemal więcej równouprawnioną niźli w innych, no i widzieliśmy i widzimy, że z tego równouprawnienia często w bohaterski sposób korzysta.

Takie było pierwotnie względem nas stanowisko Narodowej Demokracji.

Pod wpływem ożywionego ruchu kobiecego w Galicji w ostatnich paru latach, a zwłaszcza pod groźbą skłaniania się licznych grup kobiecych ku stronnictwom radykalnym, oświadczającym się za prawami politycznymi dla kobiet, Narodowi Demokraci zaczęli ustępować, w końcu nawet oświadczyli, że nie są wcale przeciwnikami praw politycznych dla kobiet, i owszem, gotowi je popierać, ale rzecz prosta nie na zasadzie jakiejś powszechności głosowania, bo to przecież dla nas kobiet nie miałoby żadnego sensu, ale na starej, z dawna wypróbowanej a w skutkach niezawodnej zasadzie kurialnej. Poseł Głąbiński, jako przedstawiciel Stronnictwa, zobowiązał się też przemawiać w naszej sprawie w komisji reformy wyborczej w Wiedniu. Zobowiązał się i na tym poprzestał, bo jak się następnie okazało, ani myślał zobowiązaniu temu zadośćuczynić. Natomiast z wielką gotowością, oddajmy mu sprawiedliwość, wniósł jedną z naszych petycji o prawa polityczne do Rady Państwa.

Pomimo tego na pozór już życzliwego stanowiska Stronnictwa Narodowej Demokracji dla naszego ruchu o prawa polityczne, odłam kobiet sympatyzujący z tymże stronnictwem, wbrew wszelkim usiłowaniom nie dał się przecież skłonić do zorganizowania związku równouprawnienia kobiet, lękając się, aby taka organizacja nie stała się zamachem na dobro narodowe.

Natomiast i w Krakowie i we Lwowie organizacje takie zawiązały żywioły radykalniejsze, ciążące ku stronnictwu socjalnej demokracji.

Niestety, kobiety od wieków hodowane do posłuszeństwa, zawsze jeszcze komuś posłuszne być muszą. Z nielicznymi wyjątkami wyłamującymi się spod tej reguły, jedne słuchają SND, drugie słuchają PPSD [Polska Partia Socjalno-Demokratyczna]. Temu też stronnictwu tym razem podporządkowały zupełnie robotę swoją, a zwłaszcza całą akcję około reformy wyborczej.

Byliśmy też świadkami całego szeregu agitacyjnych wieców kobiecych zwoływanych w sprawie tejże reformy wyborczej, na których to wiecach o własnych prawach kobiety mówiły, ale mówiły raczej pobieżnie i okazjonalnie tylko, natomiast i przede wszystkim silnym głosem dopominały się o równe prawa wyborcze dla proletariatu męskiego, który pomimo tak krzywdzącej go jeszcze naówczas ordynacji wyborczej, w prawa polityczne w każdym razie lepiej był wyposażony niźli one same. A czyniły to w przeświadczeniu, że w ten sposób właśnie najlepiej i najskuteczniej służą sprawie ogółu i sprawie ogólnego postępu. Stanowisko pełne idealizmu (wyznać trzeba!), zaprzeczające też kategorycznie charakterystyce kobiety skreślonej przez czcigodnego autora „Duchów” w przemówieniu na Zjeździe: „kobiety odgradzającej się ostrokołem od całego obszaru życia, walczącej o własne wyzwolenie, a obojętnej na niewolę innych”. Ja śmiem twierdzić, że my takich kobiet nie posiadamy wcale w naszym społeczeństwie. I owszem, nasze kobiety wpierw walczyły o prawa dla wszystkich innych, zanim podniosły głos o prawa dla siebie. Dlatego też tak się opóźniły w walce o własne wyzwolenie. Więcej nawet powiedzieć można, dziś właściwie jedne kobiety tylko, te które walczą, walczą o wolność i wyzwolenie wszystkich. Podczas kiedy stronnictwa męskie na pierwszy plan wysuwają swoje interesy i interesy warstw, które reprezentują, kobieta, jak widzimy i w omawianym tu wypadku, w każdej chwili gotowa poświęcić ten własny swój interes dla dobra ogółu.

Ale czy istotnie służyła ona dobru ogółu zaprzestając – choćby tylko chwilowo – walki o prawa własne? Czy istotnie dopominaniem się o te prawa dla siebie przeszkadzałaby w uzyskaniu tychże praw męskiemu proletariatowi, jak to twierdzili socjaliści? Ja sądzę wprost przeciwnie. Im powszechniejsze i szersze jest żądanie, tym pewniejsze do zrealizowania. „Nie można odmawiać jakiejkolwiek warstwie ludności męskiej praw, o które dziś dopominają się już nawet kobiety”. Oto zdanie dające się dziś słyszeć po parlamentach, sejmach europejskich, a zbijające twierdzenie socjalistów. Mówiły dalej kobiety: czym szersze kręgi ludności obejmie reforma wyborcza, tj. im powszechniejsze i równiejsze będą prawa mężczyzn, tym większe widoki uzyskania tychże praw i dla nas. Niezawodnie. Tak przynajmniej należałoby się spodziewać… Zwycięstwo idei demokratyzacji politycznej musi stać się w następstwie zwycięstwem idei równouprawnienia kobiet, ale musi i stanie się o tyle tylko, o ile kobiety o to równouprawnienie walczyć będą. Bez tego nigdy nic nie uzyskają. Bo nigdy bez ich współudziału nie nastąpi moment takiego „optimum” dla sprawy równouprawnienia, żeby im prawa polityczne ofiarowano bez względu na to, czy ich żądają lub nie. Oto niedawno w Londynie minister Asquith oświadczył deputacji kobiet, że nie jest w zasadzie przeciwny nadaniu im praw wyborczych, lecz tylko w takim wypadku, gdyby to było zgodne z życzeniem większości kobiet, o czym wszakże nie jest przekonany.

Również nie jest rzeczą pewną, żeby proletariat męski, zdobywszy prawa dla siebie, zechciał tak chętnie i bez oporu dzielić się nimi z kobietami, jak to one mniemają. Zwracam uwagę, że w krajach, gdzie prawo powszechnego głosowania dla mężczyzn dawno istnieje, walka kobiet nie stała się przez to łatwiejszą. Widzimy, że ani we Francji, ani w Niemczech, ani nawet w większości Stanów Zjednoczonych kobiety praw politycznych nie posiadły dotąd, bo nie walczyły o nie dostatecznie.

To były pobudki, jakimi się kierowały kobiety wybierając taką a nie inną taktykę podczas agitacji o reformę wyborczą w Galicji. Jakie pobudki powodowały kierownikami tej akcji kobiecej do rekomendowania wstrzemięźliwości wyborczej, wiadomo nam wszystkim. PPSD pilnuje przede wszystkim interesów męskiego proletariatu. O interesy kobiet, o ile te nie są ściśle z ich własnymi związane, troszczy się niewiele i pomimo wszelkich w tym kierunku oświadczeń, na razie przynajmniej praw politycznych dla kobiet nie pragnie, przewidując, co przewidują i socjaliści innych krajów, że kobiety, jako żywioły konserwatywniejsze, przyszedłszy do głosu, oddziaływałyby źle i szkodliwie na ruch postępowy.

Pod pewnym względem mają rację, ale tylko pod pewnym. Bo naprzód jest rzeczą niezawodną, że proletariat żeński, tj. ogromna większość kobiet, uzyskawszy prawa wyborcze będzie się solidaryzować z proletariatem męskim. A jeżeli pomiędzy kobietami znajduje się, a znajduje się niewątpliwie, dużo żywiołów wstecznych, reakcyjnych, to tych reakcyjnych żywiołów nie brak również i pomiędzy mężczyznami wszelkich warstw, zwłaszcza między ludem, a i między robotnikami także. A przecież nikomu z PPSD nie przychodzi do głowy, ażeby na tej zasadzie odmawiać im lub też nie żądać dla nich równych praw wyborczych. Zasada jest zasadą. Albo się ją wyznaje, albo nie. Wyznawać ją tylko o tyle, o ile odpowiada naszym chwilowym życzeniom lub naszym chwilowym widokom, jest to oportunizm z najelementarniejszymi pojęciami etyki, a nawet logiki niezgodny, jest to taktyka małej miary. Nie przeszkadza to, że taką taktykę uprawiają szeroko wszystkie nasze stronnictwa. Surowo piętnując ją u drugich, uprawiają stale u siebie. I na tym polu najkrańcowiej przeciwne partie są sobie bliskie, pokrewne i śmiało sobie ręce podać mogą. Konserwatywni i SND zwalczają proletariat w imię dobra ogółu, lękają się żywiołów nieoświeconych, nie patriotycznie usposobionych, lękają się tak nazwanej zarazy socjalistycznej. Socjaliści powstrzymują kobiety od walki o równouprawnienie polityczne również w imię dobra ogółu; i lękają się znowu zarazy wstecznictwa kobiecego. SND mówią do walczącego ludu: najprzód prawa dla narodu, potem dla was. PPSD mówią do kobiet: najprzód zdobędziemy prawa my, potem walczyć będziemy o prawa dla was.

Może to i prawda. Ale w takim razie prawdą może być i jedno, i drugie. Wszelako jedno postępowanie warte drugiego; przyczyny ich jednej natury. Notabene, i jedni i drudzy bardzo chętnie do posług swych zaprzęgają kobiety. Chcąc niecierpliwszym żywiołom skrócić czas oczekiwania tych błogich chwil, kiedy to na walkę o ich prawa kolej przyjdzie, każą im tymczasem sobie pomagać, każą im na rzecz swoją agitować. I kobiety agitują. Agitacja taka, wciągając kobiety do pracy politycznej, z praktycznych względów mogłaby nie być bez korzyści. Mówię „mogłaby”, gdyby kobiety nie usiłowały naśladować agitacyjnej taktyki mężczyzn, namiętnej, bezwzględnej, częstokroć brutalnej bardzo. Taktyki, która bodaj czy nie stanowi właśnie zasadniczej przeszkody, opóźniającej zwycięstwo najpiękniejszych postulatów w ten sposób bronionych.

Wszyscy, którzy mamy oczy otwarte ku prawdzie, a serca wrażliwe na nędzę i krzywdy pracującego ludu, wiemy i czujemy doskonale, iż to, o co walczy dziś ten lud, wcześniej czy później musi być uwieńczone zwycięstwem, że wszystkie twierdze przywilejów muszą runąć jedna za drugą, a przecież wyznać musimy, że hasła, jakimi tę walkę się prowadzi i oręże, jakimi się w niej posługuje, całą wielkość wielkim ideom odbierają. Idee socjalizmu są godne wielkiego ludu, ale taktyka jego przedstawicieli bywa często godną tylko gawiedzi.

Idea narodowości jest siłą potężną, ale nie w rękach drobnych kramarzy ducha, handlujących nią, jak się handluje świętościami pod murami Częstochowy. Patrząc na to – jak niegdyś Diderot wołał do współczesnych – „rozszerzcie wy tego swego Boga, bo taki jakim go czynicie, może bóstwo zohydzić” – tak my mamy ochotę wołać: rozszerzcie wy tego boga narodowości, bo taki jakim go czynicie może narodowość zohydzić.

Nie mówiąc o tym, co się dzieje tu, do jakiego zamętu i rozkiełznania wszelkich pojęć moralnych doprowadzają walki partyjne, bo tu warunki zupełnie wyjątkowe i zamęt nieunikniony, zwracam uwagę na systemy agitacyjne pokojowe, stronnictw politycznych w Galicji, na ten cały szereg nadużyć, gwałtów, fałszerstw dokonywanych przy wyborach i to przez frakcje, jak teraz przy ostatnich, zjednoczone w Radzie Narodowej, które powinny stać się dobrym przykładem tej młodej, świeżo w polityczne życie wchodzącej rzeszy polskiego ludu. Albo z drugiej strony, te najwyższym niesmakiem przejmujące różne alokucje zwracane do tego ludu przez PPSD, te wszystkie suche wierzby wyciągające ramiona po ciała szlachciców, te wizje płonących wsi i dworów szlacheckich i tym podobne bardzo lichego gatunku parabole, rozbrzmiewające w mowach przywódców tego stronnictwa, i często do najwspanialszych przemówień np. takiego Daszyńskiego wprowadzające w jednej chwili atmosferę budy jarmarcznej. Aż trudno zrozumieć, że mówca tej miary i działacz mający do spełnienia takie ważne i piękne zadania, na równie tandetne, ku schlebianiu dzikim instynktom tłumu obliczone frazesy, pozwalać sobie może!

Niezawodnie łatwiej jest podziałać na niski instynkt ciemnego tłumu, bo tylko na ciemny tłum takie środki działać mogą, niźli ten tłum podnieść, uszlachetnić i innymi motywami do walki pobudzić. Więc panowie agitatorzy chwytają z pośpiechu roboty łatwiejsze, ale czyniąc tak, lud ten krzywdzą, bo zamiast budzić w nim człowieka, budzą zwierzę. A krzywdzą go i tym, iż odbierając mu wiarę w siłę walki uczciwej, prawej, honorowej, która jest potęgą wszechmocną, rzucają mu podniecające frazesy, że kiedy przeciwnika nie można zwalczyć, to nie pozostaje nic innego jak spalić go lub powiesić na suchej wierzbie.

Czy do takiej walki stanąć ma kobieta? Ta, od której oczekujemy, że będzie nam zwiastunką pokoju, pogody, harmonii? Że przyjdzie nie rany zadawać, ale rany koić; że wniesie do życia publicznego jakiś element szlachetności, tak odeń dziś jeszcze daleki; że uprawniona nie tylko podniesie liczbę uprawnionych, lecz podniesie ich wartość, ich dostojność obywatelską?

Nie do takiej walki stawać nam, ale przeciwko niej. Nie od powtarzania starych błędów zaczynać nam, ale naprawę wszelakich brać na siebie. Nie w stare łożyska zwracać nowe fale!

Jeżeli mamy dokonać jakichś doniosłych, samodzielnych czynów, musimy za wszelką cenę wyzwolić się z tego dreptania po cudzych szlakach. Musimy się zdobyć na niezależność i sądów, i czynów. Musimy sobie stworzyć własną komendę i własny kierunek. Musimy sobie znaleźć własną drogę. Inaczej z niepełnoletności i poddaństwa i niedojrzałości nie wyemancypujemy się nigdy.

Jakąż ma być ta przyszła droga nasza?

Można by powiedzieć, że dziś, kiedy nie posiadamy jeszcze żadnych praw politycznych, nie pora zastanawiać się, jakimi drogami pójdziemy, gdy je uzyskamy, do jakich celów zdążać będziemy, jakimi środkami się posługiwać, że nie pora jeszcze na kreślenie programów politycznych, ale raczej wszelkie usiłowania skierować należy ku zdobyciu praw i przygotowaniu terenu do przyszłej pracy. I my tak sądziliśmy. I tak sądząc przy omawianiu organizacji równouprawnienia kobiet postanawialiśmy oprzeć ją na zasadzie zupełnej bezpartyjności politycznej, wychodząc z założenia, iż ponieważ nie mamy praw we wszystkich warstwach społecznych, tak niższych jak i wyższych, walką naszą objąć je musimy wszystkie, objąć wszelkie dziedziny interesów i pracy kobiecej i w ten sposób zgrupować około akcji politycznej jak najszersze koła wszelkich kierunków i przekonań.

W myśl tego postanowienia w pierwszych programach stowarzyszeń równouprawnienia kobiet i tu i u nas w Galicji, przyjęty został paragraf politycznej bezpartyjności.

Bardzo prędko atoli okazało się i tu i tam, że kiedy toczy się walka o prawa polityczne, niemożliwe jest stanowisko takiej zupełnej politycznej abstynencji. Cały szereg doświadczeń ubiegłych paru lat przekonał nas o tym bardzo dowodnie. Kiedyśmy mówiły: żądamy tych samych praw, jakie posiadają lub posiądą mężczyźni, odpowiadano nam z ironią: „więc jest wam wszystko jedno, jakie prawa polityczne otrzymują mężczyźni, więcej czy mniej sprawiedliwe, bylebyście wy tylko otrzymały takie same?”.

I w tej odpowiedzi mieścił się pewien zarzut słuszny.

Niezawodnie nam nie było wszystko jedno, jakie prawa otrzymają mężczyźni, i owszem, stawiając żądanie nasze stawiałyśmy je właśnie na zasadzie przygotowującej się naówczas reformy wyborczej, według której było już niewątpliwym, że uzyskają prawa polityczne wszyscy mężczyźni bez wyjątku, tedy tym samym oświadczałyśmy się za tą nową ordynacją wyborczą, żądając rozszerzenia jej i dla kobiet. I nasi oponenci doskonale o tym wiedzieli, ale ponieważ to oświadczenie nasze z powodu braku wszelkiej barwy politycznej miało charakter trochę luźny i nieokreślony, partii politycznych nie mogło ono rzecz prosta zadowolić. Toteż i stowarzyszenia i grupy kobiet chcące wyjść z tej trudności przyłączyły się do najbliższych, tj. najpokrewniejszych przekonaniami stronnictw męskich, bez względu na to, czy te stronnictwa zupełnie lub niezupełnie odpowiadały ich interesom, potrzebom, a nade wszystko ich społecznym, narodowym i humanitarnym ideałom.

I tak widzieliśmy, że jedne grupy przyłączyły się do SND, drugie do ludowców, trzecie do PPSD. Z rozlicznych atoli dyskusji prowadzonych na ten temat, z rozlicznych badań, rozpatrywań, wynurzeń przyszliśmy jednak do przeświadczenia, że żadne z obecnie istniejących stronnictw politycznych psychicznym aspiracjom większości kobiet nie odpowiada w tym stopniu, aby się całkowicie z nimi zjednoczyć chciały lub mogły. W żadnym z nich nie znajdują one urzeczywistnienia istotnie wyższych a szczerych pojęć braterstwa i sprawiedliwości; nie znajdują tej atmosfery prawdy i prawości, gdzie słowo odpowiada czynowi a czyn słowu. Te kobiety nawet – a jest ich większość – które nie posiadają żadnego politycznego uświadomienia, to jedno uświadamiają sobie doskonale, że zasady ciasnego egoizmu klasowego rządzące naszymi stronnictwami wyłączają tę prostą, a przez kobiety wyżej cenioną i powszechnie wyznawaną zasadę: „nie czyń bliźniemu twemu co tobie niemiłe”. Kobieta jako organizacja bądź co bądź subtelniejsza, więcej uczuciowa i więcej etyczna, nie może przystosować się do karbów, jej właściwości psychicznych nie uwzględniających dostatecznie. Ona wchodząc w to życie polityczne musi sobie stworzyć szranki odpowiednie, w których łatwo i chętnie obracać się będzie. Musi, rozpatrzywszy programy wszystkich frakcji obecnych, wszystkie ich za i przeciw, zastanowić się, co może zachować dla siebie, a co jej usunąć należy, aby na miejsce tego usuniętego stworzyć coś nowego, coś lepszego przede wszystkim. Jeżeli ma się stać pożyteczną pracownicą, musi ona wnieść z pracą swoją jakąś nową cyfrę, nową wartość, jakiegoś nowego ducha.

I oto kierunek jej drogi i oto istota jej programu: do życia politycznego wprowadzić czynnik, dotąd jeszcze na międzynarodowym indeksie jako apolityczny pozostający: czynnik etyczny. Jednocząc wszelkie żywioły stojące na tym stanowisku, stworzyć stronnictwo tak silne, aby nie lękało się wyzwać do walki wszystkie ciemne potęgi świata i stawić czoło wielkim ewangeliom politycznym Talleyrandów, Napoleonów, Fryderyków, Bismarcków i im podobnych wielkich i mądrych drapieżników nauczających, że zasady państwa nie potrzebują wcale godzić się z zasadami moralności, że i owszem wszelka moralność musi być podporządkowana wymaganiom polityki; że największą cnotą polityczną jest egoizm narodowy, a największym politycznym rozumem – silna pięść.

Do jakich potworności doprowadzają owe ewangelie politycznego rozumu, wyzute i wyzuwające z wszelkich humanitarnych uczuć, wiemy wszyscy doskonale. Nie patrząc daleko, na zamorskie kolonie, gdzie państwa europejskie w rzekomo cywilizacyjnych celach poczynają sobie jak dzikie barbarzyńskie hordy, dość spojrzeć na to, co się dzieje w Wielkopolsce pod rządami państwa „dobrych obyczajów”. Czyż nie potworne jest to wydzieranie przemocą polskiej ziemi z polskich rąk, to wydzieranie przemocą ojczystej mowy dziecku, co zaledwie z powijaków wyszło!

Jeżeli wieki kultury doprowadziły do równie niecnych rezultatów, takie trujące chwasty wyhodowały, to pola tej kultury głęboko przeorane, a chwasty gruntownie wyniszczone być muszą, a dokonać tego może tylko współudział innych, nowych czynników, bo te, które dotąd czynne były, okazały dostatecznie i niemoc swoją i swoje znużenie.

Tym kategorycznie nowym, świeżym czynnikiem będzie i musi być kobieta. Ona na swoim sztandarze musi położyć hasło i nad realizowaniem hasła tego pracować każdego dnia i na każdym miejscu. „Sprawiedliwość wszystkim – krzywda nikomu i wszystkim równe prawa – nikomu przywilej”.

Z takiego założenia nietrudno wyprowadzić i określić zasadnicze stanowisko, jakie naszym organizacjom zająć należy odnośnie do głównych postulatów narodowych, społecznych i państwowych. Stanowisko tak wyraźne, aby wykluczało wszelkie konflikty pomiędzy prawem a obowiązkiem, pomiędzy dobrem ogółu a dobrem poszczególnych grup i jednostek, pomiędzy postępem a poszanowaniem dziedzictwa historycznego, tj. pomiędzy przeszłością a przyszłością, a na chwilę obecną i każdą sytuację, aby było jasnym drogowskazem naszym czynom.

Pierwszym celem i pierwszym obowiązkiem narodu jest praca nad pozyskaniem wolności obywatelskiej. Ku temu celowi zwracać winien wszystkie swoje siły i wszystkie swoje zabiegi. I polityka, i ekonomia społeczna, i pedagogika narodu, powinny być specjalnie do potrzeb jego przystosowaną. W imię tego dążenia do wolności i ścisłego zjednoczenia powinna być podejmowana każda jego praca.

A czynić tak jest obowiązkiem wszystkich i każdego z osobna. Zatem i każde stronnictwo, i każde stowarzyszenie, i każda instytucja zawiązująca się na naszej ziemi, pełniąc swe cele poszczególne, ku temu naczelnemu usiłowania swe zwrócone mieć winny. Z tym celem w duszy i na oczach pracować muszą i nasze organizacje równouprawnienia, przez podniesienie kobiety dążyć i przyczyniać się do podniesienia narodu. Wywalczać dla niej równouprawnienie na wszelkich polach pracy i życia, aby na wszelkich polach społeczeństwu i postępowi służyć mogły.

My, Polacy, mamy obowiązek i mamy przyczynę ojczyznę naszą kochać jeszcze więcej niźli Francuz kocha Francję, Szwed Szwecję, lub Anglik Anglię. Ale równocześnie im więcej ją kochamy, im więcej pragniemy mieć ją wielką i szlachetną, i wolną, tym więcej strzec ją musimy od skazy wszelkiej. Niech pod dachem tej naszej ojczyzny nie dzieje się krzywda nikomu a będzie sprawiedliwość wszystkim. Niech panuje równe prawo dla wszystkich – dla nikogo przywilej.

Więc nie wyznawajmy egoizmu narodowego, który jak każdy egoizm jest czynnikiem niskim i bezdusznym. Jeżeli sami naród własny kochamy, pozwólmyż innym kochać swój także.

Nie znaczy to, iżbyśmy bez obrony zostawiali i bez walki na łup wydawali jakiekolwiek dobro nasze, ale znaczy, że pilnie rozważać musimy, co jest dobrem naszym własnym, a co dobrem cudzym. I nie znaczy to, abyśmy lekkomyślnie marnotrawili nasze dorobki cywilizacyjne i nasze zdobycze, ale iżbyśmy się nie kusili o zdobywanie tego, co jest cudzą własnością. Silni, nieugięci i oporni względem tych, co nas gnębić usiłują, bądźmy pobłażliwi i wyrozumiali, a do pomocy skłonni słabym, których losy w naszym ręku. Wyznawcy egoizmu narodowego często wprost przeciwne stanowisko zajmują. Silni, despotyczni wobec słabych bywają ulegli, pokorni, do ustępstw i kompromisów skłonni tam, gdzie czują siłę. Nie tylko nie posługiwaliśmy się dosyć egoizmem, który żąda zawsze więcej niźli mu się należy, lecz nie umieliśmy nawet wyzyskiwać należycie tych praw obrony na wszelkich drogach i wszelkimi sposobami, jakie nam do rozporządzenia służyły.

Ale jeżeli chronić się nam trzeba od egoizmu narodowego tak pojętego, to również chronić się nam należy od drugiej ostateczności: lekceważenia i bagatelizowania spraw narodowych, jak to czynią niektóre grupy PPSD w Galicji. A czynią to w moim rozumieniu nie z pobudek uczuciowej natury, nie z powodu jakiejś rzeczywistej obojętności dla swego narodu, jak to skłonne twierdzić przeciwne obozy. Bo przywiązanie do swej ojczyzny nie jest bynajmniej cnotą i nie jest zasługą, lecz właściwością tak głęboko wrodzoną człowiekowi, jak wrodzoną jest matce miłość do dziecka. Niezawodnie można bardzo kochać wszystkie dzieci, a jednak swoje własne kocha się więcej, głębiej, inaczej. Tak i w znaczeniu narodowym można się uczuciowo czuć bliskim wszystkim narodom, a jednak najbliższym swojemu. Jest to prawo ludzkiej natury, czasem i przestrzenią ograniczonej, a nie ulegają mu zaledwie wyjątkowe jednostki. Tedy ta pozorna, powiedzmy teoretyczna obojętność narodowa, dawniej całego stronnictwa PPSD, dziś tylko pewnego jej odłamu, wynika z fałszywego podłoża i jednostronnie snutych rozumowań, a nade wszystko ze sztucznego bodaj w pierwszej fazie rozwoju ruchu socjalnego i ograniczenia zakresu aspiracji rzesz robotniczych do postulatów natury ekonomicznej. Niezawodnie dla tego, który cierpi niedostatek, często głód, a pozbawiony bywa najniezbędniejszych warunków znośnego bytu, kwestia chleba staje się koniecznie kwestią pierwszorzędną, do walki najsilniej pobudzającą. Atoli nie ulega wątpliwości, że z chwilą, kiedy kwestia ta o tyle o ile złagodzoną zostaje, powstają inne postulaty walki, w miarę budzących się i rozwijających potrzeb intelektualnych i moralnych, które również zaspakajane a nie tłumione być powinny.

Odbierając jednostce uczucia narodowe ubożymy ją niezawodnie. Tłumimy jej indywidualność, odbieramy jej jeden z zasadniczych elementów psychicznego bytu, jakim jest to czucie się cząstką całości, to uczucie przynależności do niej, oparcia na jej sile, a podpieranie jej siłą własną, to braterstwo tyczące towarzyszy spod jednego znaku. Tych węzłów nic nie zastąpi. Daremnie mówić robotnikowi: twoja ojczyzna to proletariat całego świata. Jest to abstrakcja. Zapewne wspólność pracy i wspólność celów walki to także węzły, ale luźniejsze, gdy na odległość zasnute. Powiedzmy człowiekowi, nie mającemu żadnej rodziny: twoja rodzina to społeczeństwo, w którym pracujesz, kiedy on od tej pracy powraca w puste, zimne, samotne ściany. Albo przerzućmy polskiego robotnika, jednego z tych, co mu to ojczyzną międzynarodowy proletariat, między proletariat angielski lub hiszpański, obcy językiem i obyczajem, i zobaczmy jak on się tam w tej międzynarodowej ojczyźnie czuć będzie. A potem dalszy eksperyment: pchnijmy za nim kilku jego druhów-rodaków, a ujrzymy, iż momentalnie, jak rozdzielone cząsteczki rtęci, spłyną się w jedną całość, w jedną odrębną grupę. Jest to prawo powinowactwa chemicznego. Dobrze to marzyć o międzynarodowej ojczyźnie, żyjąc wśród swojej.

„Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” było takim samym hasłem do wspólnej, wzmożonej i przez to skuteczniejszej walki o lepsze warunki bytu, jakim dziś jest hasło: kobiety wszystkich krajów, łączcie się, aby wzmożonymi siłami walczyć o wyzwolenie. Ale wspólna, solidarna walka w danej chwili nie wymaga zrywania węzłów ze swoim narodem, jak to długo sądzono, ani nie wyklucza przywiązania do kraju rodzinnego. Przeciwnie, kto nie umie być dobrym dzieckiem swej matki, dobrym synem swego narodu, nie będzie dobrym towarzyszem żadnej korporacji, żadnej zbiorowości, nie będzie pożyteczną, dzielną jednostką żadnej całości.

Widzimy też, że właściwie nigdzie PPSD nie przeciwstawia się narodom, do których należy, jak to czyni często jeszcze nasza plus catholique que le pape. Na ostatnim kongresie PPSD we Lwowie uważano za potrzebne tłumaczyć się z rzekomego przewinienia, że na Śląsku partia zmuszona była występować pod firmą polskiej partii socjalistów. Nie wiem, czy podobny fakt, w podobnych okolicznościach i warunkach mógłby zdarzyć się również we Francji, w Niemczech lub w którymkolwiek innym kraju. Ale gdyby nawet kwestia narodowości była dla nas obojętną, gdyby nawet fizycznie było możliwe, a praktycznie dla spraw lepszego bytu robotnika pożyteczne, wyzucie się z więzów narodowości i gdyby się z niej wyzuwali robotnicy wszystkich innych krajów, to i tak jeszcze polski robotnik przez samą godność, ambicję i dumę czynić tego nie może i nie powinien.

Nam, kobietom, należy pracować nad przyśpieszeniem takiego momentu psychologicznego, w którym by sprawami ludzkimi rządziły nie egoizmy narodowe czy klasowe, ale szlachetniejsze czynniki honoru i sprawiedliwości. Strzec nie tylko interesów narodu, lecz strzec jeszcze usilniej jego cnoty, jego honoru, jego prawości, pamiętając, że z dwojga złego godniejszym jest narodu krzywdy ponosić, niźli krzywdy wyrządzać.

A jeżeli do stosunków politycznych i narodowych pragniemy wprowadzić tę samą etykę opierającą się na poszanowaniu wszelkich praw bliźniego, jaka obowiązuje w stosunkach osobistych, to tenże sam czynnik musi być dla nas decydującym w każdej dziedzinie, więc i w dziedzinie spraw społecznych.

Nie mogąc tu rozpatrywać poszczególnych zagadnień społecznych zaznaczę najogólniej, że w walce klas słabsi i pokrzywdzeni znajdować w nas mają bezwzględnych obrońców. Bo choć szeregi nasze organizujemy do walki o równouprawnienia kobiety, jako najwięcej pokrzywdzonej w obecnym tak politycznym, jak i społecznym ustroju, to przecież równie blisko na sercu leżeć nam będzie sprawa wyzwolenia ludu i rzesz robotniczych ze wszelkiego materialnego lub moralnego ucisku. Wyznawcy równości i braterstwa, popierajmy wszystko to, co dąży do zatarcia i zniesienia wszelkich różnic stanowych i klasowych pomiędzy ludźmi, a uczyni naród zbiorowiskiem równych obywateli pracujących w różnych zawodach, wedle swoich uzdolnień i upodobań.

Dziś stronnictwa poszczególne zwalczają często przywileje przeciwników w tym celu tylko, aby te przywileje pozyskać dla swoich. I tak: stronnictwo ludowe, mówiąc nawiasem najsympatyczniejsze ideowo i taktycznie – mówi do włościan: „teraz wy musicie ująć ster rządów w swoje ręce; teraz wam należy buława przewodnictwa narodu”, czyli mówi: teraz wy musicie być uprzywilejowanymi. PPSD mówi do robotników: „teraz wy pójdziecie na czele, jako głowa narodu, a inteligencja, jako ciury, za wami” (dosłowne przytoczenia z przemówień partyjnych wodzów.) SND mówi zaś: „Polska to my” – reszta to nie-Polacy, pół-Polacy, jeżeli nie zgoła nieprzyjaciele narodu.

Tak się dziś jeszcze zwalcza przywileje.

Każde z tych stronnictw dla siebie też anektując wszelkie cnoty i zasługi, wszystko złe niepodzielnie przypisuje i oddaje tym, co stoją poza jego szeregami. Dla narodowego demokraty tylko narodowy demokrata może być porządnym człowiekiem; dla ludowca tylko ludowiec, dla socjalisty tylko socjalista. Tymczasem w rzeczywistości wiemy, że we wszystkich stronnictwach znajdujemy ludzi dobra swego narodu nade wszystko pragnących i takich, którym oprócz dobra własnego wszystko obojętne, bo ludzie wszystkich warstw są sobie dosyć podobni, z jednej gliny ulepieni. Widzimy tak samo u chłopa, gdy się dorobił sporego kawałka, ziemi ten sam arystokratyzm, tę samą dumę, tę samą skłonność do ucisku i wyzysku słabszych, mniej zamożnych, jak i w sferach najzamożniejszych. Widzimy, jak najzapamiętalszy przeciwnik kapitalizmu z chwilą, gdy zdobędzie majątek, staje się typowym kapitalistą. Widzimy też na odwrót, jak potomkowie herbowych rodów popadłszy w ubóstwo, stają się, przy sprzyjających okolicznościach, całkiem porządnymi demokratami, przemysłowcami, nawet robotnikami. Anormalne stosunki wyrabiają anormalnych ludzi, tedy nie przeciwko ludziom, lecz przeciwko anormalnym stosunkom walczyć nam trzeba. Dla samej opozycji nie zwalczajmy nikogo, żadnego stronnictwa, żadnego przeciwnika i owszem, oddajmy każdemu, co mu się należy, ale zwalczajmy do upadłego wszystko to, co staje na przeszkodzie ku postępowi i uregulowaniu stosunków ludzkich na zasadzie sprawiedliwości.

Więc z całą energią zwalczajmy kapitalizm, jako pierwszą przyczynę wszelkich anormalności społecznych, a przede wszystkim przyczynę upośledzenia klas pracujących. Obecny ustrój kapitalistyczny poniża i degraduje pracę: obracając ją w swoją pokorną służebnicę i staje się jej samowładnym panem.

Najmniej uspołecznieni z nas i najmniej humanitarni przyznać musimy, że stosunek ten kapitału do pracy z brutalnego panowania siły nad prawem wynikający, jest antyspołeczny i antyetyczny. Że stosunek ten powinien i musi stać się wręcz odwrotnym, panem musi stać się praca ludzka – jej sługą kapitał.

Zwalczajmy militaryzm jako największą klęskę narodów, rujnującą je ekonomicznie i moralnie, a stanowiącą najcięższe okowy dla ogólnej cywilizacji.

Nic i to, że bojownicy wolności ludu wolność z militaryzmem godzić pragną. Że socjaliści niemieccy wznoszą okrzyki na cześć armii, że socjaliści francuscy wyprzysięgają się na wyścigi wszelkich słów, myśli i uczynków antymilitarnych, że nawet nasze stronnictwo ludowe oświadcza się przeciwnikiem antymilitaryzmu – my, kobiety, gdy wejdziemy do parlamentów musimy militaryzm zwalczać.

Ale nad militaryzm i nad kapitalizm, wrogiem większym, bo bliskim i codziennym, jest nam każda krzywda, każdy ucisk, każdy fałsz i każda nieprawość, przeciwko tym wrogom wielką i wytrwałą wieść nam krucjatę.

Więc mając takie zadania organizujmy się szybko, zgodnie, jednolicie. Niech nas nie dzielą małostki i drobne spory, a łączą wielkie cele.

Pamiętając słowa: „pierwszy krok do zrzucenia niewoli jest odważyć się być wolnym, pierwszy krok do zwycięstwa jest poznać własną siłę”.

Odważmy się być wolnymi, poznajmy naszą siłę!

Maria Dulębianka
___________________________
Powyższy tekst Marii Dulębianki to cała broszura z serii „Biblioteka Równouprawnienia Kobiet”, Warszawa 1908. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Broszura była napisana przez autorkę działającą w Galicji na potrzeby wydania w Królestwie Polskim podczas pewnej liberalizacji politycznej w toku rewolucji 1905 roku, stąd formuła niektórych jej fragmentów.

Teodor Toeplitz: Znaczenie spółdzielczego budownictwa mieszkaniowego [1928]

Teodor Toeplitz: Znaczenie spółdzielczego budownictwa mieszkaniowego [1928]

I. Budownictwo społeczne

Temat objęty powyższym tytułem jest tak szeroki, iż pokrywa się nieomal z całokształtem sprawy mieszkaniowej, która, oczywiście, nie może być przedmiotem krótkiego referatu, z natury rzeczy oświetlającego jedną tylko stronę zagadnienia, ujmującego temat w sposób możliwie najwęższy.

Zresztą, zobrazowanie klęskowego stanu sprawy mieszkaniowej w Polsce uważam dzisiaj za zbędne. Dane spisu ludności z 1921 r., opracowanie warszawskiego spisu mieszkań z 1919 r., cały szereg zestawień i publikacji, a ostatnio sprawozdanie komisji ankietowej badania warunków i kosztów produkcji oraz wymiany wydane pt. ,,Budownictwo mieszkaniowe” w dostatecznym stopniu stan sprawy oświetlają.

Jeśli pod nazwą „sprawy mieszkaniowej” rozumieć, jak to uważam za jedynie właściwe, sprawę sposobu zamieszkania szerokich warstw ludności, nie może po uwzględnieniu tych prac istnieć dwóch zdań co do tego, że w określaniu istniejących stosunków nazwą klęski mieszkaniowej nie ma najmniejszej przesady.

Należy także uważać za niewątpliwie dowiedzioną konieczność oparcia masowego budownictwa małych mieszkań, których komorne odpowiadałoby możności płatniczej warstwy pracującej inteligencji i robotników, na odpowiednich środkach publicznych. Stwierdzenie przez tę komisję, że ,,bez poprawienia warunków mieszkaniowych, bez umożliwienia danej rodzinie zapewnienia mieszkania nie może być mowy o zdrowym rozwoju życia ekonomicznego, moralnego i politycznego Polski” jest zupełnie dostatecznym dla uznania, drogą prostego sylogizmu, znaczenia społecznego budownictwa mieszkaniowego. Ponieważ poprawienie warunków mieszkaniowych jest możliwe tylko drogą społecznego budownictwa, a poprawienie to jest koniecznością, więc znaczenie tego budownictwa jest oczywiste.

Nie to jednak znaczenie budownictwa społecznego jest tematem niniejszego referatu. Tematem jego są te cechy budownictwa społecznego, które odróżniają go od budownictwa obliczonego na zysk i które powodują jego szczególne znaczenie dla fizycznego i moralnego zdrowia ludności, znaczenie, które by istniało nawet i w tym wypadku, gdyby budownictwo obliczone na zysk było w stanie pod względem ilościowym zadośćuczynić całkowicie potrzebom ludności.

Budownictwem społecznym nazywam każde budownictwo nieobliczone na osiągnięcie bezpośredniego zysku, tzn. budowę domów z myślą o ich mieszkańcach, a nie o komornym, które ma być przez nich płacone.

Budownictwo społeczne może być państwowe lub gminne, może być prowadzone przez instytucje specjalnie do tego powołane (francuskie Offices Publiques dąHabitation à bon marché, włoskie Instituti Autonomi Case Popolare itp.), przez fundacje, jak np. warszawska fundacja Wawelberga i Rotwanda, może wreszcie być budownictwem spółdzielczym lub nawet patronalnym. Budownictwo patronalne, choćby miało na celu ułatwienie produkcji, a tym samym zwiększenie zysków przedsiębiorstw przez danie robotnikom lepszych mieszkań, nie dąży bezpośrednio do osiągnięcia zysku z komornego i dlatego może zachować wiele dodatnich cech innych form budownictwa społecznego.

Wybitny znawca sprawy mieszkaniowej, zmarły w zeszłym roku prof. Eberhardt, skonstatował, że wszelki postęp w dziedzinie mieszkaniowej jest rezultatem budownictwa społecznego. Budownictwo obliczone na zysk, budownictwo domów czynszowych tworzyło właściwie tylko jedną formę, i to najgorszą, sposobu zamieszkania – wielki dom koszarowy. Myślą tego budownictwa było zawsze wykrajanie z określonego terenu drogą odpowiedniego podziału możliwie największej ilości parcel budowlanych i zabudowanie każdej parceli w sposób taki, by na niej można było jak najwięcej mieszkań pomieścić, wreszcie eksploatowanie tych mieszkań w sposób, który by pozwolił na osiągnięcie jak najwyższego komornego.

Z chwilą, gdy budownictwo obliczone na zysk napotkało na przeszkody w tak pojętej działalności, przestało ono produkować uprzednio najbardziej rentowne małe mieszkania. W sposób uproszczony można by stwierdzić, że budownictwo obliczone na zysk przestaje produkować małe mieszkania pod naciskiem inspekcji mieszkaniowej.

Okazało się w tym wypadku, jak w wielu innych, że działalność o charakterze inspekcyjnym, której jedyną bronią są zakazy, jest bezpłodna. Inspekcja mieszkaniowa miała stać się czynnikiem kultury mieszkaniowej. Na próżno jednak takie w niej pokładano nadzieje. Nieoparta o istotną działalność twórczą, nie może ona spełnić tego zadania.

Decydującym czynnikiem podniesienia kultury mieszkaniowej stało się natomiast budownictwo społeczne. Jednocześnie zaś stało się ono twórcą nowych form współżycia ludzkiego.

II. Kultura mieszkaniowa

Podniesienie kultury mieszkaniowej idzie dwiema drogami. Przede wszystkim przez udostępnienie szerokim warstwom ludności wszystkich tych udogodnień, które dotychczas istniały tylko dla ludzi zamożnych. Do nich należą: przeprowadzenie światła elektrycznego, zastosowanie gazu jako opału dla kuchni, urządzenia ułatwiające usunięcie śmieci, umożliwienie korzystania z kąpieli bądź w każdym mieszkaniu, bądź przez urządzenie kąpielowe dla określonych grup mieszkaniowych, woda bieżąca zimna, ewentualnie i gorąca w każdym mieszkaniu, możność użytkowania wody gorącej w odpowiednio urządzonych pralniach, wreszcie ogrzewanie centralne, które w tak wybitnym stopniu zmniejsza trud opalania mieszkań, a jednocześnie ułatwia utrzymanie ich w czystości.

Wszystkie te urządzenia są stosowane nie zawsze i nie wszędzie. Nie ma jednakże budownictwa społecznego, które by niektórych z nich, a często wielu nie stosowało. Wszędzie zaś znajdujemy bezwzględnie zadośćuczynienie tak ważnemu ze względu higieny postulatowi oddzielnego ustępu w każdym mieszkaniu. Nieomal powszechnym jest także przeprowadzenie zasady dwustronnego przewietrzania każdego, nawet najmniejszego mieszkania. Możność otwierania dwóch okien na przestrzał jest może tą cechą, która najbardziej odróżnia budownictwo, które się stosuje do potrzeb zdrowotnych mieszkańca, od oficynowych mieszkań domów czynszowych, których otwarte okna, wychodzące na ciasne podwórko, pozwalały najwyżej na wymianę złego powietrza dwóch naprzeciwko siebie położonych mieszkań.

W trosce o ułatwienie życia i pracy mieszkańcom budowanych dla nich domów budownictwo społeczne zajęło się także w sposób bardzo intensywny zagadnieniem racjonalizacji pracy domowej. Oprócz wspomnianych już urządzeń centralnych dało to szereg bardzo ciekawych rozwiązań budowy i urządzenia kuchni jako miejsca, w którym koncentruje się główna praca domowa. W wielu miastach, z Frankfurtem nad Menem na czele, każde mieszkanie zaopatrzone jest we wszystkie sprzęty kuchenne, dostosowane do budowy kuchni i pozwalające na znaczne oszczędności w jej wymiarach.

Samo udostępnienie urządzeń kulturalnych ludności nie wystarcza dla podniesienia kultury mieszkaniowej. Trzeba przyznać, iż znaczna część osób, która się znajduje w nowych warunkach mieszkaniowych, odbiegających w znacznym stopniu od dotychczasowych, musi być dopiero w odpowiedni sposób nauczona i pokierowana, aby poziom ich kultury mieszkaniowej podniósł się istotnie.

Nie wystarczy posiadać właściwe urządzenie, trzeba umieć użytkować je w odpowiedni sposób. Nauczyć tego może tylko budownictwo społeczne. Konieczne są w tym celu szczegółowe regulaminy i instrukcje, wyraźne nakazy, rzeczywista kontrola nad sposobem wykonywania regulaminów i spełniania nakazów i niestety sankcje karne w razie rażących odstępstw od prawidłowego sposobu użytkowania mieszkań.

Na konieczne kategoryczne stawianie sprawy utrzymania mieszkań może sobie pozwolić wobec mieszkańców jedynie organ, będący dla nich autorytetem, trzeba także, żeby to był autorytet, któremu mieszkańcy poddają się chętnie, trzeba, żeby źródłem władzy i autorytetu bądź byli oni sami, bądź by źródło było przez nich uznane jako całkowicie słusznie uprawnione. Podporządkowanie się tego rodzaju jest zupełne niemożliwe w stosunku do osób, które w jakiejkolwiek formie reprezentują dążenie do zysku.

Istnieje jednak wszędzie, gdzie istnieje budownictwo społeczne, świadczą o tym regulaminy wydane przez administrację domów miejskich, jak np. Hausordnung, wydana przez magistrat wiedeński, lub umieszczane w umowach najmu zawieranych przez instytucje wynajmujące tanie mieszkania, jak np. francuskie Offices Publiques dąHabitation à bon marché. Integralną część umowy najmu stanowią także liczne regulaminy wydawane przez spółdzielnie mieszkaniowe; dotyczą one wszystkich spraw związanych z użytkowaniem mieszkania i umożliwieniem zgodnego współżycia mieszkańców jednego domu lub osiedla. W regulaminach tych np. uwzględniona jest konieczność zachowania ciszy w określonych godzinach dnia i nocy. Istnieją regulaminy tak dalece przewidujące, że wymagają, by maszyny do szycia lub maszyny do pisania używane w mieszkaniach, były umieszczone na miękkich podkładach głuszących dźwięki.

Szczególna waga przypisywana jest utrzymywaniu mieszkań w czystości. Regulaminy zawierają czysto techniczne wskazówki, dotyczące utrzymania w czystości klozetu, sposobu używania wanny, wycierania z kurzu grzejników ogrzewania centralnego itp.

Niektóre umowy najmu zawierają nawet pośredni przymus kąpielowy, stosowany w osiedlach, w których nie ma wanny w każdym mieszkaniu, ale istnieje natomiast zakład kąpielowy przeznaczony do wspólnego użytku. Każdy lokator obowiązany jest przy opłacie komornego wykupić tyle biletów kąpielowych na miesiąc, ile osób mieszka w mieszkaniu. Oczywiście, nikt nie może go zmusić do zużytkowania tych biletów, praktyka jednak wykazuje (przymus taki istnieje w Suresnes pod Paryżem), że kto za bilet do kąpieli zapłaci, ten z niego zwykle korzysta.

W całym szeregu regulaminów znajdujemy bardzo ostre przepisy, dotyczące zapuszczenia mieszkania, a przede wszystkim zaprowadzenia w nim robactwa. Odpowiedni ustęp umowy najmu zawieranej z Office Publique de Habitation à bon marché Departamentu Sekwany brzmi jak następuje: „stwierdzenie obecności pluskiew w mieszkaniu pociąga za sobą natychmiastowe rozwiązanie umowy najmu, przy czym koszty dezynfekcji odniesione zostają podobnie jak wszelkie inne koszty odnowienia lokalu na rachunek lokatora”. Podobne zastrzeżenia zawierają i inne regulaminy.

Powszechnie powtarza się zakaz prania i suszenia bielizny w mieszkaniu wszędzie tam, gdzie w domu lub osiedlu istnieje przeznaczone do tego pomieszczenie.

Walka z zawilgoceniem mieszkania i troska o dobre w mieszkaniu powietrze jest przyczyną pomieszczenia w regulaminach wskazówek i nakazów dotyczących przewietrzania.

Dlatego, by mieszkańcy zrozumieli konieczność właściwego obchodzenia się z mieszkaniem i jego urządzeniami, koszt wewnętrznego remontu wszędzie obciąża lokatorów; istnieją umowy sformułowane w ten sposób, by lokator materialnie zyskiwał na porządnym utrzymywaniu mieszkania. W Belgii schemat umowy ustalony przez „Société Nationale des Habitations et des Logements à bon marché” przewiduje wynajem mieszkań pod warunkiem, że lokator ponosi koszt wszelkich wewnętrznych remontów, ale remonty te dokonywane są wyłącznie przez Zarząd Spółdzielni, która środki uzyskuje drogą podnoszenia z góry określonego odsetka komornego. Zebrane w ten sposób sumy zapisuje się na dobro poszczególnego lokatora, który ma prawo do odebrania pozostałości sum nieużytkowanych na remont jego mieszkania. Dla lokatora porządnie utrzymującego mieszkanie stanowi to pewnego rodzaju przymusową oszczędność.

Troska o właściwe użytkowanie mieszkania dotyczy nie tylko strony technicznej, porządkowej itp., idzie ona dalej: mieszkanie jest mieszkaniem dla rodziny, nie może więc być zamienione na warsztat lub miejsce handlu, o ile w tym celu nie zostało specjalnie przygotowane i wynajęte. W żadnym razie nie może być ono miejscem handlu alkoholem. Pomieszczenia niemieszkalne (np. sutereny) nie mogą być użytkowane dla celów zamieszkania.

Podnajem jest w zasadzie wykluczany przez wszystkie znane mi umowy najmu i regulaminy dotyczące mieszkań budowanych przez instytucje nieobliczone na zysk. Jedynie w razach wyjątkowych, ściśle określonych, przy istnieniu warunków każdorazowo skonstatowanych, władze instytucji i spółdzielni mogą pozwolić na czasowy podnajem, przy czym warunki tego podnajmu podlegają całkowicie ich kontroli.

Wiele regulaminów zajmuje się także sprawami estetyki mieszkań, jednolitego urządzenia ogródków czy ubrania balkonów itp.

Dlatego, aby wszystkie przez regulaminy przewidziane warunki i ograniczenia nie pozostawały martwą literą papierowych kontraktów, wszędzie przewidywana jest odpowiednio zorganizowana wizytacja mieszkań oraz sankcje, jak widzieliśmy wyżej nieraz bardzo ostre, w razie ich nieprzestrzegania.

W Wiedniu wizytacje takie odbywają się stale co najmniej raz na miesiąc przez inspektorów, urzędników miejskich, którzy na odpowiednich blankietach wystawiają lokatorowi stopnie dotyczące stanu, w jakim się znajduje każda poszczególna część mieszkania (podłogi, ściany, sufity, okna, drzwi, wodociąg, piec, zlew, kuchnia, klozet). O ile trzy razy z kolei stopnie te (od 1 do 3) okażą się niedostateczne (1), lokator zostaje skazany na przeniesienie się z nowego domu do starego. Robotniczy zarząd Wiednia oprócz trzydziestu kilku tysięcy nowych mieszkań, które sam wybudował, wykupił, jak wiadomo, cały szereg domów z mieszkaniami robotniczymi, budowanych przed wojną. Uważając, iż niemożliwe jest pozbawiać kogoś dachu nad głową, zarząd miasta sądzi, że lokator, który nie jest w stanie utrzymać w porządku mieszkania zbudowanego z myślą o nim, nie zasługuje na takie mieszkanie i powinien być przeniesiony do ciasnych, nieprzewietrzanych nor, które były budowane jedynie z myślą o zysku; jego zaś mieszkanie zajmie ktoś inny, kto lepiej je potrafi cenić i do kulturalnych warunków już się przystosuje. We Francji Urzędy Tanich Mieszkań wprowadziły wizytacje polecane funkcjonariuszkom, wizytatorkom społecznym (infirmière sociale, dosłownie – pielęgniarka społeczna). Zadaniem ich jest nie tylko badanie sposobu zamieszkania, ale i warunków życia rodzin mieszkających w domach Urzędów. Obowiązkiem wizytatorki jest nie tylko badanie, ale także okazywanie możliwie najdalej idącej rady i pomocy. Spotykamy się tu z próbą połączenia działalności pomocy mieszkaniowej z opieką społeczną.

W spółdzielniach belgijskich wizytacje odbywają się przez komisję wyłonioną z rady spółdzielni, podobnie jak u nas w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wizytacje odbywa opiekun wyznaczony przez Radę Nadzorczą dla każdej kolonii.

III. Współdziałanie mieszkańców

Kilka tych przykładów wystarczy dla zrozumienia, jak głęboko budownictwo społeczne wkracza w organizację życia mieszkańców stworzonych dla nich domów. Ale na tym się jego wpływ nie kończy. Mieszkańcy domów społecznych nie są tylko obiektem działalności władz i funkcjonariuszy instytucji. Społeczne budownictwo mieszkaniowe wymaga od wszystkich mieszkańców czynnego współdziałania, powołując z konieczności do życia nowe formy organizacyjne.

Niezbędna oszczędność w budowie możliwie wielkiej ilości mieszkań małych, zmusza do przeniesienia części funkcji spełnianych dawniej w mieszkaniu, poza nie oraz do szukania jak najbardziej ekonomicznego sposobu zadośćuczynienia wspólnym potrzebom mieszkańców.

Niezależnie od tego, czy mieszkania te znajdują się w wielkich domach zbiorowych, czy w osiedlach małych domków jednorodzinnych, wszędzie istnieje i coraz się powiększa ilość tych pomieszczeń, które powstają dla zadośćuczynienia tym wspólnym potrzebom. Sale zebrań czy klubowe, czytelnie i biblioteki, żłobki dla małych dzieci, przedszkola dla większych, cały szereg wspomnianych już urządzeń o charakterze technicznym (pralnie, kąpiele, ogrzewanie itp.), wszystko to wymaga planowości w zadośćuczynieniu tym potrzebom.

Planowość ta jest konieczna zarówno przy projektowaniu osiedli, jak i przy organizowaniu w nich życia.

Organizacja życia w nowych osiedlach wymaga radykalnej zmiany stosunku mieszkańców do zamieszkiwanej przez nich nieruchomości i ze swej strony do tej zmiany się przyczynia.

Początkiem zmiany stosunku lokatora jest sposób otrzymania mieszkania. Charakterystyczną cechą, powtarzającą się w wielu regulaminach dotyczących przydziału mieszkań, jest uzależnienie tego przydziału przede wszystkim od warunków mieszkaniowych, w jakich znajduje się w okresie przydziału kandydat.

Przy jednakowych innych warunkach nowe mieszkanie otrzymuje kandydat, którego mieszkanie jest najgorsze.

Moment finansowy nie gra przy decyzji żadnej roli, albo rolę zupełnie podrzędną. Natomiast przede wszystkim brane są pod uwagę warunki rodzinne mieszkańców.

Przeważająca większość mieszkańców nowego osiedla w wysokim stopniu odczuwa różnicę pomiędzy dotychczasowym sposobem zamieszkania a tym, który udaje im się uzyskać dzięki społecznemu budownictwu. Uczucie wdzięczności za umożliwienie ludzkiego bytowania ułatwia podporządkowanie się bardzo nieraz ostrym regulaminom.

Pomimo to administrowanie wielkimi skupieniami małych mieszkań, mających wspólne urządzenia, nie jest łatwym. Nigdzie nie daje się ono uskutecznić bez stworzenia organizacji lokatorskich.

Wobec tego powstanie takich organizacji spotyka się z zachętą władz, administrujących domami, a niejednokrotnie nawet władze same powołują do życia organizacje mieszkańców.

W wielkich domach wiedeńskich z polecenia magistratu każda klatka schodowa wybiera męża zaufania. Zebranie mężów zaufania powołuje Naczelnego Męża Zaufania dla każdego osiedla.

Inspektorzy domów, którzy są organem bezpośredniego nadzoru ze strony władzy gminnej, obowiązani są do utrzymania stałego kontaktu z mężami zaufania.

Instytucja mężów zaufania bynajmniej nie ogranicza praw mieszkańców do tworzenia komitetów, z którymi, o ile istnieją, inspektorzy (funkcjonariusze miejscy) powinni współdziałać.

Wielkie niemieckie spółdzielnie (np. Spółdzielnia Mieszkaniowa w Duisburgu) przewidują istnienie Komitetów Administracyjnych dla każdej kolonii mieszkalnej. Komitet taki składa się z trzech członków, mianowanych przez Zarząd Spółdzielni po wysłuchaniu opinii lokatorów. Ci trzej członkowie kooptują dwoje dalszych lokatorów. O ile dana kolonia składa się z większej ilości mieszkań, ilość członków komitetu wzrasta w taki sposób, by każde sto mieszkań było reprezentowane przez troje członków.

Wszystkie Komitety połączone stanowią Radę Administracyjną.

Zakres działania zarówno Komitetów, jak i Rady jest bardzo obszerny. Obejmuje on zarówno reprezentację interesów mieszkańców, jak poparcie Zarządu Spółdzielni we wszystkich zarządzeniach mających na celu przestrzeganie warunków najmu i regulaminów.

Między innymi Rada Administracyjna opiniuje o wnioskach Komitetów, dotyczących wymówienia mieszkania.

Poszczególne Komitety regulują także sposób użytkowania urządzeń, które służą dla wspólnego lub kolejnego użytkowania wszystkich mieszkańców.

Zadania organizacji lokatorskich nie są łatwe, szczególniej w spółdzielniach, gdzie celem ich winno być wzmocnienie znaczenia i powagi spółdzielni, obrona jej interesów materialnych i moralnych, a jednocześnie zadośćuczynienie słusznym nieraz pretensjom mieszkańców. Łagodzenie powstających przeciwieństw, w żadnym zaś razie zaostrzanie ich, jest jedyną drogą, którą instytucje te mogą działać.

Pójście po tej drodze jest znacznie ułatwione, jeśli organizacja lokatorów ma cele dalsze, spełnia wobec swych członków inne pożyteczne funkcje poza tymi, które wynikają ze stosunków związanych z administracją domów.

Charakter taki mają stowarzyszenia lokatorów, które obejmują, poza zadaniami administracyjnymi, sferę czynności o charakterze kulturalnym, społecznym, dobroczynnym.

Takimi są przede wszystkim Towarzystwa Wzajemnej Pomocy (Mutuelles), które istnieją we Francji w osiedlach zbudowanych przez Urząd Tanich Mieszkań Departamentu Sekwany. Należenie do tych Towarzystw nie jest wprawdzie obowiązkowe, ale pod wpływem Zarządu instytucji nieomal wszyscy lokatorzy w nich biorą udział.

Składka na Towarzystwo jest pobierana przez administrację jako określony odsetek od komornego i wpłacana do kasy Towarzystwa.

Towarzystwo okazuje materialną pomoc lokatorom w razie wydarzeń losowych, które uzasadniają jej konieczność.

O ile lokator nie zapłaci komornego i Rada Towarzystwa uzna, iż zasługuje on na pomoc, wnosi za niego komorne do kas Urzędu, traktując w zasadzie pomoc taką jak pożyczkę.

O ile istotnie powodem niepłacenia były okoliczności przejściowe, pożyczka zostaje zwrócona i Kasa Wzajemnej Pomocy nie zostaje uszczuplona. W przeciwnym razie, gdy warunki jeszcze się pogorszyły (w razie śmierci, ciężkiej choroby, długotrwałego bezrobocia) pożyczka zostaje zamieniona na zapomogę.

W ten sposób lokatorzy mieszkania osiedla, znający dokładnie sąsiedzkie warunki bytowania, okazują sobie wzajemną pomoc, Urząd zaś ma zapewniony aktualny wpływ komornego, bez którego żadna działalność gospodarcza nie mogłaby się ostać. W wypadkach, w których sąsiedzi-towarzysze uznają, że okazanie pomocy jest niewskazane, Urząd ma rozwiązane ręce i może przystąpić do eksmitowania lokatora, który bez uzasadnionej przyczyny zalega z komornym.

W końcu roku Urząd poddaje badaniu straty, które „Mutuelle” poniosła z powodu niezwróconych pożyczek lub udzielonych zapomóg i część tej straty (zwykle 1/3) pokrywa przez udzielenie Towarzystwu subwencji.

Pewność regularnego otrzymywania komornego ma dla Spółdzielni mieszkaniowych jeszcze większe znaczenie niż dla Urzędów Tanich Mieszkań.

Toteż Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, której celem jest dostarczenie możliwie wielkiej liczbie robotników i pracowników mieszkania odpowiadającego wszystkim zasadom społecznego budownictwa mieszkaniowego, uznała za konieczne powołanie do życia organizacji zbliżonej do tej, która istnieje w Departamencie Sekwany.

Stowarzyszenie wzajemnej pomocy lokatorów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej pod nazwą „Szklane Domy” ma na celu stworzenie podstaw sąsiedzkiego współżycia wszystkich zamieszkujących domy zbudowane przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową.

Dla spełnienia swych zadań Stowarzyszenie zajmuje się wszelkimi sprawami dotyczącymi dobrobytu moralnego i materialnego lokatorów Spółdzielni, organizowaniem instytucji, ułatwiających wychowanie dzieci, organizowaniem zabaw, odczytów, koncertów, konkursów itp., ustanawianiem reprezentacji lokatorów w stosunku do administracji domów i władz Spółdzielni, okazywaniem pomocy drogą zapomóg lub pożyczek swym członkom, których wydarzenia losowe (śmierć, choroba, brak pracy) postawiły w trudne położenie materialne, wreszcie ewentualnym administrowaniem domów, które zostaną mu oddane w zarząd przez Spółdzielnię lub innymi sprawami przekazanymi mu przez Zarząd Spółdzielni.

Stowarzyszenie nie dopuszcza na swych zebraniach żadnych dyskusji politycznych i religijnych.

Czyż zaprawdę nie jesteśmy świadkami powstawania nowych form współżycia ludzkiego, które zawdzięczamy całkowicie budownictwu nieobliczonemu na zysk, budownictwu, które mając na celu jedynie zaspokajanie potrzeb lokatorów, nie może tego czynić bez ich udziału i pomocy.

A pomoc wzajemna okazywana w tych nowych osiedlach, czyż to nie początek wymarzonych przez Edwarda Abramowskiego Związków Przyjaźni?

,,Pomoc wzajemna, rozszerzona na wszystkie wypadki życia i wykonywana w małych grupach ludzi znających się osobiście”. „Związek, w którym nie powinno być żadnego biurokratyzmu… czysty typ związku ludzi dobrej woli, czyniących dobro bezinteresownie, nie jak urzędnicy towarzystw dobroczynnych, lecz tak jak pomagają przyjaciele”.

Społeczne budownictwo mieszkaniowe znajduje się ledwie w zaczątkach, ale dziś już są nam widne wszystkie tające się w nim możliwości oraz znaczenie, jakie mieć ono może dla przekształcenia życia ludności osiedli miejskich.

Teodor Toeplitz

Powyższy tekst to cała broszura, wydana przez Komitet Polski Międzynarodowej Konferencji Służby Społecznej, wydana z zasiłku Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, Warszawa 1928. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Teodor Toeplitz (1875-1937) – wybitny działacz spółdzielczy i samorządowy, urbanista, przez wiele lat związany z Polską Partią Socjalistyczną. Współzałożyciel Towarzystwa Urbanistów Polskich. Współtwórca Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, przewodniczącym Zarządu WSM. Współtwórca i prezes zarządu Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego – głównego wykonawcy prac budowlanych w WSM i innych spółdzielniach warszawskich, ale także dla spółdzielni mieszkaniowych w Gdyni i Krakowie. W 1929 r. założyciel Polskiego Towarzystwa Reformy Mieszkaniowej, które z jego inicjatywy zorganizowało w 1937 r. pierwszy Polski Kongres Mieszkaniowy (Toeplitz zmarł kilka miesięcy przed Kongresem). Współtwórca Związku Miast Polskich. Wiceprezes Międzynarodowego Związku do Spraw Mieszkaniowych. Autor wielu publikacji fachowych i popularyzatorskich, poświęconych spółdzielczości mieszkaniowej, aspektom socjalno-bytowym mieszkalnictwa robotniczego, problemom urbanistycznym itp.

Ernst Friedrich Schumacher: Koniec balu [1975]

Ernst Friedrich Schumacher: Koniec balu [1975]

Sądząc po liczbie publicznych wypowiedzi przedstawicieli agend rządowych, jesteśmy w ostatniej fazie poważnego kryzysu ekonomicznego, który ma kilka nieprzyjemnych cech, a najgorszą z nich jest inflacja. Mówi się nam, że jeżeli chcemy sprostać naszym głównym konkurentom i uzyskać pozycję dogodną do czerpania korzyści z rozwoju światowej gospodarki, ufnie prognozowanych na przyszły rok, to musimy tę inflację zmniejszyć o połowę. Musimy coś zrobić z deficytem w handlu zagranicznym, a nawet zacząć spłacać nasze ogromne długi – wtedy ropa z Morza Północnego znowu zacznie płynąć szerokim strumieniem po naszej szczęśliwej drodze wzrostu gospodarczego.

Ten rodzaj optymizmu wystarczy, aby wpędzić w depresję najdzielniejsze serce. Czy będziemy w stanie zawrócić z tej „szczęśliwej drogi”? Na pewno będziemy w bardziej niebezpiecznej i trudnej sytuacji niż rok temu. Nadal będziemy mieli potrójny kryzys – kryzys zasobów, kryzys ekologiczny oraz kryzys społeczny. Wszystko będzie jeszcze bardziej kruche i wrażliwe.

Jestem pewien, że obecna sytuacja nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek wcześniejszą „depresją” czy „recesją” – oczywiście z wyjątkiem objawów takich jak bezrobocie. To nie jest część cyklu, to nie jest „korekta”, „krach giełdowy” czy coś w tym rodzaju – to koniec epoki. Barbara Ward mniej więcej rok temu stwierdziła krótko i dosadnie: „Bal się skończył”.

O jakim balu mowa? Była to uczta głównie dla niewielkiej liczby państw oraz równie niewielkiej (choć rosnącej) mniejszości w tych państwach, a większość ludzi dostarczająca dóbr i usług na potrzeby owej imprezy nie należała do beneficjentów tego wydarzenia. Pozwalaliśmy się omamić trzem złudzeniom:

• Po pierwsze, złudzeniu o istnieniu niewyczerpanych zapasów taniego paliwa i surowców naturalnych.

• Po drugie, złudzeniem było przekonanie o niemal równie niewyczerpanym zapasie robotników chcących wykonywać nudną, powtarzalną i przygnębiającą pracę za nieduże pieniądze.

• Po trzecie, złudzeniem było to, że Nauka i Technika już niedługo uczynią każdego tak bogatym, że na Ziemi nie będzie żadnych problemów, poza jedynym: co zrobić z wolnym czasem i bogactwem.

Te złudzenia, które sprawiły, że bal wyglądał tak jak wyglądał, obecnie rozwiały się niemal zupełnie. Zauroczyły nas one, ale już się budzimy i wokół dostrzegamy sterty śmieci. Jednak nadal jesteśmy częściowo pod wpływem owych złudzeń i większość tego, co mówimy i robimy opiera się na nadziei, że złudzenia wkrótce powrócą i impreza będzie trwała nadal.

Tak naprawdę, to wszyscy wiemy, że te złudzenia nigdy nie powrócą i że impreza skończyła się. Ale ponieważ wymyślenie i stworzenie czegoś nowego, na przykład nowego stylu życia, jest bardzo trudne i kłopotliwe, to wolimy dokonywać ogromnego wysiłku psychicznego, zwanego „wyparciem”.

Ten opłakany stan bez wątpienia nie ogranicza się do Wielkiej Brytanii. Niedawno widziałem relację na żywo ze spotkania na wysokim szczeblu, jakie miało miejsce w Niemczech kilka miesięcy temu – brali w nim udział kanclerz Helmut Schmidt, prezes Niemieckiego Banku Centralnego oraz znani ekonomiści, dyplomaci i dyrektorzy. Na spotkaniu tym nie było najmniejszych oznak chęci powrotu do trendów z lat 50. i 60. XX wieku, jak gdyby obecny kryzys był czymś w rodzaju międzynarodowego wypadku samochodowego i jakby nie było sposobu uniknięcia jego nieuchronnych skutków.

Podobne „wyparcie” można obserwować w innych dziedzinach, jak na przykład nauki przyrodnicze. Tu także „bal się skończył”. Była to impreza szczególnego rodzaju, właściwie orgia nihilizmu, świętowanie bezwartościowych, bezcelowych i bezsensownych teorii naukowych: rodzaj ludzki jest niczym więcej jak tylko kosmicznym zbiegiem okoliczności (który równie dobrze mógł mieć miejsce w innym zakamarku Wszechświata), a ostateczną rzeczywistością jest bezmyślna „materia” lub „energia”. Gdy impreza jeszcze trwała, najbardziej czczonym eksponatem było Drugie Prawo Termodynamiki lub Prawo Entropii, które zakłada, że wszystko „rozpada się” (przynajmniej dopóki nie żywi się pasożytniczo czymś innym), a Wszechświat jako całość czeka nieuchronna śmierć i rozkład.

Theodore Roszak podjął tę dyskusję z naukowcami i zapytał: „Dlaczego robią takie dziwne rzeczy? Przypuszczalnie dlatego, że entropia jest nihilistyczna; pokazuje, że wszystko zmierza w kierunku powszechnej śmierci i rozkładu, i wspiera założenia obcego, bezsensownego dla człowieka wszechświata, który się beznamiętnie i bezosobowo bada oraz manipuluje nim […], żeby móc analitycznie przejść od całości do części, zredukować jakość do ilości i wykluczyć przypadki krańcowe, by założyć radykalny obiektywizm przyrody: jest tak wiele hipotez do udowodnienia. Wszystko to razem wzięte odzwierciedla światopogląd naukowy, jaki znamy na Zachodzie od czasów Galileusza”.

Wszędzie są wskazówki, że nauka osiągnęła kres określonej epoki. Dowody nadchodzą ze wszystkich stron: fizyka i chemia nie mogą liczyć na nic więcej niż „substrat” zjawiska i gdy chodzi o kwestie życia, inteligencji i świadomości, muszą być postrzegane jakby służyły wyższym siłom. Dowody te oczywiście nigdy nie były obce filozofom przyrody i wszystkim, którzy myśleli o sobie jako o ludziach mających coś więcej niż zdrowy rozsądek; teraz jednak przytłacza naukowców ze wszystkich stron: gdy uważnie przyglądają się przyrodzie, odkrywają, że nie można wpasować przyrody w ich materialistyczny warsztat myślenia.

Wynikiem tego jest rosnący strumień publikacji, takich jak „Tajemnice życia roślin” Petera Tompkinsa i Christophera Birda. Donoszą oni o niezliczonych faktach, których nie można wytłumaczyć przy pomocy ortodoksyjnej nauki. Przedstawiają także przy okazji straszne historie prześladowań geniuszy, których odkrycia naukowe były zbyt nieortodoksyjne, aby „główny nurt” mógł je zaakceptować. Dziedzinami największej nietolerancji wydają się być medycyna i rolnictwo.

W doświadczeniach tych tak osobliwe i nie do przyjęcia jest to, że uzyskują one efekty łagodnie, czyli przy minimalnych nakładach energii lub innych substancji. Jest to całkowicie sprzeczne z technologią pochodzącą od nauki ortodoksyjnej, które zwykle jest „gwałtowna” i wymaga wysokich nakładów, zwłaszcza energii.

Dostępna literatura zawiera tak wiele opisów nowych możliwości, np. leczenia ludzi czy uprawy roślin, że można sądzić, iż dyscypliny te są u szczytu wrzenia intelektualnego oraz fermentu i że większość naukowców jest zbyt niecierpliwa, by kontynuować te nowe możliwe kierunki badań. Jednak nic takiego nie ma miejsca, może za wyjątkiem kilku nieustraszonych pionierów. Establishment świata nauki do perfekcji opanował „wyparcie”.

I znowu jest powód do optymizmu. Narasta ciśnienie i obrona oparta na „wyparciu” nie utrzyma się długo. Gdy zrozumiemy nasz kryzys ekonomiczny, wówczas będziemy wiedzieli, co robić i podobnie, gdy zrozumiemy kryzys nauki – znajdziemy sposoby rozwiązania go.

Trzeba oczywiście głowić się nad takimi problemami, jak inflacja i inne przejściowe dolegliwości, które nas dręczą. Ale nie zapewnimy sobie w ten sposób przetrwania. Przetrwanie będzie zależało od naszych zdolności do pokonania „wyparcia”, które broni całkowicie przestarzałych filozofii „rozwoju gospodarczego”.

Ci, którzy zdadzą sobie sprawę, że nadszedł koniec pewnej epoki w ekonomii i nauce, nie będą mieli powodów do „bezkompromisowej rozpaczy”. Gdy stary porządek umrze, nowy będzie już gotowy. Ale odkrycie nowych możliwości będzie wymagało ogromnego nakładu uczciwej pracy.

Ernst Friedrich Schumacher

Tłum. Przemysław Prytek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” vol. 6 nr 4, wrzesień-październik 1975 r. Następnie niniejszy polski przekład opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” nr 27 w roku 2006.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Jan Gwalbert Pawlikowski: O celach i środkach ochrony przyrody [1920]

Przyroda jest źródłem sił, składnicą materii pożytecznych dla gospodarstwa ludzkiego, jest wreszcie mieszkaniem człowieka. Wzrost ludności, rozwój wiedzy technicznej, chciwość kapitalizmu sprawiły, że gospodarka ludzka darami przyrody przybrała wyraźne cechy gospodarki rabunkowej. Sam interes ekonomiczny społeczeństwa wskazał na to niebezpieczeństwa – nie od dzisiaj już liczą się z nim ustawodawstwa. Zasada liberalizmu ekonomicznego musiała poczynić ustępstwa na rzecz interesu ogólnego – sama nawet treść prawa własności, jako prawa dowolnego rozporządzania swoją rzeczą, uległa w imię tego interesu pewnym ograniczeniom. Cały ich szereg zawierają ustawy lasowe, wodne, łowieckie, rybackie, górnicze, przemysłowe itd. Dotyczą te ograniczenia eksploatacji sił i materii – cele ich są wyłącznie ekonomiczne – nie dotyczą przyrody jako mieszkania ludzkiego.

Pierwszy wzgląd, który spowodował pewne kroki ustawodawcze w tej dziedzinie, był to wzgląd na zdrowotność. Powstały zakazy zanieczyszczania ziemi, wód i powietrza. Ale nie była to jeszcze ochrona oblicza ziemi dla niego samego, dla jego własnej ceny. Cena ta bowiem przedstawia wartości idealne, które wyższa dopiero kultura uświadomić sobie potrafi. Mieszkanie wpływa na fizyczną i duchową istotę człowieka – wpływa na jego zdrowie, na myśli, na spoczynek, na nastrój duchowy, na zdolność do pracy. Przywiązuje go do domu lub z domu wypędza. Brutalne instynkty i grube potrzeby uszlachetnia i obraca ku celom idealnym. Tak samo, i w większej jeszcze mierze, to mieszkanie powszechne, mieszkanie nas wszystkich, przyroda. Jeżeli kwestia mieszkań jest kwestią społeczną, bo leży w interesie ogólnej kultury, to tak samo za kwestię społeczną uznać trzeba sprawę tego powszechnego mieszkania, sprawę oblicza ziemi.

Wydaliśmy jedyne wznowienie najważniejszej, pionierskiej w skali świata, książki Pawlikowskiego poświęconej ochronie przyrody – do kupienia tutaj.

Ale jak mieszkanie wpływa na człowieka, tak też znowu człowiek wpływa na mieszkanie; jak mieszkasz, takim jesteś – oczywiście o ile warunki twego mieszkania zależą od twej woli. Potrzeba wyższego typu ludzkiego, ażeby stworzył sobie wyższy typ mieszkania, albo ażeby typu takiego zapragnął. Potrzeba też, ażeby to pragnienie uzyskało taką cenę, iżby przeważyło cenę ofiary, za którą ma być spełnione. Bo jakkolwiek niejeden rys oblicza ziemi da się zachować – ażeby tak powiedzieć – tylko za cenę miłości ku niemu, to przecież w wielu wypadkach zachowanie go nie obejdzie się bez ofiary materialnej; trzeba się będzie nieraz zrzec bezpośredniego materialnego pożytku dla zachowania dobra idealnego. Dla tej ofiary potrzeba pewnej kultury umysłu i serca; z drugiej też strony potrzeba żywego poczucia niebezpieczeństwa grożącego obliczu ziemi. To niebezpieczeństwo najwyraźniej się przedstawia w krajach o wysokiej kulturze ekonomicznej. Tam też budzi się najpierw idea ochrony przyrody. Budzi się często zbyt późno, kiedy resztki już tylko ratować przychodzi. Szczęśliwsze są w tym względzie kraje niżej dotychczas ekonomicznie rozwinięte, gdyż w sam czas jeszcze korzystać mogą z cudzego doświadczenia i przykładu.

Ochrona przyrody, w ściślejszym swym właściwym znaczeniu, jako ochrona oblicza ziemi jest jeszcze bardzo młoda; można powiedzieć, że jest dzieckiem XX wieku. Poprzedziła ją – zwykłą rzeczy koleją – propaganda kilku entuzjastów nadających jej cechy utopijne (głównie John Ruskin). Wkrótce jednak z obłoków zeszła na ziemię i szerzyć się zaczęła z niezwykłą szybkością. Zrazu zajęły się nią stowarzyszenia – za ich wpływem poczęły się pojawiać pojedyncze akty administracji państwowej, potem akty ustawodawcze zaradzające niektórym najpilniejszym potrzebom, wreszcie ustawy obejmujące zasadniczo całą dotyczącą dzielnicę. Polska właśnie stoi przed takim problemem. Budując od podstaw całe ustawodawstwo, ma weń wcielić jako całość organiczną i skończoną także sprawę ochrony przyrody. Inicjatywę podjęto już z dwóch stron: ze strony Ministerstwa Oświecenia i ze strony Ministerstwa Sztuki i Kultury.

Motywy ochrony przyrody mogą być różne; można je podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowi motyw natury estetycznej, dążący do zachowania piękna krajobrazu. Chodzi tu przy tym zwykle nie o piękno w znaczeniu oderwanym, ale o pewne swoiste cechy tego piękna; o te cechy znamienne, które wyróżniają krajobraz jednej okolicy od innych i są szczególnie drogie sercu mieszkańców. Na te cechy składa się nie sama przyroda, ale także pierwiastki etnograficzne, a w szczególności budownictwo. Ze sprawą ochrony przyrody łączy się tu pokrewna sprawa „ochrony swojszczyzny”, która współcześnie z tamtą – głównie za wzorem Niemiec („Heimatschutz”, „Heimatpflege”) – zyskała wielkie znaczenie. Dla ogółu ta postać ochrony przyrody jest najbardziej zrozumiałą i porusza najsilniej struny uczuciowe. Ponieważ skuteczna ochrona przyrody bez spopularyzowania jej w szerokich masach przeprowadzoną być nie może, każde zatem ustawodawstwo z tym właśnie motywem przede wszystkim liczyć się musi i niejako pod jego osłoną realizować także inne zadania.

Drugim motywem ochrony, łatwo zrozumiałym i pod tym względem podobnym do poprzedniego, jest motyw historyczno-pamiątkowy. Nawet legenda przywiązana do pewnych tworów przyrody, jak do drzew, kamieni itp., może dać powód do ochrony. Można powiedzieć, że ochrona tego rodzaju jest bardzo starą i wyprzedziła prądy współczesne.

Trzecim wreszcie motywem jest motyw przyrodniczo-naukowy. Jest to motyw już współczesny zupełnie i mniej od tamtych popularny. Wysunęła go nauka, która ze zniszczeniem pewnych tworów przyrody i pewnych ukształtowań skorupy ziemskiej traci przedmiot badania, ogniwa łączące w całość zrozumiałą oderwane na pozór zjawiska i świadectwa minionej przeszłości.

Poszczególne ustawodawstwa wysuwają na czoło to jeden, to drugi motyw; i tak w Prusach motyw przyrodniczo-naukowy był zrazu dominującym (rozp. min. z paźdz. 1906 o utworzeniu urzędu ochrony przyrody), ustawa francuska z 21 kwietnia 1906 chroni pewne okolice i pewne twory przyrody wyłącznie dla ich wartości estetycznej itp.; do ustaw obejmujących całość motywów należą np. ustawa bawarska lub heska; w tekście tej ostatniej powiedziano, że ochronie podlegają twory przyrody, „których zachowanie bądź ze względów historycznych, bądź przyrodniczo-naukowych, bądź dla piękności lub cech swoistych krajobrazu, leży w interesie publicznym”.

Co do zakresu ochrony, to mogą jej podlegać albo całe przestrzenie albo też pewne twory przyrody żywej lub martwej, oznaczone indywidualnie (jak np. pewne drzewa odznaczające się pięknością, wiekiem lub innymi szczególnymi cechami) lub gatunkowo, lub wreszcie jako grupy (np. pewien gatunek roślin na granicy swego geograficznego zasięgu). Przestrzenie chronione noszą nazwę rezerwatów. Te są albo „zupełne”, albo „niezupełne”, czyli „półrezerwaty”. Rezerwaty zupełne są zasadniczo nienaruszalne; wszelka gospodarka ludzka jest na nich wykluczona. W półrezerwatach dopuszczone są pewne formy gospodarki (pasterstwo), inne zaś, o ile nie są zupełnie wykluczone, podlegają pewnym ograniczeniom lub kontroli władz ochronnych. Tworzenie rezerwatów, zwłaszcza zupełnych, jest sposobem chronienia przede wszystkim przyrody dzikiej, nie dotkniętej jeszcze przez kulturę.

Tak np. ochrona Tatr powinna dokonać się sposobem urządzenia z nich rezerwatu, a to w pewnych częściach zupełnego, w innych zaś niezupełnego, w którym by prowadzenie dróg jezdnych, budowanie domów, eksploatacja sił wodnych i kopalin zależne były od specjalnego w każdym wypadku i ściśle określonego zezwolenia władz ochronnych. Zarówno piękność krajobrazowa, jak i wartości naukowo-przyrodnicze w ten tylko sposób mogą tu być zachowane. Urok gór wysokich polega na ich dzikości; przez nieopatrzne wkroczenie kultury urok ten może zostać niepowrotnie zniszczony. A wartości, które powstaną, nie opłacą może ani w setnej części wartości straconej. Bo to jest wartość jedyna i nie dająca się już nigdy i niczym zastąpić. Podobne, mniejsze już rezerwaty, powinny powstać i w innych okolicach Polski, dla zachowania potomności pewnych typów przyrody pierwotnej, jak puszczy leśnej, bagien, stepu, wrzosowisk itp., o ile zabytki takie w ogóle jeszcze istnieją.

Wielkie rezerwaty najłatwiej stworzone być mogą w krajach rzadko zaludnionych lub posiadających znaczne przestrzenie pustynne. Najliczniejsze i największe rezerwaty mają Ameryka Północna i Szwecja. Amerykański Yellowstone-park jest najstarszym (r. 1872) i największym (8875 km kwadr.) rezerwatem na świecie.

Inne zadania i granice postawić sobie musi ochrona przyrody w okolicach zaludnionych i oddanych kulturze. W pewnym, ograniczonym znaczeniu można by wprawdzie i tu mówić o „półrezerwatach”, wtedy mianowicie, kiedy dla pewnych okolic wydano specjalne przepisy prawne, odnoszące się do ich zabudowywania, prowadzenia dróg itp., a to ze względu na zachowanie ich piękności lub cech swoistych. Takie specjalne normy stwarza np. ustawa pruska z dn. 15 lipca 1907 r. (gegen bauliche Verunstaltung des Landschaftsbildes), zmierzająca do ochrony pewnych okolic przed zeszpeceniem przez nieprzystosowane do ich charakteru budynki. W ogóle jednak w okolicach oddanych kulturze, ochrona przyrody poprzestać musi na chronieniu pewnych tylko jej tworów. Dla takich tworów chronionych wynaleziono nazwę „pomników przyrody” (Naturdenkmäler, monuments naturels) zapewne dlatego, że w pojęciu pomnika mieści się zadanie przechowania czegoś w pamięci. Używane u nas niekiedy słowo „zabytek” wcale temu pojęciu nie odpowiada; „zabytek” bowiem jest to pozostałość, resztka, ruina; ochrona przyrody bierze w opiekę także i „zabytki”, ale to zadań jej nie wyczerpuje i takiej cmentarnej cechy zgoła ona na sobie nie nosi.

Pełna zatem ochrona przyrody wymaga zarówno chronienia poszczególnych tworów, jak i tworzenia rezerwatów, a nadto opieki nad krajobrazem, celem ustrzeżenia go przed szpeceniem przez niestosowne budowle, źle prowadzone drogi, szyldy reklamowe itp. W takiej opiece nad krajobrazem mieści się już nie tylko jego chronienie, to jest utrzymanie w pierwotnej postaci, ale i jego kształtowanie. Ta idea jest starszą od idei ochrony przyrody, a pielęgnowaną była przez tak zwane towarzystwa upiększania kraju. Zwolennicy ochrony przyrody zajęli zrazu wobec „upiększaczy” wrogie stanowisko. Przyrody nie można upiększyć – mówiono – trzeba ją tylko zachować w jej pierwotnej postaci. Nie liczono się z tym, że w okolicach przeoranych pługiem kultury nie ma już przyrody w pierwotnej postaci. Dzisiaj te dwa prądy zaczynają godzić się z sobą, przy czym idea ochrony zmodyfikowała w znacznej mierze dawniejsze pojęcia o istocie i sposobach upiększania. W tej nowoczesnej swojej formie idea upiększania staje dziś jako idea „opieki nad krajobrazem”, w okolicach kulturze oddanych, wspólnie z ideą ochrony do walki o piękno oblicza ziemi.

Ochrona przyrody polega na zabezpieczeniu chronionych obiektów przed zniszczeniem lub zmianą. Działanie ochronne mieści w sobie wyszukiwanie, badanie i zakwalifikowanie do ochrony, obmyślenie sposobów zabezpieczenia (np. przez oznaczenie, ogrodzenie, ustanowienie straży itp.), wreszcie utrzymywanie w ewidencji, nie tylko przez inwentaryzację, ale przez ciągłą kontrolę na terenie.

Najważniejszą i najtrudniejszą wszakże kwestią jest ustosunkowanie ochrony do prawa własności. Ochrona bowiem pociąga za sobą z konieczności ograniczenie swobodnego władania daną rzeczą przez właściciela. Na drodze prawa pospolitego można to ograniczenie osiągnąć przez umowę, bądź darmową, bądź odpłatną, albo przez jednostronny akt prawny ze strony właściciela (dar, fundacja, legat itp.), wreszcie można dany przedmiot wykupić. Nawet tam, gdzie administracja państwowa zainteresowała się już sprawą ochrony przyrody, poprzestaje ona często na tych środkach prawa pospolitego.

Dalszym stadium rozwojowym jest wprowadzenie ustawodawstwa dla celów ochrony nowych norm ograniczających przedmiotowy zakres prawa własności, norm różniących się motywem, ale nie istotą od ograniczeń tego rodzaju, jakie znały już od dawna ustawy ekonomicznej natury, jak lasowa, wodna, rybacka, łowiecka i inne.

Wreszcie w ostatnim stadium rozwojowym ochrona przyrody uznaną zostaje za interes publiczny, tak ważny, że uzasadnia nawet wywłaszczenie lub przymusowe ograniczenie podmiotowego prawa własności przez ustanowienie tak zwanej – wedle terminologii prawnej francuskiej – „służebności administracyjnej”, jedno i drugie oczywiście za wynagrodzeniem materialnej szkody. Taki przymus wprowadził już wcześnie szereg ustawodawstw, jak np. francuskie, heskie, oldenburskie, brunszwickie, norweskie, kantonalne berneńskie, fryburskie itd., a później przymus taki wprowadziły wszystkie prawie ustawodawstwa. Jest to w zasadzie słuszne. Jednakowoż radykalne i jednostronne stosowanie przymusu ma tę złą stronę, że czyni całą sprawę ochrony przyrody niepopularną, a nawet nienawidzoną, skuteczność zaś takiego radykalizmu jest wątpliwą, gdyż wszelkie wywłaszczenie powoduje wysokie koszty, dla których niejeden akt ochrony, który w innej drodze mógłby być skutecznie dokonany, w ogóle poniechanym zostaje.

Ochroną przyrody zajmowały się zrazu stowarzyszenia; gdy funkcję tę podjęły państwa, oparły się niejednokrotnie wprost na stowarzyszeniach. Tak więc na przykład w Bawarii państwo dla pozyskania organu centralnego stworzyło tylko jak gdyby wydział stowarzyszeń, do którego weszli jeszcze dodatkowo urzędnicy (Landesausschuss für Naturpflege). W ogóle w organizacji ochrony przyrody charakterystycznym jest szeroki udział żywiołu obywatelskiego: urzędnikom brak w tej dziedzinie zazwyczaj i kwalifikacji, i zainteresowania. W Prusach, na podstawie rozporządzenia ministerstwa oświaty z 30 maja 1907, potworzyły się komitety prowincjonalne, powiatowe i miejscowe, w których obok urzędników zasiadają reprezentanci stowarzyszeń i inne szczególnie zainteresowane lub kompetentne osoby prywatne. Wydziału centralnego na podobieństwo Bawarii nie utworzono – całe kierownictwo, pod nazwą Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege, oddano w ręce jednego człowieka, profesora Conwentza, wydział centralny zastąpiły poniekąd periodyczne zjazdy sekretarzy komitetów. We Francji żywioł obywatelski wchodzi do komisji departamentalnych, w których prócz urzędników i reprezentantów rady generalnej departamentu zasiadają ludzie nauki, artyści i literaci. Centralnej rady tutaj brak. W Belgii natomiast utworzono centralną radę, założoną podobnie jak komisje departamentalne francuskie, komisji zaś prowincjonalnych nie ma. W Oldenburgu istnieją rady prowincjonalne (Denkmalrat), właściwe jednak działanie spoczywa w rękach konserwatorów (Denkmalpfleger), instytucji utworzonej na modłę konserwatorów sztuki, którzy nie są urzędnikami, ale osobami mianowanymi ze sfer obywatelskich jako rzeczoznawcy i doradcy. Ujawnia się w tej instytucji inna charakterystyczna cecha organizacji ochrony przyrody, mianowicie ta, że powołane są do niej osoby o kwalifikacjach bądź naukowych, bądź artystycznych. Ta nowa gałąź administracji państwowej podobną jest w tym względzie do organizacji państwowych biur statystycznych, na których czele stoją uczeni, zwykle będący równocześnie profesorami uniwersytetu. W Szwecji wprost cała sprawa ochrony przyrody powierzoną jest akademii umiejętności.

Dalszy wymóg państwowej organizacji ochrony przyrody pochodzi stąd, że ta ochrona z natury rzeczy jest nie tyle osobną gałęzią administracji, co ideą, która wszystkie poszczególne gałęzie ma przenikać. Nie trzeba długo dowodzić, ile w sprawie ochrony przyrody może zdziałać lub ile może tej sprawie zaszkodzić, oględna lub nieoględna, należycie uświadomiona lub nieuświadomiona w tej dziedzinie administracja domen, górnictwa, przemysłu, komunikacji, rolnictwa, robót publicznych lub spraw wojskowych. Wszyscy obywatele państwa razem wzięci nie mogliby zapewne wyrządzić tyle szkody idei ochrony przyrody, ile jej wyrządzić może państwo samo przez swoje organa. Z tego powodu niezmiernie ważną i godną naśladowania jest instytucja pruska międzyministerialnego wydziału ochrony przyrody. Z inicjatywy tego wydziału wszystkie prawie ministerstwa wydały dla podwładnych sobie urzędów rozporządzenia w interesie ochrony przyrody.

Polska, wprowadzając u siebie ochronę przyrody, mogła korzystać z doświadczeń poczynionych gdzie indziej; pierwszym krokiem było utworzenie w grudniu 1919 r. Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody. Zasadnicze rysy organizacji, których przykłady podałem, powtarzają się i tutaj. Komisja złożona była z żywiołów obywatelskich, a weszli do niej przede wszystkim ludzie nauki. Stanowiła ona organ pomocniczy i doradczy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, do którego to ministerstwa sprawy ochrony przyrody należeć miały. Charakter jej był tymczasowy; miała ona podjąć co pilniejsze zadania ochrony przyrody, głównym jej jednak celem było obmyślenie programu i metod tej ochrony, wytworzenie kadr organizacyjnych i wypracowanie projektów ustaw i rozporządzeń. Ten pierwszy krok uważać należy za szczęśliwy. Wobec nowości bowiem tej sprawy i braku przygotowania do niej zarówno w społeczeństwie, jak i w ustawodawstwie, budowanie od razu wykończonej organizacji i ustawodawstwa byłoby robotą bez fundamentów. Pewna decentralizacja, której zakres rozmaicie może być pojmowany, ale zawsze niezbędna w gotowej już budowie, ażeby działaniem ochronnym sięgnąć można we wszystkie zakątki, w początkach nie tylko nie jest potrzebną, ale mogłaby być szkodliwą. Nie jest potrzebną dlatego, bo zanim się sięgnie do rzeczy dalekich i mniej ważnych, trzeba najpierw załatwić najbliższe i najważniejsze, te zaś mogą być załatwione z centrali; szkodliwym zaś mogłoby być rozstrzelenie akcji tam, gdzie nie wytworzono jeszcze jednolitego programu i jednolitych metod działania. Gdyby nadto taką akcję podjęli ludzie, dla których ona jest jeszcze nowością, mógłby powstać chaos, któremu później nie łatwo można by zaradzić. Zatem dalsze ogniwa organizacyjne tworzyć wypadnie dopiero wtedy i tam, gdzie tego już zajdzie potrzeba i kiedy ludzie, teren i metody będą przygotowane. Tak samo i ustawodawstwo powstawać musi organicznie i nie musi być dziełem jednej chwili. Splatać się ono będzie licznymi nićmi z ustawodawstwem cywilnym, karnym i administracyjnym, liczyć się też musi z organizacją władz. Zresztą ustawy wynikać powinny z życia i praktyki, a nie rodzić się przy zielonym stoliku.

W ramach organizacyjnych, które sobie sama wypracowała, działała Komisja Tymczasowa owocnie aż po dzień 10 czerwca 1925 r., w którym to dniu uzyskała podstawy prawne przez rozporządzenie Rady Ministrów „O trybie załatwiania spraw ochrony przyrody” i przemianowaną została na Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przewodniczący jej otrzymał tytuł i charakter Delegata Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego do spraw ochrony przyrody. Zasadnicze rysy nowej organizacji pozostały te same. Wreszcie wydana 10 marca 1934 r. Ustawa o Ochronie Przyrody ustaliła ostatecznie organizację, przydając rozbudowę w kierunku decentralizacji przez utworzenie organów prowincjonalnych w postaci „konserwatorów” mianowanych przy województwach, tudzież oddziałów ochrony przyrody w miastach uniwersyteckich.

Poza tym, niezależnie od organizacji państwowej, która może zawieść, społeczeństwo winno wytworzyć własne organa, na które w razie potrzeby mogłoby z ufnością złożyć ciężar propagandy i realizacji idei. Ochrona przyrody wtedy tylko może być bowiem należycie przeprowadzoną, kiedy wniknie jako idea w szerokie masy i znajdzie podstawy w uczuciu miłości ziemi rodzinnej. Ku temu zaś oprócz oparcia się we właściwym działaniu o żywioły obywatelskie, potrzeba usilnej propagandy słowem i pismem, pouczeń w szkołach wszelkiego typu, popularyzacji przy pomocy muzeów prowincjonalnych, demonstracji na terenie wycieczek krajoznawczych itp.

Tak pojęta i urzeczywistniona ochrona przyrody będzie potężną dźwignią kultury i czynnikiem uobywatelnienia.

Jan Gwalbert Pawlikowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt 1, 1920 r. Następnie w wersji lekko rozszerzonej i uwspółcześnionej zamieszczono ją w: Jan Gwalbert Pawlikowski – „O lice ziemi. Wybór pism”, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Wielka wojna poczyniła znaczne zmiany w ustroju gospodarczym świata. Europa z wierzyciela Ameryki stała się jej dłużnikiem, co więcej musiała korzystać przez czas dłuższy z dobroczynności Ameryki.

Główną platformą konkurencji międzynarodowej stała się dziś konkurencja między Europą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Obok tego na terenie Europy rozwija się konkurencja pomiędzy poszczególnymi państwami, a konkurencja ta trwać będzie tak długo, dopóki idea solidarności ogólnej w Europie nie zastąpi walk konkurencyjnych. W tych warunkach walka pomiędzy poszczególnymi dziedzinami życia gospodarczego kraju musi się złagodzić, musi ustąpić idei solidarności wewnątrz państwa, aby życie gospodarcze państwa jako całości mogło dotrzymać kroku w wyścigu międzynarodowym.

Już przed wojną w epoce panowania bardziej niż dziś czystego liberalizmu, kiedy przy końcu ubiegłego stulecia zaczęły powstawać w Stanach Zjednoczonych najrozmaitsze kartele, ustawy państwowe podjęły w pierwszym momencie walkę z nimi, stając w obronie zagrożonych interesów konsumenta, następnie zaś ustosunkowały się do karteli jako do konieczności wynikającej z rozwoju gospodarczego, poddając je jedynie ograniczeniom w formie kontroli. Nieco później jednak, również przed wojną, powstaje w Niemczech syndykat potasowy, i to przy pomocy i pod kontrolą rządu. Już wtedy zatem poszczególne rządy zmieniają swoje poglądy na stosunki w dziedzinie organizacji życia gospodarczego.

Kiedy tak rozwijało się na świecie życie gospodarcze, my nie mieliśmy własnego państwa i żyć musieliśmy podzieleni na trzy zabory. W każdym zaborze nasze życie gospodarcze podlegało innym prawodawstwom, innym zwyczajom, innej polityce, i dlatego życie gospodarcze Polski nie stanowiło jednej całości. Zycie gospodarcze poszczególnych dzielnic musiało się przystosować do życia państw zaborczych, względnie z interesami tych państw zaborczych walczyć. Na takim tle kształtowały się poglądy obywateli państwa, a ponieważ państwo było obce i było czymś narzuconym, więc stosunek obywatela do państwa kształtował się negatywnie. Unikano więc spełnienia obowiązku, starano się za wszelką cenę nie pójść do wojska, nie zapłacić podatku, przewieźć jak najwięcej rzeczy bez opłaty celnej przez granicę itd. Było to zrozumiałe, bo państwo było obce, narzucone, było wrogie. Jednak miało to i musiało wywrzeć wpływ na ukształtowanie się życia gospodarczego, i wpływ ten można do dziś dnia obserwować. Zapewne minąć musi niejedno dziesięciolecie, aby te złe wpływy zostały zniweczone.

Nie było i nie mogło być państwowego ujęcia spraw przez nas samych. Co gorzej jeszcze, ponieważ niektóre dzielnice nie miały samorządu, więc w ogóle obywatele nie przechodzili szkoły wspólnego życia, jaką daje państwo, jaką daje organizacja samorządowa.

Przyszła wojna, a z nią dalsze pogłębienie negatywnego stosunku obywateli polskich do państw obcych. W imię interesów wojny życie gospodarcze musiało być podporządkowane celom wojennym. Zostało ono skrępowane, wszystkie państwa walczące na ziemiach polskich narzucały mu swoją wolę, żądały dawania szeregu niezmiernie uciążliwych świadczeń, a życie gospodarcze musiało się podporządkować.

W tych warunkach zaczęliśmy budować państwo. Kasa nasza była, rzecz oczywista, pusta. Potrzeba było pieniędzy. Jedynym środkiem była inflacja i tą drogą trzeba było zacząć gospodarczą budowę państwa. Inflacja jednak w życiu gospodarczym jest chorobą, która pozostawia po sobie głębokie ślady. Jeżeli więc w ogóle nie było u nas warunków sprzyjających ogólnopaństwowym interesom, to inflacja jeszcze te stosunki pogorszyła.

Zginęła oszczędność i kapitalizacja; każdy starał się z dnia na dzień więcej zarobić, jak największy procent wyciągnąć ze swych kapitałów, aby kapitału nie stracić. Te skutki inflacyjne dają się nam dzisiaj jeszcze porządnie we znaki. Życie gospodarcze nie da się tak łatwo zmienić, potrzeba będzie lat, aby wytworzyć i realizować w życiu linię wytyczną interesów ogólnopaństwowych.

W każdym społeczeństwie, w każdym gospodarstwie różne grupy mają różne interesy, i jeżeliby jedna dziedzina przemysłu, jedna jego gałąź wobec drugiej, czy przemysł wobec rolnictwa, czy przemysł i rolnictwo wobec handlu, narzucały swoją wolę, to rzecz prosta, taka zależność nigdy nie mogłaby wyjść na pożytek całego organizmu państwowego. Kiedy zaś warunki konkurencji wewnętrznej przerzucają się na walkę konkurencyjną międzypaństwową, to rola państwa w życiu gospodarczym staje się z dnia na dzień większą. Coraz częściej państwo uzgadniać musi, dajmy na to, interesy poszczególnych cukrowni między sobą, aby ten wspólny interes wszystkich cukrowni, jaki istnieje wobec zagranicy, był należycie respektowany. Inną tego rodzaju aktualną sprawą jest sprawa przemysłu drzewnego wobec naszych stosunków z zagranicznymi odbiorcami drzewa. Ktoś musi wypośrodkować interesy poszczególnych gałęzi przemysłu drzewnego, aby w stosunku do naszego sąsiada móc konsekwentnie i celowo postępować.

Państwo posiada dużo środków regulujących i wpływających na życie gospodarcze. Posiada politykę podatkową, której układ zawsze odbijać się musi na sprawności i rozwoju tej lub innej gałęzi życia gospodarczego. Jedną może rozruszać, inną hamować lub odwrotnie. Wspomnieć należy, że o ile chodzi o politykę podatkową, to w tych sprawach, niestety, wiele mamy jeszcze do zrobienia. W historii naszej w dziedzinie podatkowej nie wykazaliśmy tego hartu i zrozumienia, jaki wykazały inne narody. Toteż i od zarania obecnego państwa naszego w dziedzinie podatkowej popełnialiśmy pewne błędy, których wyrazem było to, że nasza reprezentacja społeczna, to jest Sejm, niechętnie uchwalał ustawy podatkowe. W czasach inflacji przerzucano ciężar podatków na podatki pośrednie. Można zresztą powiedzieć, że przez 5 pierwszych lat państwo utrzymywane było przez inflację.

Państwo prowadzi, dalej, politykę celną, przez którą może bardzo silnie wpłynąć na życie gospodarcze. Jak wiemy, u nas istnieje względnie duża ochrona celna: z trzech taryf, jakie były na ziemiach polskich, przyjęta została najwyższa. Tłumaczy się to tym, że przemysł nasz jest słaby i dopiero się rozwija, przeto potrzebuje ochrony, a tę ochronę daje mu taryfa celna.

Ważnym bardzo środkiem, regulującym życie gospodarcze, jest polityka kredytowa. Za pomocą tej polityki państwo może wpływać i wpływa wydatnie na życie gospodarcze. Szczególnie w naszych warunkach, kiedy w pierwszych latach po inflacji największym kapitalistą było państwo, kiedy jedynie państwo mogło udzielać kredytów, wpływ polityki kredytowej państwa na życie gospodarcze był bardzo wielki. Obecnie stosunki te ulegają zmianie, o czym świadczą cyfry wskazujące, że wkłady w bankach prywatnych od 1926 r. rosną wyjątkowo szybko i że do 1 lipca 1928 r. wzrosły prawie dwukrotnie, gdy w bankach państwowych wzrosły zaledwie o kilkadziesiąt procent.

Dalej, państwo prowadzi swoją politykę zakupów, ponieważ jako duża organizacja jest wielkim konsumentem. W 1926 r., tzn. w okresie, kiedy produkcja nasza była mniejsza niż dzisiaj, w niektórych gałęziach przemysłu państwo było konsumentem około 25% produktów, jak to miało miejsce np. w żelazie. Państwo przez politykę zakupów wpływa bardzo silnie na życie gospodarcze tym bardziej, że udziela produkcji zaliczek na zamówienia.

Państwo jest ponadto również producentem. U nas przede wszystkim z tego tytułu, że posiada bardzo dużo lasów, a więc musi prowadzić eksploatację leśną. Poza tym państwo posiada szereg przedsiębiorstw, jak np. monopole – tytoniowy i spirytusowy, koleje, fabrykę nawozów sztucznych, rafinerię nafty, przemysł, związany z obroną kraju itd.

Poza tym jest cały szereg przedsiębiorstw, które powstały u nas nie z tzw. inicjatywy prywatnej, lecz z pożyczek państwowych, gdyż w wielu wypadkach przystępowano do budowy przedsiębiorstw bez żadnego kapitału, licząc wyłącznie na zaliczki państwowe. Rzecz zrozumiała, że przedsiębiorstwa takie z czasem musiały podupaść i w rezultacie państwo musiało przedsiębiorstwa te w tej czy innej formie przejmować za długi.

Poza tym istnieje cały szereg dziedzin czy to ogólnopaństwowych, czy to ogólnospołecznych, w których z natury rzeczy albo samorząd, albo państwo występuje jako właściwy organizator danej dziedziny życia. Mam tu na myśli: drogi, elektrownie, rzeźnie, gazownie i cały szereg innych przedsiębiorstw, które, o ile nie powstały naturalnym biegiem rzeczy w inny sposób, musiały być dziś organizowane przez samorządy przy pomocy pieniędzy państwowych lub przez państwo.

Wreszcie państwo musi niekiedy przystąpić do organizowania przedsiębiorstw, które są konieczne dla rozwoju całokształtu życia, a które czy z braku kapitału, czy z innych przyczyn nie powstają.

Mam na myśli tutaj budowę nowej fabryki związków azotowych, której znaczenie dla Polski jest szczególnie doniosłe ze względu na to, że rolnictwo nasze przedstawia jedną z najgłówniejszych dziedzin naszego życia gospodarczego. Możliwości w tej dziedzinie są wprost nieograniczone i rolnictwu potrzeba dać odpowiednią ilość środków, aby się mogło rozwijać: do tych środków należą przede wszystkim nawozy sztuczne. Budowa takich fabryk wymaga jednak olbrzymich kapitałów, a na razie ich nie ma, więc rząd zmuszony jest, oszczędzając na czym innym, budować tego rodzaju przedsiębiorstwa.

To samo mniej więcej można powiedzieć o budowie floty handlowej czy naszego portu w Gdyni. Jednym z wielkich błędów naszych przodków było niedocenianie znaczenia morza. Tych błędów historycznych nam dzisiaj popełniać nie wolno i dlatego za wszelką cenę musimy budować ten port, skoro on na innej drodze nie powstanie.

To samo dotyczy zresztą również i budowanej obecnie chłodni w Gdyni. Wiemy o tym, że rolnictwo produkuje bardzo wielkie ilości przetworów mięsnych i nabiałowych, że przetwory te znajdują znakomity zbyt w Anglii i w innych krajach Europy. Organizacja tego handlu wymaga jednak, aby przetwory były dostarczane na rynek wtedy, gdy są potrzebne. My zaś, nie mając urządzeń, zbywamy te towary wtedy, gdy je wyprodukujemy, a nie wtedy, kiedy nam konsument za nie najlepszą cenę zapłaci. Wywozimy ten towar do Hamburga, aby tam przez kilka miesięcy przeleżał i aby później pośrednik niemiecki sprzedał go w Anglii czy w innym kraju Europy po najwyższych cenach. Jest to potrzeba wyjątkowo pilna, bo ona da naszemu rolnictwu możność otrzymania za towar maksymalnej ceny. Wybuduje się za kilka milionów chłodnię, która przyniesie naszemu rolnictwu nie kilka, ale kilkanaście milionów zysku.

Nie ulega wątpliwości, że gdyby rząd nie podjął się teraz tych wszystkich zadań, spotkałby się z ciężkimi zarzutami za zaniedbanie tak pilnych spraw, a to samo przecież dotyczy całego szeregu przedsiębiorstw, których rozbudowanie jest konieczne ze względów obrony państwa lub innych. Nieraz przedsiębiorstwa takie tworzone były z inicjatywy prywatnej, jednak bez kapitału, i rezultat był taki, że państwo musiało za długi te przedsiębiorstwa przejmować.

Jednym słowem, rola państwa w życiu gospodarczym jest ogromna. U nas rola ta jest trudniejsza niż w innych państwach. Teraz stajemy wobec zagadnień niezmiernie skomplikowanych, wobec olbrzymich zapotrzebowań, jakie się wyłaniają z tego powodu, że jako państwo nie istnieliśmy przez tyle lat, i że co inne narody budowały wiek cały, to my musimy w niewielu latach zbudować. Społeczeństwo staje nieraz bezradne wobec tych wszystkich trudności i skłonne jest wierzyć, że państwo tam jakoś wszystkie te sprawy załatwi.

Objawy tej wiary, że państwo jest wszechmocne – z jednej, a ta pewna bezradność z drugiej strony – wiążą się często z całym szeregiem postulatów, żądań i apelów w stosunku do państwa. Dla przykładu przytoczę kilka szczegółów z konferencji z przedstawicielami życia gospodarczego, jaką odbył w tym roku Minister Przemysłu i Handlu dla uzgodnienia pewnych postulatów, które dałyby się w tym roku przeprowadzić, a przyczyniłyby się do rozbudowy życia gospodarczego. Na konferencji tej w odpowiedzi na wywody Pana Ministra posypały się propozycje: żądano zmniejszenia podatków, zwiększenia ochrony celnej, zwiększenia ilości godzin pracy czy zmniejszenia świadczeń socjalnych, wreszcie głównym żądaniem i głównym wskazaniem życia gospodarczego na rok 1928 było domaganie się pieniędzy od Skarbu Państwa, względnie banków państwowych, dostarczania poszczególnym gałęziom życia gospodarczego odpowiedniej ilości środków pieniężnych. Mogę przytoczyć cały szereg cytatów z książki pt. „Inwestycje, kredyt, konsumpcja, eksport, żegluga”, która jest sprawozdaniem z tej konferencji.

„Udzielania przez rząd, względnie przez instytucje rządowe, tanich kredytów długoterminowych na skonwertowanie poprzednich prywatnych pożyczek krótkoterminowych oraz na dalsze konieczne inwestycje przemysłowe” – domaga się delegat przemysłu cukrowniczego.

„Przeprowadzenie zaś tego planu [czytaj: zwiększenia produkcji] byłoby możliwe również tylko przy wydatnym wysiłku rządu w postaci długoterminowych tanich kredytów inwestycyjnych” – oświadczył delegat przemysłu szamotowego wyrobów ogniotrwałych.

„Pożądany byłby kredyt na dogodnych warunkach, udzielany przez banki państwowe” – stwierdza, jako postulat, przedstawiciel konwencji węglowej dąbrowsko-krakowskiej.

Otworzenie przez państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego oddziału w Szanghaju i finansowanie eksportu „poleca troskliwej uwadze rządu” przywódca przemysłu włókienniczego.

Finansowania przez państwo eksportu domaga się delegat przemysłu Białej i Bielska.

„Byłoby pożądane: a) by Bank Gospodarstwa Krajowego powołał do życia dla kredytów przemysłowych długoterminowych komitet doradczy, złożony z delegatów poszczególnych centralnych organizacji branżowych, który to komitet proponowałby Bankowi kolejność dla załatwiania podań o pożyczkę; b) by z zasobów, uzyskanych z pożyczki amerykańskiej, a przeznaczonych na inwestycje gospodarcze, zasobów, które razem wyniosą przeszło złotych 300 milionów, przynajmniej kilkadziesiąt milionów zostało użytych na skup listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Przemysłu Polskiego – w ten sam sposób, w jaki z zasobów tych zakupuje się listy zastawne ziemskie rolnicze, oraz by tempo tej akcji, do tej pory prowadzonej w bardzo skromnych rozmiarach, zostało przyspieszone; c) by instytucje publiczne, jak PKO, zakłady ubezpieczeń przymusowych, Dyrekcja Wzajemnych Ubezpieczeń itd., otrzymały polecenie zakupywania wspomnianych listów zastawnych, korzystających przecież z gwarancji państwa, choćby tylko w stosunku 10% innych swoich lokat” – oświadcza delegat przemysłu konfekcyjnego, nie zapominając dodać, że wobec zaprojektowanej przez Radę Finansową oraz Komisję Opiniodawczą instytucji zastawu rejestrowego, „zresztą kredytów takich powinien udzielać Bank Gospodarstwa Krajowego, jak długo banki prywatne nie rozwiną tego działu”, jak również, że wobec drogiego „urządzenia sklepu” z obuwiem, takich kredytów „powinien udzielać fabrykom obuwia Bank Gospodarstwa Krajowego”.

„Przed rządem staje konieczność zaciągnięcia nowej pożyczki na cele inwestycyjne”, „Rząd winien pozostawić sprawy kredytowe nadal w PKO” – bo „poznaliśmy się wzajemnie [tj. pośrednik – kupiec żydowski i PKO] i byliśmy na drodze do pokojowego współżycia” – deklaruje przedstawiciel Centrali Związku Kupców.

„Udziału finansowego państwa w eksporcie’” – żąda delegat Związku Eksportowego Przemysłu Metalowego Przetwórczego, jak również „subsydiowania pewnych funkcji związanych z eksportem”.

„Tutaj więc byłyby potrzebne wielkie nakłady pieniężne i te nakłady może dać tylko rząd” – deklaruje krótko i jasno przedstawiciel przemysłu drzewnego.

A więc pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy domaga się od rządu życie gospodarcze. Zwłaszcza, gdy potrzebne są „wielkie nakłady pieniężne”, aby przemysł mógł zacząć „zarabiać”, aby odczuwać mógł zyski, aby był rentowny, to „te nakłady może dać tylko rząd”.

O czym to świadczy? Że nie ma pieniędzy, ale że jest jakaś wiara w rząd, że rząd pieniądze znajdzie i dostarczy dla rozbudowy życia gospodarczego.

W swoim czasie, jak wspomniałem, powstawały różne przedsiębiorstwa z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe. Powstało kilka bekoniarni przeznaczonych na eksport. W rezultacie musiał rząd przedsiębiorstwa te przejąć. Właśnie jako przykład tej wiary w rząd przytoczę ustęp z listu, pochodzącego od jednej z poważnych instytucji Wielkopolski, która pisze, że konieczne jest i w tej dzielnicy stworzyć fabrykę bekonów, aby rolnicy mogli zbywać swoje produkty:

„Komitet organizacyjny, po wszechstronnym zbadaniu obecnego stanu rzeczy, doszedł do przekonania, że pomimo ogólnie odczuwanej potrzeby zreformowania dotychczasowego sposobu zbytu trzody chlewnej, znaczenie przemysłu bekoniarskiego w sferach rolniczych zbyt mało jest znane, ażeby pozyskać rolnika do realnych świadczeń pieniężnych na rzecz fabryki którą zbudować by należało:

Ażeby zrozumienie to w sferach rolniczych wyrobić, względnie aby rolnikowi wskazać nowe drogi organizacji, którymi kroczyć winien, należy, zdaniem komitetu organizacyjnego, stworzyć pierwszy wzorowy warsztat bekoniarski, który by powstał z funduszów państwowych, a który by państwo na okres przejściowy (2-3-letni) w tanią lub nawet darmową dzierżawę oddało rolnikom, zorganizowanym w spółdzielnię zbytu inwentarza. Rolnicy ci braliby tylko na siebie obowiązek komisowego zbywania wszelkiej trzody chlewnej przez swoją spółdzielczą bekoniarnię, nie ponosząc poza tym żadnego innego ryzyka”.

Warunki propozycji tej są lepsze aniżeli faktyczne warunki budowy bekoniarni w Dębicy lub Chodorowie, które zbudowano z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe kosztem dwukrotnie większym.

Takich przykładów można by przytoczyć bardzo dużo. Są i inne żądania. Więc np. z istniejącej konwencji węglowej wyłamała się jakaś kopalnia. Wtedy delegacja konwencji występuje z żądaniem niedostarczania przez kolej kopalni wagonów. Oczywiście, byłoby to nadużyciem władzy posiadanej przez państwo w dziedzinie życia gospodarczego, bo państwo musi regulować warunki życia, może produkować w specyficznych dziedzinach, ale nie może nadużywać swojej władzy w zatargach między przedsiębiorcami. Zatarg taki musiałby być rozpatrzony przez sąd kartelowy, którego dotąd nie mamy i dopiero wyrok sądu musiałby być siłą państwa wykonany. Natomiast tego rodzaju interwencja państwowa, jakiej żądała konwencja, byłaby szkodliwa, byłaby tym nadmiarem interwencjonizmu czy etatyzmu, jak to się u nas mówi.

Z jednej więc strony żąda się od państwa daleko idącej ingerencji, z drugiej zaś podnoszą się głosy krytyki, kwestionujące racjonalność tego, że państwo bierze się do takich rzeczy, oraz twierdzące, że państwo nie powinno się mieszać np. w dziedzinę eksportu, że te dziedziny życia winny być pozostawione samemu życiu. Jedne czynniki zainteresowane życzą sobie, żeby państwo interweniowało, inne zaś, niezainteresowane w danej dziedzinie, protestują przeciw temu.

Dziedzina eksportu niewątpliwie obchodzi przede wszystkim tych, którzy mają co eksportować, i oni przede wszystkim powinni się zorganizować, aby eksport wzmocnić, tego jednak nie czynią. Powstał więc Państwowy Instytut Eksportowy. Nie sądzę, aby względy finansowe były jedynym powodem, że powstał on jako instytucja państwowa, bo przecież budżet jego wynosi tylko złotych 215 000, co stanowi tak drobną kwotę w stosunku do tego, co Instytut życiu gospodarczemu daje. Wszak życie gospodarcze wykłada na cele społeczne nieraz znaczniejsze sumy.

Na wspomnianej już konferencji w Ministerstwie Przemysłu i Handlu niewątpliwy przeciwnik etatyzmu domagał się utworzenia Państwowego Instytutu Ziemniaczanego, podkreślając specjalnie, że dla życia gospodarczego potrzebny jest instytut państwowy, a nie prywatny.

Weźmy teraz pod uwagę ten fakt, o którym bardzo dużo mówi się w naszym społeczeństwie, weźmy polemikę na temat rzekomego etatyzmu Państwa Polskiego. Istnieje w niej niewątpliwie wiele sprzeczności, bo etatyzmu nie można zarzucać rządowi, jednocześnie żądając pieniędzy na budowę fabryki i odstąpienia jej w darowiznę lub w dzierżawę. Zachodzą w niej zresztą sprzeczności bardziej silne i czasem używane są argumenty nazbyt silne. Mam przed sobą poważny organ „Przegląd Gospodarczy”. W tym organie jeden z najwybitniejszych przedstawicieli przemysłu napisał w ten sposób: „Jesteśmy miejscem krzyżowania się idei Wschodu i Zachodu i fluktuacje Wschodu mają do nas dostęp. Reagują na nie nie tylko ci, przeciw którym jest skierowana agitacja, ale i przedstawiciele parlamentów i rządów. Indywidualizm i etatyzm – oto charakterystyka prądu wschodniego i zachodniego”. I dalej, w tym artykule, z powodu książki, która wyszła staraniem szeregu działaczy na niwie społecznej i państwowej pt. „Zagadnienia gospodarcze Polski współczesnej”, wysunięty jest zarzut, że autorzy tej książki dążą do zetatyzowania Państwa Polskiego, do stworzenia, jak to się mówi, prądów wschodnich. Innymi słowy, rzuca się w masy bardzo ciężkie oskarżenie tych osób o bolszewizm. Naturalnie, że dla celów demagogicznej agitacji jest najlepiej rzucić jedno słowo, np. „mason”, „bolszewik”, „żyd”. Do tych słów-synonimów dodano obecnie bardzo popularne: „etatysta”.

Co to jest etatyzm? Etatyzm jest pojęciem naukowym i dlatego pozwolę sobie powołać się na dwóch uczonych. Obaj to przeciwnicy etatyzmu. Prof. Stanisław Głąbiński, który napisał pracę pt. „Etatyzm a gospodarka społeczna”, wydaną w roku 1922 w „Ruchu Prawniczym i Ekonomicznym”, powiada, że „względy humanitarne, społeczne i polityczne pchnęły państwo nowożytne na drogę ustawodawstwa socjalnego, obejmującego zrazu najsłabsze warstwy pracujące, dzieci i kobiety, a rozszerzonego na wszystkich pracowników zawisłych i sankcjonowanego przez międzynarodowe konferencje, na koniec przez traktat wersalski z roku 1919 i konferencję waszyngtońską z października roku 1919”.

Niektóre postanowienia tego ustawodawstwa o charakterze międzynarodowym są, zdaniem dr. Głąbińskiego, „bardzo głęboko sięgającym wyłomem w systemie wolnej konkurencji, a jednak niepodobna tym objawom etatyzmu odmówić zasadniczej racji”.

„W każdym razie zapominać nie należy, że kolebką tego ustawodawstwa jest wolnohandlowa Wielka Brytania”.

A więc ustawy socjalne, które u nas stale przedstawiane są jako objaw etatyzmu, powstały, zdaniem prof. Głąbińskiego, który o stronniczość tutaj posądzony być nie może – z ważnych względów „humanitarnych, społecznych i politycznych” w wolnohandlowej Wielkiej Brytanii, a są przy tym usankcjonowane całym szeregiem konwencji i traktatów międzynarodowych, nie wyłączając wersalskiego. Dlaczegóż więc Wielkiej Brytanii ani mocarstwom europejskim nie inkryminuje się zbrodni etatyzmu?

„Nie wszystko jednak jest etatyzmem, co w życiu i teorii i w polityce wolnohandlowej etatyzmem nazywają. Etatyzmem nie jest każde współdziałanie państwa w produkcji i wymianie dóbr gospodarczych, nie jest nim wszelkie ograniczenie lub nawet uchylenie wolnego współzawodnictwa, wszelka interwencja państwowa w gospodarstwie narodowym. Sprawa etatyzmu w takim niewłaściwym znaczeniu, czyli czynnej roli państwa w życiu ekonomicznym narodów, jest zagadnieniem państwowej polityki ekonomicznej. Kto zwalcza wszelkie współdziałanie państwa na polu gospodarczym, ten zapoznaje naturę państwa i prawa i musi w konsekwencji dojść do idei anarchizmu, jak w swoim czasie Proudhon, zbłąkawszy się w labiryncie ekonomicznych sprzeczności”.

Myśli te w zupełności odpowiadają ogólnie ustalonym w nauce pojęciom i byłoby pożądane, ażeby oskarżający nas o etatyzm zechcieli zajrzeć do prac prof. Głąbińskiego, który niewątpliwie właśnie dla nich jest autorytetem.

Drugi uczony, prof. [Adam] Krzyżanowski, wydał niedawno pracę o etatyzmie. Wskazując w niej na wszystkie ujemne strony etatyzmu, kończy autor swoją pracę tymi słowy:

„Etatystyczne nastawienie polskiej polityki wydaje mi się nie ulegać wątpliwości. Widzę w tej ewolucji w znacznej mierze konieczny wynik toku wypadków politycznych i ekonomicznych. Nie należę do tych, którzy uważają ten przebieg wydarzeń za bezwzględnie ujemny. Zagadnienie tkwi w zachowaniu właściwej miary”.

Tak mówi przeciwnik etatyzmu, zwolennik doktryny liberalnej, lecz trzeźwo patrzący na współczesne tendencje rozwojowe świata i słusznie sprowadzający zagadnienie do kwestii rozmiarów ingerencji państwa, a nie istoty tej ingerencji. Wyraz etatyzm bowiem pochodzi od francuskiego słowa état – co znaczy państwo – jest więc równoznaczny z wyrazem „państwowość”, Przeciwnikiem zatem istoty etatyzmu, tj. państwowości – może być tylko anarchista, jak to słusznie napisał prof. Głąbiński.

Wspomnę teraz o tym, jak mówi praktyk, przedstawiciel ciężkiego przemysłu żelaznego, Antoni Balcer, prezes zarządu Syndykatu Polskich Hut Żelaznych. P. Balcer w wywiadzie udzielonym „Gazecie Handlowej” z dn. 12 grudnia r. b., w sprawie organizacji naszego eksportu, oświadczył:

„Jest rzeczą charakterystyczną, że ta krytyka zamierzeń rządowych, nieraz bardzo ostra i posuwająca się niekiedy nawet do używania argumentów o pewnym zabarwieniu polityczno-demagogicznym, wychodzi spod pióra ekonomistów-teoretyków, dziennikarzy i innych osób nie stojących w praktycznym życiu gospodarczym. Natomiast czynniki bezpośrednio zainteresowane, a więc ludzie reprezentujący realne interesy gospodarcze Polski, nie podzielają tych obaw i nie dopatrują się w poczynaniach rządu w dziedzinie organizacji eksportu żadnych ryzykownych eksperymentów. Chcemy wierzyć, że owe krytyczne głosy wynikają tylko z teoretycznych rozważań i zbytniej ostrożności w trosce o gospodarcze losy Państwa Polskiego, aczkolwiek czytając niektóre artykuły trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że za tymi teoretycznymi wywodami kryją się jako inspiratorzy te sfery zagranicznych pośredników, które są zainteresowane w utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy, pozwalającego im zgarniać olbrzymie zyski z oczywistą szkodą naszego gospodarstwa narodowego”.

„Wmawianie opinii publicznej takich zapatrywań oraz straszenie argumentem, że zrealizowanie zamiarów rządu w dziedzinie organizacji naszego eksportu oznaczałoby upodobnianie naszego handlu eksportowego do metod handlu zagranicznego obowiązujących w Rosji bolszewickiej, na łamach poważnego dziennika budzi zdziwienie, gdyż jest wodą na młyn pośredników zagranicznych, którzy, jak polip, ogarnęli swymi ramionami eksport polski!”.

„Inicjatywę rządu w sprawie reorganizacji naszego eksportu musimy zatem powitać jako rezultat zdrowej myśli gospodarczej, zasługującej na uznanie i poparcie społeczeństwa, a natomiast z całym krytycyzmem odnosić się do tych głosów, przez które pod hasłem »walki z etatyzmem« przemawiają interesy zagranicznych pośredników”.

Mówiłem już dzisiaj o utworzeniu bekoniarni. Otóż przedtem rolnicy wywozili do Pragi czy Wiednia nierogaciznę w nadmiarze po to, aby tam zdychała. Podnoszą się głosy przeciwko organizacji eksportu trzody chlewnej. Nie wiem, co było lepsze: czy wywozić zagranicę tylko tyle nierogacizny, ile jej tam można zbyć po normalnych cenach, czy też wywozić jej więcej, ale za to po tańszych cenach, więcej niż jest zapotrzebowania na tamtejszym rynku, więcej o tyle, że skutkiem nadmiaru tego trzeba za nią brać dwa razy mniej, niż obecnie, kiedy wywozi się dwa razy mniej świń, a bierze się za nie dwa razy większą cenę. Zapatrywanie teoretyków i praktyków jest rozmaite.

Obecnej polityce gospodarczej rządu zarzuca się etatyzm. Otóż, historia się powtarza. Sprawy analogiczne do tych, które obecnie są omawiane, były już przed stu laty aktualne, w okresie Ministra Skarbu Lubeckiego. Dlatego jest rzeczą bardzo ciekawą sięgnąć do książek historyków-ekonomistów, którzy te czasy przed stu laty opisują. Jest rzeczą bardzo znamienną opinia, jaką wydali o tym właśnie okresie pracy sprzed stu laty historycy i ekonomiści współcześni. Pisze o tym dr Henryk Radziszewski, którego miałem zaszczyt być uczniem, zwolennik doktryny liberalnej – w dziele „Bank Polski”, o tym pisze również Stanisław Smolka w dziele „Polityka Lubeckiego przed powstaniem listopadowym”.

W dziele Radziszewskiego czytamy o Towarzystwie Wyrobów Zbożowych, tj. o instytucji, która miała skupować zboże, mleć i sprzedawać, aby przeciwstawiać się lichwie zbożowej, co następuje:

„Rozumiał Bank, że popierając uczciwą instytucję, która trudniła się przemiałem zboża na wielką skalę, równocześnie wpływa na uczciwe regulowanie cen zboża, a więc niweczy poniekąd nieuczciwy wyzysk pokątnych spekulantów i pośredników zbożowych”.

Ta działalność Banku Polskiego sprzed stu laty zyskała całkowitą aprobatę i pochwałę nie tylko współczesnych historyków i ekonomistów, lecz również i tych spośród dzisiejszych przywódców życia gospodarczego którzy są najbardziej zaciekłymi wrogami rzekomego „etatyzmu” w dzisiejszym państwie polskim. Toteż ci ostatni w tworzeniu rezerw zbożowych i organizacji elewatorów przez rząd dzisiejszy nie dostrzegają lub może nie chcą dostrzegać analogii z ówczesną działalnością Banku Polskiego, mimo że analogia ta jest oczywista.

Prof. Radziszewski pisze w innym miejscu w sprawie sprowadzenia bydła i koni do kraju na skutek pomoru, jaki miał miejsce w roku 1824:

„Od pierwszych chwil uwidocznienia się dążności wyzysku wśród nowych »dziedziców« starał się Bank kłaść tamę tym zapędom, równocześnie zwracając ich zabiegi na drogę racjonalnej gospodarki”. „Chodziło przeto o zorganizowanie akcji, mającej na celu dobro mieszczan, dobro włościan oraz dobro istotne rolnictwa, gdyż tylko przecinając drogę do spekulacji, można było zwrócić czyhających na zyski nadmierne dorobkiewiczów na tory właściwe. Podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski”.

A więc przed 100 laty podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski, jeżeli zaś dzisiaj po 100 latach jakiejś akcji interwencyjnej podejmuje się bank państwowy, to mówi się o tym, że jest to etatyzm.

Jednak i wówczas, podobnie jak dzisiaj, symulacja „inicjatywy prywatnej” znalazła gorącego obrońcę w osobie Dyrektora Komisji Przychodów i Skarbu, Fuhrmana, który kategorycznie przeciwko temu projektowi zaoponował.

„Wolałby Dyrektor Skarbu – pisze Radziszewski faworyzować przedsiębiorców prywatnych, zamiast powierzania tego przedsięwzięcia Bankowi, gdyż żaden nawet najbardziej oddany sprawie urzędnik nie jest w stanie dorównać w takiej operacji przedsiębiorczości prywatnej”.

Jednakże wystarczyły trzy lata (1832-1835) praktyki, aby czuwający nad całym przedsięwzięciem Łubieński mógł autorytatywnie pisać do Fuhrmana: „Jest w tym przedsięwzięciu tylko małe zwiększenie zajęcia dla urzędników, lecz czyż można porównywać ten kłopot z korzyściami wypływającymi dla gospodarki krajowej?”.

A czy można porównywać „ten kłopot” dla urzędników z korzyściami wypływającymi z budowy chłodni w Gdyni dla całego rolnictwa?

Bardzo ważne zagadnienia, które istnieją dziś jako kwestia kartelów i syndykatów, i wówczas były już aktualne. Wspomina o nich Radziszewski, kiedy pisze o próbach zorganizowania przemysłu cynkowego:

„Zdaje sobie Jelski doskonale sprawę z trudności, jakie by temu przedsięwzięciu towarzyszyły. Pierwszą trudnością byłoby skłonienie producentów, aby po-przestając chwilowo na cenie pokrywającej tylko koszty produkcji, dalszego zysku cierpliwie oczekiwali”, drugą, zdaniem Jelskiego, trudnością daleko większą byłoby znalezienie akcjonariuszów, którzy by i mogli, i chcieli kapitały ulokować w przedsięwzięciu, które dopiero w dalszym okresie czasu mogło zyski przynosić.

Te samu przyczyny, a mianowicie niecierpliwość w uzyskiwaniu jak największych, a jednocześnie jak najszybszych zysków były tak wówczas przeszkodą dla racjonalnej organizacji przemysłu – jak są nimi niestety tak często i dzisiaj.

Trzeba więc cierpliwości, a my cierpliwości nie mamy. Inflacja przyzwyczaiła nas do wielkiej niecierpliwości i zawsze chcielibyśmy mieć zysk jak najszybciej.

O kredytach krótkoterminowych Radziszewski mówi w ten sposób:

„Z kredytu tego korzystali niemal wyłącznie tylko fabrykanci wyrobów sukienniczych. Po pewnym czasie jednak opatrzył się Bank, iż kredyt ten, wzbogacając fabrykantów; w gruncie rzeczy krzywdę krajowi przynosił, albowiem fabrykanci ci, dzięki kapitałom bankowym, wyzyskiwali producentów wełny, bo utworzyli pewne pomiędzy sobą porozumienie, dążące do zniżki cen wełny. Cierpiała na tym wytwórczość krajowa wełny, zarabiali cudzoziemscy fabrykanci. Bank, zorientowawszy się w sytuacji, zaprzestał od roku 1850 wydawać fabrykantom pożyczek krótkoterminowych, natomiast rozszerzył znacznie dział udzielania pożyczek na wełnę”.

Czy nie ma dziś analogicznych sytuacji? Czy nie ma trudności w organizacji producentów wełny lub lnu.

Tak samo, jak dzisiaj, posądzano wówczas Bank Polski o konkurencję w dziedzinie kredytów. Oto, co pisze Radziszewski:

„Powiedzieliśmy, iż nigdy Bank Polski nie dążył do wystąpienia w roli konkurenta w stosunku do kupców. Tak było istotnie. Jeżeli jednak pod mianem »kupców« zaliczyć lichwiarzy, to był tu Bank Polski konkurentem bez pardonu. Udzielając pożyczek handlowi na 5 lub co najwyżej 6%, był Bank Polski na tym stanowisku wrogiem, nie tylko konkurentem wyzyskiwaczy. I słusznie szczycił się z tego, że dzięki alimentowaniu handlu tanim kredytem był nie tylko regulatorem stosunków handlowych, lecz zniewalał do usuwania się lichwiarzy stamtąd, gdzie handel był zdrów i zaufanie budził”.

Tak, jak oskarżano Bank Polski o konkurencję, tak dzisiaj oskarża się Bank Gospodarstwa Krajowego o taką samą konkurencję dla banków prywatnych, co nie przeszkadza naturalnie krytykom domagać się ciągle kredytów z Banku Gospodarstwa Krajowego, bankom zaś akcyjnym korzystać z tychże kredytów.

Na wspomnianej konferencji u Pana Ministra Przemysłu i Handlu, a także w prasie poddano ostrej krytyce ostatnie instrukcje Ministra Skarbu o tzw. biurach informacyjnych, które to biura mają za zadanie zbierać informacje o podatnikach, aby wymierzać im właściwe podatki, nie za wielkie, lecz i nie za małe. A przed stu laty istniała analogiczna kwestia, lecz wówczas dotyczyła cła. Pisze o niej Smolka w swym dziele: „W sprawozdaniu komisji sejmowych nie w tym jednym tylko miejscu przebija sympatia pewna dla defraudantów cłowych, tak nierzadka w naszym społeczeństwie. Nie zwracano na to zgoła uwagi, że energiczna walka Lubeckiego z przemytnictwem miała na celu nie tylko interes Skarbu, ale także ochronę żywotnych interesów przemysłu krajowego, a to ze względu na stosunki handlowe z Prusami i na całą ich politykę handlową”. Dzisiaj, jeżeli chodzi o cła, to przewożenie przez granicę bez cła jedwabi również jakoś uchodzi i nie jest przez społeczeństwo należycie potępiane.

I tak, jak dzisiaj poddaje się ostrej krytyce wszelkie zarządzenia sanacyjne, tak i współcześni Lubeckiego nie mieli zrozumienia dla jego działalności. Oto, co pisze Smolka:

„Urągano też projektowi Towarzystwa Kredytowego, gdy w r. 1823 składały o nim opinie Rady Wojewódzkie Królestwa, właściwe reprezentacje zrujnowanego obywatelstwa; naśmiewano się zwłaszcza z solidarnej poręki stowarzyszonych, jakby »asocjacja bankrutów« mogła cudem z niczego stworzyć pieniądz… w szerokich kołach obywatelskich zapanowała rozpacz, tak – czarna rozpacz… Załamywano ręce; dosyć źle było dotąd, teraz Lubecki swoim »systemem kredytowym« zrujnuje do reszty kredyt, wtrąci Królestwo w przepaść”.

Gdy mówi się o towarzystwach kredytowych, toć wszyscy wiemy, jaką odegrały one rolę w życiu i rozwoju naszego rolnictwa.

Taka sama krytyka spotyka wiele z dzisiejszych zarządzeń rządu. Głosy dzisiejszej krytyki są równie nierzeczowe jak te, które atakowały Lubeckiego. Toteż nic dziwnego, że Lubecki w pamiętnikach swoich podkreślił, iż w działaniu swym nie mógł głosom tej krytyki ulegać. Pisał Lubecki:

„Ministra Finansów przede wszystkim obowiązek czuwać bacznie, by energiczne działanie Rządu ani na chwilę nie ustawało, by mógł doprowadzić do skutku projekty zamierzonych ulepszeń i wydobyć naród cały z tak krytycznego położenia, w jakim chwilowo się znajduje. Jak chirurg nie może zważać na jęki operowanego pacjenta, by nie narazić życia chorego zbyteczną czułostkowością, i ja też tak niezachwianym krokiem muszę postępować po drodze, jaką mi wytknął mój obowiązek, świadom tego, że nie ma na świecie trudności, których by nie przełamało to przeświadczenie”.

A w innym miejscu swych pamiętników, jak podaje Smolka, pisze Lubecki słowa, które tak odpowiadają dzisiejszej sytuacji, tak są żywotne i zgodne z potrzebami chwili i intencją dzisiejszych czynników rządowych, że przytoczyć je należy bez żadnych komentarzy.

„Takie niestety jest położenie władzy w kraju nierozwiniętym jak nasz, że musi we wszystkim i na każdym polu brać inicjatywę, ponieważ stan oświaty, nieufność i zakorzenione przyzwyczajenia powstrzymują obywateli od wszelkich nowości, które gdzie indziej można pozostawić zabiegom osób prywatnych w własnym ich interesie. Co do nas, źle wyszlibyśmy pod tym względem na stosowaniu najpiękniejszych aksjomatów ekonomii politycznej, jeśliby nas oddały na pastwę tego zastoju, w którym, niestety, pleśniejemy od dawna. Rząd nasz, wódz świeżych jeszcze zastępów i nie ujętych w karby dyscypliny, musi śmiało na czele ich postępować, aby w nie wpoić poczucie siły i świadomość, którymi rozporządzają. Dałby Bóg, żeby ta rola rządu skończyła się jak najrychlej: żeby tkwiąca w nim siła impulsu, wszystko wprawiwszy w ruch, mogła wrócić w granice rozważnego spokoju”.

I tak postępując doczekał się Lubecki chlubnej oceny ze strony historyków i ekonomistów, zwolenników doktryny liberalizmu, przeciwników etatyzmu. Między innymi p. Andrzej Wierzbicki, który w tak jaskrawy sposób krytykuje rzekomy „etatyzm” dzisiejszych czasów, że nie waha się przezwać go ideą Wschodu, pisze w artykule swym w „Przeglądzie Gospodarczym” z dn. 1 stycznia 1921 r.:

„…a kiedy nam już tchu braknąć zaczyna – dobrze jest obejrzeć się poza siebie, wysiłki chociażby ostatniego stulecia okiem ogarnąć, zdobędziemy wtedy pewność, że dojdziemy do szczytu, że potrafimy nie tylko za Polskę umierać, ale żyć dla Polski”.

„Mówi nam o tym pokolenie, którym Lubecki rządził. Twarde to były rządy w dziedzinie porządkowania skarbowości”.

I tu, w artykule swym, jak i w innych artykułach („Przegląd Gospodarczy” nr 3 z dn. 1 lutego 1926 r.), nie miał nic innego prócz superlatyw i chwały dla Ministra, który nie zważał na jęki „operowanego pacjenta”, jakim było ówczesne życie gospodarcze Polski.

Od tych czasów w Polsce niewiele się zmieniło. Tylko drogą realizowania haseł Lubeckiego możemy iść ku mocarstwowemu rozwojowi państwa, i na tej drodze uzyskamy należytą ocenę przynajmniej potomnych, jeśli dzisiejsi krytycy nie zechcą zdobyć się choćby na minimum obiektywizmu.

Stefan Starzyński

Powyższy tekst to zapis wystąpienia wygłoszonego przez autora w dniu 15 grudnia 1928 r. w Poznaniu. Następnie wydano go w postaci broszury, nakładem Tygodnika „Przemysł i Handel”, Warszawa 1929. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.