przez Remigiusz Okraska | sobota 20 stycznia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Znajomy opowiedział mi ostatnio znamienną, choć zwykłą historię. Po całym tygodniu ciężkiej pracy obudził się w sobotę rano o 2 godziny wcześniej niż zamierzał, bo zza ściany dobiegała bardzo głośna muzyka. Po kilku godzinach cierpliwego znoszenia hałasu wybrał się z wizytą do sąsiedniego mieszkania, które na co dzień stoi puste. Zastał tam grupę nastolatków, ewidentnie pijaną. Na jego prośbę o nieco spokojniejszej i mniej dokuczliwe dla sąsiadów zachowanie, usłyszał, że nie ma przecież ciszy nocnej, a w ogóle to oni są u siebie i mogą robić co chcą. Zza zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi usłyszał jeszcze, że ma spier…
Po kolejnych kilku godzinach zatelefonował do straży miejskiej, by zapytać, co w takiej sytuacji należy zrobić. Usłyszał, że to sprawa dla policji. Gdy zadzwonił na pobliski komisariat, dowiedział się od dyżurującego pracownika, że zrobić nie można nic. Po prostu nie ma jeszcze ciszy nocnej, a polskie prawo nie przewiduje ponoć interwencji, gdy ktoś hałasuje w biały dzień w swoim prywatnym mieszkaniu, nawet jeśli za cienką ścianą jest inne mieszkanie. Gdy zapytał policjanta, czy w takim razie ma w uciążliwym hałasie czekać aż wybije godzina 22., usłyszał, że niestety właśnie tak to wygląda. Trwająca od 9. rano impreza zakończyła się właśnie o 22. – widocznie jej uczestnicy mieli wprawę w takim folgowaniu swoim zachciankom, aby nie ponieść za to żadnej odpowiedzialności.
W „Gazecie Wyborczej” opublikowano niedawno artykuł o osobnikach, którzy na motocyklach crossowych rozjeżdżają leśne drogi i trasy turystyczne m.in. w Gorcach. Jest to zakazane, ale nikt nic sobie z przepisów nie robi. Zmotoryzowani wandale odstraszają turystów z górskich schronisk i gospodarstw agroturystycznych, płoszą zwierzęta, a niedawno jeden z nich śmiertelnie potrącił wędrującego piechura-miłośnika gór. Co na to policja? Ano nic, tzn. tłumaczy, że nie ma środków, że motocykliści są nieuchwytni, że brakuje przepisów jednoznacznie regulujących te kwestie, a poza tym motory były, są i będą, a ludzie lubią jeździć po bezdrożach, bo to większa frajda niż na „cywilizowanym” torze wyścigowym.
Wedle policji, sprawców wykryć się nie da – albo odkręcają rejestracje, albo gdy ktoś zrobi zdjęcie pędzącemu motocyklowi, jego właściciel tłumaczy później, że pożyczył komuś pojazd, niestety nie pamięta komu. Tymczasem dziennikarz bez trudu dotarł do członków klubu motokrosowego, którzy nie chcieli na potrzeby artykułu podać personaliów, ale w rozmowie przyznali, że owszem, nielegalnie jeżdżą po lasach.
Inna ciekawa kwestia wynikła z badań ankietowych w środowisku lekarskim. Miały one wyjaśnić, jaka jest skala i przyczyny łapówkarstwa w publicznej służbie zdrowia. Wniosek główny z badań brzmiał tak: lekarze biorą łapówki, bo są przekonani, że zarabiają za mało. I co? I nic. Czasem aresztowany zostanie jakiś lekarz, który wziął tzw. kopertę. Mówi się o tym przypadku przez kilka dni, a w tym czasie setki jego kolegów nadal przyjmują łapówki. Państwo znowu jest bezradne. Policja nie wie tego, co wiedzą wszyscy pacjenci (że bez koperty nic nie wskórasz) oraz wszyscy sąsiedzi konowała (że za mizerną pensję nie kupi się luksusowego auta).
Pamiętam jak policja wezwana do nocnej ulicznej awantury, przyjechała po godzinie. Zanim raczyła się zjawić, wybito trzy szyby w oknach, jedną w samochodzie, dotkliwie poturbowano trzech mężczyzn i dwie kobiety, wyrwano ze snu kilkaset osób. Mój sąsiad, który jako pierwszy zadzwonił na komisariat, stwierdził, że następnym razem nie będzie się fatygował, bo nie ma to przecież żadnego sensu… Ale nie myślcie sobie, że stróże prawa tak prostu i ordynarnie nic nie robią. O nie. Ostatnio w mediach było głośno o tym, że policja odwiedza mieszkańców różnych miast i konfiskuje im komputery zawierające pirackie oprogramowanie czy takież filmy lub muzykę. W jednej z gazet pan sierżant tłumaczył, że choć jest to bardzo czasochłonne, to „jego ludzie” śledzą tych, którzy w sieci P2P wymieniają się plikami. Policja ma więc czas i środki, aby ścigać czyny zupełnie nieszkodliwe społecznie oraz pilnować interesów prywatnych koncernów, które nie potrafią stworzyć skutecznych zabezpieczeń swojej własności. Nie ma natomiast woli i możliwości, aby zająć się facetem, który w środku nocy bije żonę i sąsiadów, demoluje wszystko, co jest w zasięgu ręki i wydziera się na całą dzielnicę.
Jasne, można to częściowo wytłumaczyć brakiem środków finansowych – jesteśmy wszak krajem ubogim. Ale główna przyczyna jest inna. Temu państwu, tzn. jego wysokim urzędnikom i podległym im „budżetowcom” po prostu nie chce się załatwiać jakichkolwiek problemów. Oni nie są od tego. I te panienki, które na studiach uczyły się na pamięć, zdawały egzaminy na piątkę, a na drugi dzień nic nie pamiętały, ale dziś są nauczycielkami. I ci lekarze, którzy nie mają czasu na dokształcanie się, za to chętnie podróżują do Egiptu za pieniądze firm farmaceutycznych. I kolejarze, którzy sprawdzając bilety nie potrafią używać słów „dzień dobry” i „dziękuję”. I doktoranci, którzy od bardziej utytułowanych kolegów przepisują bibliografie do swoich rozpraw oraz metodą „kopiuj – wklej” tworzą artykuły do kolejnych prac zbiorowych, by ich pozycja w środowisku wzrosła. I ci policjanci, którzy ważą z setkę, a na służbie przechadzają się leniwym krokiem tam, gdzie przestępstw i wykroczeń jest od lat najmniej. Im wszystkim we własnym mniemaniu należy się umowa na czas nieokreślony, co najmniej 3 tysiące na rękę, miesiąc albo dwa urlopu rocznie, no i oczywiście trzynasta pensja, a najlepiej jeszcze służbowe wdzianko i zwrot kosztów dojazdu do pracy.
Tak, wiem, oczywiście są też dobre nauczycielki, porządni lekarze, uprzejmi kolejarze, doktoranci-pasjonaci i wysportowani policjanci. Znam takie osoby, więc nie chodzi tu o krzywdzące generalizacje. Ale nawet, gdy komuś „chce się chcieć”, to jego zwierzchnicy robią co mogą, aby wybić mu z głowy takie fanaberie. Nic dziwnego, wiadomo przecież, że jeden mały poruszony kamyk może wywołać lawinę. Dlatego równa się w dół, nigdy w górę. Pracują nad tym ministerstwa, ustawodawcy, organa kontrolne i szczebel kierowniczy. W takich np. szkołach ważniejsze jest, czy nauczyciel opanował tworzenie tabelek w Excelu i wypełnianie ich biurokratycznym bełkotem niż to, czy zamiast „Pani Domu” lub „Auto Świata” czytuje z własnej, nieprzymuszonej woli Platona, Kotarbińskiego i Habermasa.
Bynajmniej nie kwestionuję sensu istnienia rozbudowanego sektora publicznego, a bolączek państwowych instytucji nie chciałbym rozwiązać przez zastąpienie ich usługami wolnorynkowymi. Wręcz przeciwnie – uważam, że jednym z głównych zadań państwa i sensem jego istnienia jest oferowanie swoim obywatelom na równych zasadach dostępu do podstawowych usług, szczególnie tam, gdzie podmioty prywatne nie widzą interesu w ich świadczeniu. Tyle tylko, że sektor publiczny, który działa w fatalny sposób, jest najlepszą antyreklamą samego siebie, za to całkiem dobrze zachęca zmęczonych i zdegustowanych obywateli do wychwalania wolnego rynku. Jasne, bylejakość i lenistwo nie są problemem tylko tego sektora. Zdarzają się w prywatnych firmach, a tzw. organizacje pozarządowe są wręcz wylęgarnią cwaniactwa, kumoterstwa i nieróbstwa. Jednak ktoś, kto pracuje źle w prywatnej firmie, szkodzi głównie jej. Leń czy kombinator, zatrudniony przez państwo, uderza natomiast bezpośrednio w jego autorytet.
W Polsce podstawowym problemem wcale nie są niskie nakłady na „budżetówkę”, lecz korozja etosu służby publicznej. Gdy mowa o finansach, trzeba dodać dwie rzeczy. Owszem, polski nauczyciel czy pielęgniarka zarabiają niewiele. Są to pensje z pogranicza wegetacji, a w wielu profesjach uniemożliwiają one faktyczny rozwój zawodowy (np. zakup książek czy wyjazdy szkoleniowe). Ale na tle ogółu polskich pensji wcale nie jest to grupa jakoś szczególnie pokrzywdzona. Tyle samo zarabiają osoby równie dobrze wykształcone i ciężko pracujące w sektorze prywatnym, a przy tym ich stabilizacja zawodowa jest na ogół znacznie mniejsza, zaś różnorakie przywileje branżowe – żadne. I wszyscy mają tego świadomość. Pracownicy „budżetówki” chętnie narzekają na wysokość zarobków, ale jakoś nie widać, by z tego środowiska rekrutowały się tłumy chętnych do zarabiania – podobno tylko czekających na ich rozliczne talenty i geniusz – kokosów na wolnym rynku. Nie, nie zamierzam wcale kwestionować sensu walki o przyzwoite pensje, ani napuszczać „państwowych” na „prywatnych” – wiem natomiast, że poza budżetówką wcale nie zarabia się wiele, a warunki pracy są tam często znacznie gorsze.
Druga kwestia dotyczy analogii międzynarodowych. Owszem, nauczyciel czy lekarz w krajach Zachodu zarabiają proporcjonalnie więcej niż ich koledzy z Polski, mają wyższą pozycję społeczną i cieszą się prestiżem. Ale jednocześnie wymaga się od nich nie tylko wysokich kwalifikacji i dokształcania się, lecz także entuzjazmu i zapału do pracy. Mój znajomy niemiecki nauczyciel twierdzi, że aktywny udział w zupełnie pozaszkolnym życiu społeczno-kulturalnym swojego miasteczka, choć nie wpisano go w oficjalną umowę o pracę, dla niego i jego zawodowych znajomych jest czymś oczywistym. Gdy natomiast widzę znudzone i pyszałkowate zarazem gęby liderów Związku Nauczycielstwa Polskiego czy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, którzy jak katarynka „grożą eskalacją protestów”, to jedno wiem na pewno: żadne podwyżki nie załatwią problemu, bo do dziurawego dzbanka można wlać choćby i cysternę wody, a on i tak pozostanie pusty. Nic nie pomogą „wyższe podatki dla bogaczy” i większe nakłady na sferę budżetową, jeśli nie zmieni się myślenie o dobru wspólnym i interesie społecznym – zamiast polityki lewicowej czy „socjalnej” wyniknie z tego wyłącznie farsa i kompromitacja takich ideałów. Twierdzenia, że lekarze przestaną brać łapówki, gdy im się „godziwie” zapłaci, można włożyć między bajki – co najwyżej kupią sobie lub swoim dzieciom większy dom czy bardziej luksusowy samochód.
Ciśnie się na usta pytanie: jak można szanować to państwo i utożsamiać się z nim? Gdyby ono, biedne i słabe, sterane przez zabory, wojnę i komunę, nie potrafiło nas obronić np. przed inwazją potężnego imperium, tak jak w 1939 r. uległo hitlerowcom, wybaczyłbym mu bez chwili wahania. Jeśli padłoby ofiarą międzynarodowych spekulantów lub oligarchicznych instytucji pokroju Światowej Organizacji Handlu – uczyniłbym podobnie. Nie mam też do niego żalu, że nie zapewnia nam takiego socjalu jak w Niemczech, czy takiej służby zdrowia jak w Norwegii. Ale ani trochę zrozumienia nie mam dla państwa, które nie potrafi uciszyć gówniarzy zakłócających spokój kilkunastu rodzinom zamieszkującym tę samą klatkę schodową. Państwo, które ustami swego funkcjonariusza, opłacanego z naszych podatków, serwuje obywatelom smętne wymówki i kretyńskie frazesy zamiast sprawnego rozwiązania błahego problemu, nie ma racji bytu.
Zanim zacznie się po raz kolejny pouczać ludzi, że powinni chodzić na wybory, rzetelnie płacić podatki i wracać z Irlandii do ojczyzny, wypadałoby ich przekonać, że ma to jakikolwiek sens. Nie wielkimi hasłami, nie obietnicami kilku milionów mieszkań, nie reklamowymi spotami i billboardami, lecz załatwieniem kilku najprostszych spraw. I proszę mi nie mówić, że to obywatele powinni najpierw „coś z siebie dać”, że nie powinniśmy pytać, co Polska zrobiła dla nas, lecz co my możemy zrobić dla Polski, że ziarnko do ziarnka, i tak dalej. Owszem, dobre społeczeństwo i sensowne państwo należy budować nie tylko od góry, ale także od dołu. Sęk w tym, że dzisiaj takie ideały często oznaczają po prostu marnowanie czyjejś pracy, czasu i nadziei, a społecznikostwo okazuje się frajerstwem i waleniem głową w mur. W takich przypadkach oddolna działalność traci sens – państwo stworzyło dla niej warunki, w których nie przetrwałby nawet kaktus.
Zamiast opowiadać farmazony o społeczeństwie obywatelskim, weźcie, drodzy decydenci, ruszcie głową i tyłkiem, i zróbcie tu najpierw państwo obywatelskie. To znaczy takie, które swoimi obywatelami i ich bolączkami interesuje się nie tylko za pośrednictwem formularza PIT i okienka w ZUS-ie.
przez Remigiusz Okraska | sobota 6 stycznia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Cały właśnie zakończony rok obfitował w rozważania na ten temat. 50. rocznica Października i „odwilży”, 30-lecie powstania KOR, 30. rocznica wydarzeń radomskich, 25-lecie wprowadzenia stanu wojennego, „zwykłe” kolejne rocznice powstania „Solidarności” i wydarzeń grudniowych na Wybrzeżu, do tego coraz bardziej nabrzmiały spór wokół „polityki historycznej” – to wszystko wywoływało dyskusje i sprawiało, że opinia publiczna była wręcz zanurzona w historii najnowszej. I bardzo dobrze, gdyż takie debaty nie tylko są niezbędne dla tożsamości narodowej, ale i stanowią coś zwykłego w wielu krajach, szczególnie tych o burzliwej niedawnej przeszłości.
Gorzej niestety z jakością tych rozważań, zdominowanych przez mity, osobiste przeżycia i fobie czy doraźne polityczne interesy. W mediach głównego nurtu oraz tych niszowych dominowały oceny skrajne, a często fałszywe, choć ich autorzy oczywiście stroili się w piórka obiektywnych. Ja nie będę udawał obiektywnego, ale spróbuję bez nadmiernych emocji zająć się kilkoma szczególnie często przywoływanymi tematami i argumentami dotyczącymi PRL-u. Gdy realny socjalizm odchodził do lamusa, miałem 13 lat, czyli wystarczająco niewiele, by nie być uwikłanym w osobiste wspominki; moja rodzina ani w PRL-u się nie „ustawiła” jako jego beneficjenci, ani też z nim heroicznie nie walczyła. Rzeczywistość III RP oceniam nader krytycznie, ale znam historię PRL-u na tyle dobrze, by nie postrzegać jej przez różowe okulary i nie twierdzić, że po roku 1989 z jakiegoś raju stoczyliśmy się na dno piekła. Oczywiście w felietonie nie sposób wyczerpać tematu tak obszernego i złożonego, dlatego też zajmę się tylko kilkoma opiniami na temat „minionej epoki” – zarówno powszechnymi, jak i budzącymi mój największy sprzeciw.
Zacznijmy od mitów „prawicowych”. Pierwszy i główny mówi, iż PRL był tworem całkowicie sztucznym, przyniesionym wbrew woli społeczeństwa na sowieckich bagnetach. Oczywiście nie sposób negować radzieckiego zamordyzmu, okrutnej i krwawej rozprawy z jego polskimi przeciwnikami, czy takich posunięć, jak totalne sfałszowanie wyników referendum z 30 czerwca 1946 r. Nie zmienia to faktu, że pod kuratelę Sowietów dostała się Polska wskutek decyzji zachodnich „sojuszników” – tych samych, którzy dzisiaj są ponoć gwarantem naszego bezpieczeństwa. W imię wdzięczności za kilkuletnie wykrwawianie się na wielu polach bitew i pod hitlerowską okupacją, przehandlowali Polaków Stalinowi. Nie zmienia też faktu istnienia po zakończeniu II wojny światowej całkiem sporego entuzjazmu i poparcia dla nowej władzy, które topniało dopiero po podjęciu wielu ideologicznie motywowanych działań, jak „bitwa o handel”, malejący zakres swobód obywatelskich, próby kolektywizacji wsi, cenzura itp. Rządy komunistów nie miałyby żadnych trwałych podstaw, gdyby bazowały tylko na terrorze, w kraju tak „anarchicznym” i zaprawionym w bojach z hitlerowskim okupantem.
Prawica nie chce zauważyć jednego znamiennego faktu – stałego przesuwania się „w lewo” nastrojów już od połowy lat 30. Zarówno sanacyjne władze, jak i większość opozycji wobec nich głosili hasła zorientowane coraz bardziej w lewo w sferze gospodarki, bo takie też były oczekiwania społeczne. Kapitalizm w wydaniu leseferystycznym, oparty na wysokim bezrobociu, marginalizacji znacznej części ludności, niestabilności ekonomicznej oraz dominacji wielkiego kapitału zagranicznego, był powszechnie krytykowany. Takie nastroje nasiliły się podczas okupacji, gdyż słabość Polski we wrześniu 1939 r. utożsamiano m.in. z mizerią ekonomiczną i niesprawiedliwością stosunków społecznych. Walkę z hitlerowcami prowadzono nie tylko w imię niepodległości – wolna Polska miała stać się Polską bardziej sprawiedliwą i „socjalną”. O takiej nowej Polsce mówi mnóstwo deklaracji programowych przyjętych za okupacji przez ludowców, socjalistów, a nawet stosunkowo centrowe nurty w AK. Gdy dziś dokonuje się odkłamywania historii sfałszowanej przez komunistów, których wizja wykluczyła np. Narodowe Siły Zbrojne, mamy do czynienia z jej kolejnym zakłamywaniem poprzez rugowanie silnych wątków lewicowych, obecnych w podziemiu antyhitlerowskim i polityce obozu londyńskiego. Nie pasują one bowiem do wizji historii, w której sowieccy namiestnicy wyłącznie za pomocą zamordyzmu zdobyli władzę w Polsce. Owszem, zamordyzm odegrał tu sporą rolę, ale nie mniejsze znaczenie miały nastroje społeczne. Wbrew udokumentowanej zmianie klimatu ideowego w tamtym okresie, prawica wmawia nam dziś, że w roku 1945 nasi rodacy za niczym innym nie tęsknili tak mocno, jak za powrotem szlachty, folwarków, bezrobocia, panoszącego się kapitału zachodniego, i w ogóle za Polską „panów i plebanów”.
Z tego pierwszego mitu wypływa kolejny, też „prawicowy”, ale o dziwo podzielany również przez część osób o poglądach lewicowych. Wedle niego, wszystkie bunty przeciwko PRL-owskiej władzy motywowane były szczerym, głębokim antykomunizmem, dążeniami niepodległościowymi, a nawet chęcią restauracji kapitalizmu. Dzisiejsza historiografia sławi zatem co prawda robotnicze zrywy roku 1956, 1970, 1976 i 1980, ale przedstawia je tak, jakby ich jedynymi postulatami były „górnolotne” kwestie niepodległości, manifestacje postaw religijnych oraz zajadły antykomunizm. Nie mówi się niemal wcale o tym, że większość z nich dotyczyła kwestii socjalnych, że o kapitalizmie nie było tam mowy, że akcentowano kwestie pracy, płacy, warunków zatrudnienia, poziomu konsumpcji oraz czegoś, co dziś jest tematem wyjątkowo niemodnym – samorządności pracowniczej i kontroli robotników nad procesem wytwórczym. W rzeczywistości znaczna część owych buntów miała charakter „antykapitalistyczny” – w tym sensie, w jakim władza „ludowa” była postrzegana jako wyzyskujący społeczeństwo dysponent środków produkcji. Rok 1956 był nie tylko silnym głosem sprzeciwu wobec zamordyzmu stalinowców, ale także erupcją żądań faktycznie socjalistycznych. Powstały wówczas ruch społeczny domagał się tyleż poluzowania cenzury i poszerzenia zakresu swobód obywatelskich, co i faktycznego udziału społeczeństwa w kontroli i zarządzaniu wypracowanym majątkiem – wspólnym, polskim, społecznym. Nie była to tylko nasza specyfika – bunt na Węgrzech również był zarówno antysowiecki, jak i na rzecz sprawiedliwości społecznej, w obu przypadkach, madziarskim i polskim, opartym na radach robotniczych.
Tak samo było w przypadku pierwszej „Solidarności”, tym ogromnym ruchu załóg zakładów pracy domagających się kontroli nad procesem produkcji i wypracowanym majątkiem, a za odrzuceniem uprzywilejowanej roli partyjnej „klasy próżniaczej”. W tym przypadku ów egalitarny głos, dopominający się o demokrację zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, jest znakomicie udokumentowany. Sztandarowym jego wyrazem jest przyjęty przez NSZZ „Solidarność” w roku 1981 program „Samorządnej Rzeczpospolitej”, dzisiaj celowo spychany w zapomnienie i przemilczany. Wymowne jest to, że jego zapis nie jest dostępny w żadnej instytucji popularyzującej wiedzę o PRL, „zniknął” także z dokonanej przez IPN elektronicznej edycji archiwum „Tygodnika Solidarność”, nie wspominają o nim dzisiejsze władze tego związku zawodowego, choć chętnie epatują one innymi, znacznie mniej istotnymi dokumentami z przeszłości. Nic dziwnego – program ten zadaje kłam twierdzeniom, jakoby „Solidarność” była tylko ruchem niepodległościowym i prodemokratycznym (o jego prawicowości nie wspominając). Bardzo mocno kontrastuje on też z poczynaniami dawnych liderów Związku po roku 1989, wyraźnie pokazując, że dokonali zwyczajnej zdrady interesów tych, którzy wynieśli ich do władzy i obdarzyli zaufaniem. Współczesny dominujący nurt historiografii celowo zakłamuje obraz „Solidarności”, uwypuklając wątki katolickie, tradycjonalistyczne, prawicowe i liberalne. Oczywiście aspekt niepodległościowy czy chrześcijański tego ruchu społecznego był istotny, ale w sferze etosu i proponowanych rozwiązań gospodarczych bliższy raczej przedwojennej lewicy patriotycznej niż wizji prawicowo-liberalnej. Nie sposób tego bynajmniej wytłumaczyć tylko tym, że w PRL nie było możliwe mówienie o pewnych sprawach wprost i że stąd wziął się ów „socjalistyczny” sztafaż – zarówno charakter owego ruchu (opartego na robotnikach), jego metody działania (obrona tychże robotników i ich praw), jak i główne części składowe (środowisko dawnego KOR i Wolnych Związków Zawodowych), były bez wątpienia lewicowe.
Jeszcze inny prawicowy mit mówi, że gdyby nie nastanie władzy komunistycznej, Polska zamiast państwem zacofanym byłaby krainą płynącą mlekiem i miodem. To jednak kwestia mocno dyskusyjna. Komunizm w sensie etycznym (zamordyzm, brak swobód obywatelskich) oraz gospodarczym (niska wydajność, inwestycje podyktowane ideologią zamiast ekonomią, marnotrawstwo i przestarzałe technologie) zasługuje na raczej negatywną ocenę. Nie zmienia to faktu, że w PRL dokonała się znaczna modernizacja gospodarki i społeczeństwa, tym bardziej godna podziwu, że miała miejsce w kraju po prostu zrujnowanym pod względem infrastruktury i „zasobów ludzkich” przez II wojnę światową. Dziś można wyśmiewać „plany pięcioletnie” i „przodownictwo pracy”, ale niezbitym faktem jest to, że odbudowa kraju z dotkliwych zniszczeń wojennych, rozbudowa przemysłu i infrastruktury dokonały się w szybkim tempie. Być może każda inna rozsądna władza dokonałaby tego samego, ale bardzo wątpliwe jest to, czy podobny rozwój zapewniłby Polsce ustrój oparty na idealizowanym dziś kapitalizmie przedwojennym. Gdy obecnie rozpacza się np. nad likwidacją majątków szlacheckich, to warto dodać, że były one mało wydajne ekonomicznie i oparte na archaicznych wzorcach. Swoją drogą, warto uwzględnić przy ich zwrocie prawowitym posiadaczom nie tylko zapisy przedwojennych aktów własności, ale także ówczesne zadłużenie latyfundiów na rzecz skarbu państwa – jak wracać do realiów II RP, to z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Największym problemem związanym z uczciwą oceną PRL-u jest kwestia globalnego kapitalizmu. Otóż prawica zakłada, że gdyby nie komunizm, Polska rozwijałaby się „tak samo jak na Zachodzie”, a my dzisiaj mielibyśmy tutaj drugie Niemcy, Francję czy Wielką Brytanię. Jest to jednak bardzo wątpliwe. Otóż nasz kraj zaczął od Zachodu odstawać znacznie wcześniej niż w realnym socjalizmie – stało się tak już na etapie rewolucji przemysłowej. Można to tłumaczyć oczywiście dziedzictwem zaborów, ale i dwudziestolecie międzywojenne – mimo ogromnych wysiłków władz państwa – nie przyniosło znaczącego zmniejszenia dystansu wobec Zachodu. Polska w kapitalistycznym systemie globalnym była krajem półperyferyjnym, zorientowanym w swej strukturze przemysłu głównie na dostarczanie krajom centrum surowców, niskoprzetworzonych produktów oraz taniej siły roboczej. Jeśli dziś roimy sobie, że gdyby nie komuna, to mielibyśmy „jak na Zachodzie”, jest to myślenie życzeniowe kiepskiej jakości. Zachód bowiem wcale nie musiałby nas chcieć widzieć w roli równoprawnego partnera, gdyż oznaczałoby to utratę jego różnorakich korzyści. Zapewne w tej kwestii realizowałby on naszym kosztem tylko i wyłącznie własne interesy, tak jak uczynił to przehandlowując Polskę w Jałcie. Barierą rozwojową nie był wcale tylko komunizm – taka np. Grecja nigdy nie była w obozie sowieckim, lecz wcale nie jest tam tak, jak w Niemczech, Anglii czy Francji. Paradoksalnie, PRL był szansą na wyrwanie się z globalnego systemu zależności i wypracowanie odrębnej drogi rozwoju, poza niszczącą logiką półkolonialnego kapitalizmu – niestety, trzeba dodać, że szansą zmarnowaną przez ekonomiczne absurdy i popadnięcie w zależność tym razem od hegemona sowieckiego.
Kolejny mit, tym razem podzielany głównie przez lewicę, i to nie tylko post-PZPR-owską, mówi, że PRL był wspaniałym ucieleśnieniem ideałów lewicowych. Praca dla wszystkich, wysokie świadczenia socjalne, miliony tanich mieszkań, „dzieci robotników i chłopów” na wyższych uczelniach, darmowe żłobki i przedszkola, wczasy i kolonie. Oczywiście realny socjalizm dokonał wielu posunięć „socjalnych” – tyle tylko, że nie odbiegały one znacząco od polityki prowadzonej w tym samym okresie przez w zasadzie wszystkie jako tako rozwinięte kraje. Na Zachodzie niejednokrotnie musiano o nie walczyć, a ruch robotniczy był często represjonowany – to prawda, że władza strzelała do robotników nie tylko w kopalni „Wujek”, ale także np. we włoskich miastach przemysłowych. Problem w tym, że w PRL-u również musiano walczyć o zdobycze socjalne. Większość protestów społecznych wybuchała w obliczu drastycznych podwyżek cen żywności, a zdarzało się, że i ze zwykłego głodu. Za walkę o najzwyklejsze prawa pracowników, jak przestrzeganie zasad BHP, represjonowano nie tylko w III RP, ale także w PRL-u. Istniały też wówczas enklawy biedy – np. ze wspomnień działaczy KOR wynika, że gdy jeździli pomagać rodzinom radomskich robotników, to byli zszokowani nędznymi warunkami ich egzystencji. Sam z dzieciństwa pamiętam nieremontowane od lat, walące się budynki czy wręcz całe dzielnice w moim robotniczym mieście. Do dziś w „proletariackiej” i hołubionej przez władze PRL Łodzi można zobaczyć całe kwartały ulic, które ostatnie remonty pamiętają sprzed wojny, zaś 45 lat „państwa socjalnego” nie przyniosło ich mieszkańcom nawet takich „luksusów”, jak toaleta w każdym z mieszkań.
Gdy kilka linijek wyżej wspominałem, że mało realne było sprawienie, iż w Polsce mielibyśmy „jak na Zachodzie” w sensie poziomu życia i zamożności, nie zmienia to faktu, że przynajmniej częściowo ów Zachód naśladowalibyśmy w zgodzie z ogólnie przyjętymi regułami ekonomii i rozwoju społecznego, niezależnie od tego, kto po roku 1945 sprawowałby u nas władzę. Reformy rolne, masowe tanie budownictwo mieszkaniowe, bezpłatna oświata i służba zdrowia, awans społeczny, niwelowanie regionalnego zróżnicowania ekonomicznego – czyli ogólnie mówiąc polityka egalitarna – miały miejsce w każdym kraju europejskim. Opowieści o tym, że gdyby nie PRL, to w Polsce mielibyśmy powszechny analfabetyzm, wszawicę, kurne chaty, naftowe lampy, ogromne posiadłości jaśnie panów i czworaki ich poddanych, można włożyć między bajki, jako zupełnie nie uwzględniające ani realiów procesów modernizacyjnych na przestrzeni półwiecza, ani zasad zdemokratyzowanego kapitalizmu, który zatriumfował po II wojnie światowej. Oczywiście Polski nie byłoby stać na taki socjal, jak w Niemczech, ani na taki rozwój techniczny i przemysłowy, jak USA, ale wystarczy znów przywołać Grecję – o błyskawicznym rozwoju od zacofania i biedy do bogactwa państw skandynawskich nie wspominając – by ujrzeć problem w bardziej realnych kształtach.
Tu dochodzimy do mitu kolejnego. Otóż obrońcy PRL-u twierdzą, że cały ów postęp społeczny i egalitaryzm powojennego kapitalizmu zachodniego dokonał się wyłącznie „dzięki nam”, tzn. wskutek istnienia konkurencyjnego bloku wschodniego, służąc neutralizacji prosocjalistycznych oczekiwań rozbudzonych wśród zachodnich niższych warstw społecznych przez zdobycze sowieckiego ludu pracującego miast i wsi. Jest to wizja tyleż życzeniowa, co bardzo odległa od rzeczywistości. Owszem, samo powstanie ZSRR po rewolucji październikowej sprawiło, że Zachód zyskał konkurencję, a tamtejsze masy ludowe – nadzieję, podobnie stało się po stworzeniu całego bloku wschodniego. Jednak zmiany, jakie zaszły w łonie kapitalizmu po II wojnie światowej tylko w niewielkim stopniu wynikały z przejęcia się ex Oriente lux. Po pierwsze, w zasadzie już na początku lat 60. powszechnie zdawano sobie na Zachodzie sprawę, że system sowiecki nie zapewnia swoim obywatelom żadnych cudów nieznanych mieszkańcom krajów kapitalistycznych. Docierające wieści zza żelaznej kurtyny nie zawierały żadnego realnego przedmiotu godnego zazdrości. Nic dziwnego, skoro sowiecka cenzura zablokowała np. edycję „Gron gniewu”, gdyż opisana przez Steinbecka nędza amerykańskich biedaków zawierała m.in. opisy posiadania przez nich dóbr, o jakich radzieccy proletariusze mogli tylko pomarzyć. Po drugie, Zachód wiedział, że w konfrontacji z Sowietami dobrobyt własnych obywateli będzie znacznie mniej ważny niż potencjał militarny, jakim dysponują obaj gracze zimnej wojny. I to właśnie wyścig zbrojeń, nie zaś wyścig socjalu stał się ich głównym przedmiotem troski. USA wygrało z ZSRR nie zasiłkami socjalnymi – bo te Reagan likwidował zamiast przyznawać – lecz Pershingami, „gwiezdnymi wojnami” i wspieraniem przeróżnych contras jak świat długi i szeroki.
Zachodni powojenny kapitalizm egalitarny wziął się z czegoś zupełnie innego niż rywalizacja z blokiem wschodnim. Powstał m.in. w efekcie silnej presji na władze i kapitalistów ze strony zorganizowanej klasy robotniczej, także tej pozostającej poza jakimikolwiek wpływami i inspiracjami ze strony partii komunistycznych (główne masowe partie socjalistyczne Zachodu oraz spora część tamtejszej radykalnej lewicy były wręcz antysowieckie). Jednak główną rolę odegrały dwa inne zjawiska, z których decydenci musieli wyciągnąć wnioski. Były to wielki kryzys gospodarczy lat 30. oraz II wojna światowa. To właśnie one uświadomiły wszystkim – rządzącym i społeczeństwom – że „dziki” kapitalizm nie działa dobrze, jest niestabilny, bezsilny wobec wyzwań, a także nie zapewnia optymalnego możliwego rozwoju. Wielki kryzys pokazał, że niekontrolowany kapitalizm nie jest sprawny i może powodować olbrzymie problemy społeczne – zrozumiała to także znaczna część samych kapitalistów, którzy mogą chcieć maksymalizować zyski, ale jednocześnie wiedzą, że tymże zyskom szkodzi na dłuższą metę brak stabilizacji. Już wówczas władze wielu państw zaczęły prowadzić politykę poskromienia wielkiego biznesu i wkomponowania go w całokształt stosunków społecznych. Amerykański New Deal oraz europejskie programy interwencjonizmu państwowego i systemów zabezpieczeń socjalnych są dowodem na to, że Zachód nie potrzebował sowieckiej presji, by dokonać znaczących korekt w swojej polityce społecznej i gospodarczej. Te tendencje znacznie wzmocniła wojna – unaoczniła ona, że państwa oparte na daleko posuniętym wolnym rynku są po prostu bezradne i niedostosowane do wymogów sytuacji wyjątkowych. Nie dysponują bowiem ani kontrolą nad sferą produkcji, ani też nie wytwarzają mechanizmów, które spajałyby społeczeństwo. Stąd wzięły się daleko posunięte reformy społeczne. Na przykład w Anglii szeroko zakrojony program na rzecz zmniejszania problemów społecznych (dążenie do pełnego zatrudnienia, powszechnej bezpłatnej opieki zdrowotnej, masowego taniego budownictwa) stworzył i zaczął wcielać w życie William Henry Beveridge w roku 1942, a więc wtedy, gdy ZSRR był w głębokiej defensywie i nikt nie myślał nie tylko o powstaniu w połowie Europy państw socjalistycznych, ale i o tym, że samo „pierwsze państwo robotników i chłopów” przetrwa hitlerowski podbój. Gdy tylko wojna minęła, a blok sowiecki dopiero się kształtował i losy wielu jego części nie były pewne, wszystkie państwa zachodnie wprowadziły wiele programów socjalnych, zmieniły system podatkowy na bardziej obciążający zamożne warstwy społeczeństwa, dokonały nacjonalizacji kluczowych dziedzin przemysłu itp. Kolejne kilkadziesiąt lat funkcjonowania „społeczeństw dobrobytu” było efektem tychże zdarzeń i decyzji, nie zaś urojonego wpływu ZSRR.
Na koniec zostawiłem sobie mit najbardziej smakowity, bo najgłupszy. Wedle jego wyznawców, w Polsce kapitalizm został wprowadzony w efekcie sprytnej, trwającej 10 lat polityki „Solidarności”, którą próbowali powstrzymać dzielni i szlachetni PZPR-owscy obrońcy socjalizmu, z generałem Jaruzelskim na czele. Taki „argument” można obalić już wtedy, gdy wspomnimy, że w większość demoludów nie było odpowiednika „Solidarności”, a kapitalizm wprowadzono tam równie sprawnie. Zrobiono to w podobny sposób, w niemal identycznym momencie, a za całym procesem stali czołowi przywódcy partii komunistycznych.
W Polsce to właśnie generał Jaruzelski jest twórcą kapitalizmu. Z tymi, którzy zafundowali nam ekonomiczne realia III RP, postanowił on podzielić się władzą – nie jest przypadkiem, że po okrągłym stole budowano kapitalizm w „dzikiej” wersji, a na niemalże czołowych działaczy opozycji antykomunistycznej namaszczono Leszka Balcerowicza, Waldemara Kuczyńskiego i Donalda Tuska, nie zaś Ryszarda Bugaja, Zbigniewa Romaszewskiego czy Andrzeja Gwiazdę. Z tymi ostatnimi generałowi Jaruzelskiemu mogłoby nie udać się bowiem kontynuowanie budowy grabieżczego kapitalizmu. Tak, kontynuowanie, gdyż ów system gospodarczy zaczęto tworzyć już około roku 1986, mocno przyspieszając za kadencji PRL-owskiego premiera (został nim na prośbę Jaruzelskiego) Mieczysława Rakowskiego i towarzyszącego mu jako minister przemysłu Mieczysława Wilczka (laureata Nagrody Kisiela dla wybitnych wolnorynkowców), autorów daleko posuniętej reformy gospodarczej. Do dziś wielu liberałów z łezką w oku wspomina, że takiego wspaniałego wolnego rynku jak wówczas, nie było już nigdy później. No i można wtedy było ukraść te pierwsze miliony, które po dziś dzień określają stratyfikację społeczną w naszym kraju. Oczywiście głównym problemem polskiego kapitalizmu nie jest jego „nomenklaturowe” oblicze, lecz sama natura współczesnej gospodarki rynkowej. To jednak, że Polska dołączyła do globalnego systemu i wprowadzono u nas neoliberalne zasady, jest efektem wspólnej pracy Balcerowicza i Jaruzelskiego. Obaj bardzo się starali, żeby w Polsce nie było żadnej „trzeciej drogi” czy choćby próby naśladowania doświadczeń skandynawskiego modelu socjalnego.
O lewicowym obliczu „Solidarności” już wspominałem. Nie był to u zarania ruch prokapitalistyczny i mało komu śniło się, że mógłby takim być. Liberalne wywody garstki opozycjonistów w rodzaju Kisiela były traktowane niczym kuriozum, a on sam oceniał „Solidarność” jako ruch głęboko socjalistyczny, niechętny prorynkowym zmianom (nawiasem mówiąc, to ówcześni opozycyjni liberałowie oczekiwali zmian na rzecz kapitalizmu w połowie lat 80. nie po „Solidarności”, lecz od Jaruzelskiego, składając mu propozycje, by w Polsce zrealizował to, co później wprowadzono w Chinach, czyli zachowanie monopolu partii w polityce przy jednoczesnych zmianach rynkowych w gospodarce). W łonie Związku rej wodzili tacy ekonomiści, jak Tadeusz Kowalik czy Ryszard Bugaj, których o miłość do liberalizmu trudno podejrzewać. Zupełnie nierynkowe były też oczekiwania milionów ludzi, którzy ten ruch współtworzyli. Stan wojenny pozwolił natomiast rozbić pierwszą „Solidarność” – zniszczył masowy, prosocjalny, egalitarny ruch społeczny oraz zmarginalizował tych działaczy Związku, którzy byli wierni pierwotnym ideałom. Wyizolowana elita podziemnej „Solidarności” nie tylko przestała być kontrolowana przez robotnicze masy. Stała się także obiektem wsparcia ze strony USA, które bynajmniej nie pomagały bezinteresownie. Od roku 1984 datuje się inwazja propagandy neoliberalnej w łonie opozycji antykomunistycznej – coraz więcej było tam pochwał Reagana i Thatcher, coraz więcej zachwytów wywodami Hayeka i Friedmana, a coraz mniej troski o prawa robotników, samorządność pracowniczą i socjalny model gospodarki.
Oczywiście liderzy „Solidarności” idealizowali zachodnie realia, choćby dlatego, że nie znali ich zbyt dobrze. Ale czynienie im zarzutu z tego, że „nie wiedzieli” o neoliberalizmie, jest cokolwiek absurdalne. Nie wiedzieli o nim bowiem w roku 1980 czy 1981 także ci krytyczni geniusze, którzy po upływie ćwierci wieku wiedzą wszystko na ten temat. Tak się bowiem składa, że neoliberalizm na początku lat 80. dopiero na Zachodzie raczkował. Jako trend intelektualny istniał na szerszą skalę od początku lat 70., zyskując popularność pod koniec tej dekady, a na początku następnej ani jeszcze nie zatriumfował, ani nikt nie znał jego pełnego oblicza. Gdy Thatcher próbowała w roku 1981 „zreformować” górnictwo brytyjskie poprzez zwolnienie 25 tys. pracowników, dostała takie baty, że jej rząd o mało nie upadł – jej zamiary powiodły się dopiero 4 lata później. Inny z czołowych twórców neoliberalizmu, Ronald Reagan, został prezydentem w roku 1980, a szczyt jego liberalnej polityki ekonomicznej przypada dopiero na połowę tej dekady. Doprawdy, twórcy „Solidarności” musieliby być jasnowidzami, żeby powołując się w roku 1980 na wzorce zachodnie nie mieć na myśli 35 lat praktyki spod znaku welfare state, lecz majaczący dopiero na horyzoncie kapitalizm w wersji drapieżnej.
A co z przywołanym w tytule Gierkiem? Nie wiem, czy Polska mogła w ogóle uniknąć realnego socjalizmu pod sowiecką kuratelą. Mimo iż bardzo krytycznie oceniam III RP, to daleki jestem od myślenia, że za PRL było lepiej. I dlatego, że obecne realia nie są aż tak straszne, jak odmalowują je „lewicowcy”, i dlatego, że PRL nie był taki fajny, jak usiłują nam oni wmówić. Przede wszystkim jednak dlatego, że ideały lewicowe to nie tylko pełna micha i reformy socjalne, ale także swobody obywatelskie – i są to kwestie nierozdzielne (w przeciwnym razie za ludzi lewicy należałoby uznać Hitlera czy Salazara). Oceniając PRL i mając na uwadze wszystkie wyżej opisane niuanse, uważam, że z tamtej epoki najlepsze dla Polski były rządy nie Gomułki czy Jaruzelskiego (za którego Bierut i inni poprzednicy wykonali mokrą robotę i tylko dlatego wymordował on mniej ludzi niż Pinochet), lecz Edwarda Gierka. Jego władza była bowiem wśród wszystkich PRL-owskich włodarzy najbliższa ideałom lewicowym i zdrowemu rozsądkowi. Poluzowano cenzurę i prześladowania inicjatyw opozycyjnych. Podobnie było w sferze kultury. Polityka masowego budownictwa mieszkaniowego oraz całkiem nowoczesnych jak na tamte lata inwestycji przemysłowych oznaczały duży skok modernizacyjny i zmniejszenie wielu barier rozwojowych, a zwykłym ludziom po prostu znacznie się polepszyło. I choć tamte czasy nie były wolne od różnych patologii i negatywnych zjawisk (od zadłużenia, przez przemysłową gigantomanię, po radomskie „ścieżki zdrowia”), to spośród całego PRL-u lata rządów Gierka można uznać za najbardziej udane.
przez Remigiusz Okraska | sobota 2 grudnia 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Żałoba narodowa, specjalne dodatki gazet, wystąpienia polityków, pierwsze miejsce w radiowych i telewizyjnych „njusach”, błyskawiczne uruchomienie dodatkowych funduszy dla wdów i sierot po zmarłych, czarne tło witryn największych portali internetowych – takie były reakcje na tragiczną śmierć 23 górników w kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej.
To wszystko, po pierwsze, może wywoływać niesmak, tak sztuczne i pełne hipokryzji są postawy wielu aktorów wydarzenia. Te same gazety, które nie raz i nie dwa szczuły społeczeństwo na górników jako „uprzywilejowanych, roszczeniowych nierobów”, dziś użalają się nad ciężką górniczą dolą. Ci sami „eksperci”, którzy wielokrotnie wzywali do przywrócenia kopalniom rentowności – oczywiście kosztem likwidacji „przywilejów” zwykłych górników, nie zaś przy pomocy rozpędzenia węglowej mafii ze spółek, zarządów, firm pośredniczących itd. – dziś mają gęby pełne frazesów, że na ludzkim życiu nie można oszczędzać. Ci sami politycy, których czołowe hasła wyborcze postulowały tzw. obniżkę kosztów pracy, dziś mają w oczach łzy, bo z powodu praktycznej realizacji tej chorej ideologii zginęły 23 osoby.
Nagle wszyscy doznali olśnienia. Decydenci dostrzegli, że szwankuje system przestrzegania zasad BHP i jego kontrola przez instytucje powołane w tym celu. Tak jakby wcześniej nie było to oczywiste. Jakby nie ginęli ludzie na budowach czy w halach fabrycznych. Jakby dużej skali patologii nie odnotowały już dawno nawet raporty tak skostniałej instytucji jak Państwowa Inspekcja Pracy. Jakby nie pisały o tym niektóre odważniejsze gazety i ich autorzy nie przekupieni jeszcze przez sektor public relations na usługach firm czy całych branż. Jakby statystyki kopalniane nie odnotowały rosnącej wypadkowości w górnictwie. Ocknęli się też związkowcy – właściwie każda z central zaczęła przekonywać, że już dawno alarmowała w sprawie lekceważenia zasad bezpieczeństwa w kopalniach i szafowania ludzkim życiem. Każda z nich posiada – mówili liderzy – stosy pism, które pozostały bez odpowiedzi. Być może to prawda. Prawdą jest też, że te same związki potrafiły robić zadymy dlatego, że nie podobał im się wiceminister gospodarki, lecz w analogiczny ostry sposób nie nagłośniły, iż w każdej chwili mogą zginąć ludzie, ich koledzy.
Po drugie, tragedia taka jak ta w „Halembie” skłania do szerszej refleksji i pytania zarazem. Czy w Polsce musi dojść do wielkiego nieszczęścia, żeby dostrzeżono oczywiste problemy? Czy musi się zawalić dach hali targowej i żywcem zmiażdżyć wielu ludzi, żeby zwrócono uwagę na oszczędności, brakoróbstwo i korupcję w budownictwie oraz na lekceważenie elementarnych norm w kwestii dbałości o stan techniczny takich obiektów? Czy uczennica molestowana w szkole na oczach całej klasy musi popełnić samobójstwo, żeby do decydentów – i samych rodziców – dotarło wreszcie, że w polskiej oświacie źle się dzieje? Czy musi zginąć 23 górników, żeby zwrócić uwagę na splot patologii w górnictwie? Wiem, że łatwiej wzywać do rozwiązania problemów niż uczynić to w praktyce, ale niżej podpisany – inaczej niż całe rzesze państwowych biurokratów i zawodowych ekspertów – nie bierze za to sporych pensji.
W tym wszystkim tkwi jednak ziarno nadziei. Śmierć górników i reakcje na nią pokazały, że nie jest z nami jeszcze tak źle. Okazało się, że po kilkunastu latach neoliberalnej propagandy, która przekonywała wielokrotnie o tym, jak to górnicy mają dobrze, społeczeństwo jednak nie zgłupiało i zdaje sobie sprawę, że praca w kopalni to nie tylko pensja wyższa od przeciętnej, ale także większy wysiłek i większe ryzyko. Ludzie mogą nie mieć dobrego zdania o górnictwie jako takim, ale też – poza niewielkim odsetkiem półgłówków – większość z nich ani myśli obwiniać o to zwykłych, dołowych górników. Mimo zmasowanych wysiłków, nie do końca udało się stosowanie zasady „dziel i rządź”, czyli napuszczanie pielęgniarek na górników, górników na hutników, hutników na nauczycieli, nauczycieli na kolejarzy, itd.
Ofiara „chopów z »Halymby«” poskutkowała jednak czymś jeszcze, dużo ważniejszym. Przywróciła do obiegu publicznego „ludzi pracy”. Tych wszystkich, którzy zarabiają na życie wysiłkiem własnych rąk. Tych, którzy zaprzeczają reklamowym wizjom, jakoby chleb brał się z Tesco, pieniądze z PKO BP, śruby z Castoramy, a ciepło i energia z Vantefalla czy innego STOEN-u. Przywróciła tych, bez których tego wszystkiego po prostu nie byłoby – bo taka jest prawda, niezależnie co roją salonowi panicze i ci, którzy pozwolili im wyprać sobie mózgi.
Oczywiście wiem, że „klasa robotnicza” nie jest taka jak dawniej. Że dziś równie często jak umorusany kombinezon robociarza ma ona śnieżnobiałą koszulę pracownika hurtowni. Ale ona jest. Jest na przekór liberalnym gogusiom, którzy uważają, że poza branżą reklamową, medialną i ubezpieczeniową nic nie jest nam potrzebne, bo wszystko taniej sprowadzimy z Chin. Jest na przekór tej lewicy, która w stołecznych kawiarniach debatuje za pieniądze od Michnika, jakie cierpienia przeżywa w ciemnogrodzkiej Polsce afroamerykański gej i jak się świetnie odnaleźli w nowej rzeczywistości Frasyniuk z Bujakiem, nie to co jakiś „frustrat” czy „nieudacznik” Andrzej Gwiazda. Jest też na przekór tej prawicy, która potrzebowała robotników do walki z komuną i potrzebuje ich dzisiaj do „sierpniowych” i „solidarnych” wyborczych wideoklipów, ale w swej głupocie chce np. zlikwidować pierwszomajowe Święto Pracy, bo jej się „źle kojarzy” – a kojarzy oczywiście z „komuną”, nie zaś z ponad stuletnią tradycją walk ruchu robotniczego o to, by takie sytuacje jak ta z „Halemby” się nie zdarzały.
Tragicznie zmarłym górnikom nic nie przywróci życia. Ważne jednak, żeby ich śmierć nie poszła na marne – żeby poprawiła dolę tych, którzy wciąż żyją i pracują, nie tylko we kopalniach. To zapewne będzie dla de facto zamordowanych robotników lepszym zadośćuczynieniem niż medialne i polityczne pustosłowie.
Remigiusz Okraska
P. S. Przy okazji polecam dwa teksty Aleksandra Boronia o patologiach w górnictwie:
Czarna rozpacz, czyli reformowanie górnictwa po polsku
Zmowa milczenia
przez Remigiusz Okraska | wtorek 14 listopada 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Lider endecji nie należy do moich ulubieńców. Ani on, ani jego obóz polityczny nie są mi bliscy w sensie ideowym. Doktryna Narodowej Demokracji kojarzy mi się z myśleniem w wąskich kategoriach nacjonalistycznych, z nieodłączną dla takich „klimatów” manierą ekskluzywizmu, podejrzliwości, węszenia zagrożeń. Nawet jeśli pojawiały się w łonie endecji bardziej godne uwagi osoby czy pomysły, to raczej na obrzeżach niż w centrum tego środowiska. Ale i one to już w większości przypadków tylko historyczna ciekawostka, gdyż w obecnych realiach są anachroniczne.
Nie zmienia to faktu, że Roman Dmowski był postacią zasłużoną dla naszego kraju. Mało kto z poważnych znawców tematu odmawia mu niewątpliwych dokonań na polu odzyskania niepodległości czy udziału w ukonstytuowaniu się – po długim okresie rozbiorów – nowoczesnego narodu polskiego. To wystarczająco wiele, by autor „Myśli nowoczesnego Polaka” miał pomnik w Warszawie.
Niestety, nawet w kwestii oceny przeszłości trwa nie tyle spór, co brutalna wolnoamerykanka. Przeciwnicy postawienia pomnika argumentowali, że Dmowski był antysemitą, jako taki nie zasługuje więc na uhonorowanie. To byłby argument niezbyt mądry, ale przynajmniej do przyjęcia. Pewna obsesja na punkcie „narodu wybranego” i jego domniemanych knowań rzeczywiście cechowała Dmowskiego. Nie da się jej wytłumaczyć wyłącznie ówczesnymi realiami, jak chcieliby to uczynić bezkrytyczni miłośnicy Pana Romana. Nawet biorąc poprawkę na realny konflikt interesów ekonomicznych między częścią polskich Żydów a częścią „rdzennych” Polaków, mający miejsce w międzywojniu, należy pamiętać, że można było ów problem analizować bez uciekania się do wulgarnych antysemickich wywodów, co czynili np. liderzy ruchu ludowego. Natomiast ewidentnym nadużyciem jest to, w jaki sposób przedstawia się ów antysemityzm Dmowskiego. Przeciwnicy jego pomnika porównują lidera endecji z niemieckimi hitlerowcami, a jego antyżydowskie wypowiedzi z potwornym ludobójstwem – Holocaustem.
Szczytem tego typu chamskich zagrywek była akcja tzw. zasłonięcia pomnika, dokonana dzień przed oficjalnym jego odsłonięciem. Akcję zorganizowano 9 listopada, w rocznicę… nazistowskich pogromów Żydów, które przeszły do historii pod nazwą Nocy Kryształowej. Jak podały media, uczestnicy akcji mieli transparent z napisem „Noc Kryształowa – pamiętamy”. Jedna z organizatorek, Alina Cała, historyczka z Żydowskiego Instytutu Historycznego, występująca tym razem w roli kandydatki Zielonych 2004 do warszawskiej rady miasta, powiedziała, że Dmowski miał wpływ na pogromy antyżydowskie w latach 30. Jakby tego było mało, dwa dni później tzw. nieznani sprawcy obrzucili pomnik farbą, a w jego okolicy wymalowali swastyki. Należy z uznaniem przyjąć wyrazisty dowód, że wywody p. Całej padły na podatny grunt. Dobrze wiedzieć, że jej ideowi pobratymcy stosują metody iście faszystowskie – jakby nie patrzeć, mniej należy się obawiać poglądów nieżyjącego Dmowskiego, niż takich wyczynów żyjących „nieznanych sprawców”. Normalnemu człowiekowi jest raczej obojętne, czy bandyta jest faszystą, czy antyfaszystą – bandyta to bandyta, także ten prawdopodobnie zainspirowany przez p. Całą.
Pani Cała jako historyczka powinna znać tę zasadę współczesnej humanistyki, która przestrzega przed pochopnym stosowaniem wobec wydarzeń z przeszłości ocen i kategorii, które pojawiły się dopiero po tychże wydarzeniach. Antysemityzm Dmowskiego był nie tylko czymś zupełnie innym niż antysemityzm hitlerowców, bo wypływał z uzasadnień – pal już licho, czy sensownych – natury kulturowej i ekonomicznej, nie zaś biologicznej i rasistowskiej. Był inny nie tylko dlatego, że Dmowski, inaczej niż Hitler, nie wzywał do mordowania Żydów. Przede wszystkim był inny, bo „przedhitlerowski” i potępianie go dziś z pozycji wiedzy i wrażliwości epoki „po Holocauście” jest pozbawione sensu. Gdyby chcieć stosować takie metody wobec innych, to np. Winston Churchill nie powinien mieć w Anglii pomników, bo u zarania władzy Adolfa Hitlera określał on lidera NSDAP mianem dobrego polityka i męża stanu. A co zrobić z takimi osobami, które popierały eugenikę i były zwolennikami przymusowej sterylizacji osób „niepełnowartościowych”, skoro w tym gronie znaleźć można np. prezydentów USA Theodore’a Roosevelta i Woodrowa Wilsona czy znanego pisarza Herberta G. Wellsa?
Ale nawet nie w tym rzecz. Dmowski bez wątpienia powinien być krytykowany za swoje faktyczne przewiny i błędy. Jednak stosując takie standardy, jakie proponują przeciwnicy postawienia pomnika lidera endecji, okazałoby się, że mało kto zasługuje na pomnik czy choćby uznanie. Z postaci historycznych np. Józef Piłsudski uznany mógłby zostać za terrorystę-rzezimieszka i agenta, Czesław Miłosz za komunistycznego dyplomatę, zaś ze współczesnych Adam Michnik za specjalistę od szemranych rozmów z Rywinem i Gudzowatym. Nie wiem, czy mielibyśmy choć z pięć osób godnych pomnika.
Dmowski zrobił dla Polski więcej dobrego niż złego – i zasługuje na pomnik właśnie z tego powodu, nie zaś dlatego, że był człowiekiem idealnym. Całkiem niedawno z tego samego powodu uważałem, że na ochronę przed zniszczeniem zasługuje pomnik Ludwika Waryńskiego (zobacz tutaj). A przecież nie mam za grosz sympatii komunistycznych. Nie przyszło mi jednak do głowy odmówić Waryńskiemu prawa do pomnika, ani to, by przy okazji całej sprawy ględzić o sowieckim komunizmie Stalina i oskarżać twórcę Wielkiego Proletariatu o odpowiedzialność za system gułagów.
Dmowski nie był politykiem „kryształowym” – jednak krytykowanie go poprzez próbę skojarzenia poczynań lidera endecji z nazistowską Nocą Kryształową jest zagrywką łotrów. Łotrów, którzy nie zasługują nie tylko na pomniki, ale nawet i na to, by im napluć w twarz.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 29 października 2006 | Felietony - Remigiusz Okraska
Klęska koalicji rządzącej nie będzie spowodowana sporami i przepychankami w jej łonie, czyli rozbieżnymi interesami i silnymi osobowościami liderów PiS, Samoobrony i LPR. Dojdzie do niej, bo w kluczowych kwestiach nie nastąpi przełom. Na to nie ma bowiem żadnego pomysłu.
Idea „Polski solidarnej” wskazywała na solidarność społeczną, jako przeciwieństwo dominującego dotychczas myślenia w kategoriach indywidualistyczno-liberalnych oraz postkomunistyczno-kastowych. Nie mam przesłanek, by zakładać, że owa idea czy też slogan były od początku obliczone na naiwną klientelę wyborczą. Pewne jest jednak, że w praktyce niewiele z tego wyszło. Najsłabszym elementem rządowej układanki jest PiS. O ile z niedawnych, bo zaledwie sprzed roku, wypowiedzi braci Kaczyńskich można było wnioskować, iż prezentują ciekawą syntezę kulturowego konserwatyzmu z gospodarczym socjaldemokratyzmem, a to wszystko mocno podlane nowoczesnym (tak!) sosem idei Pierwszej „Solidarności”, o tyle dziś już trudno mieć w tej kwestii jakiekolwiek złudzenia. PiS in action okazał się w ideowym i praktycznym sensie naśladowcą szkodliwych pomysłów neokonserwatywnych/neoliberalnych.
Jeśli czołowa liberalna twarz PO, Zyta Gilowska, została ministrem finansów, a Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha szefem rady nadzorczej ZUS-u, to oczywiście można tłumaczyć ów fakt chęcią zaprowadzenia dyscypliny budżetowej itp. Ale kiepska to wymówka, bo sprawa jest jasna – zarówno w sensie symbolicznym, jak i w kwestii konkretnych decyzji oraz sposobu myślenia o gospodarce i budżecie, oznacza to wyraźne opowiedzenie się za neoliberalnym kursem a la Leszek Balcerowicz. Stwierdzenie, że są to po prostu fachowcy, którzy będą realizowali politykę rządu, byłoby zabawne, gdyby nie dotyczyło tak istotnej sfery rzeczywistości. Nie ma bezstronnych fachowców, bo ekonomia – wbrew rojeniom głupków i ględzeniu propagandzistów – nie jest nauką ścisłą. Trudno też oczekiwać, by tacy starzy wyjadacze jak Gilowska i Gwiazdowski nie potrafili na płaszczyźnie ekonomicznej wodzić za nos braci Kaczyńskich i ich otoczenia. Gdyby chcieć realizować politykę prospołeczną i dać sygnał faktycznej zmiany kursu, ministrem finansów powinien zostać Ryszard Bugaj, a szefem ZUS-u np. Janusz Szewczak.
Spójrzmy, przykładowo, jak pojmowana jest polityka społeczna. Niedawno mogliśmy obserwować paniczne reakcje liderów PiS na plotkę, że Samoobrona domaga się przyznania bezterminowego zasiłku dla bezrobotnych w wysokości 800 zł miesięcznie. Oczywiście można się spierać o zasadność samej kwoty – w zestawieniu z pensjami w Polsce jest ona wysoka, choć patrząc na realia kosztów życia w dużym mieście wcale nie taka wielka. Inna sprawa, że ci, którzy twierdzą, iż tak wysoki zasiłek demoralizuje, jako niewiele niższy niż płaca minimalna, zapominają dodać, że demoralizujący – i to jeszcze jak – jest przede wszystkim poziom płac w Polsce. Nie da się ukryć, że płacić komuś za miesiąc pracy np. 1000 zł, to tak, jakby napluć mu w twarz – ów człowiek po opłaceniu rachunków za mieszkanie i media oraz zrobieniu podstawowych zakupów (żywność, odzież, środki higieniczne etc.) zostaje w zasadzie z pustym portfelem. Z kolei sam bezterminowy zasiłek byłby, owszem, demoralizujący w kraju, gdzie ofert pracy mielibyśmy nadmiar, i to rozmieszczonych w miarę równomiernie, nie zaś skoncentrowanych w kilku regionach i metropoliach. Natomiast w sytuacji chronicznego braku miejsc pracy – dzisiejszy chwilowy boom niczego tu w dłuższej perspektywie nie zmienia – nie tylko demoralizująca, ale wręcz wołająca o pomstę do nieba jest sytuacja, w której zaledwie 1/7 bezrobotnych otrzymuje wsparcie w postaci zasiłku, i to przez krótki okres 6-18 miesięcy.
Na dyskusję zasługuje także wiele innych kwestii związanych z rozwiązaniem proponowanym przez Samoobronę, jak choćby mechanizmy dyscyplinujące bezrobotnych do podejmowania pracy, czy też przewinienia, które skutkowałyby utratą świadczeń. Nie zmienia to jednak faktu, że bezterminowy zasiłek dla bezrobotnych jest bardzo sensownym mechanizmem solidaryzmu społecznego. Nie jest to kwestia wyłącznie zabezpieczenia biologicznego przetrwania, ale także chęć zapewnienia wszystkim pracującym poczucia bezpieczeństwa (co pozytywnie skutkuje w takich kwestiach, jak poszukiwanie lepszej pracy czy relacje między pracownikami a pracodawcami), zaś bezrobotnym umożliwienia uniknięcia społecznej stygmatyzacji. Nie jest też prawdą, że budżetu „nie stać” na takie zasiłki. Po pierwsze, są znaczne możliwości przesuwania środków z innych wydatków, czyli mamy do czynienia z ustaleniem priorytetów w wydatkach „społeczeństwa solidarnego”, nie zaś z jakąś mission impossible. Po drugie – znaczne polepszenie siły nabywczej bezrobotnych poskutkowałoby szybkim wzrostem konsumpcji, a co za tym idzie zwiększeniem podatkowych wpływów do budżetu. Po trzecie zaś, dzisiejszy brak wsparcia dla nich już jest kosztowny – nie tylko „wprost”, w postaci zapomóg z opieki społecznej, ale także w formie kosztów reakcji na patologie, od nałogów po wandalizm i ciężką przestępczość – a w perspektywie długofalowej będzie generował ogromne wydatki, o dotkliwych stratach w biologicznej i kulturowej substancji „solidarnego” społeczeństwa nie wspominając.
Należy też dodać, że bezterminowy zasiłek byłby świetnym instrumentem polityki prorodzinnej – nie tylko zabezpieczając warunki do posiadania potomstwa w ogóle, ale i umożliwiając matkom (a może i ojcom) spokojne wychowanie dziecka przez kilka lat, zamiast gnania do jakiejkolwiek pracy, by przeżyć. Mógłby też stać się sposobem na rozsądną liberalizację rynku pracy, pozwalając firmom lepiej reagować na wahania koniunktury – pracownika łatwiej byłoby zwolnić, ale jednocześnie nie byłoby to dla niego tragedią, gdyż stały i przyzwoity zasiłek umożliwiłby normalne życie i spokojne poszukiwanie kolejnej posady.
PiS zamiast tego zaproponował działania, które w zasadzie można porównać do XIX-wiecznej filantropii, z tą różnicą, że łaskawym darczyńcą zamiast Pana Przedsiębiorcy stał się Pan Urzędnik. Co zrobił „solidarny” rząd? Postanowił nakarmić dzieci w szkołach oraz wesprzeć, na wniosek i przy współpracy LPR, rodzące matki jednorazowym datkiem, zwanym „becikowym”. To oczywiście lepsze niż nic i trudno człowiekowi o zdrowych zmysłach krytykować karmienie głodnych dzieci. Łatwo jednak dostrzec schizofreniczny wymiar całej sytuacji. Otóż ci sami ludzie, którzy zasiłki dla bezrobotnych krytykują jako utrwalające uzależnienie od pomocy państwowej, promują takie uzależnienie w kwestii znacznie bardziej fundamentalnej, czyli napełniania dziecięcych brzuszków. Nie trzeba być „socjałem” – można być nawet liberałem – by dostrzec, że znacznie bardziej normalnym i humanitarnym rozwiązaniem jest sytuacja, w której bezrobotni rodzice kupują dziecku pożywienie (a także ubrania, obuwie, podręczniki, zabawki etc.) za pieniądze z zasiłku, niż gdy to samo dziecko jest dokarmiane przez państwo na oczach zamożniejszych rówieśników.
O „becikowym” z kolei można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że rozwiązuje jakiś problem. Nie robi tego w sferze tzw. prorodzinnosci, bo nikt rozsądny nie zdecyduje się na potomka przy jednorazowym wsparciu na tak mizernym poziomie. Nie czyni tak również w kwestii pomocy społecznej. Trafia wszak do ludzi o różnym statusie materialnym (w tym także do zamożnych), nie przysługuje natomiast tym ubogim, którzy dzieci mieć nie chcą lub nie mogą, co przypomina raczej nagradzanie dobrze aportującego psa przez jego właściciela niż równe traktowanie przez państwo swoich obywateli. Zresztą cała polityka rządzącej ekipy zdaje się być dyktowana ideologią „rozpłodową”, traktując osoby bezdzietne jako gorsze – świadczy o tym pojawiający się ostatnio pomysł dodatkowego opodatkowania tych właśnie obywateli.
Trudno taką politykę nazwać choćby liberalną – ona jest anachroniczna. Nowocześni liberałowie twierdzą, że nie należy dawać ryby, lecz wędkę. Mają rację – istotnie, samo rozdawanie jałmużny nie rozwiązuje żadnego problemu, a wręcz pogłębia go. Wędką powinny być nowe miejsca pracy, czyli – tu już możemy dać sobie spokój z liberalnymi teoriami – aktywna polityka państwa w sferze gospodarczej, niekoniecznie w „prostackiej” formie dotacji, lecz np. jako nakłady na naukę czy innowacje, albo różne metody faworyzowania inwestycji „pracochłonnych”. I w tej kwestii PiS również niewiele dokonał. Ileśset tysięcy ludzi wyjechało na Zachód do pracy, trafiła się akurat dobra koniunktura gospodarcza (zawsze się taka trafia po fazie stagnacji), do Polski płyną niespotykane wcześniej kwoty z UE na wsparcie wielu sfer, w tym tak zaniedbanych, jak rolnictwo czy infrastruktura na prowincji. I tylko tyle. Sam rząd nie zrobił niczego konkretnego. Gdy pierwsza „solidarna” minister finansów, Teresa Lubińska, powiedziała kilka słów prawdy o takich – nazwijmy to po imieniu – g… wartych inwestycjach jak hipermarkety, to szybko pożegnała się ze stanowiskiem. A tego rodzaju „biznesy” są zupełnie bezproduktywne, jeśli nie wręcz szkodliwe z punktu widzenia dobrobytu Polski i jej obywateli.
Z kolei jedyną dziedziną gospodarki, w której rząd przedsięwziął faktyczne kroki, jest budowa autostrad. Pomijam w tym miejscu ekologiczne i społeczne aspekty inwestycji tego rodzaju, bo to temat na osobny artykuł. Faktem jednak pozostaje – zapisanym od kilku lat nawet w dokumentach tak „betonowej” i technokratycznej instytucji, jak Komisja Europejska – że nie zachodzi żaden wyraźny i niekwestionowany związek między budową autostrad a rozwojem gospodarczym danego kraju czy regionu. Biorąc pod uwagę ogromny koszt inwestycji oraz ich główne przeznaczenie (tranzyt towarów przez Polskę na linii Europa – Rosja), znacznie bardziej korzystne z punktu widzenia poprawy poziomu życia byłoby wyasygnowanie tej kwoty na gruntowne remonty już istniejącej infrastruktury drogowej i kolejowej. „Solidarny” rząd bardziej się jednak martwi, czy niemiecki TIR wygodnie dotrze do Rosji, niż tym, czy polski prowincjonalny przedsiębiorca zawiezie furgonetką swoje produkty do hurtowni odległej o 50 km, bez ryzyka urwania podwozia, a polski pracownik będzie mógł szybko i sprawnie dojechać pociągiem do firmy w sąsiednim miasteczku.
Osobna sprawa to oczywiście fetyszyzowanie wskaźników koniunktury, w tym nie tylko wspomnianego malejącego poziomu bezrobocia, ale także rosnącego PKB. Znów jest to coś, co tak naprawdę niewiele mówi o sytuacji w kraju. Wiadomo np. już bezspornie, że rosnące PKB nie musi przekładać się na wzrost poziomu zamożności czy poprawę kondycji ogółu społeczeństwa. Najbardziej wymownym przykładem są tu Stany Zjednoczone, gdzie nieustanny, znaczny wzrost PKB od wielu lat, nie zmienia faktu, iż znaczna część społeczeństwa dotknięta jest tam spadkiem siły nabywczej i obniżką płac realnych – większość owoców wzrostu gospodarczego skonsumowała wąska elita finansowa, nie zaś zwykli ludzie. Dlatego też zachwyty nad rosnącym PKB nie mają żadnej wartości dopóki nie wiemy, komu i jak bardzo polepszyło się dzięki temu – czy zyskali szeregowi pracownicy firm prywatnych, zatrudnieni w budżetówce i emeryci, czy może ci, którzy dotychczas już i tak byli nieźle sytuowani?
Gdzie mamy więc tę „Polskę solidarną”? Może w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego? A skądże – tu bezrefleksyjnie powtarza się fałszywe neokonserwatywne tezy, że wystarczy surowo karać przestępców, aby zapanował porządek. Tak jakby większość przestępstw popełniano z nudów, nie zaś wskutek biedy, braku perspektyw czy z powodu przyswajania złych wzorców osobowych w patologicznym środowisku. Oczywiście bandytów trzeba surowo karać bez żadnego pobłażania, by zapewnić społeczeństwu elementarne warunki bezpieczeństwa, a w szkołach choćby i odizolować kilku łobuzów, aby uniknąć zdemoralizowania całych klas. Ale jeśli minister sprawiedliwości neguje sam sens resocjalizacji skazanych, a minister edukacji uważa, że dzieci „złe” należy masowo oddzielać od „dobrych”, to nie jest to żadna „Polska solidarna”, lecz Dziki Zachód. Takich anty-solidarnych postaw i działań można by wymienić więcej – choćby w polityce zagranicznej (bezsensowne i kosztowne krwawe awantury na polecenie USA) czy zmianie stawek podatkowych, na których zyskali najzamożniejsi – ale już starczy.
Przyczyną takiego stanu rzeczy jest anachronizm ideologii PiS oraz obrana przez jego przywódców droga ku hegemonii na prawicy. Anachronizm ów jest dwojaki. Pierwszy ma oczywiście korzenie w biografii braci Kaczyńskich, ukształtowanych w latach walki z komunizmem, a później zmagających się z postkomuną. Nie zamierzam negować wielu faktycznych patologii III RP, związanych z brakiem konkretnego i stanowczego rozliczenia się z ludźmi i mechanizmami PRL-u. Bez wątpienia należy dokonać lustracji, ujawnić agenturę w polityce, mediach i gospodarce, wyjaśnić podejrzane aspekty działań postkomunistów, zwłaszcza ich niejawnych struktur. Być może nawet należy dokonać tego w pierwszej kolejności – moja wiedza o kulisach problemu jest niepomiernie mniejsza niż Prezydenta i Premiera, więc trudno mi wyrokować, czy najpierw mają być „rozliczenia”, czy może gospodarka lub socjal. Jednak ogólna wymowa wielu wypowiedzi i stanowisk PiS-owskiego trzonu obozu rządzącego nie pozostawia wątpliwości, że od wielkości do śmieszności jest tylko krok. Jeśli bowiem całą nędzę i rozpacz III RP tłumaczą brakiem lustracji lub działalnością WSI, to niestety widać wyraźnie, że poza myśleniem życzeniowym nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Już tylko przykład sąsiedniej NRD, gdzie lustracja była pełna i szybka, a bogate zachodnie Niemcy władowały w ów kraj miliardy marek, pokazuje, że sednem sprawy nie są agenci, układ i czerwona pajęczyna, lecz dużo poważniejsze procesy i zjawiska o wymiarze globalnym.
Tu dochodzimy do drugiej płaszczyzny anachronizmu PiS. Otóż zamiast Porozumienia Centrum, czyli partii nieufnej zarówno wobec prawicowego liberalizmu gospodarczego, jak i przesadnego konserwatyzmu kulturowego, mamy dziś liderów tamtego ugrupowania na czele „wielkiej partii prawicowej”. W jej szeregach nie tylko stricte politycznych, ale i w zapleczu eksperckim (może nawet bardziej w nim), można znaleźć całe mnóstwo postaci jakby żywcem skopiowanych z neokonserwatywnej matrycy. Mam na myśli zwolenników Busha, Thatcher i Reagana, praktykujących pokazowy katolicyzm oraz odnajdujących sens życia – choć być może chodzi tu o odwrócenie uwagi od faktycznych problemów – w wojowaniu z gejami, feministkami, pornografią, prezerwatywami, Islamem, podatkami progresywnymi itp. problemami, które nękają Polskę dniem i nocą. Ten intelektualny folklor, z racji na swoją „siłę rażenia”, wspartą dodatkowo przez podobną opcję LPR (której liderzy wychwalają Thatcher i wojują z teorią ewolucji), znacząco wpływa na publiczny wizerunek i linię programową partii, a mam też wrażenie, że pod jego presją sami Kaczyńscy zaczynają przechodzić na coraz bardziej jałowe pozycje. Paradoksalnie, najlepiej w obozie rządzącym wypada „chamska” i „głupia” Samoobrona. To właśnie jej liderzy znacznie więcej rozumieją ze współczesnego świata, bliżsi są myśleniu solidarnemu niż neoliberalnemu, nie zostali też naznaczeni przesadnym przywiązywaniem wagi do jałowych schematów antykomunizmu.
Cała kwestia ma jednak szerszy, globalny wymiar. Dzisiejsza lewica więcej rozumie z realiów naszego świata, ale nie ma pomysłów jak to zmienić, brakuje jej także zakorzenienia w społeczeństwie. Prawica zaś posiada oparcie w „ludzie”, który potrafi mobilizować atrakcyjnymi dla niego hasłami, lecz z kolei zupełnie nie radzi sobie z analizą rzeczywistości. Lewica prze do przodu, lecz jest małą grupką wyizolowanych intelektualistów, za którą nie podąża żaden tłum. Prawica ma za sobą masy, ale potrafi wraz z nimi jedynie dreptać w kółko. Można krytycznie oceniać sporą część analiz, a zwłaszcza propozycji autorstwa takich myślicieli, jak Žižek, Hardt, Wallerstein czy Bauman, ale w ich rozprawach widać próbę zrozumienia zmieniającego się świata i wypracowania rozwiązań adekwatnych do sytuacji. Z kolei myśl – jeśli można ją tak w ogóle nazwać – neokonserwatywna jest wobec realiów bezradna. Wywody Kagana, Scrutona, Sormana czy Legutki to po prostu, bez względu na reklamowy szum czy tytuły naukowe autorów, obraza dla elementarnej wiedzy o procesach społecznych i problemach współczesnego świata. Jeśli „na prawo” pojawi się jakiś faktycznie twórczy i odważny myśliciel, to – jak np. John Gray – sam ucieka z tak jałowego środowiska, w dodatku jest przez nie traktowany jako zdrajca i wyrzutek. No ale nie wymagajmy, żeby liderzy PiS czytali i rozumieli Graya, skoro nie dociera do nich nawet większość tego, co pisze „zakolegowana” Jadwiga Staniszkis…
Zamiast „rewolucji moralnej” będzie więc stagnacja banalna. Gdy do ogólnej niemocy prawicy w definiowaniu problemów dodamy polską manierę ślepego – bazującego na kompleksach – naśladownictwa oraz intelektualne uwikłanie w problemy z epoki minionej, to pewne jest, że nie czeka nas żadna całościowa zmiana na lepsze. Kaczyńscy mają jakieś pomysły na rozwiązanie problemów „z wczoraj”, ale niewiele mają ich „na dziś”, a jeszcze mniej „na jutro”. Nie będzie rządu przełomu – będzie rząd dreptania w kółko. Nie wystarczy mieć armat – kadr, poparcia społecznego i szumnych zapowiedzi. Muszą jeszcze być one celne.