Obóz pięknej Polski?

Rozłam w partii rządzącej można oceniać dwojako: smucić się lub cieszyć. Smucić, gdy oceniamy obecny rząd pozytywnie. Cieszyć, gdy uważamy, że jego główny podmiot ewoluował w złym kierunku.

Pierwsza sprawa nie jest oczywista. Niewiele z poczynań tego rządu postrzegam jako sensowne – o czym za chwilę. Nie zmienia to jednak faktu, że w sferze symbolicznej koalicja Kaczyńskich, Leppera i Giertycha sprawia pewnego rodzaju przyjemność wielu osobom – w tym niżej podpisanemu – które krytycznie oceniały polskie realia po roku 1989. Trudno odpowiedzialnie stwierdzić, że obecna Polska jest całościowo lepsza niż ta sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych. Jest to natomiast na pewno Polska inna. Polska, w której mniej pyszałkowatych gęb Michnika, Geremka, Kwaśniewskiego, mniej zarozumiałych pouczeń autorstwa Olejnik, Lisa czy Żakowskiego, mniej pewnego siebie Jasnogrodu, Salonu i Towarzystwa.

Wyniki wyborów z roku 2005 to triumf „Polski B”, Polski marginalizowanej i lekceważonej, wyśmiewanej i strofowanej, Polski, której nie ma w głównych mediach, Polski, w której realne przeciętne pensje wynoszą tyle, ile kosztuje jednorazowa kreacja paniusi zajętej peanami na cześć postępu, standardów europejskich i społeczeństwa obywatelskiego. Za to właśnie – za całkiem silnego prztyczka w nos aroganckich typów, którzy zawładnęli Polską po roku 1989 – cenię obecny rząd i jego główny podmiot, czyli PiS. I w sytuacji zmasowanych ataków liberalnych funkcjonariuszy oraz ich użytecznych idiotów, deklaruję, jak niegdyś Adam Józef Potocki: „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”. Jeśli alternatywą dla PiS-u mają być dawni „aferałowie” z PO, „magister” Kwaśniewski i salon Michnika, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam – oni już pokazali co potrafią, aż zanadto. Gdyby przypadkiem obecne władze cierpiały w dziele likwidacji ancien régime’u na niedobór chętnych do tej niewdzięcznej pracy, to proszę o formularz zgłoszeniowy – oczywiście mam na myśli pracę społeczną. Jak głosiły słowa „Czerwonego Sztandaru”: „Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy, nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my!” – i nieważne, czy zapłaty dokonamy pod czerwonym, czy pod jakimkolwiek innym sztandarem.

Nie przekreśla to jednak faktu, że PiS zmierza w złym kierunku, a jego rządy oznaczają zawiedzione nadzieje na faktyczną zmianę, na Polskę nie tyle lepszą, lecz po prostu dobrą. Odejście Marka Jurka i jego stronników jest natomiast pewnym – co prawda nikłym, ale jednak – światełkiem w tunelu. Może bowiem być impulsem do powstrzymania ewolucji obozu rządzącego w coraz bardziej absurdalnym kierunku. Już najwyższy czas, by powrócić do ideału „Polski solidarnej” a porzucić fałszywą wizję Polski narodowo-prawicowo-ultrakatolickiej, bo nie na taką Polskę głosowali wyborcy w roku 2005.

Część elektoratu PiS to ludzie o poglądach radykalnie antykomunistycznych, „wojujący” katolicy i równie „wojujący” patrioci. Ale zwycięstwo w wyborach nie jest efektem obiecanek, że rząd czym prędzej zbuduje Świątynię Opatrzności, zmusi zgwałcone lub ciężko chore kobiety do porodów, postawi pomnik Kurasia-„Ognia”, a raz na tydzień kontrolowanym przeciekiem poinformuje nas w atmosferze sensacji, że jakiś podstarzały dziennikarz, aktorka, biskup czy profesor pisali donosy na swoich kolegów po fachu. PiS wygrał, bo obiecywał „Polskę solidarną”, Polskę normalną, Polskę nowoczesną. I nie wykluczało to ani patriotyzmu, ani wartości chrześcijańskich, ani rozliczenia poprzedniego systemu, a wręcz przeciwnie – również one stanowiły ważny rdzeń tej wizji, którą poparli wyborcy. Tyle tylko, że zamiast „Polski solidarnej” otrzymaliśmy niestety Polskę Marka Jurka.

Rząd zajął się wszystkim, tylko nie solidarnością społeczną. Politykę socjalną oparł na jałmużnie zwanej becikowym, nie zaś na jakichkolwiek cywilizowanych i sprawdzonych rozwiązaniach systemowych. Politykę prorodzinną na wydłużeniu urlopów macierzyńskich, bez próby wsparcia matek i rodzin elementarnymi „zdobyczami” w postaci tanich i łatwo dostępnych żłobków, przedszkoli i mieszkań oraz ochroną osób kończących takowe urlopy przed samowolą pracodawcy. Politykę gospodarczą na niezbyt nawet maskowanym zachęcaniu Polaków, by w Londynie myli garnki, Francuzom przepychali kanalizację, a w Norwegii podcierali tyłki emerytom, nie zaś na tworzeniu warunków ku temu, by w kraju płace były wyższe i bardziej egalitarne (nadal dominuje wiara w moc „zagranicznych inwestycji” i prywatyzacji resztek majątku narodowego, a jednocześnie zupełna niemoc w ukróceniu takich choćby patologii, jak ekspansja wielkich sieci handlowych). Politykę oszczędności budżetowych na ograniczaniu tzw. przedwczesnych emerytur, nie zaś na porzuceniu pomysłów likwidacji podatku spadkowego. Rozwój regionalny na budowaniu autostrad (żeby każda polska wieś i miasteczko miały „swój” sznur TIR-ów pod oknami), nie zaś na powstrzymaniu likwidacji lokalnych połączeń kolejowych. Walkę z przestępczością na spektakularnych pokazówkach ABW i CBA, nie zaś na ukróceniu chamstwa i bandytyzmu na osiedlach, drogach i w parkach. Ochronę dziedzictwa narodowego na pompatycznych uroczystościach ku czci i chwale oraz budowaniu obwodnic w rezerwatach przyrody, nie zaś na trosce o wyjątkowo zachowane piękno polskiej ziemi i jej materialnej przeszłości. I tak dalej.

Tej niemocy, w niektórych kwestiach połączonej z oczywistą głupotą i bezradnością, towarzyszyła natomiast nadaktywność owej części obozu rządzącego, której symbolem jest właśnie Marek Jurek. Choć żali się on na marginalizowanie swoich wpływów w PiS-ie, podając to jako przyczynę rejterady, to jednak właśnie Jurek i jemu podobni są największymi wygranymi ostatnich wyborów. Narzucili bowiem opinii publicznej i decydentom kilka swoich „koników” jako główne problemy rzekomo trapiące Polskę. IV RP okazała się być nękana przede wszystkim przeogromną liczbą aborcji będących efektem choroby czy gwałtu, istną plagą „nienaturalnych” środków antykoncepcyjnych, wszechogarniającą pornografią, rozwiązłością w mediach, tragicznie małą liczbą papiesko-maryjnych patronatów nad miejscami publicznymi, gejami masowo zatrudnianymi w szkołach w celu deprawacji małoletnich, wyrafinowanymi spiskami ekologów itd. Gdyby nie te przypadłości, mielibyśmy tu krainę mlekiem i miodem płynącą. No i oczywiście, gdyby jeszcze oprócz tego z 20 lat non stop ujawniać agenturę, przypominać żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i prawego skrzydła AK, oddać dworki spadkobiercom przedwojennych ziemian i dokonać intronizacji Chrystusa Króla…

Jestem od lat przeciwnikiem aborcji i dopuszczania jej „na życzenie” czy z tzw. przyczyn materialnych, a w moim środowisku polityczno-towarzyskim wymaga to znacznie większej odwagi niż analogiczna postawa wśród prawicowców-zetchaenowców. Jestem za bezpardonowym ujawnieniem komunistycznej agentury, bo uważam poprzedni system za podły, a samych agentów – za łotrów. Jestem zwolennikiem wartości chrześcijańskich nie tylko jako katolik, ale i jako człowiek o elementarnej wiedzy historyczno-etycznej. Jestem za akcentowaniem patriotyzmu i obroną państwa narodowego, bo to po prostu moja ojczyzna, na dobre i na złe.

Ale żaden Marek Jurek nie przekona mnie, że zgwałcone lub ciężko chore kobiety należy zmuszać do porodów, najlepiej przy pomocy zapisów Konstytucji. Albo że większości aborcji dokonuje się z kaprysu, nie zaś z powodu może nie tyle biedy, co braku perspektyw na sensowne życie – gdy posiadanie dziecka oznacza większą ciasnotę w małych, kupionych na 30-letni kredyt mieszkaniach, groźbę utraty pracy, konieczność dzielenia mizernej pensji na jeszcze mniejsze racje dzienne, a na swoistą osłodę survival podczas podróży z wózkiem przez miasta zupełnie niedostosowane do potrzeb osób z młodym potomstwem. Trzeba być bardzo naiwnym lub – jak zawodowa prawica laptopowo-garniturowa – oderwanym od rzeczywistości, żeby problem aborcji postrzegać przez pryzmat zapisów ustawy zasadniczej. Zabieg przerwania ciąży można w Polsce wykonać bez trudu, za pieniądze nie tak małe, ale też i niewielkie w porównaniu z choćby rocznym kosztem utrzymania dziecka, o innych kłopotach związanych z macierzyństwem nie wspominając. I poza skrajnymi przypadkami, nie dokonują tego kobiety złe, głupie, czy wręcz – jak czasem malują ów obraz moralizatorzy – zbrodnicze. Dokonują takie, które specjaliści od obrony życia poczętego zostawiają samym sobie.

Bo co im proponują? Antykoncepcja – zła. Adopcja – w obecnych realiach kłopotliwa, biurokratyczna, stygmatyzująca społecznie dla „ofiarodawczyni”. Wsparcie finansowe – ochłap w postaci becikowego. Wsparcie instytucjonalne – niemal żadne; spróbujcie w większości małych miejscowości znaleźć żłobek czy przedszkole. Wsparcie symboliczne – zerowe: bardziej poważany jest u nas „zagraniczny inwestor” niż polska matka. To państwo nie robi tak naprawdę nic w dziedzinie faktycznej polityki prorodzinnej, a gdy ktoś nie chce grać tak żenująco rozdanymi kartami, choćby wybierając w zamian skuteczną antykoncepcję, to zaczyna być traktowany jak Wróg Wspólnoty Narodowej. Za zupełnie głupie uważam hasła feministek o „prawie kobiet do własnego brzucha”, a obrona bezbronnej, zalążkowej formy ludzkiego życia to dla mnie jedna z miar człowieczeństwa i empatii (zupełnie zresztą niezależna od standardowych podziałów politycznych i postaw religijnych, bo znam przeciwników aborcji, którzy są skrajnymi lewicowcami, anarchistami czy buddystami). Tyle tylko, że „jurkowcy” są tychże feministek lustrzanym odbiciem, a ich pomysły spod znaku „rodzić i nie dyskutować” w dłuższej perspektywie szkodzą sprawie obrony życia poczętego, bo głupia akcja zrodzi równie głupią reakcję.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że od zasady obrony życia nie może być nawet najmniejszych odstępstw, jak w przypadku choroby czy gwałtu, i że Papież takowych nie przewidział. W nie-utopijnym, realnym czy jak kto woli – grzesznym świecie, odstępstwa są koniecznością, a Papież wzywał nie tylko do ochrony życia poczętego, ale także np. do zaprzestania bombardowań już dawno poczętych irackich czy afgańskich cywilów, czego p. Jurek jakoś nie dostrzegł. Nie przekona mnie również, że życie należy chronić wyłącznie wtedy, gdy jest bezbronne, a bezbronne jest ponoć tylko w formie zarodkowej – równie bezbronni są ludzie wyrzucani z pracy, eksmitowani z mieszkań czy zatruwani spalinami z autostrad itd.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że do największych problemów moralnych tego świata należy stosowanie hormonalnej antykoncepcji czy pornografia – bo choć są to zjawiska dyskusyjne medycznie czy etycznie, to znam wiele gorszych „wynalazków” czy postaw, które moralistom nie spędzają snu z powiek. Wolę skuteczną antykoncepcję niż dzieci wychowywane źle, bez troski i odpowiedzialności rodziców. Wolę miłośników pornografii, którzy oglądają ją w zaciszu swoich domów, niż setki wytworów prymitywnej kultur masowej, które atakują mnie każdego dnia w przestrzeni publicznej, a ich twórcy są do tego wręcz zachęcani przez prawicowych mędrków, jeśli tylko taka działalność podwyższa wskaźniki PKB. Mniej szkodliwy społecznie jest ktoś, kto po kryjomu ogląda gazetki z „gołymi babami” niż ten, kto w zabytkowej części miasta buduje ordynarne centrum handlowe. Ten pierwszy szkodzi bowiem tylko sobie, ten drugi – psuje umysły i wrażliwość setek tysięcy osób oraz dewastuje nasze wspólne dziedzictwo.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że problemem polskiej szkoły są nauczyciele-geje. Bo tym problemem są nauczyciele leniwi, mierni, pozbawieni pasji. No i zbyt wielu spotkałem nauczycieli heteroseksualnych, którzy ślinili się na widok swoich uczennic, bym przejmował się enigmatycznymi belframi-homoseksualistami, którzy być może występują w jednej szkole na sto albo i rzadziej.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że wartości chrześcijańskie polegają na obnoszeniu się z imieniem Papieża czy Maryi na ustach. Bo dla mnie polegają one na trosce o bliźnich i na choćby elementarnej uczciwości – nie na liberalizacji gospodarki, żeby Jaśnie Pan Inwestor mógł jeszcze bardziej pomiatać pracownikami, i nie na zatrudnianiu politycznych kolesiów-miernot na państwowych posadach.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że patriotyzm i „przywracanie pamięci” to tylko pomniki Dmowskiego i „Ognia” oraz kult Powstania Warszawskiego. Znam bowiem także takie postaci, jak Kazimierz Pużak i Adam Ciołkosz, a bardziej niż straceńcze „chodzenie w bój bez broni” imponuje mi np. stworzenie prężnego ruchu spółdzielczego w międzywojniu.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że rozliczenie PRL-u polega na politycznych czystkach i medialnych skandalach przy użyciu niejasnej gry teczkami. Bo dla mnie lustracja ma sens tylko wtedy, gdy rzetelnie i całościowo wyjaśni raz na zawsze esbeckie mechanizmy, wskaże ich wykonawców oraz wpływ na przebieg wydarzeń, a wszystko to bez taryfy ulgowej i tendencyjności wedle polityczno-ideowego klucza. Uznam triumf lustracji wtedy, gdy IPN opisze rzetelnie nie tylko jawnych SB-ków oraz agentów rodem z dzisiejszego Salonu, ale także np. uwikłanie Lecha Wałęsy, kunktatorstwo Kościoła wobec komunistów, rolę opozycyjnych liberałów i „prawdzików” w niszczeniu lewicowo-syndykalistycznej frakcji „Solidarności” itp.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że dekomunizacja polega na niszczeniu pomników Ludwika Waryńskiego i „likwidacji” – jak chciała sojuszniczka Jurka, posłanka Małgorzata Bartyzel – 1-Majowego Święta Pracy. Bo Ludwik Waryński – inaczej niż kilku posłów PiS-u – nigdy nie był członkiem PZPR, a 1 Maja to święto nie komunistów, lecz tych, którzy na długo przed nastaniem PRL-u dopominali się w różnych krajach o godne traktowanie każdego człowieka, a na rodzimym gruncie domagali się właśnie „Polski solidarnej”…

Niestety, choć Marek Jurek i jemu podobni nie przekonali mnie, to dokonali tego wobec całego PiS-u To właśnie oni sprawili, że od wyborów roku 2005 partia stale przesuwa się w prawo, a jej pomysły na ład publiczny coraz bardziej przypominają groteskę i skansen. Oczywiście nie twierdzę, że Jurek et consortes to gromadka przebiegłych łotrów, którzy opętali „dobrych ludzi”. Ewolucja PiS-u odzwierciedla problem poważniejszy niż ideologiczny lobbing jakiejś grupy posłów. Jest ona efektem braku pomysłów na rozwiązanie kluczowych problemów, miałkości programowej tego środowiska, a także kwestii prozaicznych, bo generacyjnych – liderzy PiS z racji wieku i spędzenia większości życia w izolowanym systemie komunistycznym są po prostu słabo zorientowani w realiach współczesnego świata, a rzeczywistość postrzegają przez pryzmat problemów, których już dawno nie ma, bądź też mają o wiele mniejszą skalę niż niegdyś. To ostatnie piszę ze smutkiem, bowiem braci Kaczyńskich uważałem przez lata za polityków ze ścisłej polskiej czołówki, jeśli chodzi o horyzonty intelektualne. Niestety, sensownej obronie państwa narodowego, krytyce skutków tzw. decentralizacji (w praktyce: zawłaszczenia wspólnot lokalnych przez różne kliki) czy nazwaniu po imieniu hucpy o nazwie społeczeństwo obywatelskie, towarzyszy u nich zupełny brak zrozumienia problemów globalizacji, jakości życia, ekologii, przeobrażeń cywilizacyjnych itp. Jasne, że łatwiej być mądrym teoretykiem niż choćby przeciętnym praktykiem sprawowania władzy i że wielu obiektywnych uwarunkowań nie „przeskoczy” nawet najlepszy premier i prezydent. Ale gdy słucha się, jak Jarosław Kaczyński opowiada o ekologach blokujących rozwój Polski, bo nie chcą się zgodzić na zalanie betonem przepięknego miejsca po to, żeby niemieckie TIR-y mogły jeździć za półdarmo a spekulanci gruntami – zarobić sporo forsy, to trudno poważnie traktować kogoś takiego jako polityka, myśliciela, a także konserwatystę.

W efekcie wpływów „jurkistów” oraz braku refleksji pozostałych liderów tego środowiska, PiS wybrał najgorszą spośród możliwych dróg. Wyborczy program i hasła, a później sojusz z Samoobroną, świadczyły początkowo, że partia ta ewoluuje od sztampowej i jałowej prawicowości ku nowemu modelowi centrum. Takiemu, które zamiast technokratyzmu, nijakości i „poprawności” centrum standardowego – w Polsce symbolizowanego przez dawną Unię Wolności – wybrałoby umiejętne i twórcze łączenie najcenniejszych wątków lewicowych i prawicowych, a w sferze kulturowej dokonało syntezy tradycji i nowoczesności. Zamiast tego PiS zaczął się licytować w prawicowości, czego jedynymi efektami było zmarginalizowanie własnego sojusznika – LPR-u, a w wymiarze ideowo-kulturowym brak umiejętności odpowiedzi na kluczowe wyzwania, przed jakimi staje Polska. Oczywiście na krótką metę można w ten sposób utrzymać władzę – podkręcając atmosferę tropienia agentów, demaskowania skandali korupcyjnych, walenia jak w bęben w Salon czy „wykształciuchów” – ale długofalowo dla kraju wynikną z tego tylko kolejne zmarnowane lata, bo igrzyskami nie zastąpi się chleba. Rozłam dokonany przez „jurkowców” jest zresztą logiczną konsekwencją takiej durnej polityki. Wydawało się, że tak doświadczeni politycy jak Kaczyńscy rozumieją, iż na każdego radykała znajdzie się prędzej czy później radykał większy, „niezłomny” czy po prostu bardziej krzykliwy.

Odejście frakcji Jurka jest okazją do refleksji, co dalej. Jeśli PiS myśli o Polsce, nie zaś tylko o tej czy kolejnej kadencji, powinien zrobić coś przeciwnego niż do tej pory. Zamiast licytować się w radykalizmie i przekomarzać z Jurkiem czy Giertychem oraz potępiać wszystko to, co nie mieści się w wąskiej wizji prawicowości, powinien poszerzyć swoje spektrum ideowe i dostrzec nowe środowiska, które warto pozyskać do współpracy. Zdegustowanych dotychczasową Polską, czyli III RP, jest bowiem znacznie więcej niż w szeregach radykalnych „obrońców życia” czy przeciwników antykoncepcji. PiS powinien zostawić w spokoju „dusze” wyborców narodowo-katolickich, pozwalając „prawdziwym radykałom” i niezłomnym specjalistom od „wierności wartościom”, bić się o te 3 czy 6 procent głosów.

Zamiast tego Lech i Jarosław Kaczyńscy powinni na serio potraktować wielokrotne własne deklaracje – np. te o etosie żoliborskiej inteligencji i te o szacunku wobec dokonań obozu sanacyjnego. Nie rezygnując z pewnej dozy rozsądnego konserwatyzmu kulturowego i religijnego, warto dostrzec, że w Polsce są jeszcze inne wartościowe i perspektywiczne tradycje, niemal zupełnie nieobecne w postaci reprezentacji politycznych. Nie ma u nas nurtu wyrażającego poglądy „państwowców” (nie lewica, nie prawica, lecz dobro Polski), nie ma reprezentacji lewicy patriotycznej, nie ma środowisk, które dbałyby o interesy prowincji bez wikłania się w klimaty klasowo-zawodowe (tak jakby w małych miastach i wsiach mieszkali tylko rolnicy i „ofiary transformacji”, czyli żelazny elektorat PSL i Samoobrony), są miłośnicy przyrody i krajobrazu, którzy nie chcą być kojarzeni z lobby homo-feministycznym z Zielonych 2004, są patrioci, którym Dmowski śmierdzi naftaliną i absurdalnymi teoriami, są zwolennicy praw kobiet bez popadania w lewackie paranoje, są lokalni liderzy i społecznicy, którzy widzą fałsz odgórnej budowy społeczeństwa obywatelskiego przez Agorę S.A. i Fundację Batorego, są osoby pamiętające pierwszą „Solidarność” jako masowy ruch jednoczący Polaków ponad podziałami religijnymi, obyczajowymi i warstwowymi. Są przede wszystkim zwykli ludzie, którzy nie lubią skrajności aborcyjnych, gejowskich, religijnych itd. – zarówno w wersji „pro”, jak i „anty”. To oni wszyscy są tą „milczącą większością”, która czeka na swoją partię – a przede wszystkim na swoją Polskę, solidarną Polskę, piękną Polskę. Marek Jurek podarował PiS-owi – wbrew pozorom – świetny prezent. Teraz trzeba go rozpakować i umiejętnie wykorzystać.

Miłość i rewolucja

Miłość i polityka to chyba „naturalna” para przeciwieństw. Nawet odruchowo czujemy, że coś tu nie gra, tak mocno wdrukowany jest ten wzorzec w ludzką świadomość. Miłość w perspektywie politycznej kojarzyć się może na pozór tylko z ni to dobroduszną, ni to głupkowatą paplaniną miłośników Tołstoja, Gandhiego czy Dalaj Lamy. Całe zastępy takich rozmemłanych kolesiów nawiedzają wszelakie inicjatywy zwane „alternatywnymi”, przyciągając ich niczym magnes. Nie wiadomo zresztą, czym bardziej – podatnością tamtejszej publiki na górnolotne banały, czy może raczej tym, że typowa dla nich „leworęczność” uniemożliwia zaistnienie w jakiejś bardziej konkretnej i wymagającej rzeczywistości. Ci „miłośnicy soków owocowych”, jak z pogardą nazywał ich George Orwell, o miłości rozprawiają chętnie i często, ale w sposób, który każe podejrzewać, iż jest to uczucie cokolwiek bezpłodne. Z kolei dla adeptów polityki „oficjalnej”, czyli rozsądnej i wyważonej, miłość to coś z zupełnie innego świata, ze sfery prywatnej, nie pasującego do kluczowego w partyjno-personalnych rozgrywkach schematu „kto kogo”. Miłość i polityka? – wolne żarty, powiedzą nam oni.

A jednak w miłości tkwi potencjał polityczny. Raoul Vaneigem, jeden z czołowych „ideologów” francuskiego Maja ’68, pisał w „Rewolucji życia codziennego”: „Wszyscy ci, którzy mówią o rewolucji i walce klasowej, nie odwołując się bezpośrednio do życia codziennego, nie dostrzegając tego, co jest wywrotowe w miłości i pozytywne w odrzucaniu przymusów, ci wszyscy mają w ustach trupa”. Miłość jest czymś, czego nie da się wtłoczyć w z góry ustalone ramy, zarządzać i sterować nią. Miłość jest dzika. Można nakłonić reklamami do kupowania tego czy owego szmelcu. Można billboardami przekonać do głosowania na któregoś z polityków. Można podsycać histerię i kreować wrogów politycznych, napuszczając telewizyjno-tabloidowy tłum na niepokornych. Ale nikt nigdy, żadnymi środkami i sposobami, nie sprawił, by ktoś kogoś naprawdę pokochał. Ten specyficzny stan wykracza bowiem zupełnie – i znacznie bardziej niż np. nienawiść – poza logikę przewidywalnych reakcji.

Miłość bazuje na totalnej, nieokiełznanej bezinteresowności, a jednocześnie na poczuciu odpowiedzialności, na trosce. Właśnie stąd wynika jej rewolucyjny potencjał – cała bowiem kapitalistyczna ekonomia i towarzysząca jej polityka, cały zdehumanizowany świat współczesny, oparte są na czymś zgoła przeciwnym. W nich wszystko dokonuje się „po coś”, w konkretnym celu, racjonalizując i planując zachowania zbiorowości, instytucji i innych podmiotów życia społecznego. W nich nie ma miejsca na faktyczną odpowiedzialność, wykraczającą poza krótkoterminowy rachunek strat w stosunku do zysków. Słabość większości kontr-projektów wynika z faktu, że nie przekraczają takiej logiki – np. marksowski socjalizm nigdy na dłuższą metę nie wygra z kapitalizmem, ponieważ naśladuje go u fundamentalnych założeń. Kapitalizm już realnie istnieje, a w przekształcaniu świata w Weberowską „żelazną klatkę” celowości i racjonalności – nie ma sobie równych.

Edward Abramowski koncepcję alternatyw wobec kapitalizmu oparł na „Związkach Przyjaźni”, w których kluczowe było kształtowanie etyki nie tyle antykapitalistycznej, co wykraczającej poza logikę kapitalizmu. Gdy Piotr Kropotkin z pasją krytykował darwinizm i jego polityczne mutacje, czynił to z pozycji właśnie „społecznej miłości”, wskazując – inaczej niż marksiści – że alternatywą nie są jeszcze bardziej racjonalne, odgórne, zaaranżowane projekty, lecz dobrowolna, nierzadko spontaniczna współpraca. „Planowanie – pisał Vaneigem – jest tylko antytezą wolnego rynku”, uwikłaną w dokładnie te same ograniczenia mentalne. „Prawdziwie nowa rzeczywistość powinna się opierać na zasadzie daru. W historycznych doświadczeniach rad robotniczych (1917, 1921, 1934, 1956), pomimo cechujących je błędów i ograniczeń, oraz we wzniosłym poszukiwaniu przyjaźni i miłości widzę jeden i ten sam ożywczy argument, chroniący przed pogrążeniem się w rozpaczy”.

Rewolucyjne nie jest centralne planowanie i odgórne zniesienie mechanizmów rynkowych, lecz potlacz – ceremonia indiańska, polegająca na ofiarowywaniu innym swoich dóbr materialnych lub publicznym niszczeniu ich. Rewolucyjne nie jest argumentowanie, że za pracę domową kobiet-matek należy płacić z budżetu, gdyż opieka nad dziećmi i domem zapewnia stabilizację społeczeństwa, a zatem dobrze służy gospodarce. Rewolucyjne jest stwierdzenie, że matki i dzieci są piękne i dobre, a statystyki PKB – ohydne. Rewolucyjne nie jest żądanie, by wszyscy mieli wszystkiego wedle potrzeb, np. ogromne plazmowe telewizory w każdym domu. Rewolucyjny jest postulat, żeby te telewizory wyrzucić przez okno i przestać tkwić w sztucznej magmie zapośredniczonych relacji ze światem.

Ernst Jünger pisał w „Marmurowych skałach”, że „przecież wszystko, co cenne, otrzymujemy tylko dzięki przypadkowi. To, co najlepsze, jest zawsze za darmo”. Antoine de Saint-Exupéry w „Twierdzy” zaś tak: „Jeżeli umierasz z głodu, a przyjaciel otwiera przed tobą drzwi i prowadzi do stołu, i napełnia dla ciebie dzbanek mlekiem, i łamie chleb, to uśmiech pijesz przede wszystkim, ponieważ taki posiłek ma charakter ceremonii. Rzeczywiście nasyciłeś głód, ale czujesz także wdzięczność na myśl o ludzkiej dobroci”. To, wbrew pozorom, są deklaracje polityczne, nie w sensie takiego czy innego projektu i strategii działania, lecz jako odwrócenie logiki, na której bazuje obecny porządek. Dla niego najbardziej niebezpieczne nie są wcale strajki, protesty, powstania czy spiski, te bowiem doskonale wpisują się w schemat zachowań, które bez trudu można zneutralizować i wtłoczyć w nieuchronny proces staczania się ku „błędom i wypaczeniom”. Miłość jest polityką, a raczej – zasady miłości przeniesione na grunt postaw publicznych stają się prawdziwą, twórczą rewolucją.

Przypominam to z okazji Wielkiej Nocy, czyli upamiętnienia Zmartwychwstania Chrystusa. Tego największego z rewolucjonistów – i nie mam tu bynajmniej na myśli odczytania chrześcijaństwa w kontekście prób pogodzenia go czy wpisania w doktryny „sprawiedliwości społecznej”, jak choćby teologia wyzwolenia. Chrześcijaństwo było bowiem inną rewolucją – z wezwaniem do „miłowania nieprzyjaciół waszych” i nadstawiania drugiego policzka nie stanowiło przecież projektu społecznego jakichś pięknoduchów, marzących o idealnym świecie. Było rewolucyjnym zanegowaniem dotychczasowej etyki opartej na racjach rozumu, instynktach zwierzęcej biologii i real-polityce. Było radykalnym przekroczeniem dusznych, przewidywalnych i jałowych schematów pogańskiej kultury.

Nikos Kazantzakis w „Greku Zorbie” pisał: „Gdyby powiedzieć: »Dzisiaj rodzi się światło« – słowa te nie poruszyłyby serc człowieczych. Nie stałyby się początkiem legendy, idea ta nie objęłaby całego świata. Byłoby to tylko stwierdzenie zwykłego fizycznego zjawiska nie pobudzającego naszej wyobraźni. Ale niegdyś światło zrodzone w środku zimy objawiło się jako Dzieciątko, a Dzieciątko stało się Bogiem”. Jeśli chcemy mieć inny, lepszy świat, osiągniemy to nie poprzez nienawistne boksowanie się ze światem obecnym, na zasadach, jakie on ustalił. Musimy go pokonać bronią zupełnie nową, na którą nie będzie odporny, której nie potrafi pojąć i przejąć.

Bezdroża roszczeniowe i rasowe

Bezdroża roszczeniowe i rasowe

Kilka tygodni temu znów zrobiło się głośno o sprawie odszkodowań dla środowisk żydowskich od rządu polskiego za mienie utracone podczas II wojny światowej i wskutek nacjonalizacji dokonanej w pierwszych latach rządów komunistycznych. Amerykańskie organizacje skupiające byłych żydowskich właścicieli lub ich spadkobierców po raz kolejny domagają się uregulowania kwestii odszkodowań i wypłacenia pieniędzy. Liderzy żydowskich organizacji – Holocaust Restitution Committee, World Jewish Restitution Organization i Claims Conference – chcą szybkiego sfinalizowania sprawy. Szacują, że problem dotyczy około 15-25 tysięcy przypadków dawnej żydowskiej własności oraz nie są zadowoleni z proponowanej stawki, którą obecne władze określają na 15% wartości utraconego majątku.

Wystąpienia organizacji żydowskich wywołały w Polsce tradycyjny ostry sprzeciw i falę krytyki ze strony środowisk, które są zaprawione w „wyjaśnianiu” rzekomych podstępnych knowań Żydów przeciwko naszej umęczonej ojczyźnie. Mogliśmy się dowiedzieć, że czyhają na nasz majątek, że złupią Polskę, że jeśli nie zapłacimy to nas oczernią i przedstawią światu jako antysemitów. W tej dość przewidywalnej wrzawie pojawił się tym razem jednak ton niepewności i konfuzji. Tak się bowiem złożyło, iż Żydzi domagający się odszkodowań zawarli sojusz z Polską Unią Właścicieli Nieruchomości oraz Polskim Towarzystwem Ziemiańskim, wspólnie kierując wezwanie do polskich władz. No i jak tu „narodowcy” mają krytykować „zachłannych” Żydów, skoro ich roszczenia obejmują wedle szacunków jakieś 20% ogółu mienia, a reszta jest „czysto polska”? Ba, jak mają ich potępiać, gdy za sojuszników Żydzi obrali sobie najprawdziwszych z prawdziwych Polaków – bo przypomnieć warto, że komuniści znacjonalizowali głównie majątki duże, których właściciele w większości sympatyzowali przed wojną właśnie z endecją. Stwierdzenie Bebla, że antysemityzm jest socjalizmem głupców, idealnie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno na głupców wyszli bowiem „prawdziwie polscy” specjaliści od straszenia knowaniami „lobby żydowskiego”. Gdybym był Stanisławem Michalkiewiczem, który przez lata straszył „zachłannymi Żydami”, a jednocześnie jego partyjka, Unia Polityki Realnej, domagała się reprywatyzacji znacjonalizowanego mienia polskich właścicieli – to zapadłbym się ze wstydu pod ziemię.

Taki obrót wydarzeń może dziwić tylko na pierwszy rzut oka. Skoro domagać zwrotu majątków mogą się Polacy, to dlaczego nie mieliby tego robić także Żydzi – dawni obywatele Polski? Można oczywiście argumentować, że państwo polskie powinno wypłacać odszkodowania wyłącznie obecnym obywatelom, nie ponosząc odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat. To jednak byłoby moralnie dwuznaczne, bowiem Żydzi utracili obywatelstwo polskie niekoniecznie z własnej woli, wyjeżdżając z naszego kraju jako uciekinierzy przed najpierw hitlerowskimi, a później komunistycznymi prześladowaniami (miłośnicy mitu „żydokomuny” nie raczyli przeczytać ani jednej pracy naukowej o tym, że Żydów – zwłaszcza ich „burżuazję” – na różne sposoby komuniści „zachęcali” do opuszczenia Polski nie tylko w roku 1968, ale i przez cały wcześniejszy okres od zakończenia wojny). Zresztą, przyjęcie takiej zasady stawiałoby na głowie cały międzynarodowy obyczaj prawny, gdyż np. obywatel Polski nie mógłby dochodzić swoich praw majątkowych do pieniędzy czy posiadłości utraconych, powiedzmy, w USA na skutek jakichś rodzinnych czy biznesowych komplikacji. Co więcej, nie można stwierdzić, że obecne państwo polskie nie może ponosić żadnej odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat, skoro część wówczas zagarniętych np. nieruchomości nadal istnieje i funkcjonuje w dzisiejszych realiach. Nie ulotniły się przecież, ktoś z nich korzysta, ktoś na tym zarabia, komuś one do czegoś służą. Gdyby hitlerowcy i komuna zabrali je Żydom, a następnie doszczętnie zniszczyli – wówczas faktycznie można by argumentować, że obecna Rzeczpospolita nie ma nic wspólnego z roszczeniami i odszkodowaniami.

Jeśli więc chcemy oddawać w naturze czy płacić odszkodowania za dawne dworki, majątki ziemskie czy fabryki polskich właścicieli, to powinniśmy uczynić to samo również wobec Żydów. Jeśli zamierzamy ronić łzy nad polską szlachtą, fabrykantami i kamienicznikami, których los tak okrutnie doświadczył, to powinniśmy równie mocno przejmować się podobnie potraktowanymi Żydami. Jeśli odszkodowania za utracone mienie chce się przyznawać po kilkudziesięciu latach np. zabużanom, to dlaczego po równie długim okresie nie przysługiwałyby one Żydom? Czemu jednak polski rząd ma płacić za politykę hitlerowców – tak mówią krytycy pomysłu odszkodowań, sugerując, żeby Żydzi domagali się odszkodowań nie w Warszawie, lecz w Berlinie. Dlaczego jednak ci sami ludzie nie proponują zabużanom, aby o pieniądze upomnieli się w Moskwie, lecz kierują ich do rodzimego Skarbu Państwa? Dlaczego wyczyny złej polskiej komuny należy zrekompensować stratnym polskim właścicielom, a nie uczynić tego samego wobec poszkodowanych przez nią właścicieli żydowskich?

Takie wątpliwości prowadzą mnie jednak nie – jak zapewne pomyślała sobie część Czytelników – do opowiedzenia się za wypłacaniem odszkodowań Żydom i Polakom, i to w wysokości stu procent wartości zabranego mienia (bo skoro ma być sprawiedliwie, to na poważnie – nie można udawać, że 15% wartości to 100% sprawiedliwości). Otóż jest dokładnie odwrotnie. Uważam, że ani Żydzi, ani Polacy nie powinni otrzymać żadnych odszkodowań. Zasada „wyrównywania krzywd” po upływie tak wielu lat wydaje mi się absurdalna. Owszem, wojna była okrutna, a jej ofiary ucierpiały. Nacjonalizacja z kolei była wątpliwa moralnie i prawnie. Ale w dziejach ludzkości były setki wojen i niefortunnych decyzji władz. Przetaczały się fronty, dokonywano inwazji zbrojnych, rabowano mienie, wypędzano ludność, zmieniano ustawy, łamano wcześniejsze ustalenia. Tak, było to straszne, niesprawiedliwe i godne potępienia, bo w ogóle świat nie był, nie jest i nie będzie idealny. Tyle tylko, że przez stulecia nikomu nie przyszło do głowy, iż jakiekolwiek państwo po upływie pół wieku, w zupełnie innych realiach demograficznych, ustrojowych, finansowych, granicznych itd., ma obowiązek rekompensować krzywdy tego rodzaju. I że obywatele, których znakomita większość urodziła się po tych wszystkich wydarzeniach, powinni finansować takie poczynania. Jeśli po przegranej wojnie na jakiś kraj nakładano kontrybucje, to czyniono to zaraz po zawarciu traktatu pokojowego, nie zaś 50 lat później – tak, aby konsekwencje ponosili sprawcy, nie zaś niewinni ludzie.

Tak pojmowana „sprawiedliwość” oznacza niekończący się festiwal skarg, żalów, roszczeń, pretensji itp. Owszem, zapłaćmy Żydom i Polakom, poszkodowanym przez Hitlera i Bieruta. Zapłaćmy zabużanom, poszkodowanym przez Stalina oraz – wytyczających wraz z nim nowe polskie granice – Churchilla i Roosevelta. Weźmy później na siebie ciężar wypłaty odszkodowań dla tych Niemców, którzy przed wojną i podczas niej nie popierali Hitlera, zamieszkiwali od pokoleń na Mazurach, Górnym i Dolnym Śląsku czy w Wielkopolsce, a Armia Czerwona i Ludowe Wojsko Polskie wygnały ich w odwecie za zbrodnie III Rzeszy. Zapłaćmy też tym Polakom, których armia radziecka poszkodowała tak czy inaczej podczas wyzwalania – czy jak kto woli, zniewalania – naszego kraju. Zapłaćmy ofiarom Akcji „Wisła”, często Bogu ducha winnym chłopom, którzy padli ofiarą politycznych knowań watażków z UPA i stosowanej przez władze ludowe zasady zbiorowej odpowiedzialności. Ale na tym nie koniec, bo właściwie dlaczego poprzestać na krzywdach wyrządzonych po 1939 roku? Wypłaćmy odszkodowania prześladowanym przeciwnikom sanacji (naprawdę nie żyją żadni potomkowie więźniów Berezy?) oraz ukraińskim, białoruskim czy litewskim ofiarom jej niezbyt subtelnej polityki na Kresach Wschodnich. A skoro płacimy za wyczyny Hitlera i Bieruta, to zapłaćmy też za wszystkie krzywdy wyrządzone w ciągu 123 lat w trzech zaborach. Jeśli zgłoszą się tacy, których przodków skrzywdzono za Sasów, Jagiellonów, a nawet i Piastów – też dajmy im to, co należne. Ponieważ idea jest szlachetna, zajmijmy się jej promocją – niech każdy kraj płaci ofiarom i ich spadkobiercom, choćby i po pięciu wiekach. Gdy już poruszymy świat do wzajemnego płacenia wszystkim za wszystko, na pewno będzie na nim i lepiej, i sensowniej.

Wnioski z całej sprawy są dwa. Pierwszy taki, że należy przestać brnąć w tak specyficznie pojętą sprawiedliwość. Co się stało, to się nie odstanie – obecne władze i pokolenie Polaków nie powinny zajmować się naprawianiem krzywd sprzed wielu lat, obojętnie czy będą to krzywdy właścicieli żydowskich, polskich-tutejszych czy polskich-kresowych. W toku dziejowych zawieruch niemal każda polska rodzina poniosła jakieś straty – materialne, moralne, biologiczne – i po prostu trzeba przyjąć to do wiadomości, zamiast w nieskończoność próbować je naprawiać kosztem nieustannych sporów i drenowania budżetu, na który zrzucają się ludzie nie mający w większości wiele wspólnego z wydarzeniami sprzed lat.

Drugi wniosek jest natomiast taki, że myślenie w kategoriach etnicznych prowadzi na manowce. Zamiast „lobby żydowskiego”, którym straszyli nas „prawdziwi Polacy”, mamy lobby spadkobierców, którzy niezależnie od swej narodowości i wyznania chcą z budżetu otrzymać, wedle szacunków, jakieś bagatela 70 miliardów złotych. Taka jest orientacyjna wartość stuprocentowych odszkodowań dla dotychczas szacunkowo zidentyfikowanych osób uprawnionych do składania wniosków w tej sprawie. Cała ta sprawa nie ma charakteru rasowego czy etnicznego, lecz zgoła inny – klasowy. To bowiem właśnie dawni posiadacze chcą odzyskać swoje majątki, a my mamy za to zapłacić. Gdy później braknie na pensje budżetówki, zasiłki dla bezrobotnych, remonty dróg czy dożywanie biednych dzieci, to podziękujcie właśnie im. Nie mitycznym Żydom – lecz Polakom, którzy stanowią 80% „roszczeniowców” i 100% członków kolejnych rządów zamierzających przywracać wątpliwą „sprawiedliwość historyczną” kosztem faktycznej sprawiedliwości teraźniejszej.

Para w gwizdy

Internet i współczesne media masowe paraliżują aktywność społeczną zamiast ją rozbudzać. Choć starają się sprawić wrażenie „interaktywności”, „wyrażania głosu ogółu”, „bycia blisko człowieka”, „zaangażowania”, „docierania do sedna”, „wnikliwości”, „reagowania”, tworzą kulturę, w której jest miejsce tylko na narzekanie i oburzanie się, nie ma go natomiast na realne inicjatywy. Struktura nowoczesnych mediów jest zorganizowana tak, aby ich odbiorcy nie podjęli żadnej faktycznej aktywności – cała ich energia ma zostać skanalizowana w jałowym gadulstwie, będącym jedynie kiepską namiastką zaangażowania w dany problem. Takie zaangażowanie mogłoby bowiem wymknąć się spod kontroli, sprawić, że obywatele odkryją nowe aspekty rzeczywistości lub choćby własne, nie podsuwane im sposoby interpretacji. Zaangażowanie jest niebezpieczne. Bezpieczne są cynizm i narzekanie.

Ten problem widać najbardziej, wbrew pozorom i spotykanym opiniom, bynajmniej nie w telewizji. Choć o­na uchodzi za najbardziej „jałowy” ze wszystkich środków masowego przekazu, to problem jest znacznie bardziej wyraźny wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę nowoczesną prasę oraz Internet. Telewizja jest medium „chłodnym”, nie skłaniającym do zaangażowania w cokolwiek poza biernym oglądaniem i komentowaniem. Jest o­na jednak również takim medium, które nawet nie stwarza namiastki owego zaangażowania. Twórcy telewizji zdają się mówić tak: mamy wam coś do powiedzenia i pokazania, ale wasza postawa wobec tego zupełnie nas nie interesuje. Oczywiście nikt nie wyrazi tego wprost, gdyż obowiązuje zasada kokietowania publiczności – odbiorców reklam. Nikt też jednak nie sili się na sprawianie wrażenia, jakoby razem z telewidzami zamierzał tworzyć pewną wspólnotę wokół jakiegoś problemu i prób jego rozwiązania.

Inaczej jest ze współczesną prasą masową. Jej twórcy usiłują wmówić czytelnikom, że „jesteśmy razem” – wasze problemy są naszymi, wspólnie próbujemy je rozwiązywać. Paradoksalnie, dzieje się tak mimo wieloletniej krytyki prasy faktycznie zaangażowanej. Mnóstwo razy można było przeczytać i usłyszeć, że ta ostatnia jest ze swej natury „zła” – tendencyjna, reprezentująca interesy jakiejś mniej lub bardziej wąskiej grupy. Oczywiście taka o­na była, to niekwestionowany fakt. W pewnym sensie właśnie dlatego przegrała z „szerokimi” gazetami, pozującymi na obiektywne i wyrażające interesy ogółu. Wystarczy spojrzeć na obecny poziom czytelnictwa „Trybuny”, „Myśli Polskiej”, „Zielonego Sztandaru”, „Przeglądu” czy „Tygodnika Solidarność”. Oczywiście zawsze prasa „partyjna” miała mniej czytelników niż „ogólna”. Tyle tylko, że np. przed wojną, a na Zachodzie jeszcze do lat 70., dystans ten wynosił dwa lub trzy do jednego, dziś natomiast „obiektywne” gazety biją te „stronnicze” o kilkanaście lub kilkadziesiąt długości.

Krytykowanie „zaangażowania” partyjnego czy politycznego idzie u „obiektywnych” mediów w parze z pozorowaniem zaangażowania w „zwykłe sprawy” ich odbiorców, na ogół – chcąc nie chcąc – dotykające przecież problemów politycznych czy ideologicznych. Takie gazety pełne są bądź to emocjonalnych ataków na „złych polityków”, „wadliwe rozwiązania ustrojowe” czy „absurdy regulacji gospodarczych”, bądź też „ekspercko” komentują reguły życia publicznego. Są to czasopisma jak najbardziej stronnicze i nie kryjące się z tym, lecz w niemalże czarodziejski sposób udające zarazem obiektywizm. Prasa „partyjna” jest zła i tendencyjna, prasa „ogólna”, zajmując się dokładnie tak samo stronniczą analizą i opisem rzeczywistości – ma natomiast ponoć być dobra i godna zaufania. A przecież ta ostatnia wcale nie jest „wielonurtowa” – owszem, zaprasza na łamy reprezentantów różnych opcji, ale tylko wtedy, gdy dyskusja dotyczy kwestii drugorzędnych. Przez lata czołowe media tak walczyły o pluralizm poglądów, że w kwestiach gospodarczych można było wybrać dowolny model, pod warunkiem, że nazywał się Balcerowicz.

Ostatnio „Dziennik”, pozujący na gazetę super-obiektywną i reprezentującą przeróżne opinie, dał wspaniały pokaz prawdziwych intencji. Zorganizował na Uniwersytecie Warszawskim publiczną „debatę” o nekonserwatyzmie, walce z terroryzmem i wojnie w Iraku. Piszę słowo debata w cudzysłowie, bo już sam dobór jej uczestników był wymowny – Norman Podhoretz, jeden z intelektualnych liderów amerykańskiego neokonserwatyzmu i ideologiczny „reżyser” napaści na Irak, a do tego dwa polskie klony poglądów głównego gościa, tj. profesor-senator Ryszard Legutko i były minister obrony Radosław Sikorski. „Debata” wyglądała tak, że osoby przypominające, iż Podhoretz na swych rękach ma krew tysięcy Irakijczyków, zostały z sali po prostu siłą wyrzucone, a ci, którzy pozostali, mogli zadawać pytania za pośrednictwem karteczek przekazywanych prowadzącemu całość redaktorowi „Dziennika”, który skrupulatnie wybierał te wygodne dla Podhoretza.

Wspomniałem „Dziennik” nieprzypadkowo, bowiem wraz z „Faktem” są to najnowocześniejsze obecnie masowe gazety w Polsce. Ta nowoczesność wyraża się właśnie m.in. w pozorowaniu zaangażowania. Ich dziennikarze ciągle coś „tropią”, „nagłaśniają”, „odkrywają”, „docierają” – oczywiście robią to dla nas, są „blisko ludzi”, odpowiednio tych „zwykłych” i tych trochę bardziej „na poziomie”. Dominuje w nich emocjonalny ton, czasem wygląda to wręcz tak, jakby autor tekstu marzył o rozwiązaniu problemu, który opisuje. Ale za tymi emocjami i pozorowanym „konkretem”, stoi zupełna pustka. Oburzenie nie przekłada się na żadne propozycje rozwiązań systemowych. Jasne, można skrytykować posła-aferzystę, lekarza-łapówkarza, wyrodną pijaną matkę czy podstępnego pedofila, no i oczywiście policję, która „nic nie robi”. Ale broń Boże domagać się zmiany polityki państwa w jakimś szerszym zakresie, a jeszcze bardziej – aktywizować czytelników w działalność na rzecz takiej zmiany. Tak „rozbudzony” odbiorca mógłby bowiem zacząć myśleć samodzielnie, wbrew dziennikarskim Wujkom Dobra Rada, a przede wszystkim wbrew ich sponsorom-reklamodawcom. Ci ostatni mogliby się przecież obrazić na pismo „tendencyjne”, czyli mówiące o interesach jednej grupy ludzi – wyśmiewanie marksizmu nie sprawiło wszak, że podziały klasowe czy warstwowe w społeczeństwie zanikną i że wszyscy się kochamy – w opozycji do interesów grupy innej.

Faktyczna aktywność społeczna byłaby nie na rękę wielkim mediom. Natomiast tworzenie namiastki zaangażowania pozwala zyskać zaufanie i wierność czytelników, a także skanalizować ich niezadowolenie z różnych kwestii w jałowym, nic nie zmieniającym oburzaniu się i domaganiu, by „ktoś coś z tym zrobił”. Richard Hoggart pisał już pół wieku temu o takich „obiektywnych” masowych gazetach: „Ich celem musi być utrzymanie czytelnika na poziomie biernej akceptacji, gdyż taki czytelnik nie stawia niepotrzebnych pytań, ale zadowolony bierze, co dają, i ani mu w głowie nic zmieniać. Założenia nie mogą być podważane w sposób zasadniczy, można najwyżej troszkę się poprzekomarzać. /…/ Taka regularna, coraz obfitsza i niemal całkowicie jednostajna dieta sensacji, przy kompletnym braku jakiegokolwiek zaangażowania, musi w końcu w konsumencie lektury popularnej przytępić zdolność do otwartej i odpowiedzialnej reakcji na życie, zaszczepić mu poczucie bezcelowości wszystkiego, co nie mieści się w kręgu kilku najprostszych potrzeb”.

Czasopisma „partyjne” promowały faktyczne zaangażowanie – owszem, były stronnicze i można się było z ich postulatami nie zgadzać, ale jednocześnie nie proponowały namiastki zamiast czegoś faktycznego. Zachęcały czytelników do popierania danej opcji, propagowały idee, a jeszcze całkiem niedawno były motorami napędowymi aktywności społecznej w sferze okołopolitycznej. Media nowoczesne nie robią tego zupełnie. Czasem nazywane są populistycznymi, ale to zupełne pomieszanie pojęć. Populizm bazował na mobilizowaniu ludzi do faktycznego działania, nawet jeśli można było mu zarzucić, iż czynił to przy użyciu retoryki demagogicznej. Nowoczesne media robią coś wręcz przeciwnego – „demobilizują” społeczeństwo. Populistyczne mówiły: rusz się i zrób coś z tym, tak dalej być nie może. Nowoczesne mówią: siedź, oburzaj się wraz z nami, ale nie rób nic konkretnego, musi być tak, jak jest.

Innym „demobilizatorem”, odmiennym w formie, choć w skutkach podobnym, jest Internet. Miał być oazą aktywności, wyzwalać energię społeczną, egalitaryzować możliwości zaangażowania się w sprawy publiczne. Nie mam przy tym pretensji, że w 90% służy o­n rozrywce, nie zaś „poważnym sprawom”. Chodzi o coś innego. Także o­n jest doskonałym narzędziem do zamiany faktycznej aktywności w powierzchowne oburzanie się i komentowanie. To, co miało być jego główną zaletą – interaktywność, czyli swoisty sygnał zwrotny od odbiorców i możliwość wpływania przez nich na „zawartość” debaty, przerodziło się w praktyce w swoją karykaturę. Setki, tysiące stron internetowych służą wyłącznie do bicia piany, z którego nie wynika absolutnie nic. W dodatku osoby, które uczestniczą we wszelakich forach dyskusyjnych czy portalach z możliwością komentowania informacji, są przekonane, że godziny, które tam tracą, są poświęcone zaangażowaniu w sprawy publiczne.

Przeglądam czasem takie miejsca w sieci i jestem pod wrażeniem swoistego „morderstwa doskonałego”. Setki osób wypowiadają się na każdy możliwy temat, choć o większości z nich nie mają pojęcia – ba, nie mają nawet ochoty się z nimi zapoznać, aby mieć szerszy ogląd problemu. Poświęcają temu mnóstwo czasu, pełno pasji i energii. Potrafią godzinami przerzucać się „argumentami” w stylu: słyszałem, podobno, wydaje mi się, gdzieś czytałem itd., a w najlepszym razie wklejać link do informacji z równie śmieciarskiego miejsca jak to, w którym dyskutują. 90% tego bełkotu to zwykłe pyskówki – uczestnicy prezentują zerowy poziom empatii oraz chęci dowiedzenia się czegoś, na kolejne tematy reagują zaś niczym psy Pawłowa. Kler – złodzieje, feministki – głupie i brzydkie, aborcja – wolność lub morderstwo, Pinochet cacy – Lenin be albo odwrotnie, Michnik – łotr i zdrajca, Rydzyk – faszysta, ekolodzy to lewacy, burżuje to ch…, krytyk polityki USA to pachołek Putina i KGB, Izrael to reżim syjonistyczno-nazistowski, itd. Niemal nikt się tam nad niczym nie zastanawia, nie zajmuje niuansami danego problemu, nie próbuje nadać swoim wywodom logiki – trzy sekundy na kolejny wpis, od rana do wieczora. Oczywiście we własnym mniemaniu ci ludzie debatują, angażują się w problemy sfery publicznej, mają szerokie zainteresowania. W praktyce nie czynią nic poza napełnianiem szamba, które w dodatku można ręką administratorów skasować jednym kliknięciem. Mało kto z nich robi cokolwiek sensownego „w realu”, za to są pełni pretensji wobec innych, gotowi napluć na każdego i wyśmiać każdą próbę faktycznych działań, wszystko zarzucić tysiącem oskarżeń i podejrzeń.

Wybrałem przykłady z jednego tylko, prawicowego forum dyskusyjnego. Czemu ekolodzy protestują w obronie Rospudy, a nie protestowali w Pcimiu Średnim? Na pewno robią to dla pieniędzy. Niech się zajmą śmieciami w pobliskim lesie albo śmierdzącą rzeczką w mojej miejscowości. Ale to w ogóle wyrachowani oszuści. Banda fanatycznych oszołomów, dla których Człowiek się nie liczy. Finansuje ich KGB. Chcieliby pozabijać ludzi w imię obrony kwiatków. Czemu protestują dopiero teraz, a nie protestowali wcześniej? Nic nie robią, tylko protestują, za robotę by się wzięli. Przykuwają się do drzew, ale każdy z nich ma luksusowe auto. A nawet jeśli nie ma, to przecież jeździ autobusem, a autobus to spaliny, więc ekologia to hipokryzja. Ekolodzy to naiwni pacyfistyczni lewacy. Ekolodzy to okrutni rasiści, wielbią żyjątka a gardzą ludźmi. Ekolodzy to łajzy, mają dwie lewe ręce. Ekolodzy to przebiegłe cwaniaki. To jacyś narwani naukowcy od ptaszków, bez pojęcia o rozwoju kraju. To nie ekolodzy, lecz ekologiści, bo ekolog to naukowiec, a nie jakiś gówniarz w porozciąganym swetrze. A poza tym chcą nas cofnąć do jaskiń. Biorą łapówki i pracują dla konkurencji. Są narzędziem Brukseli i postkomuny. Zacofana hołota, prawie jak neandertalczycy. To jest protest przeciwko obecnemu rządowi. Gdyby nie protestowali od wielu lat, to drogę by już dawno zbudowano. Ekolodzy się nie myją i śmierdzą. Ekolodzy to paniczyki z warszawki, które chcą zmanierować zdrową ludność lokalną. Niech stworzą alternatywę zamiast protestować. Kto zarobi na alternatywnym przebiegu? Ekolodzy nie chcą żadnej obwodnicy. Inny przebieg drogi też coś zniszczy. I tak dalej, jak mawia prosty lud, ad mortem usrandum.

Oczywiście każdy, kto przykładowym tematem Rospudy zainteresował się na tyle solidnie, jak należałoby zainteresować się każdym, w sprawie którego zabiera się głos, dobrze wie, że powyższe argumenty nie są warte funta kłaków. To zbiór opinii albo rodem z magla, albo urojenia, albo ekstrapolacja na całą grupę jakichś jednostkowych przypadków, albo znaczne wyolbrzymienie faktycznych zjawisk. Można bez trudu rozłożyć głosicieli takich tez na łopatki, ale nie ma to żadnego sensu – zresztą dotarcie do rzetelnych informacji jest dziecinne łatwe, jeśli tylko ktoś chce to uczynić zamiast odruchowo pyskować. Jednak o ile normalne dyskusje służyły do poznania cudzych argumentów i przemyślenia swoich, o tyle te internetowe nie służą niczemu. Tutaj ktoś przyłapany na niewiedzy, głupocie czy lenistwie intelektualnym nawet się nie zająknie, nie zaczerwieni, nie przeprosi – a anonimowość sieci chroni go przed publiczną kompromitacją. Z każdej merytorycznej odpowiedzi wyrwie z kontekstu jakieś zdanie, wokół którego znowu rozpocznie niekończącą się dyskusję, domagając się wyjaśnień, faktów, przykładów, dowodów, a na koniec, gdy mu się znudzi i ta zabawa albo postanowi wreszcie oderwać tyłek od krzesła przed komputerem, to jakimś wyzwiskiem obrazi tego, kto próbował mu wtłoczyć do głowy trochę oleju.

Takich rozdyskutowanych maniaków są setki i tysiące, na forach o przeróżnej opcji ideowo-politycznej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby potraktować je jako kolejną formę prymitywnej rozrywki i tracenia czasu – w końcu każdy robi to i na takim poziomie, na jakie sobie zasłużył. Sęk jednak w tym, że owo gadulstwo uchodzi za przejaw zaangażowania. Jest tymczasem zaledwie jego namiastką, dokładnie tak, jak pomstowanie po lekturze artykułu w „bezstronnej” gazecie, będącej „blisko ludzi”. Jest bezpłodne, a nawet anty-płodne, bo w tym masowym bełkocie giną nieliczne próby sensownej dyskusji i wykorzystania Internetu do rozszerzenia zasięgu dyskursu publicznego. Takie „debaty” mają się do zaangażowania w życie publiczne i wymiany poglądów podobnie jak masturbacja do seksu. Poza chwilową satysfakcją o­nanistów – nie wynika z nich absolutnie nic.

Nie przenoście nam Lenina do warszawki

Dokonana przez środowisko „Krytyki Politycznej” edycja „Rewolucji u bram”, czyli tekstów Lenina z roku 1917, opatrzonych przedmową i posłowiem autorstwa słoweńskiego filozofa i socjologa Slavoja Žižka, odbiła się echem bardzo głośnym jak na poważną i „wymagającą” rozprawę o charakterze politycznym. Przyczyna jest zrozumiała – z jednej strony świetne przełożenie „radykałów”-wydawców na media głównego nurtu, co zapewniło tej książce darmową reklamę. Nawiasem mówiąc, szczególnie zabawne są nieprzerwane, nużące peany na cześć Žižka/Lenina ze strony redaktorów „Dziennika”. Wydawnictwo Axela Springera znane jest w swej niemieckiej ojczyźnie z daleko posuniętego nie tyle konserwatyzmu, co po prostu drobnomieszczańskiej kołtunerii. Bojownicy Frakcji Czerwonej Armii, czyli wedle brukowców Springera – „bandy Baader Meinhof”, chyba przewracają się w grobach widząc, że filia tegoż koncernu serwuje polskiemu czytelnikowi nauki wodza Rewolucji ’17.

Rwetes wokół „Rewolucji u bram” nie kończy się jednak na promocji w organach prasowych Springera i Agory. Ekscentrycznym centrystom z „Dziennika” i „Wyborczej” dali odpór stateczni prawicowcy na tych samych łamach oraz w „Rzeczpospolitej” i „Wprost”. Podnieśli oni lament, że zbrodnie, że ludobójstwo, że relatywizowanie zła, że komunizm, że łagry, że no jeszcze tylko edycji pism Hitlera brakuje. Ten „szoking” był łatwy do przewidzenia w ogóle, a i szczegóły reakcji nie stanowiły przecież wielkiej niewiadomej.

Mnie martwi jednak coś zupełnie innego niż spędza sen z powiek tym smętnym facetom z pensjami po kilkanaście tysięcy, którzy w obliczu braku realnych problemów muszą być autentycznie przerażeni – a jakże, zapewne nie śpią po nocach – Leninem. Martwi mnie to, że szef partii bolszewickiej staje się kolejną maskotką, przytulanką salonowych „bywalców”, że zostaje wykorzystany niczym egzotyczna przyprawa do mdlącego dania politycznej poprawności i lewackiego infantylizmu. Lenin, człowiek, który wywrócił ćwierć świata do góry nogami faktycznie, a niemal cały – symbolicznie, staje się błahym fajerwerkiem, który szybciej gaśnie niż się zapalił. Lenin, ten bez wątpienia polityk ogromnego formatu, ten człowiek wielkiego i budzącego grozę czynu, jest w nowej wersji kolejną z gadających głów. Jego duch został grzecznie usadowiony gdzieś między Jackiem Żakowskim a Arturem Domosławskim w ramach kolejnej, taśmowo organizowanej debaty o wszystkim i o niczym. I duch ten rozwieje się, gdy tylko sezonowa moda przeminie, a zbuntowane dzieci warszawskiej elity i ich podstarzali mentorzy znajdą sobie w globalnym supermarkecie nową podnietę. W takim wydaniu wódz rewolucji, niczym szkoła z wierszyka, który zapamiętałem z czasów schyłkowej komuny – „bawi, uczy, wychowuje, potem wyrastają ch…”.

Lenin to puste słowo. Nie dlatego, że był „zbrodniarzem” czy „ludobójcą”, że „wylądował na śmietniku historii”, że jego „projekt” – ZSRR – okazał się fiaskiem. Dlatego, że – mówiąc językiem „Chłopców z Placu Broni” – przeżuwacze kitu już go przeżuli. Jeszcze miesiąc, rok czy dwa i wyplują w postaci „zguevaryzowanej”, jako kolorową odbitkę, który to los spotkał wcześniej bojownika kubańskiej rewolucji narodowowyzwoleńczej. Lenin będzie nadal dla prawicy „zbrodniarzem” czy „tyranem” – są to określenia pejoratywne, ale przecież mocno nacechowane emocjonalnie. Natomiast dla lewicy sprzęgniętej dziś tak mocno, niemalże symbiotycznie, z techno-liberalizmem, stanie się o­n tylko hologramem, pozbawionym sensu, znaczenia i mocy oddziaływania. Žižek i „Krytyka Polityczna” tyleż „ożywiają” Lenina i przywracają go do obiegu, co dokonują na nim mordu symbolicznego. Lenin-zbrodniarz, Lenin-ludobójca, Lenin-tyran, Lenin wyklęty i zapomniany – był Leninem, który mógł jeszcze „zmartwychwstać” i walnąć pięścią w gmach demokratyczno-liberalnej Świątyni Nudy i Marazmu (bo przecież to nie mityczny, marksowski Wyzysk doskwiera nam najbardziej w świecie, w którym nawet pariasi mają telewizory z kilkudziesięcioma kanałami). Lenin przeżuty przez Žižka, Springera i Agorę ma pięść z waty, w dodatku cukrowej.

Być może Žižek chciał dobrze, choć jego błazeńsko-konformistyczna postawa, wyrażająca się tyleż w pop-kulturowych fascynacjach, co w poparciu dla bestialskich NATO-wskich bombardowań Serbii (jest autor „Rewolucji u bram”, mówiąc językiem Lenina, po prostu ohydnym podżegaczem wojennym), każe w to powątpiewać. Założenia teoretycznie są wszakże słuszne. Potrzebny jest nam Lenin – nie Lenin jako konkretna postać, nie Lenin jako nostalgiczny mit, nie Lenin jako utrzymana w duchu skansenu „odbudowa” zorganizowanego proletariatu. Lenin jako ktoś, kto wbrew wszystkiemu i wszystkim genialnie rozpoznał sytuację i włożył nogę w ledwo uchylone drzwi, wyważając je następnie z wielkim hukiem. Taki Lenin jest nam potrzebny, gdyż – jak trafnie zauważa jego słoweński „odświeżacz” – zarówno wówczas, w 1917 r. jak i dzisiaj problem polega na „byciu wrzuconym w katastrofalną nową konstelację, w której stare współrzędne okazały się bezużyteczne”. To właśnie Lenin jako jeden z niewielu potrafił tak trafnie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie „Co robić?” – dziś nie wie tego ani lewica, ani prawica, ani establishment, ani przeróżne nisze, i nawet najgłośniejszy jazgot ich sporów nie jest w stanie zagłuszyć tej kluczowej kwestii. Dzisiejszy świat, pozbawiony współczesnego Lenina, jest jak super-komputer z filmu „Hydrozagadka” – „po wprowadzeniu wszystkich danych wypluł wielki znak zapytania”…

Nawet jeśli Žižek chciał dobrze, tj. zamierzał uzmysłowić konieczność zmierzenia się z owym fundamentalnym pytaniem, niewiele z tego wyszło. Komentarze, jakimi opatrzył teksty Lenina, zawierają sporo błyskotliwych uwag, inspirują do różnorakich przemyśleń, bywają w kwestiach szczegółowych świeże i odkrywcze. Ale tam, gdzie powinny dotykać sedna sprawy, są to głównie tyleż trafne, co niezbyt oryginalne, a w dodatku mocno spóźnione uwagi krytyczne pod adresem lewicy „obyczajowej”, uwikłanej w kulturowe związki z liberalizmem, bądź też mają postać niewiele wnoszącej, wręcz rytualnej dawki połajanek pod adresem prawicy. To wszystko, mimo pozorów „ostrości”, mocno podlane jest sosem tłumaczenia się, wybrzydzania, hamletyzowania, mrugania okiem. Bo Lenina wprowadzić do burżuazyjnego obiegu – w którym Žižek tkwi po uszy – można tylko za cenę właśnie takiego wykastrowania: walenia nim w prawicę, przepraszania za niepopełnione grzechy (och, nawet przez myśl nam nie przyjdzie urządzić taką jatkę, jaką prawdziwy Lenin zafundował swoim przeciwnikom!) i podkreślania, że to przecież w sumie jedynie intelektualna zabawa. Tyle tylko, że taki Lenin jest jeszcze bardziej nieszkodliwy niż truchło z moskiewskiego mauzoleum. Czytając te raz buńczuczne, a za chwilę konformistyczne wywody Žižka, przypomniała mi się dokonana przez Lenina w roku 1914 charakterystyka Trockiego (która później, co koniecznie należy dodać, uległa zmianie na znacznie bardziej pozytywną). „Trocki /…/ nigdy nie miał i nie ma żadnego oblicza, stwierdzamy u niego tylko przelatywanie i przerzucanie się od liberałów do marksistów i z powrotem, operowanie urywkami słówek i dźwięcznych frazesów, powyłapywanych stąd i zowąd” – pisał Lenin w tekście „Rozpad bloku »Sierpniowego«”.

Słoweński myśliciel zafundował nam – a jego polscy wydawcy w odredakcyjnym wstępie zrobili to samo, choć w jeszcze bardziej miękkiej i grzecznej postaci – próbę wtłoczenia Lenina w dawno zużyte schematy lewicy i jej wojenek z prawicą. Tymczasem największą zaletą Lenina nie była lewicowość, lecz „nowość”, tj. świeżość spojrzenia, umiejętność rozpoznania „warunków brzegowych”, nawet kosztem rezygnacji z wielu dogmatów czy tradycji własnego obozu ideowego (jednak nie poprzez kapitulację wobec wielu liberalnych zasad ogólnych i rozwiązań szczegółowych, co Žižek i „krytyczni politycy” robią nader często). Dlatego właśnie Lenina warto ocalić – zarówno przed smętnym pomstowaniem prawicy, jak i przed „rozmiękczaniem” go przez lewicowców. Ci ostatni, broniąc go przed zarzutami zbrodni, wyrządzają przywódcy bolszewików niedźwiedzią przysługę. Tłumacząc faktyczne ofiary i terror roku 1917 i późniejszych lat – a to reakcją caratu, a to zacofaniem materialnym Rosji, a to „dzikością” wschodnich obyczajów, a to realiami „komunizmu wojennego” – nie tylko pomija się całościowy obraz problemu, ale także tę prostą, lecz oczywiście niemiłą prawdę, że żadna poważna, „epokowa” zmiana społeczna nie dokonuje się w atmosferze urodzinowego przyjęcia czy harcerskiego pikniku. O realiach Rewolucji Październikowej nic mądrego nie mówią nam antykomunistyczne slogany o „bestialstwie”. Dokładnie tak samo, jak znacznie więcej o zbrodniczej naturze hitleryzmu i jej przyczynach dowiemy się nie z emocjonalnego moralizowania antyfaszystów, lecz z „Nowoczesności i Zagłady” Zygmunta Baumana czy z prac Detleva Peukerta, umieszczających realia III Rzeszy w szerokim kontekście przeobrażeń technologicznych i kulturowych. I dokładnie tak, jak o dzisiejszych zbrodniach amerykańskiego reżimu w Iraku nic sensownego nie powiedzą nam antywojenne tyrady guru Chomsky’ego (ropa, koncerny zbrojeniowe i „lobby syjonistyczne”), lecz chłodne, nierzadko na pozór odległe od tego tematu, analizy geostrategiczne. Lenin wyrwany z kontekstu przez zajadłych antykomunistów czy swoich lewicowo-liberalnych obrońców, może budzić wstręt i przerażenie lub wydawać się – dla odmiany – całkiem miłym i sympatycznym facetem. Ale jeśli chcemy widzieć Lenina jako polityka i przywódcę rewolucji, musimy wykroczyć poza schematy lewo-prawego oburzania się i afirmacji. Czyli, między innymi, odrzucić gębę, jaką Leninowi przyprawiają Žižek i „Krytyka Polityka”.

Paradoksalnie, Lenin odczytany przez słoweńskiego filozofa, który deklaruje, iż dokonał – krytycznej, ale zawsze – afirmacji „leninizmu”, wydaje się postacią mniej interesującą, także w sensie zdolności intelektualnego zainspirowania nas, dzieci innej epoki, niż dwa znacznie bardziej nieprzychylne obrazy wodza Rewolucji Październikowej, odmalowane niejako „z prawa” przez Aleksandra Sołżenicyna w „Leninie w Zurychu” oraz Curzio Malapartego w „Legendzie Lenina”. Szczególnie ten drugi autor, w swej – bardzo krytycznej, momentami wręcz złośliwej, a na pewno będącej policzkiem wymierzonym lewackiej hagiografii Lenina – analizie fenomenu wodza rewolucji, znacznie bliższy jest jego zrozumienia niż Žižek. Są w „Legendzie…” dwie krótkie, lecz zdaje się szczególnie trafne charakterystyki: „Władimir Iljicz ma Clausewitza pod ręką, leży o­n na jego biurku. /…/ Lenin /…/ pozostaje wierny Clausewitzowi, nie zdradzając jednocześnie Marksa. /…/ Zasady strategiczne Clausewitza bez wątpienia nic nie mają wspólnego z zasadami walki klas. Ale czy można by zrozumieć Marksa, Marksa z rozważań o Komunie Paryskiej, bez Clausewitza?”. I druga: „Siła jego [Lenina] leży nie w jego charakterze, nie w ideach, lecz w doktrynerskim fanatyzmie, rzekłbyś w jego poczuciu irrealizmu”. To jest właśnie Lenin. Lenin precyzyjnej doktryny i Lenin nie trzymający się kurczowo żadnych zasad i „konieczności”. Lenin „lewicowy” (Marks) i „prawicowy” (Clausewitz). Lenin chłodny i Lenin „szalony”. Lenin z krwi i kości. Lenin, którego warto ocalić. Przed miłośnikami Pinocheta, „contras” i Stroessnera, którzy potępiają zbrodnie Rewolucji Październikowej, a także przed fanami Lenina, usiłującymi zeń uczynić jakąś nowomodną wydmuszkę, w sam raz na t-shirt, w którym można się pokazać na raucie u Axela czy Adama.

Lenina należy bronić dokładnie tak samo, jak każdej tzw. kontrowersyjnej postaci – z lewa lub prawa – którą jacyś „odświeżacze” chcieliby wprowadzić na salony za cenę wybicia jej zębów i spiłowania pazurów. Bo jeśli mamy z przeszłości czerpać jakąkolwiek wiedzę i inspirację, to z przeszłości prawdziwej, nie zaś z jej wygładzonej, przypudrowanej wizji, służącej taniemu „szokowi” i autopromocji osiąganej przy jego pomocy.