przez Remigiusz Okraska | czwartek 12 października 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wśród zgiełku dotyczącego tego, czy PiS „zblokuje” się w listopadowych wyborach samorządowych z Samoobroną i LPR, a PO z PSL, zaś SLD z SDPl i Demokratami, zupełnie zatraca się problem całkiem inny. Ten mianowicie, czemu powinny służyć wybory samorządowe. To chyba oczywiste, że służyć powinny demokracji lokalnej i ludowładztwu na najniższym, lecz podstawowym, rudymentarnym poziomie. Zamiast tego, służą promocji ogólnopolskich szyldów – nie są to wybory samorządowe, lecz partyjny skok na władzę w lokalnych społecznościach.
I nikt nie widzi w tym niczego złego. Odgórne próby kształtowania demokratycznego ładu na najniższym poziomie stają się przedmiotem krytyki tylko wtedy, gdy partia rządząca zamierza uchwalić rozwiązania prawne, które będą korzystne dla niej, mniej przychylne natomiast dla konkurentów z opozycji. Nikt jednak nie protestuje w sytuacji, gdy już dawno istnieją w ordynacji wyborczej zapisy dyskryminujące lokalne inicjatywy, a korzystne dla podmiotów ogólnopolskich. Żadna partia nie powie o tych zapisach złego słowa, bo wszak to właśnie im zawdzięczają rozciągnięcie sfery własnych wpływów także tam, gdzie „wielka polityka” powinna mieć dostęp mocno ograniczony.
O pierwszym problemie już wspomniałem. Media ekscytują się rozgrywkami między partiami w kontekście nadchodzących wyborów samorządowych. Czy PiS zyska, czy może straci? Czy PO da mu nauczkę? Czy LPR, Samoobrona i PSL uratują się dzięki nim przed dalszą degradacją? Czy postkomuniści dostaną od wyborców premię za jedność i sojusz z liberałami-etosiarzami? Jednym słowem: kto „weźmie” samorządy. Ten ostatni zwrot – powszechnie używany przez media i polityków – najlepiej obrazuje skalę degrengolady w myśleniu o społecznościach lokalnych i wyłanianiu ich przywództwa. Efekt jest taki, że język debaty o samorządności oraz sposób myślenia o niej kształtowany jest przez ogólnopolskie, głównie stołeczne podmioty, co sprawia, że zatraca się podstawowy sens lokalnej polityki.
Gdyby na tym można było poprzestać opisując problem zawłaszczania sfery „dolnej” przez „górną”, to pół biedy. Jest jednak znacznie gorzej. Regulacje dotyczące wyborów do samorządu lokalnego zawierają bowiem zapisy, które jawnie i w świetle prawa dyskryminują oddolne inicjatywy wyborcze. Już na starcie stawiają je szczebel niżej od podmiotów ogólnopolskich.
Co mówi ordynacja wyborcza do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw? W dziale I, o nazwie „Przepisy wspólne”, czytamy w Art. 78.: „1. Komitetom wyborczym, które zarejestrowały listy kandydatów w ponad połowie okręgów w wyborach do wszystkich sejmików województw, przysługuje również prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych w programach ogólnokrajowych Telewizji Polskiej i Polskiego Radia.; 2. Łączny czas nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych wynosi 15 godzin w Telewizji Polskiej i 20 godzin w Polskim Radiu”. Mówiąc wprost: jeśli lokalne komitety wyborcze wystawiają kandydatów do sejmiku wojewódzkiego w jednym lub kilku okręgach wyborczych, to ich jedyną bronią w walce o poparcie są własne materiały propagandowe, wytworzone za środki finansowe tegoż komitetu. Kontrkandydaci tychże komitetów, startujący z list zarejestrowanych w ponad połowie okręgów, oprócz własnych materiałów wyborczych mają do dyspozycji łącznie 35 godzin darmowej reklamy w publicznych mediach ogólnopolskich. Jak to się przekłada na równe szanse obu podmiotów – zwłaszcza w epoce, gdy radio i TV są jednymi z głównych narzędzi kształtowania opinii publicznej – nie trzeba chyba tłumaczyć.
To nie koniec. Art. 76. tej samej ordynacji mówi, iż: „Komitetom wyborczym, których listy kandydatów zostały zarejestrowane, przysługuje, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, prawo do nieodpłatnego rozpowszechniania audycji wyborczych przez terenowe oddziały Telewizji Polskiej – Spółka Akcyjna i przez spółki publicznej radiofonii regionalnej /…/” . Niby tym razem mamy równość. Tak się jednak składa, że publiczna telewizja i radio nie mają oddziałów lokalnych, lecz jedynie regionalne, na poziomie województwa, sporadycznie w niektórych miejscach kraju posiadając swe dodatkowe ośrodki w większych miastach nie-wojewódzkich (głównie w byłych ośrodkach tego typu, sprzed reformy administracyjnej). W praktyce oznacza to, że o ile w wyborach do sejmików wojewódzkich wszyscy kandydaci mają szanse przedstawić swoje programy i pomysły potencjalnym wyborcom, o tyle publiczna telewizja i radio nie zaprezentują nam wszystkich kandydatów np. do rad gmin. Dowiemy się z nich tylko tyle, że takie czy inne duże podmioty – zarejestrowane w skali ponadlokalnej – zachęcają nas do głosowania na ich kandydatów w wyborach do m.in. tychże rad gmin. Znów więc w praktyce duży może więcej.
Co jeszcze ciekawego mówi nam ordynacja? Ano to, w artykule 79., iż: 1. Niezależnie od czasu przyznanego na nieodpłatne rozpowszechnianie audycji wyborczych każdy komitet wyborczy może, w okresie od 15 dnia przed dniem wyborów do dnia zakończenia kampanii wyborczej, odpłatnie rozpowszechniać audycje wyborcze w programach publicznych i niepublicznych nadawców radiowych i telewizyjnych.; /…/ 5. Czas przeznaczony na rozpowszechnianie odpłatnych audycji wyborczych nie jest wliczany do ustalonego odrębnymi przepisami dopuszczalnego wymiaru czasu emisji reklam”. Widzimy więc, że komitety duże, ponadlokalne, oprócz darmowej promocji w mediach publicznych, mogą się do woli reklamować za pieniądze w tychże mediach, a także w prywatnych gazetach, rozgłośniach i stacjach, plus oczywiście za pomocą wszelkich innych materiałów, jak plakaty, ulotki czy billboardy.
Ktoś powie – i co w tym złego? To, że komitety ponadlokalne są na ogół komitetami partyjnymi. Duże partie polityczne otrzymują na swą działalność dotacje z budżetu państwa – wystarczy w wyborach parlamentarnych zdobyć powyżej 3% głosów, by te pieniądze dostać. Oprócz tego państwo pokrywa w niemałej kwocie wydatki na zaplecze dużych partii „w terenie”, w postaci biur poselskich i senatorskich. W wyborach lokalnych stają więc naprzeciwko siebie dwojakie podmioty: zamożne, finansowane w znacznej mierze z budżetu partie polityczne oraz niewielkie, lokalne inicjatywy, które mogą liczyć jedynie na środki własnych członków i sympatyków, a struktury i zaplecze (choćby lokale na zebrania) opłacać ad hoc z tychże środków.
To wszystko, co opisałem, gdyby ktoś jeszcze nie dostrzegł, nazywane jest równością praw. Zaiste, ciekawa to równość. Inicjatywy, które powinny być „solą tej ziemi”, tzn. powstawać oddolnie i naprawdę lokalnie w celu zdobycia wpływu na własną społeczność i zasady jej funkcjonowania, są jawnie dyskryminowane w wyborach samorządowych. Nikt z „wielkich” polityków się na to nie oburza, łącznie z rzekomymi miłośnikami decentralizacji państwa. Palcem w tej sprawie nie kiwnął Rzecznik Praw Obywatelskich. Nie spędza to snu z powiek różnej maści „uzdrawiaczom” ordynacji. Problemem dotyczącym większości, jeśli nie wszystkich obywateli, nie interesują się wszelacy specjaliści od „antydyskryminacji”.
Oczywiście partie nie są przybyszami z kosmosu. Część z nich ma silne, autentyczne struktury lokalne i sympatyków aktywnych politycznie na najniższych szczeblach podziału administracyjnego. W niektórych miejscowościach są one zapewne jednymi z niewielu form faktycznego zaangażowania obywateli w życie publiczne. Mają one także prawo starać się o wpływy polityczne w samorządach, choćby po to, żeby polityka centralna, ogólnopolska, mogła zostać „przełożona” na lokalne, odczuwane przez ogół obywateli, konkrety. Nie zmienia to jednak faktu, że polityka lokalna nie powinna być polityką partyjną. Choćby dlatego, że mnóstwo kwestii na poziomie społeczności lokalnych ma charakter „pozapolityczny”. Albo dlatego, że mnóstwo osób ze świetnymi pomysłami i zaangażowanych w działania na rzecz swoich miejscowości, nie ma ochoty na funkcjonowanie w łonie partii – obecna ordynacja już na starcie skazuje ich na gorszą pozycję w walce o to, kto będzie władał „na dole”.
Całkowita eliminacja wpływu odgórnych inicjatyw na lokalne realia to postulat zapewne utopijny, a także szkodliwy. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli polityka samorządowa nadal będzie zdominowana przez ogólnopolskie nazwy, pomysły i pieniądze, o demokracji lokalnej będzie można mówić jedynie z przymrużeniem oka. Stosunek wobec obecnie istniejących, wyżej wskazanych, daleko posuniętych wad ordynacji wyborczej, jest znacznie lepszym miernikiem tego, jak dana osoba czy inicjatywa postrzega kwestię faktycznego społeczeństwa obywatelskiego, niż cała związana z tym terminem atrapa w postaci górnolotnych deklaracji, wzniosłych haseł, mądrych konferencji i jeszcze mądrzejszych opasłych tomów z receptami na to, jak „ożywić społeczności lokalne”. Najpierw przestańcie je tłamsić, a wtedy dopiero zobaczymy, czy w ogóle istnieje problem ich odgórnego ożywiania.
przez Remigiusz Okraska | środa 27 września 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawno opublikowany przez „Życie Warszawy” zapis rozmów Jacka Kuronia z pułkownikiem-esbekiem Lesiakiem wywołał prawdziwą burzę. Długo można by o tym pisać, ale w kwestii PRL-owskiej przeszłości ograniczę się do kilku uwag, by później przejść do tego, co interesuje mnie bardziej.
Po pierwsze, nie czuję się upoważniony do oceny tego, co Kuroń robił „za komuny”. Sądzę też, że ludzie w moim wieku i młodsi, a więc tacy, którzy na własnej skórze nie poznali tamtych realiów jako osoby dorosłe, nie powinni zabierać głosu na podobny temat. Dziś łatwo jest potępiać, ganić, mądrzyć się i demonstrować odwagę – bo nic to nie kosztuje. Ktoś, kto choć raz nie dostał milicyjną pałą, nie miał w mieszkaniu esbeckiego kipiszu i nie spędził w celi choć „48”, powinien ugryźć się w język zanim oskarży Kuronia o zdradę, tchórzostwo, zaprzaństwo itd. W tej kwestii zgadzam się z osobami, które wyrażały oburzenie, gdy młodzi posłowie LPR-u dywagowali na temat odebrania Orderu Orła Białego współautorowi listu otwartego do Partii.
Nie zgadzam się natomiast z opiniami, że Kuroń powinien być w ogóle nietykalny, traktowany niczym świętość. Nie tylko on bowiem siedział w więzieniu, przeżywał rewizje i szykany – inne osoby zaangażowane w opozycję antykomunistyczną mają pełne prawo kwestionować zasadność i krytycznie oceniać wymowę nie tylko rozmów Kuronia z SB, ale i każdy inny aspekt jego działalności. A że część z nich ocenia bardzo krytycznie, wiadomo od dawna, zanim opinia publiczna poznała zapis wspomnianych rozmów.
Po trzecie, napawa mnie niesmakiem dwulicowość obrońców Kuronia. Dziś są oburzeni, gdy ktoś kwestionuje jego „świętość”, podważa autorytet, wątpi w geniusz i czyste intencje. Jacek – mówią – tyle dla Polski zrobił, tyle wycierpiał, tak się poświęcał, a teraz podli, mali i zawistni ludzie go opluwają. A ja się pytam, i też nie ukrywam swego oburzenia, jakim prawem różni „przyjaciele Jacka” opluwali po roku 1989 bez pardonu i bez zażenowania ludzi tej miary, co Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz, Kornel Morawiecki czy Jan Olszewski? Krytyka Kuronia jest traktowana jako niemalże zbrodnia przeciwko ludzkości – nie było jednak wedle tych samych osób niestosowne, gdy jakieś gnojki na pensji u Michnika wylewały kubły pomyj na szlachetnych ludzi, czyniąc z nich niemalże wariatów, nienawistników, wykolejeńców, mącicieli itp.
Po czwarte, nie widzę najmniejszego powodu, by Kuroń czy ktokolwiek inny pozostawał poza nawiasem zainteresowania historyków tylko dlatego, że wedle pewnej grupy jest on legendą. Albo można badać cokolwiek się zechce, albo są jakieś zakazy formalne lub umowne – i wtedy wracamy do realiów PRL-u właśnie. Doprawdy, zabawne, że w świecie, w którym można, a w pewnych kręgach wręcz wypada kwestionować istnienie Pana Boga, nie można powiedzieć złego słowa o Jacku Kuroniu…
Jak się jednak rzekło na wstępie, mniejsza o przeszłość PRL-owską. Dziś słyszę, że mam wybierać między „Polską Kaczyńskich” a „Polską Kuronia”. Przed takim wyborem stawiają mnie liderzy SLD, SdPL i Demokratów.pl, czyniąc to na użytek kampanii wyborczej, a wtórują im dziennikarze głównych mediów prywatnych. Cóż to jest jednak ta „Polska Kuronia”? Ano właśnie – w tym momencie kończą się żarty, a zaczynają schody. Zapewne beneficjenci III RP, do niedawna sprawujący realną władzę polityczną, mający ogromne wpływy w biznesie i dzierżący rząd dusz, są z „Polski Kuronia” zadowoleni. Ale trzeba doprawdy wiele, bardzo wiele tupetu, aby polecać ją zwykłym ludziom.
„Polska Kuronia” to bowiem ta Polska, w której około 20% obywateli w wieku produkcyjnym zostało pozbawionych pracy, czyli w większości przypadków także środków do życia. To Polska, w której ludzie biedni byli przez kumpli Kuronia traktowani jako ofermy i łajzy, same sobie winne. To ta Polska, w której dzieci w Bieszczadach, w byłym woj. słupskim, na Suwalszczyźnie i w wielu innych regionach – po prostu nie miały co jeść. To Polska, do której powróciły biedaszyby, stanowiące zjawisko szokujące dla jakiegokolwiek „zachodniego” cudzoziemca odwiedzającego region wałbrzyski. To Polska, w której dziesiątki zakładów przemysłowych uznano za nierentowne, co nie przeszkodziło, by wielu cwaniaków dorobiło się sporych fortun na ich rozdrapaniu. To Polska, w której tolerancją wycierano sobie gęby, ale każdy, kto kwestionował wywody liberalnych mędrków był nazywany oszołomem, faszystą czy po prostu wariatem. To Polska, w której autorytetami moralnymi byli przez lata późniejsi partnerzy Lwa Rywina w tzw. negocjacjach biznesowych. To Polska, w której za miesiąc ciężkiej pracy płaciło się 700 zł, albo i nie płaciło wcale, gdy taki akurat był kaprys Jaśnie Pana Pracodawcy. To Polska, w której państwowa policja na usługach prywatnego biznesmena pacyfikowała protest robotników w Ożarowie. Itd.
To właśnie była Polska Kuronia. W niej premier Mazowiecki wysłał policję, by rozbiła transporterami opancerzonymi blokady drogi pod Mławą, zorganizowane przez Solidarność Rolników Indywidualnych. W niej płk. Lesiak, już jako pozytywnie zweryfikowany oficer UOP, zajmował się rozbijaniem „niewygodnych” ugrupowań politycznych różnych – wbrew bzdurnej, obiegowej opinii o „inwigilacji prawicy” – opcji, m.in. Polskiej Partii Socjalistycznej, wówczas jeszcze będącej szansą na lewicę niekomunistyczną. W niej kumple Kuronia z „Gazety Wyborczej”, w imię wolności słowa i pluralizmu, odmówili zamieszczenia płatnych (sic!) ogłoszeń wyborczych komitetu „Poza Układem”, tworzonego przez Annę Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdę. To była Polska Kuronia.
I proszę nie opowiadać bajek, że na taką Polskę byliśmy skazani po 45 latach „komuny” – przykład leżących po sąsiedzku Czechu świadczy, że nie byliśmy, że można to było zrobić inaczej, lepiej. Ale trzeba było chcieć – Kuroń zaś, niczym filantrop z liberalnych opowiastek, wolał rozdawać zupy niż tworzyć sprawiedliwsze społeczeństwo. Mówić dziś większości społeczeństwa, że powinna wybrać „Polskę Kuronia” to tak, jakby napluć im w twarz.
Co więcej, jakby już mało było tej obłudnej farsy, w ramach obrony dobrego imienia Jacka Kuronia wyciągnięto z lamusa jego jakże mile brzmiące hasło „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. To piękne wezwanie, ale może ktoś z obrońców Kuronia zechce się zainteresować tym, jak jego idol pojmował owo hasło po roku 1989, gdy już negocjacje z „komuchami” – mniejsza o to, od kiedy trwające – zakończył sukcesem. Od kilkunastu reprezentantów różnych środowisk słyszałem, iż to właśnie Kuroń był u zarania III RP jednym z głównych oponentów oddolnych, niezależnych inicjatyw obywatelskich. Do niego właśnie, mając na uwadze dysydencką legendę, ujmujący sposób bycia i ideały głoszone przez lata, zgłaszali się ci, którzy na serio pojmowali wolność i myśleli, że skoro komuna wreszcie upadła, to można będzie stworzyć nową, lepszą Polskę. Zgłaszali się do Kuronia zwolennicy samorządu robotniczego, akcjonariatu pracowniczego, niehierarchicznych form edukacji, różnego rodzaju wolnościowych koncepcji samorządowych itp. Nie chodzi o to, że Kuroń ich nie poparł – być może zdawał sobie sprawę z utopijności takich rozwiązań w ogóle lub w tamtym okresie. Z relacji owych ludzi wiem jednak, że Kuroń okazywał im pogardę, a wręcz zwalczał ich. Oni nie chcieli palić komitetów, chcieli zakładać własne. Kuroń wolał natomiast popierać plan Balcerowicza, reformy wedle zaleceń Banku Światowego oraz tworzenie zrębów nowej oligarchii. Do opowieści o oddolnych inicjatywach wrócił dopiero po kilkunastu latach – wtedy, gdy jego ultraliberalna partia „etosiarzy” wylądowała na śmietniku, a społeczna energia zamiast w zakładaniu komitetów znalazła ujście w poparciu dla Samoobrony i LPR. Zdegustowani waleniem głową w mur, postawili tym razem na taran.
Nie mam pretensji do Jacka Kuronia, że popełniał błędy. To normalna rzecz, każdemu się zdarza, choć również każdy powinien zostać z nich rozliczony. Pretensję mam do tych, którzy kreują go na świętego, choć takowym nie był, a oni są zapewne w jeszcze mniejszym stopniu. Mam pretensję do tych, którzy proponują mi wybór „Polski Kuronia”. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycony „Polską Kaczyńskich” i mógłbym obecnej ekipie sporo zarzucić. Wiem jednak na pewno, że Polska nie tylko Kuronia, ale też Olejniczaka, Borowskiego i Frasyniuka była Polską złą i nie zasługuje na żadną obronę.
przez Remigiusz Okraska | piątek 8 września 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Powyższe zestawienie należy do tzw. kontrowersyjnych. Bo przecież „owsiakowcy” nie lubią „rydzykowców” i vice versa. Ale jeśli spojrzeć pod podszewkę zjawiska i odrzucić oklepane opinie, łatwo dostrzec, że więcej ich łączy niż dzieli. Łączą kwestie „klasowe”. Uczestnicy pielgrzymki Rodziny Radia Maryja i Przystanku Woodstock pochodzą z bardzo podobnych środowisk społecznych. To głównie reprezentanci „Polski B” – tych miejscowości, regionów, warstw i klas, które na różne sposoby są marginalizowane i lekceważone, dla których nie ma zbyt wiele miejsca w przestrzeni publicznej, o których nie troszczą się ani masowe media, ani wielki biznes, ani luminarze obecnego porządku.
Słuchacze Radia Maryja to w opinii mainstreamu zacofańcy, banda ciemniaków, tacy podludzie w Nowym Wspaniałym Świecie. Wierzą w zabobony, na które nie ma miejsca w XXI wieku. Myślą w prostych kategoriach dobra i zła, nie zaś wedle kanonów pluralizmu i tolerancji. Ich zachowania polityczne i sposoby artykulacji przekonań są „brutalne” – dalekie od atmosfery salonowych debat, gdzie grzeczni chłopcy i starsi panowie z warszawki różnią się pięknie, jedni są „lewi” a drudzy „prawi”, lecz wszyscy biorą pensję od Rapaczyńskiej, Wildsteina i Axela Springera.
Z kolei uczestnicy Przystanku Woodstock, choć milej widziani przez establishment, bo bliżsi mu na płaszczyźnie kulturowej, też nie są jego pupilkami. Nie ma z nich wielkiego pożytku, ponieważ nie dysponują wielką siłą nabywczą. To nie jest klientela stołecznych modnych klubów ani tzw. target wielkich firm odzieżowych czy muzycznych. To dzieciaki z mizernym kieszonkowym lub ich nieco starsi koledzy z miesięczną pensją między 600 a 900 zł, albo i bez jakiejkolwiek pensji.
Jedni i drudzy to „inny świat” – mieszkańcy peryferyjnych blokowisk, małych miasteczek i wiosek, często kiepsko wykształceni, bez znajomości i „pleców”, mocno osadzeni w realiach, które na salonach pojawiają się wyłącznie za pośrednictwem ckliwych reportaży w „Dużym Formacie” czy krzykliwych i sentymentalnych zarazem programów Elżbiety Jaworowicz.
Uczestnicy Przystanku Woodstock wierzą, że drużyna o. Rydzyka chciałaby wszelkich „odmieńców” palić na stosach. Słuchacze Radia Maryja są zaś przekonani, że „owsiakowcy” to banda hedonistycznych degeneratów. Oczywiście, że różnice między tymi grupami istnieją, choć na potrzeby interesów elit są mocno wyolbrzymiane i podsycane. Młodzież z Woodstocku buntuje się, bo taka jest natura młodzieży. Elity muszą jednak dbać o to, aby buntowała się „właściwie”, to znaczy tak, aby niewiele zrozumiała z dzisiejszego świata. Młodzież „owsiakowa” wierzy więc, że w Polsce głównym problemem jest urojony faszyzm, nie zaś realne pensje w wysokości 800 zł. Wierzy też, że za wszystkie nieszczęścia odpowiadają o. Rydzyk, Lepper i bracia Kaczyńscy. Co by to było, gdyby zrozumiała, że brak perspektyw i bezrobocie zafundował im Balcerowicz, nie zaś Kaczyńscy, że to nie Rydzyk, lecz Michnik jest właścicielem potężnego i bezkarnego medialnego imperium, że myślenie salonowych liberałów pokroju Witolda Gadomskiego jest dużo bardziej prostackie niż Leppera.
„Rydzykowcy” również dają się nabierać różnym hochsztaplerom, wierząc, że sedno sprawy tkwi w „obcości” wielkiego kapitału, nie zaś przede wszystkim w samych jego mechanizmach, obojętnie, czy będzie stała za nimi ponadnarodowa oligarchia, czy „układ” liberalno-postkomunistyczny, czy jakiś „prawdziwie polski” biznesmen. Dają sobie też wmawiać, że patriotyzm i przywiązanie do Polski polega na pustosłowiu, czołobitności wobec o. Rydzyka, obnoszeniu się z wizytami w kościele oraz pomstowaniu na „Gazetę Wyborczą” i SLD.
Nie trzeba wiele bystrości, aby dostrzec, iż ci, którzy wycierają sobie gębę tolerancją, są całkowicie nietolerancyjni dla swoich przeciwników. Nie trzeba być bardzo wnikliwym, aby zauważyć, że Monika Olejnik, która w tym roku odwiedziła młodzież na Woodstocku, nie jest żadną obiektywną dziennikarką, lecz pozbawioną skrupułów pracownicą liberalnej machiny propagandowej. Z drugiej strony, nie trzeba wiele bystrości, aby zauważyć, że seks nieletnich, narkotyki i alkohol nie potrzebują Woodstocku – wystarczą „porządne” dyskoteki, jakich pełno w każdym mieście. Dopóki „alternatywna młodzież” będzie widziała w Radiu Maryja złowieszczy faszyzm, a „Nasz Dziennik” w Przystanku Woodstock tylko demoralizację, dopóty liberalny establishment będzie zacierał ręce i cieszył się, że tak łatwo udaje się stosować odwieczną sztuczkę o nazwie divide et impera.
A co by było, gdyby tak oba środowiska się zreflektowały? Nie mówię, że powinny się pokochać. Ale mogłyby dostrzec, że wiele łączy je nie tylko w kwestii usytuowania w strukturze klasowej, czy – rozpatrując rzecz w kategoriach bardziej nowoczesnych – w schemacie „centrum – peryferie”. Mogłyby zauważyć, że również ich interesy grupowe są bardzo podobne. Bo jedni mogą nienawidzić „faszyzmu”, a drudzy „demoralizacji”, ale po pielgrzymce i Przystanku wrócą do tych samych bloków, miasteczek i wsi. Wrócą tam harować za 800 zł, siedzieć na bezrobociu (w tych regionach wyłącznie „strukturalnym”) lub kończyć szkoły produkujące bezrobotnych oraz pracowników 800-złotowych. Jednych i drugich czeka to, co John Steinbeck odmalował tak przejmująco w powieści o „Ameryce B” – „Gronach gniewu”: bieda, upokorzenie, wykluczenie, poniewierka za wyśnionym lepszym życiem.
Steinbeck pisał: „Ci ludzie, którzy są pewni wszystkiego i nie poczuwają się do żadnego grzechu to skurwysyny, i gdybym był Panem Bogiem, to kopniakiem w tyłek wyrzuciłbym ich z nieba. Nie ścierpiałbym takich”. Właśnie tacy ludzie napuszczają „owsiakowców” i „rydzykowców” na siebie. Może warto zrobić im psikusa i spuścić solidne manto, zamiast wyżywać się we wzajemnych atakach?
przez Remigiusz Okraska | środa 23 sierpnia 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Oczywiście doskonale rozumiem wielką satysfakcję różnych środowisk po ujawnieniu plamy na życiorysie niemieckiego pisarza. Grass należał do czołowych moralizatorów, wielokrotnie brał udział, a nawet przewodził medialnym kampaniom spod znaku grzebania w życiorysach i rozliczania różnych ludzi z błędów popełnionych w przeszłości. Szczególnie głupio wygląda, gdy ktoś czyni coś, co potępiał u innych. W tym konkretnym przypadku groteska jest wyjątkowa – były żołnierz Waffen SS zaangażowany w wieloletnie tropienie pozostałości i odradzających się przejawów faszyzmu. Jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus, „tego nie wymyślił Hašek” – to wymyśliło samo życie.
Nic dziwnego, że „sprawa Grassa” nie tylko oburzyła, lecz także sprawiła satysfakcję wielu środowiskom. Taką satysfakcję przeżywam ostatnio dość często również ja i znam jej słodki smak. Nie będę robił szczegółowego przeglądu, wspomnę tylko o kilku przypadkach „tematycznych”.
Oto np. stowarzyszenie ATTAC-Polska było kiedyś prężną inicjatywą antyglobalistów, skupiającą ludzi z różnych środowisk. Dziś jest niewielką grupką głównie skrajnych lewicowców, bo z organizacji tej „znikło” całkiem sporo działaczy, często w atmosferze zarzutów o sympatie skrajnie prawicowe. To zarzut z gatunku takich, których nie trzeba udowadniać, a jego siła rażenia jest ogromna. W ramach rozgrywek we wspomnianym ATTAC-u pojawiły się rewelacje o tym, kto gdzie publikował 10 lat temu, kto się z kim spotkał 5 lat temu, co się komu wydaje, a o kim ktoś coś – niekoniecznie prawdziwie, ale jednak – powiedział. Oczywiście sami zainteresowani i ich deklaracje nie miały tu nic do rzeczy. Sądy kapturowe tym się różnią od normalnych, że nie obowiązuje w nich ani prawo do obrony, ani też zasada domniemania niewinności. Skazać więc można każdego za cokolwiek, jeśli tylko ktoś inny ma w tym jakiś interes, nie posiada natomiast skrupułów.
Te starannie zaplanowane kampanie oszczerstw dotknęły m.in. „Obywatela”. Naszą „zbrodnią” było to, iż – zgodnie z intencjami, jakie przyświecały stworzeniu pisma – obok autorów o poglądach lewicowych drukujemy także teksty prawicowców, a polityczną poprawność i etykietki przyklejane przez liberalny establishment jego wrogom, mamy po prostu gdzieś. Tymczasem ci sami puryści, którzy nas i innych oskarżali niedawno o „faszyzm”, obecnie intensywnie współpracują ze związkiem zawodowym „Sierpień ‘80” i Polską Partią Pracy (PPP). To ciekawy sojusz, bo liderzy związku i partii zaledwie kilka lat temu umizgiwali się do skrajnego prawicowca z Francji, Jean Marie Le Pena oraz tworzyli sojusz wyborczy z ultranacjonalistami z Narodowego Odrodzenia Polski. Obecne szefostwo polskiego ATTAC zachłystywało się oburzeniem na „Obywatela”, jednak dziś paraduje na wspólnych demonstracjach np. z wiceszefem PPP, Mariuszem Olszewskim, który nie dość, że zaliczył epizod „lepenowski” i „nopowski”, to w dodatku był wieloletnim działaczem oraz posłem Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Jak łatwo sprawdzić, liderzy wspomnianych sojuszniczych formacji ATTAC-u współpracowali z „faszystami” znacznie intensywniej niż my. No i co? No i nic. Nie tylko są równi i równiejsi, ale w dodatku ci równiejsi mogliby się przyzwoitości uczyć chyba nawet od pań lekkich obyczajów.
Podobną satysfakcję odczuwam, gdy w „Midraszu”, miesięczniku polskich Żydów, czytam, że czasopismo „Rewolucja” zamieszcza – zdaniem redakcji „Midrasza” – cytuję: „publikacje antysemickie”. Mam tę satysfakcję, gdyż owa „Rewolucja” jest wydawana przez Fundację Książka i Prasa, której ludzie w ramach wspomnianej nagonki w łonie ATTAC przewodzili potępianiu „Obywatela”, będąc autorami kilku donosów zawierających ordynarne manipulacje. Ba, z wydawnictwem, które odpowiada za edycję czasopisma z publikacjami – wedle „Midrasza” – antysemickimi, współpracuje sam Rafał Pankowski, jeden z czołowych polskich „miotaczy” oskarżeń o antysemityzm. Jak widać, z tą czujnością „antyfaszystowską” bywa bardzo różnie – dziwnie łatwo przymyka się na nią oko, gdy chodzi o własnych kumpli czy sponsorów.
Wznosząc się o kilka stopni wyżej i wracając do głównego wątku, z satysfakcją czytam, jak Michnik Adam poucza Wałęsę Lecha. Redaktor „Gazety Wyborczej” tłumaczy, że ex-prezydent nie powinien postponować Grassa. Wiele osób popełnia w młodości błędy, jednak nie powinny one przekreślać człowieka na całe życie. To interesująca deklaracja, gdyż gazeta Michnika Adama jak dotychczas chętnie rozliczała swoich przeciwników z błędów młodości.
Kilka miesięcy temu na przykład opisała w alarmistycznym tonie, jak pewien poseł Samoobrony, w wieku lat bodajże siedemnastu – dokładnie 12 lat temu, w dodatku w celach zarobkowych, jak twierdzi sam zainteresowany – przetłumaczył z języka obcego jakąś broszurkę narodowo-socjalistyczną. Artykuł w „Wyborczej” sugerował nie tylko, że poseł Mateusz Piskorski był wówczas zadeklarowanym hitlerowcem, lecz również i to, że podobne ciągotki nie są mu obce aż po dziś dzień. Sęk w tym, że poseł ów obecnie ma poglądy raczej lewicowe niż prawicowe, a od wielu, wielu lat nie zdradza ani cienia sympatii dla hitleryzmu. Ponieważ jednak „Gazeta Wyborcza” nie lubi Samoobrony, to czemuż nie pogrzebać w domniemanych błędach młodości jej działaczy.
Podobne przykłady, będące przyczyną trudnej do pohamowania Schadenfreude, mógłbym wymieniać dalej. Nie dziwi mnie więc, że wpadka Grassa wywołała tyle satysfakcji – ledwo skrywanej za oburzeniem – wśród wielu ludzi i środowisk. Nie zamierzam jednak w tym nastroju pozostawać, ani też podkręcać go i wyzłośliwiać się nad Grassem. Grzebanie się w obrzydliwej hipokryzji kilku wspomnianych grupek również pozwoliłem sobie wykonać po kilku latach dość cierpliwego znoszenia wielu chamskich ataków z ich strony (opisałem zaledwie wierzchołek góry lodowej).
Na co dzień zamiast takiego bagienka zdecydowanie wolę te ideały i standardy, które popularyzował i własnym przykładem poświadczał George Orwell. Zamiast wspierania prymitywnej szermierki przy pomocy „argumentów” spod znaku czyjegoś pochodzenia, sytuacji osobistej, wytykania błędów z lat dawno minionych etc., autor „Folwarku zwierzęcego” akcentował uczciwość w rozpatrywaniu racji swoich oponentów. Bywało wielokrotnie tak, że choć identyfikował się z lewicą, potrafił przyznać rację konserwatystom, a nawet ostro skrytykować w takich sporach ludzi ze swojego obozu politycznego, jeśli tylko używali naciąganych i fałszywych argumentów. Co prawda Orwell już od dawna nie może nam tych zasad przypominać na bieżąco, ale takie sytuacje, jak obecna „afera Grassa”, prowokują do ponownego przemyślenia jego postawy. Bo problem ten – inaczej niż autor „Roku 1984” – jest nieśmiertelny, a mam wrażenie, że wręcz się nasila.
Może wreszcie należałoby wprowadzić do polityki i debaty publicznej nieco rozsądku i dobrej woli. Nie wierzę w świat bezkonfliktowy. Nie mam nic przeciwko ostrym sporom, a wręcz przeciwnie – uważam je za kwintesencję faktycznej demokracji. Ale jakoś nieszczególnie utopijna wydaje mi się taka sytuacja, kiedy media wszelkich opcji politycznych zajmują się w znacznie większej mierze merytorycznymi argumentami swoich przeciwników oraz ich równie merytorycznym odpieraniem. Rezygnują natomiast z wyciągania im mało istotnych błędów młodości, z grzebania w życiu osobistym, z bezmyślnego obrzucania epitetami (lewak, faszysta, populista, liberał, komuch, katol, itd.), z preparowania – za pomocą przemilczeń czy wyrywania z kontekstu – fałszywej wizji ich poglądów. Oczywiście nie zawsze można tak uczynić. Trudno pomijać np. 30-letnią karierę w ramach PZPR jakiegoś faceta, który dziś przybiera pozę bojownika wolności i swobód obywatelskich. Równie trudno nie dostrzegać licznych świństewek paniusi, która kreuje się na arcykatolicką ostoję moralności. Ale na pewno można sprawić, żeby tego rodzaju kwestie nie stanowiły clou debaty publicznej.
Nie ma powodów, by nie wierzyć, że służba w SS była dla nastoletniego Güntera Grassa faktycznie błędem młodości, a sam pisarz swą wieloletnią działalnością dał dostateczne świadectwo, iż z owego błędu dawno wyrósł. Nie uważam, aby autora „Blaszanego bębenka” należało okładać ciosami potępień i wyrzutów. Chciałbym jednak, żeby na tej samej zasadzie zakończyć ocenianie dorobku Heideggera przez pryzmat przejściowej fascynacji hitleryzmem, a Sartre’owi przestać wypominać podobną wpadkę ze Stalinem. Nie chodzi o to, by udawać, że takie fakty nie miał miejsca. Wystarczy, że o nich wiemy, lecz nie powinny stanowić argumentu w sporze z całokształtem koncepcji filozoficznych czy poglądów politycznych owych myślicieli. W przeciwnym razie zamiast debat mamy denucjacje, zamiast demokracji – wojny gangów.
Ludzie błądzą, mylą się, robią głupstwa, mają swoje słabości, lekkomyślnie wybierają różne „drogi na skróty”. Wszyscy ludzie – także niżej podpisany, także ci, którzy o głowę przerastają mnie intelektem, prawością charakteru i odpornością na rozmaite pokusy. Nie ma potrzeby przymykać na to oczu – nie ma też potrzeby przekreślać żadnego człowieka na całe życie. A przede wszystkim nie powinno się zamieniać życia publicznego w nieustający pokaz różnych mało istotnych brudów, wyciąganych skąd się da i chyba tylko w takim celu, aby stworzyć przeświadczenie, że dokoła są same łotry. I taką lekcję warto chyba wyciągnąć ze „sprawy Grassa”.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 31 lipca 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska, nr 75 (lato-jesień 2017)
Niedawno podczas obchodów 30. rocznicy robotniczego, antykomunistycznego buntu roku 1976, zorganizowanych w Ursusie, jeden z mówców nazwał dawnych twórców Komitetu Obrony Robotników „garbatonosymi szczurami, które wypełzły na styropian i twierdzą, że to oni są twórcami Solidarności”. Po tej antysemickiej aluzji dodał jeszcze, że robotniczy zryw zawłaszczyli „syjoniści”, którzy dorwali się do władzy i zepchnęli szerokie rzesze społeczeństwa w otchłań nędzy.
Takie brednie słyszę często. Docierają do mnie w postaci odezw i apeli „prawdziwych Polaków”. Natrafiam na nie podczas przeglądania „patriotycznych” stron internetowych. Ich wymowa jest zawsze podobna: dobry, zdrowy zryw super-polskiej „Solidarności” zepsuli, zdradzili i wykoleili źli Żydzi. Ci Żydzi, którzy rzekomo czyhali na polskie dokonania, to – według głosicieli takowych teorii – mniej więcej środowisko dzisiejszej „Gazety Wyborczej”.
Szczytem takiego „patriotycznego” absurdu był list, jaki otrzymałem, gdy rok temu organizowaliśmy niezależne obchody 25. rocznicy powstania „Solidarności”. Jego autor proponował, byśmy obchody „uświetnili” wystawieniem dramatu „Zmartwychwstanie” autorstwa Lusi Ogińskiej, w reżyserii Bohdana Poręby. Nie znam owego dramatu, więc o samym „Zmartwychwstaniu” nie powiem nic – ani złego, ani dobrego. Jednak autor listu proponował ni mniej ni więcej, aby rocznicę powstania antykomunistycznej „Solidarności” uczcić reżyserskim dziełem byłego lidera i twórcy antysemickiego stowarzyszenia „Grunwald”. Tego samego „Grunwaldu”, który w swych działaniach popierał „narodową” frakcję partii komunistycznej, a „Solidarność” zwalczał zajadle od samego początku. Równie dobrze można by na uczczenie obchodów rocznicy powstania Armii Krajowej zaprosić jakiegoś gruppenführera SS.
Nie jestem w stanie powiedzieć dobrego słowa o „Gazecie Wyborczej” czy o tej części dawnego KOR-u i „Solidarności”, która później utworzyła Unię Wolności i jej przeróżne polityczne, gospodarcze i kulturalne odnogi. To oni promowali skrajnie neoliberalny model gospodarczy, którego skutkiem jest upadek wielu gałęzi przemysłu i bezrobocie setek tysięcy osób, pozbawionych wraz z rodzinami środków do życia. To im zawdzięczamy tak szkodliwą strukturę własności banków, mediów czy sektora energetycznego, jakiej nie spotkamy w żadnym innym normalnym państwie. To oni przekonywali nas, że patologie wolnego rynku są nieuniknione i dotykają wyłącznie nieudaczników i półanalfabetów. To ludzie tego środowiska odpowiadają za kastowy system kooptacji członków polskiej elity politycznej, gospodarczej i kulturalnej, na szczęście od niedawna ulegający pewnej destabilizacji. To środowisko zrobiło po roku 1989 najwięcej dla zeszmacenia ideałów Sierpnia, choć to właśnie oni powinni bronić ich najmocniej. To oni wreszcie są przykładem wyjątkowch w skali cywilizowanego świata pogardy i arogancji okazywanych reszcie społeczeństwa, która „nie dorosła” do światłych standardów salonowych mędrków.
Nie chcę tu powiedzieć, że wszelkie nieszczęścia trapiące Polskę są efektem działań diabolicznych „michnikowców”. Ale skala problemów wynikających bezpośrednio z decyzji i poczynań tego środowiska jest ogromna. I jest to kwestia nie tyle już nawet czyjejś moralnej zdrady, dorwania się do władzy czy forsy. To przede wszystkim problem wielu ludzkich tragedii, przegranych losów, zablokowania możliwości normalnego życia na kilka pokoleń do przodu itp.
Jednak to wszystko nie jest pochodną tego, że ktokolwiek z owego środowiska jest Żydem (faktycznie lub wedle czyichś urojeń) czy „syjonistą”. Ocenianie ludzi przez pryzmat ich prawdziwego lub domniemanego pochodzenia jest obrzydliwe moralnie. Nikt z nas nie wybiera, kim się urodzi, nie ma też na świecie żadnej nacji, która byłaby „genetycznie” gorsza od innych. Taka argumentacja jest w dodatku wyjątkowo karygodna w tym konkretnym miejscu na ziemi, w którym kilkadziesiąt lat temu z przyczyn rasistowskich zamordowano miliony osób – nie tylko Żydów, ale także Polaków, bo i naszych przodków „nadludzie” uznali za gorszych i bardziej podatnych na różne szkodliwe ciągotki.
Wielokrotnie występowałem publicznie przeciwko nadużywaniu oskarżeń o antysemityzm i ciągotki faszystowskie. Mówiłem i pisałem, że to swoista wunderwaffe różnych cwaniaków, którzy chcą odwrócić uwagę od własnych niecnych postępków oraz załatwić przeciwnika w sposób najprostszy, a przy tym wyjątkowo chamski. Nie był to w Polsce problem urojony – media establishmentu w niemal jednym rzędzie stawiały najbardziej paranoicznych tropicieli spisków żydowskich oraz osoby, które były zupełnie wolne od takich obsesji, lecz nie godziły się na liberalny dyktat ideowy (wystarczy wspomnieć w tym miejscu Jarosława Marka Rymkiewicza, Cezarego Michalskiego czy Ryszarda Legutkę). Do dziś uważam, że oskarżenie adwersarza o faszyzm to w większości przypadków próba ucieczki przed rzetelną odpowiedzią na jego argumenty. Sam problem faszyzmu ma charakter marginalny i rozdmuchiwany jest dla celów czysto politycznych, o osobistych karierach i porachunkach tzw. antyfaszystów nie wspominając. Zresztą na własne oczy widziałem, że wiele metod z arsenału faszystów (jak cenzura, sądy kapturowe, odpowiedzialność zbiorowa, kampanie oszczerstw i pomówień) stosują środowiska, które tolerancją i wolnością wycierają sobie usta na każdym kroku.
Przeciwny jestem także jakimkolwiek tabu w relacjach polsko-żydowskich, i to „w obie strony”. Czy będzie to sprawa domniemanego udziału Polaków w zbrodniach popełnianych na Żydach podczas okupacji i po jej zakończeniu – nie mam aż tak idealistycznego obrazu naszego kraju, by z góry zakładać, że na pewno nie znalazły się tu żadne męty i łotry, zwłaszcza w czasach wojennego i powojennego rozprężenia moralnego. Czy będzie to kwestia zwrotu mienia pożydowskiego – po 60 latach, w sytuacji, gdy większość dawnych właścicieli nie żyje, a ich potomkowie nie mieszkają już tutaj, w dodatku w kraju tak biednym. Czy będą to wciąż dość rozpowszechnione wśród prostego ludu najbardziej paranoiczne stereotypy o Żydach – zetknąłem się z nimi zbyt wiele razy, by udawać, że wszystko jest OK. Czy będzie to dorabianie Polakom gęby krwiożerczych antysemitów lub wręcz sojuszników nazistów, pomijając wielowiekową tradycję tolerancji na naszych ziemiach oraz wielką skalę pomocy Żydom podczas wojny. I tak dalej – o tym wszystkim powinno się swobodnie dyskutować, bez wiszącej nad interlokutorami groźby oskarżeń o antysemityzm lub „zdradę narodową”. Ani Żydzi nie powinni być traktowani jak święte krowy, ani Polacy nie powinni być uznawani za nosicieli samych cnót.
Nie zmienia to jednak faktu, że argumenty faktycznie antysemickie zasługują na jednoznaczne potępienie. Kanalie są wśród Polaków, kanalie są wśród Żydów, kanalie są wśród Rosjan, Amerykanów czy Szwajcarów – w podobnych proporcjach, w podobnej skali szkodliwości. Ewidentne zło, będące efektem poczynań ekipy Michnika nie ma podłoża „semickiego” czy „syjonistycznego”. Nawet jeśli zostawimy na boku powyższe argumenty natury moralnej, wywody o „garbatonosych szczurach” (do złudzenia przypominające propagandę hitlerowską) nie mają żadnego sensu logicznego. Pochodzenie redaktora „Gazety Wyborczej” jest powszechnie znane, on sam wielokrotnie mówił o swoich żydowskich korzeniach. I co z tego wynika, skoro równie „podejrzany” biogram ma Ludwik Dorn, jedna z czołowych postaci opozycji anty-michnikowskiej, która patologie naszej rzeczywistości potępiała już wtedy, gdy większość obecnych „prawdziwków” w swym kretynizmie głosowała bez najmniejszej refleksji na Mazowieckiego lub Wałęsę z Wachowskim. Jaki sens mają wywody o konflikcie „syjonistów” z „prawdziwymi Polakami”, skoro „genetycznej polskości” nie można odmówić takim czołowym postaciom obozu Michnika, jak Balcerowicz czy Kuroń?
Na tym właśnie polega problem. Ludzie, którzy pracowicie tropią spiski żydowskie, grzebią w życiorysach do siódmego pokolenia wstecz, tłumaczą świat za pomocą rasowo-genetycznych formułek, tak naprawdę wyrządzają krzywdę przede wszystkim samym sobie. Bo nie rozumieją zupełnie nic. Może się oczywiście zdarzyć jakiś spisek autorstwa przedstawicieli dowolnej nacji. Jeśli jednak ktoś uważa, że problemy zachodzące w skali Polski – o świecie nie wspominając – tłumaczyć można przez pryzmat czyjegoś pochodzenia (zresztą „żydowskość” to termin, który niczego nie tłumaczy, bo między ortodoksyjnie religijnym Żydem-judaistą a „genetycznym” Żydem zeświecczonym istnieje ogromna przepaść), ten przypomina człowieka, który chciałby przepłynąć ocean w łupinie od orzecha.
Nic dziwnego, że idolem takich środowisk stają się „myśliciele” pokroju Stanisława Michalkiewicza, którego teksty roją się od „antysyjonistycznych” aluzji. Michalkiewicz przeciwko ekipie Michnika wyciąga „argumenty” spod znaku pochodzenia dziadków czy ojców jej członków, a jednocześnie jest jednym z liderów Unii Polityki Realnej, której propozycje gospodarcze są o wiele gorsze niż najbardziej szkodliwe pomysły Balcerowicza. Ale przecież pan Stanisław tak dużo i barwnie pisze o „starozakonnych” i „Sanhedrynie”, że jego „antysyjonistyczni” wielbiciele, zaczadzeni tego rodzaju „mądrościami”, gotowi są poprzeć swego ulubieńca nawet wtedy, gdy chciałby im założyć na szyję sznur. Być może na czysto polskim, prawdziwe narodowym sznurze niektórym dynda się przyjemnie…
Myślenie w kategoriach interesu zbiorowego nie jest ani anachronizmem, ani jakimś Ciemnogrodem. Staje się nimi dopiero wtedy, gdy zamiast oceny zasług lub błędów konkretnych ludzi czy środowisk zaczyna przybierać formę prostackich teorii rasowych i wyznaniowych. Odmawiam udziału w takiej grze. Odmawiam jako człowiek z kraju chrześcijańskiego, czyli kultury, która opiera się m.in. na stwierdzeniu „nie masz Żyda ani Greka”, lecz konkretnych ludzi z ich wadami i pomyłkami, z osobistą odpowiedzialność za życiowe decyzje. Odmawiam jako Polak, bo znam zbyt wiele „czystych etnicznie” kanalii i zbyt wielu porządnych ludzi „obcego pochodzenia”.
Odmawiam więc udziału w nagonce na Michnika jako Żyda czy „syjonistę”. On i jego środowisko zasługują na surowe rozliczenie z tego, co zrobili. Ale jeśli takim rozliczeniami zajmują się antysemici, a ich „argumenty” dotyczą pochodzenia etnicznego – staję w obronie ludzi, których nie cierpię i przez których miałem wątpliwą przyjemność być atakowanym.