Jak robią to inni?

Jak robią to inni?

W Stanach Zjednoczonych, w George Junior Republic, spotkaliśmy jeden z najstarszych przykładów zastosowania w internacie systemu samorządu uczniów. Również w Stanach Zjednoczonych znajdujemy najbardziej rozpowszechniony wzór samorządu dla eksternatów.

Twórcą systemu, lub przynajmniej pierwszym jego organizatorem, jest Wilson Gill. […] Uczynił nawet więcej; wprowadził bowiem swój system do kilkuset z górą college’ów na całej przestrzeni Stanów Zjednoczonych i Kanady aż do Kuby. Nie zamierzam przedstawiać tu szczegółów sławnego „systemu Gilla”. Rzecz naturalna, jest on w ustawach konstytucji szkolnych odbiciem ustroju państw amerykańskich. […]

W Europie, niedługo przed wojną, dwa kraje poczęły wprowadzać u siebie powszechnie system samorządu uczniów. Trudno się domyślić, że były to Prusy nadreńskie i Austria. F. W. Foerster w dziele „Szkoła i charakter” podaje artykuł z „Gazety Kolońskiej”, opisujący ten system: trymestralne wybory urzędników, rozdział obowiązków, ustanowienie biura ogólnego, złożonego z „osób zaufania” wszystkich klas szkoły w wieku powyżej 14 lat. Wszystkie wewnętrzne czynności nadzoru nad zachowaniem się i czystością należą do tego biura i do jego prezydenta.

W Austrii inicjatywa wyszła od dr. K. Prodingera, dyrektora liceum w Poli. Wskutek zakorzenionych sporów między Włochami, Niemcami i Słowianami, wpadł on na pomysł wprowadzenia od 1908 r. systemu samorządu. Rezultat był tak pomyślny, że grupy dawnych wrogów wzięły się do harmonijnej współpracy dla dobra swojej szkoły. W miejsce dawnych przesądów i wrogich nastrojów wzięło górę w obradach uczucie ludzkości, zgody i zdrowy rozsądek. Oto kilka zdań, wyjętych ze streszczenia pism Prodingera […]:

„Uczniowie mają prawo głosowania i wybierają swych funkcjonariuszy i wyższych urzędników, a mianowicie: naczelnika gminy, sekretarza, prokuratora, członków rady i sędziów. Poza tymi urzędami stwarza się w miarę potrzeby inne, np. «radę zdrowia», komitet dla sportów, komitet dla uroczystości szkolnych, dla biblioteki itp. Rada ogólna i sędziowie zbierają się w stałych terminach, wydają zarządzenia i czuwają nad ich wykonaniem. Gmina ta, której bardzo szczegółowa konstytucja wzoruje się na ustroju państwa austriackiego, dzieli się na osiem okręgów, według ośmiu klas gimnazjum. Pierwszem jej zadaniem jest stosowanie wszelkich środków dla poprawy i uszlachetnienia charakterów swych członków, wydawanie praw, których celem jest dobro gminy oraz staranie o wymiar sprawiedliwości w każdym wypadku. Członkowie mają obowiązek wspierać wysiłki zarządu i pomagać mu w jego działalności”.

Powodzenie tego systemu było tak wielkie, że austriackie ministerstwo oświaty publicznej, na podstawie rozważań X Kongresu nauczycieli szkół średnich, który odbył się w 1910 r. w Wiedniu, oraz po kilkakrotnych wizytacjach gimnazjum Prodingera w Poli, poleciło jego system – nie narzucając go wszakże – wszystkim gimnazjom austriackim. Wiele z nich przyjęło go i było z niego zadowolonych. […]

Nie mogę rozwodzić się nad niezliczonymi próbami, których dokonywano bezpośrednio przed wojną w wielu miastach niemieckich. Podaję jedynie, jako godną, zapamiętania, znakomitą organizację wyższej szkoły realnej we Frankfurcie nad Menem, pod dyrekcją dr. Maksa Waltera, oraz szkoły zawodowej w Monachium, której dyrektorem jest dr G. Kerschensteiner, autor dzieł pierwszorzędnej wartości, […] z którym korespondowałem przed wojną, dostarczył mi, odnośnie do naszego zagadnienia, ogólnej bibliografii obejmującej z górą trzysta pozycji. Wskazuje to, że idea ta rozwija się zarówno w teorii, jak i w praktyce. […]

Próby demokracji szkolnej, czynione ostatnio w eksternatach angielskich, zdają się czerpać natchnienie głównie z doświadczeń zyskanych w internatach […]. J. H. Simpson wprowadził swój projekt w życie w klasie złożonej z 23 chłopców, w wieku od 13 do 18 lat. Uważa on, że każda klasa winna stanowić jednostkę społeczną. Wiedział, że nie powinno się uczniom narzucać gotowej konstytucji; konstytucja tylko wtedy jest użyteczna, gdy odpowiada samorodnym potrzebom i życzeniom dzieci lub młodzieży. Dlatego też ograniczył się do ustanowienia w swej klasie różnych funkcji dla możliwie największej ilości uczniów: bibliotekarza, dyżurnych na różnych lekcjach i dla różnych zajęć szkolnych, przełożonych najrozmaitszych spraw klasy, np. przewietrzania klasy itp. – i czekał. […] Od tej chwili poprzez nieuniknione przeciwności, jakie napotyka żyjący organizm w pełni rozwoju, rozwija się zalążek tej organizacji. „W praktyce nie ma szczegółów życia klasy, którymi by obywatele nie mogli się zająć swobodnie, wedle swego uznania; mogą oni powziąć według swej woli wszelkie postanowienia natury gospodarczej. Istnieją dla nich tysiące zagadnień o żywotnym znaczeniu: nie tylko są upoważnieni do wydawania praw w tej dziedzinie, lecz uważam to za rzecz zasadniczą”. […]

Innego przykładu dostarcza E. A. Craddock, profesor języka angielskiego i francuskiego w średniej szkole politechnicznej w Holloway. Pełną władzę ma komitet uczniów, wybrany przez kolegów w wieku 11 do 14 lat. Profesor nie zajmuje się ani porządkiem, ani karnością, a system, jak się zdaje, działa znakomicie. […] Craddock uważa, że dla powodzenia ustroju demokratycznego jest konieczne wstrzymać się zupełnie od wszelkiej interwencji. Najmniejsze bowiem wmieszanie się z jego strony powoduje wypaczenie doświadczenia przez przesunięcie ciężaru odpowiedzialności i w ten sposób naraża na zniszczenie całej wartości zasadniczego trzonu systemu: rzeczywistego samorządu. A błędy? – zapytamy. Błędy są nadzwyczaj rzadkie. Uczniowie wybierają swych szefów bardzo trafnie. Ci zaś, którzy przez komitet zostali skazani, mogą, o ile uznają to za właściwe, odwołać się do ogólnego zgromadzenia klasy. Członkowie komitetu jednak wydają wyroki i skazują tak sprawiedliwie, iż wypadek taki prawie nigdy się nie zdarza. Pod tym względem mają oni znaczną wyższość nad dorosłymi: znają dokładniej charakter tych, których sądzą; dzięki wyborom zawiśli są od kolegów, którzy powierzyli im funkcję wymagającą zaufania, i wiedzą, że opinia publiczna, która w razie błędu osądzi z kolei ich samych, jest nieprzejednana na punkcie sprawiedliwości i prawdy. Mało nauczycieli może się pochwalić taką znakomitą karnością, jaką uzyskuje komitet. Oszustwa są po prostu niemożliwe; chłopcy między sobą znają wszystkie kruczki i nie byłoby dobrze próbować wywieść w pole członków komitetu. […]

W Paryżu Roger Cousinet, wielki znawca dzieci, mówił po raz pierwszy o systemie autonomii uczniów w „Société libre pour l’étude psychologique de l’enfant”. Belot postanowił bezzwłocznie przeprowadzić doświadczenie proponowane przez Cousineta, w kilku klasach swego okręgu. […] Belot przedstawił wyniki doświadczenia: „Odpowiedziało 37 klas należących do osiemnastu szkół męskich i żeńskich, wszystkie z II i X dzielnicy. […] 16 klas (12 męskich i 4 żeńskie) doszło do wyników mniej lub więcej przychylnych dla samorządu, 20 klas (10 męskich, 10 żeńskich) do ogólnego potępienia systemu lub do niekorzystnych rezultatów. Zdaje się, że powodzenie jego jest mniejsze u młodszych dzieci. Ogólnie sądzono, iż byłoby lepiej, rozpocząć doświadczenie z nowym rokiem szkolnym. Wysoka liczba dwunastu funkcji, rozdawanych co miesiąc między różnych uczniów, wymaga od nauczyciela zbyt wielkiego nadzoru; co do ilości funkcji należałoby zatem pozostawić pewną swobodę”.

Na pierwszy rzut oka zdaje się, iż jest więcej krytyki niż pochwał i że system potępiła większość wychowawców, którzy go próbowali. Rozważając rzecz z bliska, widzimy ze zdziwieniem, że tak nie jest. Skrytykowano i potępiono jedynie warunki doświadczenia: nowy system, stojący w sprzeczności z wszystkimi tradycjami szkoły paryskiej, narzucono wręcz bezwzględnie dzieciom, które były najzupełniej nieprzygotowane do urzeczywistnienia go. Nie tylko brak tu przygotowania, ale brak również okresu przejściowego, nie było żadnego stopniowania, nie było przemyślanego zetknięcia się z trudnościami, które trzeba zwyciężyć. Rozpoczęło się rzecz w środku roku szkolnego. Żądało się, by wszyscy uczniowie, nawet najmniej do tego zdolni, spełniali funkcje wymagające zaufania, z których niejedna przedstawia przy wykonaniu wielkie trudności. Niektórzy wreszcie nauczyciele wierzyli naiwnie, że dla pełnej oceny systemu winni wstrzymać się niemal zupełnie od jakiegokolwiek wkraczania bez względu na to, co by się działo. A właśnie duchowy wpływ nauczyciela nadaje całą wartość samorządowi. Bez tej początkowej interwencji powstaje niemal nieuchronnie anarchia.

Najbardziej też należy podziwiać to właśnie, że paryskie doświadczenie nie doprowadziło do anarchii i że dzieci – i to często – wcale nieźle dawały sobie radę bez żadnego przygotowania; jest to wprost cud! Próbę tę tak źle rozpoczętą, której wyniki były mimo to pod wielu względami zachęcające, uważam, mimo niekorzystnych pozorów, za prawdziwy sukces systemu samorządu uczniów. […]

Pozostaje mi wspomnieć o tym, co zrobiono w Szwajcarii. Nie ma roku, by jedna lub więcej szkół prywatnych lub publicznych nie wprowadziła tego systemu, te zaś, które go raz przyjęły, przeważnie go zachowują. To chyba dowód, że uznają go za dobry. […] Pierwszorzędny materiał dowodowy stanowi dzieło, wydane po niemiecku, C. Burckhardta z Bazylei, który szkicuje nam żywo zdarzenia zaszłe w jego klasie, zorganizowanej w małą republikę. […] Państwo – mówi pokrótce Burckhardt […] – powierza nauczycielowi wychowanie i nauczanie młodzieży. Czy nauczyciel ma być monarchą absolutnym, czy konstytucyjnym? Zaletą absolutyzmu jest to, że upraszcza sprawę; jest on jednak wrogiem wszelkiego rozwoju; zabija wolę, bez której człowiek nie istnieje. Wola młodzieży musi mieć możność wyrażania się. Dobrze, a wola nauczyciela? Czy winna poddać się tamtej? Tak, gdy to, czego chce młodzież, jest dobre. Młodzież powinna najpierw wypowiedzieć swą wolę; nauczyciel sprzeciwi się jej dopiero wtedy, gdy schodzi ona na niebezpieczną drogę. W innych razach dozwólmy młodzieży mylić się czasem i przez własne doświadczenie znajdować dobrą drogę. W ten sposób osiągnie ona niezawisłość i zdolność osądzania. […]

Jak postępował C. Burckhardt? Pierwsze przelanie władzy, na które się zgodził, polegało na przyznaniu klasie prawa samodzielnego mianowania przez nią tygodniowych dyżurnych. Prawo głosu jest tu jednakie dla wszystkich; to ośmieliło słabszych i wszyscy poczuli, iż są częścią zbiorowości. Od tej chwili zmieniły się stosunki między nauczycielem a uczniami: nauczyciel przestał być istotą innego gatunku. Wkrótce zaczyna on odczuwać coraz silniej przywiązanie i wdzięczność uczniów. Powierzenie klasie mianowania dyżurnych uchodzi za akt zaufania. Drugie stadium: poruszono sprawę, jak długo mają trwać mandaty dyżurnych: powstaje dyskusja, protokoły. Z wolna formuje się reguła przystosowana do potrzeb. Nauczyciel niczego nie narzuca. Duży zysk przedstawia ustalenie regulaminu, który jest zawiązkiem konstytucji, odpowiada on samorzutnej potrzebie działania uczniów i w ten sposób zadowala ich głęboki instynkt. Daje im odczuć, że nie podlegają żadnemu naciskowi pochodzącemu z zewnątrz. Charaktery występują na jaw. Wiele dzieci, u których dotychczas zauważono tylko brak uzdolnień, objawia swą indywidualność. W całej zaś tej działalności nie ma celów egoistycznych: jest ona na służbie zbiorowości. […]

System samorządu, przeciwstawiając się dążeniom indywidualistycznym lub egoistycznym, które w szkołach panują jeszcze zbyt niepodzielnie, sprzyja tendencjom społecznym. Tendencje indywidualistyczne oddalają jednostki od siebie, zamiast zbliżać je i jednoczyć. A czyż szkoła nie powinna być laboratorium przyszłych obywateli, instytucją, w której się oni przygotowują do wypełniania obowiązków względem społeczeństwa i państwa? Z ustrojem samorządowym wkracza do szkoły życie. Nie ma już tu rywali, przeciwników, siedzących obok siebie, ale są koledzy, dzielący to samo życie, te same smutki i radości. Powstaje wspólne organizowanie się. Zbiorowość bowiem wymaga organów dla zredagowania powziętych decyzji, strzeżenia prawa, ułożenia stosunków z nauczycielem. Miło jest widzieć, w jakim stopniu panujący nastrój sprzyja samemu nauczaniu. Zdolniejsi pomagają słabszym, ustala się współpraca. W miarę jak znika fałszywy indywidualizm, okazuje się i rozwija u każdego prawdziwa indywidualność. […]

System ten przedstawia jeszcze inną korzyść; wychowując dziecko na czynnego i świadomego rzeczy obywatela w przyszłości, zbliża je do wielkiego społeczeństwa dorosłych. Promienne wspomnienie małej republiki szkolnej będzie mu w przyszłości towarzyszyć w prawdziwej republice. Miłość kraju rodzinnego otrząśnie się z wszelkiego szowinizmu, nie będzie już ona sentymentalnym nastrojem mniej lub więcej biernym, lecz przybierze czynną formę spontanicznej współpracy. Z tego względu wyrobienie poczucia odpowiedzialności znaczy to samo, co wychowanie obywatelskie. Mały obywatel, żyjąc od wczesnej młodości życiem demokratycznym, nauczy się myśli politycznej. Z doświadczenia pozna wartość rozmaitych ustrojów; przeszedł bowiem przez wszelkie stadia życia obywatelskiego, począwszy od biernej roli poddanego do niezawisłego obywatela, który z równymi sobie stanowi o sprawach publicznych. Dlatego też będzie się żywo interesował światem przyszłości. Nie owładnie nim prasa ani opinia publiczna; gdy będzie potrzeba, potrafi stawić im czoło. A gdy później uzna się za pożądane poddać go „kształceniu obywatelskiemu”, abstrakcyjne teorie nabiorą w jego oczach życia; siedząc bowiem w ławie szkolnej, widział w rzeczywistości, jak w miniaturze pracują niektóre koła złożonej maszyny państwowej. […]

Próby przeprowadzane w Szwajcarii francuskiej można podzielić na dwie grupy: jedne, dokonywane w szkołach średnich, drugie, których polem doświadczalnym uczyniono szkoły powszechne. […] Istnieje szereg środków, którymi zapoczątkować można wprowadzenie ustroju samorządu. Trzeba zacytować przysłowie: „Kto za dużo chwyta, słabo trzyma”. Tak więc samorząd i przywileje, które on za sobą pociąga, przyznawać by można tylko dobrym uczniom, a ci zwolna przystępowaliby do wyboru nowych obywateli, w miarę jakby się ci ostatni okazywali tego godni. Dyrektorowie kolegiów, którzy uważają inicjatywę prywatną za proceder zbyt powolny, a którzy zachęceni dobroczynnym działaniem systemu samorządu zechcą go wprowadzić w swych szkołach, mają jeden szybki środek: wprowadzić go z urzędu. Próbował to przeprowadzić Lalive, dyrektor szkół średnich w La Chaux-de-Fonds. W 1919 r. zaproponował on wprowadzenie systemu samorządu w gimnazjum, żeńskiej szkole średniej i w seminarium. Z wyjątkiem dwu klas dziewcząt w wieku od 14 do 16 lat, wszystkie inne klasy postanowiły wypróbować go. Jedna ze wspomnianych dwu klas mimo to prosiła później o pozwolenie przyłączenia się, a najmłodsi uczniowie w wieku od 12 do 14 lat, których pominięto, domagali się energicznie, by im także pozwolono spróbować tego systemu, na co też się zgodzono. Przy głosowaniu nad nim wymagana była większość 2/3 głosów. Jest to oznaką, że system został przyjęty z ochotą.

Regulamin ustalający współpracę uczniów w dziedzinie karności, uchwalony przez konferencję nauczycieli szkół średnich w dniu 19 grudnia 1918 r. i zatwierdzony przez Radę Szkolną 10 stycznia 1919 r., postanawia, że każda klasa ma zamianować z początkiem każdego trymestru komitet złożony z 3 do 5 członków z prawem bezpośredniego powtórnego wyboru. „Komitet klasowy ma następujący zakres działania: a) rozpatruje wszelkie kwestie dotyczącego dobrego stanu klasy; b) stara się przyjść z pomocą uczniom chorym lub zaniedbanym i pomagać im w pracy; c) może wyrażać życzenia w sprawie kursów szkolnych i rekreacji pozaszkolnych; d) dba o estetyczny wygląd klasy”. […]

Konstytucja ta zaraz po nadaniu weszła w życie. Zamianowano komitety. Czy trzeba dodawać, że nowy system został przyjęty z wielkim zapałem i sprawił cuda? Zbyt wcześnie jeszcze bez wątpienia, by mówić o wynikach tej próby. Dyrektor oświadczył mi, że dotychczas jest z niej zadowolony. Uczniowie jednak z wolna dopiero zrozumieją, czego się od nich oczekuje. Często w początkach troska o regulamin bierze u kilku uczniów górę nad wszystkim innym i stwarza atmosferę podejrzliwości i wzajemnej kontroli; wtenczas więcej mówi się o karach, niż o wzajemnym niesieniu sobie pomocy. U innych znowu przeważa szydercza obojętność. Nie zawsze jednak uczniowie są ostatnimi, którzy dobrze rozumieją sprawę; są nauczyciele, którzy wytrąceni z równowagi swych przyzwyczajeń, nie nauczywszy się w swym życiu kierować obcym umysłem jedynie przy pomocy wyjaśniania i przekonywania, nie odnoszą się do systemu przychylnie. Są wreszcie rodzice, którzy podnoszą krzyk na „sowieckie szkoły” i zakazują swemu potomstwu słuchać komitetów klasowych! Miejmy nadzieję, że te wypadki zacofania będą coraz rzadsze.

Dziwnym trafem najbardziej ciekawe próby w zakresie samorządu uczniowskiego przeprowadzono w Szwajcarii francuskiej nie w szkołach średnich, lecz w początkowych. Pragnę tu mówić o próbach równocześnie niemal dokonywanych przez Guignarda, nauczyciela w Founex i przez Chessexa w Brenles i w La Sarraz.

Każdemu oddać trzeba, co mu się należy. Hipolit Guignard zaczął skromnie w 1908 r. i oto przez 12 lat wypróbowuje ten ustrój z takim powodzeniem, że, jak mówi, ani on, ani jego uczniowie, ani rodzice nie pragnęliby wprowadzenia innego. Warto więc zbadać bliżej, czego może nas nauczyć człowiek tak wielkiego doświadczenia w dziedzinie, w której pod względem kompetencji nie ma sobie równego wśród nauczycieli nie tylko w Szwajcarii, lecz prawdopodobnie w całej Europie.

Oto co pisał H. Gailloz w „L’Educateur” z 29 stycznia 1910 r., jako wstęp do referatu swego kolegi Guignarda: „Jeden z kolegów w okręgu Nyon podaje nam wiadomość o próbach, jakie przeprowadził w jednej ze swoich klas, i na liczne prośby zewsząd doń skierowane przysyła nam łaskawie odpisy regulaminów obowiązujących w tej szkole od roku. Regulaminy te, oparte na zasadzie self-governement, zatwierdzone przez miejscową komisję szkolną, wskazują, że idea ta opuściwszy dziedzinę niedościgłej utopii, znajduje się na drodze pełnego urzeczywistnienia w praktyce. Rozumie się, że podobne regulaminy nie są szablonami, które wszędzie należy stosować dosłownie. Powodzenie zależy przede wszystkim od charakteru i ducha klasy, od indywidualności nauczyciela i jego ideału karności szkolnej. Przyjąć bez zmiany regulaminy takie, jakie istnieją w Founex, byłoby grubym i naiwnym błędem. Należy je przestudiować i zbadać dokładnie, polegając na własnym sądzie i niczego nie robiąc zbyt pośpiesznie. Próba jest niezmiernie interesująca i ciekawi jesteśmy ostatecznych wrażeń nie po jednym, lecz po kilku latach doświadczeń […]”.

A oto, jakie korzyści w ustroju samorządowym widział już w r. 1910 nauczyciel z Founex: „Wykonywanie samorządu przez klasę powoduje bardzo korzystną zmianę w sposobie jej myślenia. Odpowiada ono potrzebie czynnej działalności dziecka. Pozwala przejawić się indywidualnościom, rozwija odwagę moralną i otwartość. Pozwala zaspokoić potrzebę sprawiedliwości, na co uczniowie są bardzo wrażliwi. Uczy poszanowania prawa i autorytetu i przez to wzmacnia karność. Korzystny jego wpływ rozciąga się również na nauczyciela, który lepiej widzi wychowawczą stronę swego zadania i wzór, jaki winien dawać w swych słowach, nacechowanych zawsze życzliwością i szacunkiem dla wszystkich swoich podwładnych. Wreszcie, system ten stanowi praktyczną szkołę obywatelską, która zaszczepić może młodej generacji nieco zamiłowania do spraw publicznych”.

Od czasu gdy napisano te słowa, szereg nowych dowodów potwierdził pierwsze wrażenie. […] „Po dwunastu latach prób stwierdzam – mówi autor – iż ten nowy środek jest jedynym, który nam pozostaje, by skierować nauczanie ku wychowaniu moralnemu i demokratycznemu. Rodzina nie życzy już sobie surowości nauczyciela-automatu; zbyt często bierze ona stronę dziecka. Ponieważ zaś hartowanie charakterów jest niemożliwe przy nauce mającej właściwości rozrywki ani w szkole ciągłej zabawy, przeto trzeba koniecznie przeciwstawiać sobie wzajemnie drobne pragnienia, jak to się dzieje w rzeczywistym życiu. Wówczas, rozwijając się swobodnie, zwalczają się one i neutralizują wzajemnie ku większemu spokojowi nauczyciela i z korzyścią dla wyników nauki. Co więcej, poczucie sprawiedliwości i dobrowolnie przyjętego prawa stwarza zdrową atmosferę zaufania; nauczyciel może wtedy z ulgą odłożyć bicz pogromcy, czy laseczkę magnetyzera, i stać się moralnym kierownikiem i współpracownikiem swych uczniów”. […]

Znakomite wyniki, do jakich doszedł w Founex Hipolit Guignard, znajdują poparcie w rezultatach uzyskanych przez Alberta Chessex w Brenles sur Moudon (1909 do 1910) i w wyższej szkole początkowej w La Sarraz (1913 do 1917). Dwie próby Alberta Chessex uważam mimo ich bezpretensjonalności za doświadczenia wzorowe i to z dwu powodów: przede wszystkim Chessex postępował „organicznie”, nie przeskakiwał poszczególnych stopni, nie narzucał konstytucji, nie rozwijał u uczniów skłonności do pustego ustanawiania przepisów. Wszystko, co tam postanowiono, odpowiadało potrzebom organizacji, odczuwanym przez wszystkich; wszystko miało na celu lepsze spełnienie funkcji społecznych, które inaczej nie szłyby tak dobrze.

Po wtóre, doświadczenia te zasługują na uwagę ze względu na wartość otrzymanych wyników. Chessex umiał w rezultacie wprowadzić wśród swych uczniów, chłopców i dziewcząt, bez względu na ich ilość, tego rodzaju ujmującą karność, która zdaje się utrzymywać sama przez się, która sprawia wrażenie, że nauczyciel nie ma co robić i zdaje się potwierdzać myśl J. J. Rousseau, że „dziecko rodzi się dobre”.

Trzeba jednak pozbyć się złudzeń: wolność postępowania połączona z porządkiem jest tu wynikiem długich i cierpliwych wspólnych poszukiwań, rozmyślań, porównań, wniosków, wysiłków udanych lub zakończonych niepowodzeniem, prób cierpliwie poprawianych i udoskonalanych. Tak, niewątpliwie, dziecko rodzi się dobre, przynajmniej w głębi swej natury; lecz tę naturę przysłania często gruba warstwa nierozumu i egoizmu, którą trzeba długo oddzierać, piłować i wygładzać, zanim przez jej złoże dotrzemy do czystego metalu, który pod nią się kryje.

Jak robią to inni?

Idea i cel samorządności szkolnej

Szkoła o tyle ma wartość, o ile przygotowuje do życia; nauczanie, które jest słowem, jest absolutnie bezcelowe: słowo bowiem jest tylko symbolem, a życie jest rzeczywistością.

Binet

Zagadnienie samorządu uczniowskiego od dawna absorbuje poszczególne jednostki spośród, a nawet i spoza nauczycielstwa zarówno u nas, jak zagranicą. Dyskutowano nad tym zagadnieniem na łamach prasy pedagogicznej, poświęcono mu całe rozprawy, bądź obszerne rozdziały w dziełach pedagogicznych, niekiedy ostro krytykując, częściej jednak je polecając i zachęcając ogół nauczycieli-wychowawców do wypróbowania tego środka.

Przeciwnicy samorządu twierdzili, że osłabia, pomniejsza autorytet nauczyciela-wychowawcy, że rozluźnia karność i dyscyplinę szkolną, sprzyja rozpolitykowaniu młodzieży, wprowadza do szkoły anarchię itd., itd. Zwolennicy podkreślali dodatnie znaczenie samorządu dla kształcenia samodzielności ucznia, jego woli, charakteru, uczuć i cnót społecznych. […]

Cóż więc ma być pobudką do wprowadzenia samorządów uczniowskich do wszystkich szkół naszych i nie „na próbę”, krócej lub dłużej trwającą, ale na stałe, jako systemu wychowawczego i na dziś jedynego, bezkonkurencyjnego. Odpowiedź tu będzie krótka:

1) współczesne życie społeczne i państwowe (nasze koniecznie);

2) psychika dziecka, zwłaszcza dziecka polskiego.

Minęły bezpowrotnie te czasy, kiedy wola jednostki była źródłem prawa dla ogółu, dla milionów, kiedy te miliony od dziecka przyzwyczajano do wykonywania bez szemrania woli swego pana-monarchy, króla czy cesarza. Szkoła ówczesna przygotowywała młodzież do życia przez wpajanie, wszczepianie w nią cnoty posłuszeństwa dla osoby „najjaśniejszego pana”, którego władza nad poddanymi pochodziła z nieba, od Boga. Śmiałek, który miał odwagę powątpiewać o mądrości i nieomylności władzy i jej boskim pochodzeniu, narażał się na najsurowszą karę, surowszą niż za kradzież czy inne tego rodzaju przestępstwo.

Prawo krytyki tych zarządzeń nie istniało, chyba gdzieś w podziemiach, w ukryciu, jako konspiracja, a więc bezprawie. Zdanie poddanego, jako jednostki prawnej, nie było brane pod uwagę, gdy wydawano jakieś nowe zarządzenie, nowe prawo. Cnotą obywatelską było spełnianie polecenia czy zarządzenia bez dyskusji i bez krytykowania intencji prawodawcy. Odpowiedzialność za wydane prawo czy zarządzenie ponosił prawodawca wobec Boga, ale nie wobec poddanych. Ten, kto czuł niesprawiedliwość prawa w stosunku do swej osoby, mógł swe cierpienia, swą krzywdę ofiarować Bogu i prosić Go o sprawiedliwość i zmiłowanie na tamtym świecie, po śmierci.

To bezpowrotne wczoraj. A czym się ono różni od chwili obecnej, od dzisiaj? A tym przede wszystkim, że dziś źródłem prawa jest wola ogółu. Ogół obywateli jest prawodawcą dla jednostki, nawet najwyżej postawionej w hierarchii społecznej, a jednostka, jako cząstka tego ogółu, biorąc udział w tworzeniu prawa bezpośrednio lub pośrednio, bierze jednocześnie na siebie odpowiedzialność za celowość i użyteczność tego prawa. Jeżeli więc dzisiaj w państwie demokratycznym jakieś prawo daje się we znaki obywatelom, to im nie wolno narzekać na jednostkę, powołaną również przez ogół do wykonania i tylko do wykonania tego prawa; oni sami, względnie wybrani przez nich przedstawiciele, mogą uchylić istnienie prawa krzywdzącego ogół. Nie minister więc ponosi winę za istnienie tego czy innego prawa w państwie demokratycznym, ale Sejm, a więc wola ogółu obywateli, która to prawo ustanowiła.

Nowe warunki życia wymagają nowego człowieka, którego dopiero wychować potrzeba, którego wychować musimy, jeżeli chcemy utrzymać zdobytą nową formę życia państwowego. Obecnie bowiem mamy stare treści w nowej formie, do niej niedopasowane, z nią skłócone, i wyjście z tej sytuacji prowadzi albo do wyrzeczenia się nowej formy na korzyść starej, albo do pozyskania nowej treści dla nowej formy. Ponieważ pierwsze wyjście jest niemożliwe, bo do tego nie dopuści dzisiejszy duch czasu i ogólne uświadomienie społeczne i polityczne szerokich mas, przeto pozostało wyjście drugie, to jest wychowanie człowieka w duchu potrzeb demokratycznych.

Jeżeli to uczynimy punktem wyjścia, wówczas samorząd uczniowski stanie się systemem powszechnym, chlebem codziennym; bo jak nie nauczymy się pływać, przyglądając się z brzegu rzeki, jak inni pływają, nie nauczymy się tańczyć, przyglądając się, jak inni tańczą, chodzić – przyglądając się, jak inni chodzą, tylko musimy sami próbować pływać, tańczyć czy chodzić, początkowo nabijając nawet guzy, ale stopniowo nabierając wprawy i doświadczenia aż do kompletnego wydoskonalenia każdej z tych umiejętności. Nie nauczymy się żyć w duchu zasad demokratycznych, jeżeli będziemy biernymi obserwatorami, jeżeli będziemy tylko patrzyli, jak inni żyją, lub jeżeli będziemy wysłuchiwali całej masy pogadanek, jak się żyć powinno.

Dzisiejszy obywatel, w przeciwieństwie do „wczorajszego”, po dojściu do pełnoletniości ma prawo i obowiązek obywatelski wybierać i być wybranym do piastowania przeróżnych godności i urzędów. Trzeba, żeby ten obywatel dzisiejszy już od dziecka do godnego piastowania powierzonych sobie obowiązków prywatnych i publicznych starannie i pilnie się przygotowywał i nie „na próbę” tylko, ale na serio, bo człowiek, jak mówi James, „jest chodzącym zespołem nałogów”, które najłatwiej powstają i utrwalają się w najwcześniejszym okresie życia i które dadzą się podzielić na dobre i złe, pożądane i niepożądane. Zadaniem więc szkoły i wychowania jest unikanie złych nałogów, a wprowadzanie do natury dziecka pożytecznych. Dobre, pożyteczne nawyknienia, nabędzie dziecko wtedy, gdy każde wyobrażenie pożyteczne z punktu widzenia społecznego, każdą myśl i uczucie nauczy się przetwarzać w czyn. Znakomity pedagog i socjolog amerykański John Dewey tak mówi o wartości nauki: „Tylko ta nauka ma wartość, która pozwala uczniowi zrozumieć jego środowisko społeczne i daje mu możność poznać, w jakim stopniu jego zdolności mogą oddawać usługi społeczeństwu”. […]

Ideałem człowieka na „dziś” jest człowiek-społecznik w najlepszym i najszerszym tego słowa znaczeniu. W Polsce ten ideał piastowany jest od czasów Komisji Edukacyjnej, która nam w testamencie przekazała, by z dziecka wychować człowieka, któremu w społeczeństwie będzie dobrze i z którym społeczeństwu też ma być dobrze. Oto ideał, oto cel, do którego szkoła polska dzisiaj winna dążyć, i trzeba stwierdzić, że życie szkolne przewybornie nadaje się do zrealizowania tego celu. Autor znanego dzieła „Uczeń i klasa”, prof. Bohdan Nawroczyński, mówi: 1) „organizacja szkolna w wyjątkowy sposób sprzyja kiełkowaniu i wzrostowi życia społecznego wśród grup młodzieży, stanowiących klasy szkolne, 2) poczynając mniej więcej od 10. roku życia, zdolności społeczne młodzieży szkolnej są już do tego stopnia rozwinięte, iż wytwarzają w niej żywiołowe dążenia do rozszerzania się i tworzenia organizacji, po 3) wskutek tego uczniowie jednej klasy albo stanowią grupę społeczną, obdarzoną świadomością zbiorową, a nieraz nawet z wyraźnie zarysowaną indywidualnością, albo też są bardzo podatnym do utworzenia takiej grupy materiałem i po 4) przy sprzyjających warunkach uspołecznienie klasy szybko wzrasta, tworząc niejako sklepienie nad ośrodkowymi dążeniami jednostek, drobniejszych ugrupowań. Nad tym sklepieniem może wystrzelić wieżyca ideału, przyświecająca całej klasie szkolnej”.

Popęd kolektywny, pobudzający dzieci do zrzeszania się i podejmowania wspólnych zadań, może iść, a nawet idzie w dwóch kierunkach – dodatnim i ujemnym, a zawsze tworzy się nałóg, który jest regulatorem dalszego życia osobnika. O ile szkoła zignoruje istnienie i siłę tego popędu, znajdzie on ujście dla siebie przy pomocy innych czynników, jak złego otoczenia, ulicy itp. Inaczej będzie, gdy szkoła zorganizuje warunki, które pozwolą, temu naturalnemu popędowi kolektywnemu stać się z czasem świadomą i pożyteczną siłą społeczną. […] Jak widzimy, pobudką do organizowania samorządów uczniowskich wcale nie muszą, nie powinny być jakieś czynniki sztuczne, zewnętrzne, jakaś bezmyślna mania naśladowania cudzych wzorów, ale powinny i muszą tu być uwzględnione czynniki natury psychologicznej, społecznej, państwowej i ogólnoludzkiej, czynniki przepotężne i wieczne, bo naturalne. […]

Im wcześniej dziecko zacznie żyć w gromadzie zorganizowanym życiem zbiorowym, tym silniejsze będą te nałogi, tym słabsze instynkty egoistyczne. Praca społeczna staje się przyzwyczajeniem, cechą trwałą całego ogółu, jak cechą ogółu może być brak zainteresowań do spraw ogólnych, o ile ten ogół w młodocianych latach swego życia nie był dopuszczany do czynnego udziału w zaspakajaniu swych potrzeb, o ile o wszystko troszczyli się, o wszystkim myśleli starsi. […] okres impulsywnych, potężnych, a bezinteresownych, bo wrodzonych popędów mija wraz z okresem młodzieńczym. Kto nie potrafił z niego skorzystać, wychował nicponia, i odpowiedzialnym tu winien być wychowawca, a nie nicpoń. Może być wynik jeszcze gorszy – wychowanie może dać społeczeństwu „trutnia”, który nie pracuje dla powiększania zasobów społecznych, tylko jest zwyczajnym zjadaczem chleba. I tutaj też wina spada na szkołę i w dużej mierze na rodziców. A dzieje się to przeważnie tak: mamy sporo dzieci tzw. dobrze wychowanych, którym nianie, mamy, ciocie i wiele, wiele innych bardzo życzliwych bliźnich stale mówią: „Tobie nie wypada krzyczeć, nie wypada włazić na drzewo, nie wypada, nie wypada…”. Lata mijają, i to się powtarza wciąż, a co wypada robić, to mówi się bardzo rzadko, a jeżeli się mówi, to przeważnie tak: „wypada być grzecznym, spokojnym chłopcem, ładnie się kłaniać, ślicznie dziękować, rączki całować” itd. Mija okres silnych naturalnych popędów, ale nie miały one możności stać się siłą świadomą, energią twórczą, wolą żelazną, charakterem nieposzlakowanym. Wszystko to „wyschło”, zmarniało. Został żyjący, chodzący manekin, truteń. Taki jest jeszcze gorszym od nicponia, bo ten ostatni może się „nawrócić”, może stać się pożytecznym, gdy przestanie robić źle, a zacznie robić dobrze. „Nicponia” na to stać, bo on jest czynny, energiczny, przedsiębiorczy, silny – wystarczy tylko zmienić kierunek wyładowania tej energii, a otrzymamy typ dodatni; „truteń” to na całe życie – trup…

Czyta się czasami, że gdzieś zaprowadzono w szkole samorząd, bo szwankowała tam karność… Chłopcy sami dobrowolnie wyrzekają się swych naturalnych praw, staja się grzecznymi, posłusznymi, cicho siedzą na lekcjach, cicho i przyzwoicie zachowują się po lekcjach. To zasługa samorządu. Sami sądzą i wydają wyrok na kolegę, o ile ten nie stosuje się do opracowanego regulaminu. Rada Pedagogiczna szczyci się takimi wynikami. A mnie się zdaje, że tu zaszło grube nieporozumienie, że tu wzięto środek za cel, że takie uproszczenie sprawy mocno jej szkodzi i ją komplikuje. Bo zważmy tylko. Jeżeli naczelnym zadaniem samorządu ma być wzmocnienie rozluźnionej karności, jeżeli chłopcy sami będą pracowali nad „unieruchomieniem” pragnącego być czynnym „motoru”, to będzie zupełnie naturalną rzeczą, że ten lub ów chłopak „śmielszej natury” wybuchnie przy okazji i wejdzie w kolizję z ustalonym porządkiem; będzie też naturalną rzeczą, że taki samorząd może istnieć parę miesięcy, rok ostatecznie, dając „dobre wyniki”, ale dłużej już to trwać nie może, bo zabraknie wreszcie materiału odżywczego, zbraknie soków żywotnych. Próba się udała, i można sobie dać z nią spokój.

Jeżeli zaś samorząd pojmiemy szerzej, to punkt ciężkości racji jego istnienia przeniesiemy właśnie na uruchomienie motorów działania na boisku, w ogrodzie, przy warsztatach przeróżnych, na wycieczkach, w klasie oczywiście też, na korytarzu, na podwórku, na sali gimnastycznej, jednym słowem, wprowadzimy ład tu, gdzie panował bezład, ale tylko w tym celu, żeby owemu „motorowi” umożliwić intensywniejszą pracę. Wszak na to trzeba wysiłku lat całych, a nigdy nie zabraknie „materiału odżywczego”, przeciwnie, on stale rośnie, powiększa się. Karność wtedy zmieni się w swej najistotniejszej treści, mianowicie zniknie strach i lęk przed prawem, którego twórcą była jednostka, a rozwinie się poszanowanie prawa, którego twórcą będzie ogół. I od razu trzeba tu zaznaczyć, że do poszanowania prawa, źródłem którego jest wola ogółu, prowadzi droga długa i żmudna, że tu potrzebne długie lata pracy całego zespołu nauczycielskiego i dzieci oraz ich rodziców. […]

Rada Pedagogiczna – to mózg zbiorowy całego organizmu, jakim jest szkoła. Trzyma ona rękę na pulsie całej pracy, obmyśla dla niej kierunek i szuka środków i pomocy, niezbędnej dla jej zrealizowania. Nic tu nie trzeba „nadawać” i nic kasować, bo w ciągu kilku lat system ten wchodzi w krew ogółu, tj. uczniów i nauczycieli tak, że wszystko inne byłoby anarchią i dezorganizacją. System ten jest wprost naturalnym wynikiem wspólnego pożycia na wspólnym terytorium pod wspólnym dachem gromady ludzkiej, której każda jednostka czuć się chce, czuć się powinna i czuć się musi współtwórcą szczęścia, dobra i pomyślności całej gromady. Użyłem tu wyrazu „musi”. Nie chcę, żeby czytelnik rozumiał inaczej jego znaczenie, niż ja, i dlatego króciutkie wyjaśnienie.

Najistotniejszym zagadnieniem w życiu zbiorowym ludzi dorosłych w ustroju demokratycznym jest powszechne zrozumienie, czego od każdego z nas wymaga dobro ogólne, bez względu na to, czy każdemu pojedynczemu obywatelowi to dogadza; nikomu np. nie dogadza płacenie podatku, ale chodzi o to, aby wszyscy rozumieli, że to jest konieczność, bez której nie da się pomyśleć utrzymanie państwa, bezpieczeństwa życia i mienia poszczególnego obywatela oraz należyte funkcjonowanie całego aparatu państwowego; to konieczność, bez której w ogóle nie ma życia w kulturalnej i cywilizowanej organizacji, jaką jest państwo. Chyba gdzieś, gdzie człowiek mógłby żyć luzem, w pojedynkę, tam nie byłoby wymiaru podatkowego, ale tam nie byłoby w ogóle prywatnej własności, i silniejszy bezkarnie zabierałby wszystko, nawet życie słabszemu. W społeczeństwach zorganizowanych świadomość oddania części swego majątku dla zabezpieczenia reszty istnieje u większości obywateli, i mniejszość, nie uznająca tego, będzie zmuszona uszanować wolę ogółu, wolę większości. To samo w szkole, na sejmikach klasowych i ogólnych omawiane są potrzeby, wyczuwane i uznawane przez większość. Wniosek, który na Sejmiku nie uzyska większości, przepada, ale wniosek, przyjęty przez większość, obowiązuje mniejszość wbrew jej woli, i to ma wielką wartość wychowawczą. Nauczyciel ma możność „opozycyjnej mniejszości” wykazać na przykładach z historii własnego narodu czy z historii powszechnej, że tak być powinno. Nauczyciel, domagając się wykonania uchwalonego wniosku, występuje w roli stróża prawa, którego źródłem jest wola większości, nie wola jego jako jednostki, i nie wola mniejszości. Dzieci doskonale zdają sobie z tego sprawę i otaczają nauczyciela jeszcze większym szacunkiem, i tym większym, im gorliwiej ten obowiązek nauczyciel spełnia. Oczywiście, nauczyciel musi szczerze kochać dziatwę, zarówno jako wesołą, beztroską „dzisiejszość” oraz jako rosnące, zbliżające się „jutro”; musi serio traktować życie młodocianej gromady, być pobłażliwym dla drobnych uchybień, właściwych temu wiekowi, i nie wypływających ze złej woli, ale raczej z braku wszelkiej woli; musi pamiętać, że dzieci znakomicie czują, kiedy nauczyciel jest ich przyjacielem serio, a kiedy tylko sztucznym, udającym. Prawdziwemu swemu przyjacielowi dzieci pozwalają być bardzo wymagającym, nie przestając go darzyć swoją miłością i przywiązaniem, a to wszak jest tajemnicą owocności pracy naszej czy to jako nauczycieli, czy jako wychowawców. Organiczne zespolenie nauczyciela z klasą, to wielka siła pedagogiczna, to kres wszelkiej konspiracji, to wspólny przepotężny bojowy front, przed którym pierzcha wszelki wróg życia szkolnego, a więc lenistwo, niedbalstwo, zła frekwencja itd. […] Tego nie osiągnie najlepszy nauczyciel, jeżeli nie dopuści do czynnego udziału w życiu klasy i szkoły swego wychowanka, jeżeli nie uczyni go „obywatelem”, obarczonym obowiązkami i korzystającym z przywilejów, wrażliwym na wszystko, co się dzieje w szkole, chętnie i z wewnętrznego popędu niosącym w ofierze swą pomoc dobru ogólnemu, z ogniem w oczach opowiadającym rodzicom w domu, co się w szkole uchwaliło, co się zrobiło, co jeszcze zrobić trzeba i co zrobione być musi, bo tego wymaga dobro i honor klasy, honor szkoły. Później przyjdzie kolej i na honor ojczyzny, honor ludzkości.

Tylko w ogniu pracy dla dobra ogółu, w atmosferze wzajemnego szacunku i życzliwości rosną szlachetne charaktery, wielkie dusze, tu krzepnie i potężnieje wola do pokonywania coraz większych trudności, tu kształci się myśl, zrozumienie wartości zbiorowego wysiłku, roli jednostki w społeczeństwie, wielkiej wartości siły zorganizowanej zbiorowej, a więc państwa, siły, gwarantującej szczęście i dobrobyt słabej jednostki. Tu kształcą się skłonności tej jednostki do niesienia ciężarów na rzecz dobra ogólnego. Tego nie osiągniemy wygłaszając nawet najwznioślejsze pogadanki na temat, co to jest ojczyzna, a co jej winien obywatel, i co to jest wspólne dobro itd.

Jak robią to inni?

Papierek lakmusowy

23 lub 24 września. Dzwoni do nas na wiochę ktoś z TVP2. Nazwisko nic mi nie mówi, więc je błyskawicznie zapominam. Powiada, że 35. rocznica powstania KOR-u, feta na Zamku, a na fecie będzie film o rzeczonym KOR-ze z moją piosenką o szosie E7, czyli o Radomiu. I że TVP kręci z tego reportaż i oczywiście tantiemy prześle na ZAiKS. No to przerywam i mówię, że ja jestem niezależny, do nijakiego ZAiKS-u nie należę i trzeba ze mną umowę licencyjną podpisać. Na to on, tak trochę nie na temat, mówi, że panie Janie, przecież Pan jest zaproszony na Zamek i… No to wyjaśniam, że istotnie, kancelaria coś przysłała, ale się nie wybieram. Jakoś to przełknął i po chwili milczenia powiada, że – wracając do tematu – to jak się z tą umową tak upieram, to trudno, podpiszą. Więc przechodzę do konkretu i mówię, że musi być w niej taka formułka o wynagrodzeniu w wysokości średniego miesięcznego świadczenia emerytalnego funkcjonariusza byłej SB. Mówi – po pauzie – że ja chyba żartuję i o jaką w końcu sumę chodzi. Wyjaśniam, że nie żartuję, że o ile pamiętam to dwa sześćset, czy coś koło tego. Po czym… cisza, chwila szeptanki, i komunikat, że o czymś takim to kierownictwo musi zdecydować.

I się rozłącza.

Wygrzebuję z szuflady tę umowę. Mój teścik. Czytam samoje gławnoje: punkt piąty: Z tytułu udzielenia licencji w zakresie o którym mowa w pkt 2 umowy LICENCJOBIORCA wypłaci Autorowi wynagrodzenie w kwocie równej średniemu miesięcznemu świadczeniu emerytalnemu pobieranemu przez FUNKCJONARIUSZA byłej SŁUŻBY BEZPIECZENSTWA, wynoszącemu 2558 zł brutto (słownie: dwa tysiące pięćset pięćdziesiąt osiem zł).

No właśnie. Wszystko niby w porządku. Nikt przecież nikogo nie obraża, nie nazywa ubekiem, ani esbekiem, tylko Funkcjonariuszem – i to z dużej litery. Do czego tu się można przyczepić? Hm… co najwyżej do kwoty tej miesięcznej esbeckiej renciny, bo taka – nawet po tej obniżce – przymała się wydaje. Pewnie z panienkami z hali maszyn i wszelakim niższym personelem usługowo-pomocniczym średnią policzyli. Na pytania, ile ona wynosi, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, kierowane – o ile pamiętam – przez pana Schetynę, tej średniej nie było łaskawe ujawnić. Sam nie indagowałem, ale byli tacy, którzy to bezskutecznie czynili. Musiałem więc oprzeć się na enuncjacji odnalezionej na internetowym portalu „Gazety Wyborczej”. Cytuję: Rzepliński przypominał, że przeciętna emerytura byłego esbeka wynosi dziś 2558 zł (rzecz do sprawdzenia).

NIK-owską kontrolę by na nich nasłać! – zaczynam się wzbudzać. Znowu ta niegospodarność i szastanie pieniędzmi podatnika. Przecież gdyby telewizyjni bonzowie byli finansowo zapobiegliwi, to zapłaciliby mi bez ociągania. Czy oni gazet nie czytają i nie wiedzą, że w Strasburgu oczekuje na rozpatrzenie sześć tysięcy esbeckich skarg o naruszenie praw nabytych. Lada chwila wyrok zapadnie, a jak esbekom cofną obniżkę, to będę rewaloryzował roszczenie. I będzie kosztowało drożej… (Nas wszystkich niestety też… Ale to tak… off topic.)

Po paru dniach… Telefon od Chojeckiego, z propozycją, że on podpisze ze mną umowę, bo żaden menago z Woronicza się nie podłoży i na te moje numery z esbeckimi emeryturami nie pójdzie. Czyli umowa z nim, a on sobie potem jakoś od Telewizorni tę kasę wycofa.

Średnio mi się to podoba. Ty się w to nie wcinaj, Choju – proszę. Przecież wiesz, że mi nie chodzi o kasę. Oni już ten reportaż skręcili i teraz muszą z tego jakoś wybrnąć. I to ani mój, ani twój, tylko ich kłopot. Daj mi adres mailowy prezesa Brauna.

No to mi dał i chyba też mu ulżyło, że się nie będzie w to mieszał.

Dwie godziny później dzwoni jakiś facet: serdeczności, przecież się znamy, na Raszyńskiej u nas bywał, nazywa się Krzysztof Lang, jest niezależnym producentem i to on zrobił ten film i on podpisze ze mną umowę. Pytam, czemu nie Telewizornia. No jak to, czemu – dziwi się i zaczyna tłumaczyć, że ja pewnie nie wiem, ale Telewizornia to już nic samemu, wszystko przez niezależnych producentów, takich jak jego spółka. Pełen outsourcing, czyli… Więc przerywam i pytam, czy on przypadkiem wie, że w tej umowie musi być formułka o wynagrodzeniu w wysokości ekwiwalentu esbeckiej emerytury. Tak, wie. Umowę zaraz przyśle pocztą, reszta korespondencji na e-maila. OK.

Koniec września, a listonosza coś nie widać. W końcu przychodzi e-mail z wzorem umowy. Jest antydatowana i idiotyczna – bo „o dzieło z przeniesieniem praw autorskich”. Istny cyrograf. Podpisując coś takiego, sprzedałbym swoją starą, poczciwą piosenkę za psie pieniądze Telewizorni do lukrowania kolejnych rocznic: a to ci KOR-u, a to radomowego Czerwca, albo jakiegoś innego święta Obolałej Dupy. Ta akurat piosenka im się nadaje; ani Generała, ani „ludzi honoru” nie obraża. Dla kombatantów czytelna, dla młodziaków nuda i smęcenie starcze. Na niewygodne rocznice w sam raz.

No dobra. Reportaż już pewnie poszedł – choć tak naprawdę to nie wiem, bo telewidz ze mnie marny. Mam więc do wyboru: nie podpisać i pieniaczyć się o naruszenie praw (podobno trzykrotna zwykle przebitka), albo uprzeć się przy umowie w wersji Wieśka J. i ciągnąć sprawę dalej, licząc na to, że coś przekombinują. Wybieram to drugie (za co zresztą mój kurator finansowy, mec. Wiesław Johann, mnie dobrotliwie opieprza).

Potem wszystko idzie jak po maśle, Umowa w mojej – przygotowanej przez mec. Johanna wersji – podpisana, kasa ma być przelana w ciągu 14 dni. Tyle że „film”, o którym była mowa, zmieniono na „reportaż”, a z TVP2 – zrobiła się TVP Jedynka. Ale to detale, a w końcu najważniejsza formułka o ekwiwalencie esbeckiej emerytury się ostała, więc… dosyć tej asertywności: podpisuję.

Czas leci, jesień się zamienia w zimę, i czasem nachodzą mnie wątpliwości, czy nie straciłem ostatniej szansy. Bo koniunktura na moje niegdysiejsze przyśpiewki jaka jest – każdy widzi. Mogłem niby nie podpisać i od razu sprawę nagłośnić. Ale z drugiej strony – tak sobie tłumaczę – zasłoniliby się tym jakimś Langiem i wtedy by mogło wyglądać na pieniactwo i wojnę o kasę… Czort wie, czy to na dobre, czy na złe.

Nie to, żeby obsesyjnie, ale od czasu do czasu sprawdzam konto. Nic nie przelali. Coś im się najwyraźniej zacięło. Jest szansa, że się jednak podłożą.

Na początku grudnia dzwonię do Langa. Tłumaczy coś bardzo mętnie, ale wychodzi na to, że za tydzień Telewizornia mu przeleje – i wtedy dopiero będzie mógł zapłacić. Gram rolę cierpliwego wierzyciela. Dobrze, tyle czekałem, to i tydzień poczekam.

Mija 10 dni. Wysyłam mail z wzmianką o odsetkach. Potem następny, w którym robię błąd – literówkę – i zamiast ¼ roku wychodzi jakby do trzech czwartych mi się to jego niepłacenie wydłużyło.

Lang chyba się z tej pomyłki ucieszył, bo mu wyszło na to, że wiejski pojar nawet na kalendarzu niekumaty i da się łatwo wydymać. W mało parlamentarny sposób wywala kawę na ławę: zapłaci nie wcześniej, niż wydusi coś z Telewizorni.

Tylko że w tym roku pewnie nie wydusi, bo im się kasa skończyła – to już mój domysł.

Czytam ten jego – taki więcej chamski – e-mail, i przypomina mi się stworzona przez Haška postać Feldkurata, a raczej jego wierzyciela, o którym dłużnik mówi pogardliwie per „Mąż Wytrwały”. A na koniec spuszcza go ze schodów… No nie: ta rola mi nie odpowiada. Decyduję więc, że… trudno: nie udało się bezpośrednie zderzenie z Telewizornią, to rozegram końcówkę z ich podwykonawcą-podlizuchem.

Wysyłam więc niezwłocznie wezwanie do zapłaty. To takie konieczne pismo przedprocesowe, bez niego sąd nie przyjmie pozwu. A ponieważ prawo nie wymaga zachowania w wezwaniu jakiejś sztywnej formuły, pozwalam sobie na złośliwy wtręt:

Prezesowi Spółki – p. Krzysztofowi Lang – pozwolę sobie dodatkowo wyjaśnić, że umowa licencyjna nie zawierała klauzuli stanowiącej, iż płatność na rzecz licencjodawcy uzależniona jest od tego, kiedy i czy TVP2 zechce wynagrodzić p. Langemu jego usłużność.

I na koniec jeszcze – tym razem spełniając wymóg kodeksowy – zdanko o tym, iż jak nie będzie wpłaty, to będzie pozew. I podpis: dr Jan Krzysztof Kelus.

No cóż… koniec wieńczy dzieło. Pieniacz odetchnąłby z ulgą. Ale ja chyba nie jestem pieniaczem, bo się w swym przydługim życiu ani razu nie pieniaczyłem. I nijakiej satysfakcji z tego obrotu sprawy nie czuję.

Trudno. To jest gorzej niż plan B. Nierzetelnych, zalegających z płatnościami „ludzi sukcesu” jest w Polsce pod dostatkiem. Procesu z jakimś tam panem Lang o zator płatniczy nijak nagłośnić się nie uda. Trochę szkoda, że tym razem się nie udało. Tym bardziej, że następnej okazji za panowania na Telewizorni Juliusza B. – to się raczej nie doczekam. Próbuję się pocieszać, że niby „dłużej klasztora niż przeora”, ale chyba za stary jestem, żeby mnie to archaiczne porzekadło nastrój podreperować mogło.

Aż tu nagle, po dwóch dniach, telefonuje ktoś o niewyraźnym nazwisku. Z TVP (chyba z Jedynki). Stwierdza, że jest problem: prawnicy nie zgadzają się na zawarty w umowie zapis o jakichś esbeckich emeryturach. Oni czegoś takiego nie podpiszą. Próbuję się dopytać, o co mu właściwie chodzi, przecież umowę mam podpisaną z niezależnym producentem, a nie z TVP. A on swoje: że dział prawny takiej umowy nie przyjmie, nie można będzie Panu Lang zapłacić, musimy więc jakieś wyjście wynegocjować, a ja powinienem zrozumieć, że…

…I tu jakoś trafił u mnie na zły moment, bo zamiast się cieszyć z tego, że debile z Telewizorni się na koniec podstawili, troszkę sobie pokrzyczałem.

Wzburzyłem się mocno i dokładnie tego monologu nie pamiętam. Moja zacna żona – Kuba – opowiedziała mi potem, że plułem i tupałem: całkiem jakbym się w Niesiołowskiego wcielił, a w tym, co wykrzykiwałem, sensu doszukać się było trudno. No bo jaki sens wykrzykiwać przez telefon, że telewizyjni prawnicy, obrońcy sumień swych esbeckich kumpli i inne pierdolone święte od grubej kreski utuczone krowy – to mogą mi na chuj naskoczyć… I takie tam… Biedroń by się uśmiał.

Potem trochę wstyd, ale tak już mam. A piszę o tym, bo chcę być wierny sobie… i faktom. Nie będę udawał, że w chwilach wzburzenia dystyngowaną przemawiam polszczyzną. I choć moje – jak napisał jeden z przyjaciół – „legendarne przywiązanie do każdego znaku autorskiego” jest wręcz obsesyjne, tym razem zgadzam się na wykropkowanie, lub zastąpienie eufemizmami wulgaryzmów wszędzie tam, gdzie mogłyby one utrudnić rozpowszechnianie tekstu. Bo mi na jego rozpowszechnianiu zależy i każdy, kto się do tego przyczyni – wzmianką na blogu, akcją „wyślij do wielu”, wklejeniem na jakimś forum – zaskarbi sobie moją wdzięczność.

Zakładam, że bratnie dusze – nawet jeśli mnie osobiście nie znają – zrozumiały, dlaczego mi na rozpowszechnieniu tej pisaniny zależy. Bo przecież nie chciałoby mi się rzeźbić w słowach dla wygrania procesu o ekwiwalent esbeckiej emerytury z jakimś telewizyjnym dobiegaczem czy prezesem Braunem. Sytuację prawną mam akurat taką, że wystarcza napisanie pozwu. Nie jest też tak, iżby nagle opętała mnie starcza potrzeba przypomnienia o sobie światu.

No więc po co to napisałem? Odpowiem tak: śmieszny z pozoru pomysł z umieszczeniem w umowie klauzuli o ekwiwalencie esbeckiej emerytury, służył w zasadzie temu samemu, czemu w dawnych – choć nie zamierzchłych – czasach PRL-u służyły moje piosenki, wraz ze sposobem ich rozpowszechniania. Test służył wówczas ustaleniu, jakie są granice represyjności komunistycznego systemu, który niby już słabował, ale jeszcze kąsał. Sprawdzałem więc, co zrobią komuchy, gdy jakiś czubek oleje cenzurę, nagra swoje przyśpiewki na kasety i zacznie je sprzedawać z bezczelną, umieszczoną na kasecie adnotacją, obwieszczająca mieszkańcom PRL-u, iż jest niezależnym twórcą działającym poza Państwowym Monopolem Rozrywkowym, zastrzega prawa autorskie do swoich przyśpiewek, przedstawia się z imienia, nazwiska i adresu, oraz oczekuje, że opłaty licencyjne za kopiowanie kasety przesłane zostaną przez zwolenników jego twórczości na podany adres. (Przepraszam, że przynudziłem, ale nie każdemu musi się moja osoba z czymkolwiek kojarzyć).

Tamten test, czy eksperyment, wspominam jako wspaniałą przygodę. Także jako doświadczenie, dzięki któremu sporo ciekawych rzeczy o sobie samym i o otaczającym świecie się dowiedziałem.

A teraz – w 35. rocznicę powstania KOR-u i w trzeciej dekadzie III RP – co chciałem sprawdzić? W zasadzie to samo: granice wolności – odpowiem. Jakie znowu granice? – zdziwi się ktoś. Granicą wolności jest zasobność twojego portfela – powie. Wolności masz ile chcesz, nie ma cenzury, cenzorów, cenzorskich zapisów. A czy poprawność polityczna nie jest nową formą zniewolenia? – spytam. I usłyszę, że nie. Poprawność to wyłącznie etykieta. A czy ona komuś służy, chroni czyjeś interesy? Usłyszę, że nie. Ona służy po równo wszystkim. A jeśli zajdzie konflikt między prawem – choćby cywilnym – a tą poprawnością, to co się wówczas stanie? – pytam. Nic, bo taka sytuacja jest niemożliwa.

Wyszło mi, że jest inaczej. I choć wiem, że w dobie dominacji mainstreamowych mediów przekonanie kogoś do racji innych niż te, jakimi został nadrukowany, jest niemal niemożliwe, zdecydowałem się na opisanie przebiegu mojego mini-testu. Trochę także dlatego, że powstanie alternatywnego obiegu, jego pierwsze sukcesy i pączkowanie, dają piszącemu poczucie swobody, tekstowi szanse zaistnienia, a w moim starzejącym się mózgu jakieś intuicyjne poczucie, że coś podobnego jakby już przerabiałem… I to nie jest żadne déjà vu! Nie jest to bowiem poczucie, że aktualna sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w jakiejś nieokreślonej przeszłości. Czas potrafię dość dokładnie określić. Nie, nie. To nie żadne déjà vu; raczej zwykłe pamiętanie podobieństw społecznych nastrojów i klimatów obecnych, z tymi tuż przed powstaniem KOR-u, a może tuż po jego powstaniu. W każdym razie czas, gdy w prowadzonym przez tow. Gierka lokalu gastronomicznym, historia ogłosiła closing time – godzinę przed zamknięciem.

Powiozło mnie w jakiś nastrój podniosły, a tu nagle przypomniałem sobie tego Langa i tego czynownika z Telewizorni. Obu naraz. I znowu zaczęło mnie trzepać. Czuję, że jeśli w tym momencie nie skończę, to znowu będą wulgaryzmy, i to takie, że nikt normalny tego do końca nie doczyta. Zapisuję plik, wychodzę z Worda, wgniatam kciukiem przycisk i czekam, aż na ekranie pojawi się napis „Trwa zamykanie systemu”. Closing time…

Jan Krzysztof Kelus

Od redakcji: Powyższy tekst Autor sporządził i rozesłał do wielu miejsc, po czym ukazał się on na kilku portalach internetowych. Jako jedyne miejsce publikacji w periodyku papierowym Autor wybrał „Nowego Obywatela”.

Jak robią to inni?

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

Słowo „chleb” nie oznacza jedynie codziennego pożywienia. W słowie tym powinniśmy się doszukać także odzienia, dachu nad głową, potrzeb kulturalnych, czyli wszystkiego, co składa się na życie w humanistycznym znaczeniu. Bóg pragnie, aby człowiek żył jak człowiek.

Prośba o „chleb powszedni” nie popiera lenistwa, wręcz przeciwnie! Nakazuje nam pracę i walkę o to, co chcemy zdobyć. Życzeniem Boga jest, aby człowiek sam kształtował swoje przeznaczenie. Jak każdy ojciec i On chce być dumny z osiągnięć swoich dzieci. Z pomocą kilku przykładów spójrzmy, jak walka nakazana przez modlitwę wprowadzana jest w czyn.

W kwietniu 1971 r. dwudziestoczteroletnia Yuko rozpoczęła pracę w fabryce tworzyw sztucznych, zatrudniającej około 150 pracowników. Pracowała wraz z 19 dziewczętami i z 13 młodzieńcami w wieku od 15 do 20 lat przy transporcie i składaniu arkuszy aluminium. Przy takiej pracy rękawice, których używali, bardzo szybko zdzierały się, stając się bezużytecznymi. Yuko zaniosła więc swoją parę do biura, aby wymienić ją na nową. Jej koleżanka – Taki – widząc to, wykrzyknęła: „Ty to masz szczęście. Udało ci się dostać nowe rękawice!”. Inna z koleżanek, Takai, nawet nie poprosiła o wymianę rękawic. Yuko stwierdziła, że takie zachowanie jest niemądre i zaprosiła obie dziewczęta na pogawędkę w kawiarni po pracy. – „Rękawice są konieczne przy tego rodzaju pracy – mówiła – więc to dyrekcja powinna je zapewnić”. Taki sama zakupiła rękawice w sklepie. – „Dlaczego nie poprosiłeś o nie w biurze?” – „To bardzo skomplikowane. Zadają przy tym mnóstwo pytań i sprawdzają wszystkie szczegóły”. Kilka dni później rękawice były znowu w strzępach.

Yuko: Dlaczego nie poprosisz o nie w biurze?
Taki: …?
Yuko: Dobrze, ja dopiero co wymieniłam swoją parę, więc nie mogę znowu tego zrobić na swoje konto, ale pójdę z tobą poprosić.

Udały się razem do biura i szczęśliwa Taki otrzymała nową parę rękawic.

Mikie (lat 16): Dlaczego tak trudno dostać nową parę rękawic?
Taki: Nie przejmuj się. Po prostu idź i poproś o nowe rękawice! Należą ci się.
Taki: Pójdę z tobą.
Mikie (po powrocie z biura): Yuko, masz szczęście, dostałaś nową parę, a mnie szef powiedział „jedna rękawica jest jeszcze znośna” i dał mi tylko jedną.

Kupowanie rękawic z własnej pensji to wcale nie taka prosta sprawa, gdy zarabia się tylko 30 000 jenów. Ciągłe upominanie się o podstawowe środki pracy to wyjątkowo trudny problem, szczególnie dla 16-letniej dziewczyny, która dopiero co skończyła wiejską szkołę i ciągle mówi z prowincjonalnym akcentem. Cała ta kwestia ma posmak ucisku.

Praca po godzinach zaczęła się 19 maja 1971 r. Szef oznajmił dziewczętom, które mieszkały w hotelu robotniczym: „Tym, które będą dodatkowo pracować, będzie przysługiwać prawo do kawy i ciastek!”. Taki, widząc Yuko i Takai wychodzące z pracy o zwykłej porze, powiedziała: „Wam to dobrze, nikt wam nie każe pracować po godzinach!”. Yuko odpowiedziała: „Nikt nie może nas zmusić do tego. Jesteśmy wolne”.

7 lipca: Czy to właśnie z powodu odmowy pracy po godzinach przez kilka dni Yuko została przydzielona do wyjątkowo ciężkich zajęć? Po pracy kierownik każe jej zgłosić się w biurze.

Szef: Dlaczego nie chcesz się zgodzić? Głupia jesteś, że odmawiasz. Przecież to tylko dwa razy w tygodniu. Do tej pory niecierpliwie czekałem, aż się przyłączysz.
Yuko: Tak naprawdę dotąd nikt mnie o to nie prosił. A poza tym przecież wolno nam odmówić, czyż nie?
Szef: Istotnie. Nie proszę każdej z was z osobna. Ale wszystkie pozostałe współpracują. Odmówić wolno, owszem, ale…
Yuko: Ale dzisiaj nie mam zamiaru się przyłączyć!
Szef: Dobrze, nie padnę przed tobą na kolana i nie będę cię błagał o to! (Szef jest wściekły).

Taki przychodzi do szefa z prośbą: „Wieczorem mam spotkanie z przyjaciółmi, proszę zwolnić mnie o normalnej porze”.

Szef: Nie! Dzisiaj mamy dużo pracy.

Taki całkiem załamana, wraca do Yuko, która pociesza ją, mówiąc: „Powiedz sama sobie, że jesteś wolna. Wróć do kierownika i poinformuj go po prostu, że wieczorem opuścisz fabrykę”. Taki znowu wraca do szefa:

Taki: Proszę mnie zwolnić dzisiaj wieczorem.
Szef: Dlaczego? Cóż takiego dzieje się właśnie dzisiaj?
Taki: Będziemy się przygotowywać do wspólnej wycieczki.
Szef: Gdzie się wybieracie? Kiedy?
Taki: Czy muszę pana o tym wszystkim informować?
Szef: W porządku, w porządku. Idź już do domu.

W drodze do domu Yuko i Takai wychwalały Taki za jej odwagę.

8 lipca. Rano tego dnia Yuko wykonuje swoją ciężką pracę przy taśmie. Dziewczęta i chłopcy, którzy wpadają na chwilę, aby jej pomóc, zostają zaraz odwołani przez kierownika. Koło godziny 15 zostaje ogłoszone zawiadomienie.

Szef: Dziś wszyscy pracują po godzinach. Ci, którzy nie mogą, muszą się do mnie zgłosić osobiście i podać przyczyny.

Yuko usłyszała taką zapowiedź po raz pierwszy od czasu, gdy zaczęła pracować w fabryce. Tak czy inaczej ona i Takai wyszły do domu o zwykłej porze.

10 lipca. Temperatura w warsztacie sięgała 35 stopni.

Szef: Ci, którzy nie zostają po godzinach, muszą przyjść i wytłumaczyć się.
Takai: Jest straszny upał. Nie wytrzymam tego. Idę do domu.
Szef: Ale przecież wszyscy robią to samo. Wszyscy są zmęczeni! Mówią też, że tylko tobie i Yuko pozwalam wychodzić wcześniej!
Taki: Wszyscy są rzeczywiście naprawdę zmęczeni, ale moje zdrowie jest dla mnie najważniejsze.
Yuko: Nie mogę dłużej pracować. Głowa mi pęka.
Szef: Wszystko wezmę pod uwagę – to znaczy, że nie chcecie pracować.
Yuko: …

Taki tłumaczy się kłopotami rodzinnymi.

Szef: W porządku. Możecie iść, ale pozwalam na to tylko dzisiaj.

Wszystkie trzy wyrwały się do kawiarenki, aby porozmawiać o tym, co powiedział szef, co weźmie pod uwagę i co pomyślą o nich koleżanki. W końcu ich koledzy i koleżanki także mieli dość, brakowało im jednak odwagi, aby zdecydowanie odmówić pracy po godzinach.

14 lipca. Yuko ciągle odmawiająca pracy po normalnym czasie zostaje wezwana przez kierownika.

Szef: Przemyśl to dobrze. Są tutaj pracownicy, którzy muszą ponad godzinę dojeżdżać do pracy i mimo to zostają po godzinach! Powinnaś włożyć trochę wysiłku w pracę. Rozumiem, że trudno ci jest, jeśli masz jeszcze wieczorne zajęcia w szkole, ale…
Yuko: Wszystko to rozumiem, ale nie mogę przyzwyczaić się do pracy, która wyczerpuje mnie tak bardzo.
Szef: Ale przecież wszyscy macie jednakowe warunki. Tracę twarz u innych, bezustannie pozwalając tobie i Takai wychodzić o czasie. Co więcej, przyszłyście tutaj, bo podobała wam się ta praca. Nosicie zaświadczenia pracowników fabryki, powinnyście więc podporządkować się regulaminowi. Ten zaś obliguje każdego pracownika do 24 godzin ponadnormatywnych na miesiąc. Nie jest to zatem sprzeczne z prawem.

15 lipca. Taki zwraca się do Yuko: „Nie złość się Yuko, ale moja przyjaciółka Yae twierdzi, że nie masz serca”.

22 lipca. Kayo przychodzi, aby powiedzieć Yuko: „Ja także odmówiłam dodatkowej pracy”. Prawdziwa przyjaźń podtrzymuje Yuko na duchu w jej ciężkiej codziennej pracy. Yuko odczuwa ciężar kierowniczej roli, która na nią spadła.

Rok później. 21 czerwca 1972 r.: Yuko zostaje wezwana przez dyrektora fabryki.

Dyrektor: Kiedy w skrzynce znajdzie się jedna zepsuta pomarańcza, trzeba ją wyrzucić, by od niej nie popsuła się cała reszta.

Po wypowiedzeniu tych słów wręczył jej kopertę zawierającą pismo o natychmiastowym zwolnieniu wraz z jednomiesięcznym wynagrodzeniem wypłaconym z góry.

Yuko: Nie mogę zaakceptować tej decyzji.
Dyrektor: Dlaczego nie?
Yuko: Ponieważ się z nią nie zgadzam.
Dyrektor: Dlaczego nie?
Yuko: Zawsze okazywałam gotowość do pracy. Co więcej, ta decyzja jest jednostronna. Jutro znów przyjdę do zakładu.

A oto, co wydarzyło się w dzień poprzedzający ten dialog. Kiedy Yuko skończyła dwugodzinną, ciężką pracę montażową, zabrała się za lżejsze zajęcie. Praca montażowa jest bardzo ciężka, pracownicy przechodzą więc do lżejszych zajęć co godzinę. Ale Yuko polecono pracować przy montażu przez trzy godziny z rzędu. Wytrzymała tylko dwie. Tego szczególnego dnia, kierownik warsztatu przyszedł i polecił Yuko powrót do montażu na następną godzinę. Odmówiła, mówiąc: „Ależ ja jestem całkowicie wykończona. Nie jestem w stanie pracować tak ciężko przez trzy godziny bez przerwy. Proszę mi pozwolić robić to, co inni!”. Chwycił ją za ramiona i próbował siłą wepchnąć do warsztatu montażowego, ale ona stawiła skutecznie opór. Wtedy przywołał ją do sali konferencyjnej. – „Odmówiłaś wykonania polecenia służbowego. Przeproś!”. Ponieważ tego nie uczyniła, została od razu wyrzucona z pracy. A oto rzekome przyczyny zwolnienia:

1. Brak wymaganych umiejętności.
2. Odmowa wykonania polecenia przełożonego.

Gdy wypytywała o faktyczne przyczyny, dowiedziała się, że została ukarana za odmowę pracy po godzinach, zbyt wolne wykonywanie zadań i okazywanie negatywnego nastawienia w czasie pracy. Jej współpracowniczki nie miały nic przeciw niej. Wręcz przeciwnie, podziwiały jej odwagę. Popierana przez członków miejscowych związków zawodowych i przyjaciół z chrześcijańskiej organizacji młodych robotników, Yuko wystąpiła o unieważnienie decyzji. Wygrała, ale została przeniesiona do innej fabryki, co jednak nie powstrzymało jej od kontynuowania rozpoczętej walki wraz z piątką swych przyjaciół.

Jest to batalia o życie i respektowanie ludzkiej godności. Walka o „chleb powszedni” w Japonii, nawet wtedy, gdy każdy mówi o fatalnym kryzysie ekonomicznym, jest konieczna, zwłaszcza przeciw ponadnormatywnej pracy. Ale to nie wystarczy.

Wprowadzenie systemu nadgodzinowego jest traktowane przez sfery zarządzające jako jedyna forma racjonalizacji, która ma przynieść przezwyciężenie kryzysu. Japonia szczyci się trzecim co do wielkości dochodem narodowym na świecie. Ale nie możemy zapominać, że indywidualne dochody ludności stawiają ją dopiero na czternastym miejscu. Spora część japońskiego sukcesu może być przypisana przykładowi niestrudzonej pracy i nauki. Szybki i wysoki wzrost ekonomiczny Japonii w dekadzie 1960–70 był z pewnością jedną z przyczyn słynnej deklaracji Nixona z 15 sierpnia 1971 r., która – zrywając układy Bretton Woods – stała się powodem załamania międzynarodowego systemu monetarnego.

Korzystając ze środków masowego przekazu, japońskie sfery zarządzające starały się przekonać ludzi, że kryzys ekonomiczny w Japonii został spowodowany decyzją Nixona i aby uporać się z trudną sytuacją, za wszelką cenę trzeba przyjąć nowe środki „racjonalizacji”, takie jak zwalnianie pracowników, wydłużenie tygodnia pracy, nieprzyjmowanie nowych pracowników, wcześniejsze niższe emerytury itp.

Jakie zatem szanse ma człowiek w tym wyścigu, w walce o podbicie międzynarodowych rynków, w inwazji zagranicznych inwestycji kompanii ponadnarodowych?

Nigdy nie zapomnę mojej wizyty, którą złożyłem przyjacielowi, chwilowo pracującemu w firmie ubezpieczeniowej w okręgu Osaka. Miejsce, w którym pracował, było zmieniane średnio co dwa lata. Kiedy okazałem swoje zdziwienie, wyjaśnił: „Dyrekcja organizuje takie transfery, aby ustrzec swoich pracowników przed korupcją i aby zapewnić im nowy start ze zdwojonym zapałem!”. Moje zdziwienie wzrosło jeszcze bardziej: „Ale jaki jest właściwy cel tego działania?”. Kontynuował swoje wyjaśnienia: „Weźmy na przykład ten miesiąc. Nasza filia składająca się z 30 pracowników i małej grupy agentów ubezpieczeniowych musi się wywiązać ze zdobycia 2000 nowych klientów i dochodu w wysokości 10 miliardów jenów. Jeśli nam się to uda, nasza filia otrzyma milion jenów, które możemy używać nie na własne wydatki, lecz w celach, które pomogłyby naszej firmie bardziej się rozwinąć. Można na przykład z tych pieniędzy pokryć koszty rozmów telefonicznych z USA lub służbowych przelotów na Hokkaido. Jednym słowem finansowane są w ten sposób wydatki, które trzeba ponosić szukając nowych klientów. W rzeczy samej, nasza firma plasuje się na 9 miejscu w Japonii i na 26 na świecie. Żeby pewnego dnia osiągnąć pozycję numer jeden, musimy realizować nałożone miesięczne zadania”. – „Ale dlaczego musicie osiągnąć pierwszą pozycję?” – zapytałem. Tym razem nie było już odpowiedzi.

Zamiast tego zaczęliśmy rozmyślać o konsekwencjach takiego systemu. Żona i dzieci pracownika są pierwszymi ofiarami. Z powodu nieustannej zmiany miejsca zamieszkania i nauki nie mają nawet czasu, aby się przystosować. To samo pracownicy, którzy zaledwie zdążyli się nawzajem poznać, a już okazuje się, że znowu będą przeniesieni. Taka sytuacja zachęca do indywidualizmu i zapobiega jakiejkolwiek formie solidarności. W dodatku liczba samobójstw wśród pracowników rośnie z roku na rok, bo wciąż narastające napięcie jest przyczyną targnięcia się na życie. System transferów co dwa lub trzy lata istnieje także w innych sektorach gospodarki: telekomunikacji, bankowości itp.

Kiedy się poważnie nad tym zastanowimy, uświadamiamy sobie, że wszyscy w mniejszym lub większym stopniu nosimy piętno wykształcenia, które otrzymaliśmy w dzieciństwie, piętno przynależności do rożnych grup i że głównym celem takiej „edukacji” jest utrzymanie i wzmocnienie porządku polityczno-ekonomicznego. A jak wygląda ta sprawa w Japonii?

W kręgu rodzinnym, rodzice często powtarzają dzieciom: „Jeśli będziecie otrzymywać dobre stopnie, dostaniecie się do dobrej szkoły, a w ten sposób znajdziecie dobrą pracę z bezpieczną przyszłością. Więc uczcie się pilnie!”. Gdy rodzina jest biedna i ma na utrzymaniu dużo dzieci, wtedy rodzice mówią: „Nie ma mowy o dalszej nauce, musisz iść do pracy i zarabiać na życie! A póki co, szybko wracaj po szkole do domu, bo potrzebna jest twoja pomoc!” (w sklepie albo w polu). Albo kiedy indziej: „Jak tylko zaczniesz pracować, dla własnego dobra słuchaj przełożonych. Jeżeli będziesz ciężko i dobrze pracował, zostanie to na pewno docenione i nagrodzone, a to pomoże ci wybić się!”. Często stymuluje się ambicję i współzawodnictwo: „Być robotnikiem do śmierci to żadne osiągnięcie. Staraj się, abyś sam został pracodawcą!”.

W pracy wszelkie formy „kształcenia” są skierowane przede wszystkim na zachętę do produkowania. Szkolenia nowych i starych pracowników, system wynagrodzeń, działania zmierzające do nieustannego obniżania kosztów, poranne ceremonie, ciągły rozwój „miłości do firmy”, wprowadzanie nowych technik, stymulowanie „racjonalizacji” itd. Wszystko to ściśle wiąże się z niezmiennym dążeniem do wzrostu produkcji i niemal nierealnymi planami wydajności, ustanawianymi przez dyrekcję. Nawet to nie powstrzymuje pracowników przed pracą w niedziele i dni ustawowo wolne od pracy, aby tylko przyciągnąć uwagę przełożonych. I nawet jeśli wydarzy się wypadek w czasie pracy, to nie jest on zgłaszany w trosce o reputację fabryki. Wpajane jest przekonanie o wyższości lojalności wobec szefów i starszyzny nad solidarnością w warsztacie lub fabryce.

Robotnicy przytłoczeni ciężarem pracy, wciągnięci w wir rywalizacji, powoli zanurzają się w egoizmie i nie potrafią już myśleć o swoich współtowarzyszach pracy. Od swoich pracodawców słyszą jedynie rzeczy takie jak te: „Nie możemy podnieść waszych płac, dopóki firma nie osiągnie dobrych rezultatów!… Brakuje siły roboczej. Pracujcie po godzinach. Jesteście młodzi, więc powinniście pracować więcej, aby powiększyć swoje dochody! Tylko pracownicy wykonujący dodatkową pracę są poważnymi robotnikami! 90% wszystkich wypadków przy pracy spowodowanych jest indywidualną nieuwagą zainteresowanych! Ci, którzy biorą urlopy, tylko szkodzą pozostającym współpracownikom. Starajcie się brać jak najmniej urlopów. Jeśli zdarzy się, że będziecie musieli wziąć zwolnienie, piszcie prośbę na specjalnym kwestionariuszu, podając przyczyny urlopu! Pracujcie tak, jakbyście sami byli właścicielami firmy! Musicie zawsze brać pod uwagę to, co mówią przełożeni! Związki zawodowe chcą po prostu zrujnować przedsiębiorstwo! Starajcie się nie mieć z nimi nic wspólnego!”.

Z kolei środki masowego przekazu przyczyniają się do pogrążenia społeczeństwa w świecie marzeń i iluzji oraz oderwania go od rzeczywistości dnia codziennego. Wielkie przedsiębiorstwa sprytnie wykorzystują mass media do reklamowania swoich wyrobów, ale nie ma tam miejsca na pytania o trud, niebezpieczeństwo i warunki pracy, w jakich robotnik musi je wytwarzać. Sześć niezależnych stacji telewizyjnych wprowadziło reklamy do swoich programów. Co dziesięć minut prezentują aparaty fotograficzne, zestawy stereofoniczne, motorowery, samochody itp. Większość tygodników zamieszcza fotografie rozebranych panienek, publikuje opowiadania o przygodach seksualnych, romansach, małżeństwach i rozwodach znanych aktorów, aktorek i popularnych piosenkarzy. Taki rodzaj przekazu wywołuje tylko bierność u czytelników i stwarza w ich świadomości obraz kobiety – obiektu przyjemności, kobiety – towaru handlowego. W większości wypadków telewizja serwuje seriale o życiu średnich i wyższych sfer, wywołując w telewidzach pragnienie osiągnięcia tego samego poziomu lub stwarzając iluzję, że się tam już jest. W każdym razie telewizja coraz bardziej utwierdza ludzi w przekonaniu, że taki styl życia jest w dobrym tonie i zwyczajnym sposobem na codzienną egzystencję. Bardzo dużo pokazuje się także programów muzycznych, filmów wojennych, kryminałów itd., odwracających uwagę widzów w kierunku nierealnych aspektów życia.

Religie, a szczególnie chrześcijaństwo, często zalecają posłuszeństwo i poddanie przełożonym, cierpliwość wobec innych i ogólną harmonię. To doprowadziło nas do pogodzenia się z różnymi formami niesprawiedliwości, takimi jak „racjonalizacja” w jej różnych formach. W XIX-wiecznej Europie nikt nie dbał specjalnie o znalezienie przyczyn nędzy proletariatu rosnącego wciąż z rozwojem kapitalizmu. To wyjaśnia, dlaczego do dnia dzisiejszego miliony podobnych Łazarzowi umierają z głodu u wrót nielicznych bogaczy, żyjących we wspaniałościach, zdobytych tak niskim kosztem (Łk 16,19–31). Jeśli kościoły nie zadowalałyby się modlitwą, rozdawaniem jałmużny, pomocą, działalnością charytatywną, gdyby uczyniły wszystko, co możliwe, aby usunąć przyczyny niekończącej się nędzy, być może nie udałoby im się w pełni zrealizować tego celu. Ale przynajmniej udałoby się im okazać miłość bliźniego w bardziej światły sposób. Sato Yoshio mówi nam o prawdziwej walce klasowej, w której człowiek próbuje wyzwolić swego brata od eksploatacji i wyzysku w poszukiwaniu szczęścia dla biednych i oddzielić ludzką kulturę od chciwej władzy żądnego zysków kapitalizmu, tak, aby każdy człowiek mógł w pełni rozwinąć swoje potencjalne możliwości. Czyż tak określona walka klasowa nie jest manifestacją miłości bliźniego?

Biblia zachęca nas do „nieustannej radości” i do „ciągłego życia w duchu dziękczynności”. Ale to nie oznacza wcale, że mamy ze świątobliwym uśmiechem przymykać oczy na niesprawiedliwość. Jeżeli religijny mężczyzna lub kobieta, w szczególności wyznania chrześcijańskiego, zajmuje się jedynie dyskusją o duchowych schorzeniach i zapomina o zwalczaniu przyczyn dehumanizujących nasze społeczeństwo, religii będzie można zarzucić to, co twierdził o niej Marks i jego uczniowie, że jest jedynie „opium dla ludu”. Bogaci czy biedni, ci, którzy zachłysnęli się dymem tego opium, zamykają oczy na niesprawiedliwość, izolują się w swoim wewnętrznym spokoju, ogarnięci niemocą wyrażenia jakiegokolwiek gestu współczucia czy solidarności z pogrążonymi w rozpaczy.

Jezus z Nazaretu, ucząc nas, abyśmy prosili naszego Ojca o chleb nasz powszedni, nie pomija naszych doczesnych potrzeb. Choć sam zgłębił wiedzę o życiu wiecznym, o radości Królestwa Niebieskiego i niezmierzonej głębi łaski Bożej, troszczy się jednak o praktyczną stronę naszego ludzkiego życia na tej ziemi.

W czasach, kiedy bogactwo i dostatek mniejszości ostro kontrastuje z potęgującą się nędzą ogromnej większości, modlitwa do Ojca, aby dał nam „chleba naszego powszedniego” powinna chyba wymagać od nas walki o lepszy i sprawiedliwszy podział dóbr na ziemi. Starania Młodych Robotników Chrześcijańskich, takich jak Yuko, aby uczynić Prawo Pracy kodeksem znanym i respektowanym, zapewniającym robotnikowi ludzką godność, przeciwdziałanie przekształceniu edukacji w „zbiorowe szaleństwo”, próby wejrzenia w życie najgorzej sytuowanych, dające obietnice i nadzieje – czyż to wszystko nie jest wprowadzaniem w życie Modlitwy Pańskiej? „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.

„Nie ma prawdziwego wyzwolenia bez Chrystusa” – wyrażając swoje przekonanie niczym refren, nasz przyjaciel Suzuki powtarzał te słowa raz po raz. Zdziwiony zapytałem, co ma na myśli. On zaś wyjaśnił: „Napotykając na różnego rodzaju ucisk i eksploatacje, jakim poddana jest klasa robotnicza od swych początków, robotnik ma trzy wyjścia: poddać się losowi, szukać dróg indywidualnego awansu, jeśli taki jest możliwy lub uciec się do przemocy. Odbierałem te możliwości jako kolejne pokusy. Uwolnił mnie od nich Chrystus. Usilnie i nieprzerwanie nakłaniał mnie, abym odrzucił fatalizm i rezygnację, zachęcając do walki o sprawiedliwość. W końcu, Chrystus uwalnia mnie także od pokusy indywidualnego poszukiwania awansu. Nie potępiam tych, którzy szukają indywidualnych rozwiązań dla kolektywnych problemów, lecz wydaje mi się, że dążenie do wspólnych rozwiązań jest bardziej w duchu Chrystusa”.

Prawdziwy robotnik, to ten, który bez rezygnacji lub posuwania się do przemocy stara się zbudować międzynarodową solidarność, wkładając w swoją działalność całą energię i mądrość dla zapewnienia wszystkim ludziom „chleba powszedniego” dla ciała, serca i duszy.

Jak robią to inni?

Ani „wolny”, ani „sprawiedliwy” handel: lokalne rolnictwo w Meksyku

To mieszkańcy bogatej Północy są zwykle kojarzeni z popytem na lokalną, organiczną żywność i z jej spopularyzowaniem. Innej strategii przeżycia w zglobalizowanym świecie można doświadczyć w południowym Meksyku, gdzie coraz silniejszy staje się ruch „lokalistów”.

Tío Joel prowadzi małego osiołka w dół piaskową ścieżką, by pokazać nam, w jaki sposób rolnicy są wciąż w stanie uprawiać ziemię w południowym Meksyku i jeszcze czerpać z tego korzyści. W wieku około 70 lat potrafi on lepiej od niejednego z nas posługiwać się maczetą, z łatwością podnosi też ważący niemal 20 kilogramów worek kompostu, chociaż opaska usztywniająca przewiązana w pasie może być pierwszym sygnałem problemów zdrowotnych, które niechybnie nadejdą.

Przerywając na chwilę rozdrabnianie maczetą zielonego nawozu na kompost pod jego słynne w okolicy pomidory, wyjaśnia nam, dlaczego wielu podobnych jemu rolników może czerpać korzyści ze stosowania organicznych metod produkcji żywności: W okresie żniw zostało zebranych tak dużo pomidorów, że ich cena na rynku spadła do około pięciu peso za kilogram. My jednak sprzedawaliśmy swoje po siedem peso. Chodziłem od domu do domu, oferując pomidory, na które był duży popyt, bo ludzie żyjący tutaj dobrze je znają. Sprzedawaliśmy tak dużo, że w niedzielę towar nam się już kończył.

Polityka handlowa Stanów Zjednoczonych rozpięta jest pomiędzy dwoma pojęciami: „wolnego handlu” i „sprawiedliwego handlu”. Ta dychotomia zakłada, że żywność produkowana lokalnie na Południu musi zostać sprzedana do innych krajów. I rzeczywiście tak jest, gdyż znaczna część popytu na lokalną, organiczną żywność pochodzi głównie z Ameryki Północnej i państw europejskich. Ale w krajach takich, jak Meksyk próbuje się szukać innych sposobów rozwiązania tego problemu, przeciwstawiając globalny import i eksport pobudzaniu oraz wzmacnianiu lokalnej produkcji i konsumpcji. W Stanach Zjednoczonych ruch ten jest określany mianem „lokalistów”, a promowane przezeń rozwiązania są przez wielu odbierane – w porównaniu z powszechnym dostępem do taniej, importowanej żywności – jako luksus, na który niewielu może sobie pozwolić. Ale w meksykańskim stanie Oaxaca uprawa i spożywanie wyprodukowanej lokalnie żywności oraz dostarczanie produktów na miejscowy rynek stało się istotnym elementem strategii, która ma na celu przetrwanie zarówno kulturowe, jak i ekonomiczne w niesprzyjających realiach rynkowych.

W południowym Meksyku koszt produkcji kukurydzy jest obecnie wyższy niż jej cena na światowych rynkach. Używając standardowej logiki ekonomicznej, meksykańscy chłopi powinni zaprzestać uprawy kukurydzy, przerzucając się na uprawę innych zbóż, które z zyskiem mogliby sprzedać na światowych rynkach. Innym rozwiązaniem, wynikającym z takiego myślenia, musiałoby być porzucenie ziemi i rolnictwa jako takiego, przeniesienie się do miasta w poszukiwaniu pracy lub emigracja do USA czy Kanady.

Wielu farmerów podjęło właśnie taką decyzję, co doprowadziło do znacznego zwiększenia liczby nielegalnych imigrantów i pracowników w Stanach Zjednoczonych, a także grupy słabo wynagradzanych mieszkańców meksykańskich miast. Byli też jednak i tacy, którzy, pozornie wbrew logice, postanowili kontynuować działalność rolniczą, poszukując wciąż nowych sposobów na przeżycie. Niektórym z nich udaje się prosperować bardzo dobrze. Aby zobaczyć, jak ten model funkcjonuje i dlaczego został spontanicznie i oddolnie powołany do życia, wybrałem się z grupą Amerykanów do regionu Mixteca w stanie Oaxaca.

To właśnie w Meksyku rozpoczęto uprawę kukurydzy, która do dzisiaj stanowi podstawę wyżywienia mieszkańców tego kraju. Trudno sobie wyobrazić, by w Meksyku nie uprawiano kukurydzy. Jednak wskutek wprowadzenia w życie podpisanego 17 lat temu porozumienia NAFTA (North American Free Trade Agreement), niemal z dnia na dzień import kukurydzy z USA do Meksyku wzrósł pięciokrotnie. Amerykańska kukurydza sprzedawana jest poniżej ceny kukurydzy meksykańskiej nie tylko dlatego, że rolnictwo amerykańskie jest bardziej „wydajne” (głównie w efekcie mechanizacji i powszechnego stosowania nawozów chemicznych), ale przede wszystkim z powodu ogromnych subsydiów rządowych, mających na celu wspomożenie gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Ale w takich miejscach, jak Santo Tomás Mazaltepec w stanie Oaxaca, rolnicy – a także konsumenci – wciąż wybierają kukurydzę uprawianą lokalnie na tych terenach, odrzucając żółte ziarna kukurydzy amerykańskiej. – Z tej lokalnie zbieranej kukurydzy otrzymujemy znacznie więcej o wiele lepszej mąki na tortillę niż z kukurydzy pochodzącej z importu. Oczywiście różnica w smaku i aromacie jest również łatwo wyczuwalna – powiedział jeden z lokalnych rolników. – Problemem jest jednak to, że nasza produkcja jest na bardzo niskim poziomie – wytwarzamy niemal wyłącznie na własne potrzeby. A zdarzają się takie okresy w roku, gdy panuje naprawdę dramatyczna susza. Są oczywiście rządowe sklepy, w których sprzedaje się kukurydzę, ale jest to przeważnie kukurydza żółta, która prawdopodobnie została sprowadzona ze Stanów Zjednoczonych. Oni tam stosują mnóstwo nawozów chemicznych, pestycydów i herbicydów, dlatego mogą ją sprzedawać znacznie taniej niż my. Dlatego musimy się dostosować i też obniżamy ceny.

Wynikiem tych społecznych oraz ekonomicznych zawirowań i fluktuacji było wyludnienie znacznych obszarów rolniczych w kraju. Na przykład w San Pedro Coxcaltepec młodych ludzi, którzy chcą przejąć gospodarstwa od starych farmerów, takich jak Tío Joel, można policzyć na palcach jednej ręki.

Potwierdza to Tío Martín, inny rolnik z Coxcaltepec: Kiedyś w każdym domu mieszkało 12 czy 15 osób, a dzisiaj dwie osoby tu, dwie osoby tam, po prostu niewielu postanowiło tutaj zostać. Gdy próbujemy od czasu do czasu wskrzesić ideę tequio, tradycyjnego systemu wzajemnej pomocy, jest to bardzo trudne. Kiedyś wiele osób w tym uczestniczyło i stanowiło to realną pomoc. Dzisiaj zostali tylko ci starsi.

Eleazar García, trzydziestokilkuletni rolnik, dodaje, że podstawowym wyzwaniem jest przekonanie młodych ludzi, którzy tutaj jeszcze mieszkają, że praca na roli jest godnym zajęciem i że pozwala ona wypełnić podstawowy obowiązek zapewnienia żywności własnej rodzinie. Chłopi zawsze będą doceniać możliwość wytwarzania żywności, posiadanie pieniędzy w kieszeniach ma znaczenie drugorzędne. Jak się tutaj mówi, nie mam powodu do zmartwień, gdy mam swoją fasolę, bo wtedy mam co jeść.

Tak właśnie tworzy się ruch „lokalistów”, który można określić również jako ruch dążący do suwerenności żywnościowej. Według jego filozofii, społeczność może decydować o swoim losie tylko wówczas, gdy w znaczącym stopniu potrafi zapewnić sobie kontrolę nad produkcją żywności, którą spożywa. Ludzie powinni mieć możliwość wyboru tego, co wkładają do garnków.

Rolnicy na południu Meksyku mają dużo większe możliwości niż mieszkańcy miast amerykańskich, by uprawiać rośliny stanowiące podstawę ich diety. Chociażby dlatego, że zajmują się tym od bardzo dawna. W stanie Oaxaca uprawianych jest kilkadziesiąt różnych odmian kukurydzy, każda z nich przystosowana do konkretnych, wyjątkowych dla poszczególnych regionów warunków klimatycznych, wysokościowych i glebowych. Nawet trawy, z których wykształciły się współczesne odmiany kukurydzy uprawianej w Oaxaca, wciąż rosną na okolicznych wzgórzach.

Ponadto, przez tysiąclecia przodkowie dzisiejszych rolników meksykańskich rozwijali specyficzne i zaawansowane techniki uprawy zbóż i innych roślin użytkowych na stromych zboczach i na glebie, która łatwo ulega erozji. W przeciwieństwie do technologii stosowanych w rolnictwie amerykańskim, rolnicy w stanie Oaxaca tradycyjnie wysiewają na plantacjach kukurydzy fasolę oraz squash, roślinę z rodziny dyniowatych. Fasola wykorzystuje łodygi kukurydzy jako podpory, a jednocześnie dostarcza glebie azotu, co ma podstawowe znaczenie, gdyż uprawa kukurydzy prowadzi do silnego zubożenia gleby o ten niezbędny pierwiastek. Z kolei squash może z powodzeniem rosnąć pomiędzy łodygami kukurydzy, a pędy pozostałe po zbiorach służą jako wysokiej jakości zielony nawóz pod kolejne uprawy. Pozwala się również na rozwój innych roślin zielonych, które wyrastają na polach oraz w ich najbliższym sąsiedztwie i są ekologicznie zaadaptowane do środowiska glebowego pól kukurydzianych. Roślin tych nie spotyka się w takiej obfitości z dala od upraw kukurydzy, a są one dla społeczności wiejskich ważnym źródłem witaminy A i innych substancji odżywczych.

W latach osiemdziesiątych XX wieku powstały w stanie Oaxaca liczne organizacje, takie jak CEDICAM (Center for Integral Campesino Development of the Mixteca). Ich celem była pomoc i wspieranie rolników w poszukiwaniu alternatyw wobec technologii promowanych w ramach Zielonej Rewolucji z lat 60. i 70., wykorzystujących niszczące pestycydy, uprawy monokulturowe i stosowanie nasion hybrydowych. Opierały się one na tradycyjnym systemie uprawy zbóż, przystosowanym do konkretnego regionu, połączonym z najnowszymi osiągnięciami w dziedzinie rolnictwa organicznego, pozwalającymi zwiększyć osiągane plony.

W przeciwieństwie do miejskiej biedoty, meksykańscy farmerzy mieszkający w San Pedro Coxcaltepec twierdzą, że nie odczuli wzrostu cen tortilli, wywołanego wejściem w życie postanowień NAFTA. Jestem w stanie wyprodukować kukurydzę w ilości wystarczającej na moje potrzeby – stwierdził jeden z nich.

Niestety, rolnicy potrzebują także środków pieniężnych, by w pełni uczestniczyć we współczesnym świecie i nabywać towary, których nie są w stanie sami wytworzyć. Dlatego też prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie innych upraw, których plony można z powodzeniem sprzedawać na lokalnym rynku. Tylko w taki sposób możliwe będzie zatrzymanie na wsi młodych ludzi, którzy przejmą gospodarstwa rolne i nadal będą tworzyć lokalną gospodarkę. CEDICAM pomógł już rolnikom takim, jak Tío Joel, który wykorzystuje szklarnie pozostałe po nieudanym projekcie rozwojowym do uprawy warzyw. Warzywa te są sprzedawane nie na globalnym rynku, lecz w okolicznych miejscowościach, których mieszkańcy cenią sobie dostęp do świeżej, lokalnej żywności.

Inna organizacja, Puente a la Salud Comunitaria (Bridge to Community Health), rozpoczęła w kilku społecznościach program odbudowy upraw szarłatu – rośliny zielnej, zwanej pszenicą Inków. Szarłat pochodzi z regionu Mixteca, gdzie wciąż można spotkać dziko rosnące rośliny tego gatunku. Uprawa szarłatu została w zasadzie całkowicie porzucona po najeździe Hiszpanów, którzy uważali, że był on wykorzystywany do praktyk pogańskich. Szarłat zawiera znacznie więcej białka niż kukurydza i, w przeciwieństwie do niej, wciąż posiada dużą wartość rynkową w stanie Oaxaca. Może więc służyć nie tylko jako wartościowe wzbogacenie diety mieszkańców tego regionu, ale także jako stabilne źródło dochodu.

W Santo Tomás Mazaltepec dostęp do wysokobiałkowych produktów roślinnych ma podstawowe znaczenie w prawidłowym żywieniu mieszkańców. Według matek, które w ramach eksperymentu dodawały niewielką porcję – około jednej uncji dziennie – szarłatu do diety dzieci, skutkowało to dużo lepszym rozwojem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym.

Suwerenność żywieniowa nie dotyczy wyłącznie rolników żyjących na terenach wiejskich. Większość mieszkańców Oaxaca City pochodzi, czy to w pierwszym, czy to w drugim pokoleniu wstecz, z rodzin rolniczych. Wielu z nich wciąż potrafi w mniejszym lub większym stopniu pozyskać żywność na własne potrzeby. Po przystąpieniu Meksyku do porozumienia NAFTA drastycznie wzrosły ceny żywności w tym kraju. W tej sytuacji mieszkańcy miast, którzy byli w stanie zaopatrzyć się – nawet w ograniczonym zakresie – w żywność, mniej odczuwali realny spadek wynagrodzeń i mogli zabezpieczyć siebie i swoje rodziny przed skutkami utraty pracy. Uprawa żywności na własne potrzeby pozwala także mieszkańcom stanu Oaxaca lepiej przetrwać okresy politycznych protestów, które często wybuchają w tym regionie kraju pomiędzy ludnością a skorumpowanym rządem. Możliwość zapewnienia wyżywienia podczas strajków zwykle stanowi o powodzeniu protestu.

María wraz z Laurentiną rozpoczęły przed dwoma laty uprawę boczniaka. W ubiegłym roku z dużym zaangażowaniem tłumaczyły ludziom robiącym zakupy na targowisku, w jaki sposób należy przyrządzać boczniaka. Dzisiaj popyt na te grzyby jest tak duży, że zastanawiają się one nad inwestycjami zmierzającymi do zwiększenia produkcji. Jednym ze sposobów może być zakup lodówki, w której można przechowywać wyprodukowane na miejscu zarodniki grzybów, jak i magazynować zbiory przez okres kilku dni. Inny miejski farmer opowiadał, jak wielką ulgą dla jego budżetu jest brak konieczności kupowania na rynku takich produktów, jak pomidory, kolendra, pietruszka czy seler.

Wszyscy ci farmerzy i miejscy ogrodnicy nie szukają i nie potrzebują wskazówek ani pomocy zagranicznej. Jedyne, czego potrzebują, to stworzenia preferencyjnych warunków dla ich funkcjonowania i dla wysiłków zmierzających do odbudowania niegdyś samowystarczalnej gospodarki na terenach wiejskich. Stany Zjednoczone mogą wspomóc tworzenie i wprowadzanie w życie takich rozwiązań, które nie będą zmuszały lokalnego rolnictwa Meksyku do – skazanego z góry na porażkę – współzawodnictwa z agrobiznesem amerykańskim. Należy wprowadzić mechanizmy wspierające resztę świata w tym, by wytwarzała ona żywność na swoje potrzeby. Porozumienie NAFTA będzie za kilka lat przedmiotem negocjacji przed kolejną ratyfikacją, stwarza to więc okazję do zmiany strategii handlowej i nowego określenia priorytetów.

Prawdziwa walka z głodem na świecie – mówi Eleazar García, wskazując na różnicę pomiędzy dorodnymi łodygami kukurydzy uprawianej z wykorzystaniem taniego kompostu organicznego a mizernymi, które rosną na ziemi od lat nawożonej chemicznie – jest w rękach zwykłych farmerów. To oni żyją z tego, co uda im się zebrać z pól.

Mike Wold

tłum. Sebastian Maćkowski

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej czasopisma „YES! Magazine”, 23 stycznia 2012 r. (http://www.yesmagazine.org).