przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 23 października 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Bynajmniej nie zawdzięczam tej sztuki kontaktom z zaświatami. Zdobyłem dwa roczniki „Tygodników Powszechnych” z lat 1986-1987. Arcyciekawa lektura, bo można się z niej na własne oczy przekonać o absurdach schyłkowego PRL, łgarstwach Jerzego Urbana i ówczesnych smutkach i radościach przeciętnego polskiego inteligenta.
Niemal w rozrzewnienie wpędził mnie jeden z felietonów Kisiela na temat McDonalda. Znakomity publicysta, którego nazwisko przez wszystkie przypadki odmienia się jeszcze dziś, choć tyleż nabożnie, co rzadko, tyle z atencją, co bez głębszych przemyśleń, niemal czołobitnie podkreśla w tym tekście zalety McDonalda. Mówi, że schludnie, czysto, że obsługa mało gada a szybko robi, że nie ma kolejek, że niedrogo a smacznie, że bez względu na to, gdzie on, Kisiel, akurat przebywa, to jedzenie smakuje zawsze tak samo, a przy tym gadać z nikim nie trzeba, bo człowiek je, czyta sobie tę załganą zachodnią prasę i jest mu błogo, jak tylko może być błogo Polakowi wypuszczonemu z PRL-owskiego półświatka na wielki świat.
Bynajmniej, nie ironizuję, niemal dosłownie, choć bez takiego talentu referuję zachwyty i uniesienia Kisielewskiego. Każdy, kto pamięta jeszcze cokolwiek z Polski Ludowej, wie, że tego typu zachwyty nad Zachodem stanowiły wtedy w Polsce chleb powszedni i były w dobrym tonie. I nawet ci, co nie jeździli wówczas nigdzie, albo tylko na wczasy do Bułgarii, wiedzieli, że na Zachodzie panuje dolce vita. I niechby tylko skończyć z komuną, to u nas, dzięki Wielkiemu Bratu, Papieżowi, Wałęsie oraz na mocy rekompensaty wielowiekowych krzywd moralnych też tak zaraz będzie. Trudno zatem dziwić się Kisielowi, który mimo że miał głębszy ogląd i zrozumienie tych spraw, to i tak przygnębiony polską rzeczywistością tamtych lat pod niebiosa zachwalał dobrobyt a la McDonald. „Po Coca-Cola błogo, różowo” – można zażartować złośliwie a posępnie, cytując Adama Ważyka.
Czasem odnoszę wrażenie, że w Polsce żyje kilka roczników, 30-, 40-, 50-latków, mniej lub bardziej świadomych epigonów Kisiela. Nie naśladują go w tym, co było w nim dobre, rzetelne, nonkonformistyczne i prawe, ale w tym, co dotyczy „naiwnego liberalizmu”. Stefan Kisielewski był dzieckiem swoich czasów. Mimo najszczerszych chęci, nie mógł – przynajmniej na papierze, bo co działo się w głowie, tego nie wiem – opisać zachodniego kapitalizmu, prymatu globalnych koncernów z całym bagażem zagrożeń i słabości, jakie generują i jakie są ich udziałem. Niedogodności ekonomiczne i kulturowe realnego socjalizmu były dlań tak dojmujące, że przy nich każda wzmianka o słabościach zachodniego systemu musiała jawić się jako szyderstwo, głupstwo lub dzieło aparatu propagandy. Bo też reżimowe media czasów PRL pełne były krokodylich łez, wylanych nad losem bezdomnych z Włoch, bezrobotnych z Niemiec i pobitych pałami przez policję w Anglii. A wtedy z konieczności i z przekory nie brano tego serio. Bo Zachód miał być i był owym rajem na ziemi, do którego nie wpuszczają nas źli Sowieci i ich tutejsi namiestnicy.
Dziś mamy już McDonalds’a, zachodnie banki (niemal wyłącznie zachodnie), zachodnie koncerny motoryzacyjne, karty kredytowe, czekoladki, kremy, papier toaletowy, owoce cytrusowe, hipermarkety, sprzęt RTV i AGD, itp. Ale czy wciąż nam po Coca-Cola błogo, różowo? Jaki dziś traktować ten w jakiś sposób naiwny, kisielowy liberalizm/kapitalizm? Wszak za niego także trzeba zapłacić sporą cenę. I rzecz nie w tym, że jak mówi stare, polskie przysłowie: „bez pracy nie ma kołaczy”.
Sedno sprawy kryje się w tym, że znamy już nie tylko fasadę, ale wiemy też, a przynajmniej podejrzewamy, co dzieje się za kurtyną. Wiemy, dlaczego obsługa w McDonalds jest taka szybka i „grzeczna”; nie zachwyca nas już tak bardzo, że jedzenie (nie tylko w McDonald) niemal wszędzie smakuje tak samo; że programy telewizyjne, wykupione na licencję stanowią kiepską zwykle kliszę zachodnich produkcji. Wiemy już, że choć Wałęsa, Papież i straty moralne poniesione w ciągu wieków, to zachodni pracodawca nikomu wyższej pensji nie wypłaci, skoro opłaca mu się płacić znacznie mniej. Wiemy, że Wielki Brat może i nas kocha, ale i tak przy offsecie traktuje jak pierwszego lepszego idiotę. Wiemy, że Zachód to nie tylko dobrobyt, ale i bieda i konflikty społeczne, a tzw. wolny rynek nie rozwiązuje problemów jak dobra wróżka, za dotknięciem swej czarodziejskiej różdżki. Po prostu – o czym przekonujemy się na szczęście na własnej skórze – inna jest skala i rodzaj problemów, inne wyzwania, inne sposoby opisywania rzeczywistości, inne strategie.
Dlatego śmieszą mnie epigoni Kisiela, co każdą krytykę kapitalizmu i liberalizmu zbywają stwierdzeniem: no przecież mamy już McDonaldy.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 25 września 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Raz po raz wraca kwestia świętowania 1 maja. I tak poseł Jarosław Gowin z Platformy Obywatelskiej zastanawia się na łamach „Dziennika”, czy 1 maja nie zastąpić \wolnym dniem 6 stycznia (święto Trzech Króli). Pracownicze święto o lewicowej proweniencji widać niezbyt pasuje do III RP. I widocznie stanowi przeżytek w świecie pełnym dobrodziejstw ekonomicznego darwinizmu.
Do niedawna byłem przekonany, że Święto Pracy jest bezpieczne jako święto państwowe. Ale coraz częściej mam co do tego obawy. Prawoskrętne, liberalne elity polityczne nie mają wszak żadnego interesu w pielęgnowaniu pamięci o tym święcie. Jest im obce: ideowo i mentalnie. Szczególnie widać to w rozsianych po Internecie wypowiedziach młodszych przedstawicieli ugrupowań politycznych. Kult neoliberalnej ekonomii i pieniądza, chwała rosnącego PKB, stały się dogmatami, których niemal się nie kwestionuje w politycznym i gospodarczym mainstreamie. Kwestia wyzysku, mobbingu, braku terminowych wypłat, ograniczania praw pracowniczych kosztem biznesu, to tematy tabu: ośmieszane lub zbywane wzruszeniem ramion. Oczywiście, niszowe środowiska lewicy będą protestować, ale coraz łatwiej wyobrazić mi sobie sejmową większość, która znosi 1 maja jako święto państwowe.
Z drugiej strony: lewica sama ponosi odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Po pierwsze: obchody pierwszomajowe w gronie towarzyszy z SLD/SdPL to zwykle partyjne agitki, pełne taniego sentymentalizmu wobec czasów PRL. I chyba nikt uczciwie myślący nie jest w stanie wzruszać się nadto dobrobytem czasów Edwarda Gierka czy szczerym, ideowym socjalizmem towarzysza Gomułki. Owszem, zawsze można przespacerować się z alterglobalistami czy młodymi lewakami, przymykając oko na piewców Trockiego czy osobników w koszulce z „Che”. Bo już tak jest na tym łez padole, że nie zawsze można sobie wybrać sojuszników. I w tej akurat kwestii wolałbym stanąć w szeregu z lewakiem-trockistą, niźli z Jarosławem Gowinem i jego politycznymi krewnymi i znajomymi. Nie przekonuje mnie nawet argument z jeszcze jednego kościelnego święta podniesionego do rangi imprezy ogólno-państwowej. Świąt katolickich w kalendarzu mam dość – 1 maja tylko raz w roku. I doprawdy, nie samą religią żyje człowiek. Potrzeba jeszcze pracy i chleba. I choćby jednego dnia, w którym można o tym mówić publicznie, z nadzieją, że puszczą to w mainstreamowych mediach.
Swoją drogą, miałem Jarosława Gowina za człowieka konsensusu, który szanuje idee inne od własnych. Okazuje się jednak, że ze swoim katolickim konserwatyzmem świetnie wpisuje się w neoliberalny program własnej partii. Gdy jego koledzy od rana do wieczora powtarzają mantry o prywatyzacji, on swoją wypowiedzią, sugerującą zniesienie Święta Pracy, stwarza im zaplecze ideologiczne. W sumie: intelektualista, więc właściwy człowiek na właściwym miejscu z właściwym poglądem na określone sprawy. Święto Trzech Króli – no cóż, katolickie święta nikomu w Polsce nie wadzą, są poniekąd ideowo neutralne, przejrzyste, oswojone; Święto Pracy jak widać coraz częściej staje kością w gardle. I myślę, że nie w tym rzecz, iż jest „przeżytkiem” PRL-u. Bynajmniej, raczej przeszkadza swoją nieznośną aktualnością.
Do najbliższego 1 maja jeszcze kilka miesięcy. Byłoby dobrze, gdyby – jeśli ataki na Święto Pracy zaczną się nasilać – środowiska lewicowe rozpoczęły debatę na temat tego dnia i jego znaczenia we współczesnej Polsce. Przebić się do mainstreamu z własnymi argumentami, wymóc na posłach SLD jasne deklaracje, przypomnieć Polakom, po co im właściwie to święto. Ostatecznie to oni mogą okazać się największymi sojusznikami lewicy w tej materii. Owszem, w znacznej mierze nie ze względów ideowych, ale choćby dlatego, żeśmy polubili majowy długi weekend. Nie oszukujmy się: rzadko kto grillując będzie rozmyślał o kwestiach socjalnych, prawach pracowniczych i sprawiedliwości społecznej. Rzecz nie w tym, by zjadaczy chleba przerabiać – że tak szumnie powiem – w niebieskich proletariuszy (co wychodząc z fabryk trzymają skrzydła jak skrzypce). Rzecz w tym, by dać ludziom w długi weekend po prostu odpocząć, a przy okazji powiedzieć coś ważnego o Polsce z naszych, lewicowych pozycji. Bo to nie jest tylko kraj dla Jarosława Gowina, ani dla jego politycznych kumpli z PO, którym nawróceni na neoliberalizm Trzej Królowie mieliby przynieść w darze mirrę, kadzidło i złoto.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 25 sierpnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Rzecz nie tylko w jednostkowej ocenie tych wartości, ale i w ich znaczeniu cywilizacyjnym. W pewnym sensie wszelkie ideologie i ich odmiany – liberalizm, konserwatyzm, socjalizm itd. – a także ustroje polityczne, od totalitaryzmu przez autorytaryzm po różne formy demokracji, są wtórne wobec pytania o to, któremu z tych czynników przyznać naczelną rolę.
O ile idea wolności kojarzy się na tym gruncie z zasadą odpowiedzialności (by nawiązać do tytułu jednej z ważniejszych analiz współczesności, pióra Hansa Jonasa), gdzie większą uwagę zwracamy na jednostkowy aspekt życia w świecie, o tyle ideę bezpieczeństwa można skojarzyć z zasadą współodpowiedzialności, wiążącej nas niemal nieskończoną ilością zależności z otaczającą rzeczywistością. Byłoby hipokryzją lub naiwnością twierdzić, że między wolnością a bezpieczeństwem jako wartościami cywilizacyjnymi nie istnieje konflikt. Wprost przeciwnie: w kwestiach społeczno-politycznych w pewnym stopniu odzwierciedlały go różnorakie konflikty i (tymczasowe) sojusze między liberalizmem, konserwatyzmem i socjalizmem. O ile liberalizm ze swej istoty jest apologią wolności, o tyle w przypadku socjalizmu wydaje się, że większe znaczenie ma kwestia bezpieczeństwa.
Rzecz jednak nie sprowadza się do polityki, jeśli rozumieć ją jako dziedzinę doraźności, której horyzonty zamykają się – w najlepszym przypadku – w dziesięcioleciach. Konflikt/dychotomia między zasadą wolności a zasadą odpowiedzialności staje się o wiele ciekawszy i widoczniejszy, jeśli rozpatrywać go na gruncie cywilizacji i gwałtownych przemian, jakie stały się udziałem świata w czasach współczesnych i wiążą się przede wszystkim z narodzinami nowych systemów ekonomicznych, rozwojem nauki i techniki oraz ich umasowieniem. Podam banalny, ale dość dobrze oddający rzecz przykład: rozwojowi cywilizacji towarzyszy powstanie nowych środków przemieszczania się znacznych grup ludności. Kolej, lotnictwo, samochody, tramwaje, autobusy: linie kolejowe, autostrady, trakcje, kontrola lotów.
Tak, tu właśnie pojawia się istotne dla naszego świata słówko: kontrola. Coraz większy rozwój technologiczny wymusza coraz bardziej skrupulatne i wyrafinowane formy kontroli i obostrzeń. Setki lat temu pijany szlachcic mógł wsiąść na konia i ruszyć w drogę, po leśnych duktach, hen, przed siebie, sam lub w towarzystwie swej kompanii, nie spotykając się z żadnymi poważniejszymi konsekwencjami ze strony państwa/społeczeństwa. Dziś pijany kierowca rozpędzonego do 150 km na godzinę pojazdu, jadący nie tym pasem, co trzeba, to osobnik nieodpowiedzialny, łamiący prawo. Zasada wolności w świecie zdominowanym przez technologię (którą – paradoksalnie – człowiek stworzył po to, by w znacznym stopniu wyzwolić się spod władzy żywiołów) musi ustąpić przed zasadą odpowiedzialności: dla naszego własnego dobra.
Istnieje termin dla opisania – w szerszej skali – zjawiska, które powyżej przedstawiłem obrazowo: „niepewność wytworzona”: nowoczesność, w tej wersji, w jakiej uczestniczymy, jest niewyzwalalna (to chyba neologizm?) z twardego brzemienia kontroli. Na poziomie społecznym czy obywatelskim możemy się – i mamy prawo – domagać wolności, ale na o wiele głębiej zakorzenionym poziomie technologii, która stała się naszą faktyczną naturą, jesteśmy skazani na różne formy opresji/kontroli: od zakazu przechodzenia na czerwonym świetle, przez konieczność kasowania biletów w tramwaju, po używanie komputera. Oczywiście, możemy pytać o zakres dotykających nas obostrzeń, ale tylko idealiści albo piewcy powrotu do natury mogą twierdzić, że możemy się bez nich obyć. Nawiązując twórczo do klasycznej zasady liberalizmu: nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się bezpieczeństwo ogółu. A że żyjemy w coraz bardziej zglobalizowanym świecie musimy liczyć się z tym, że ów ogół jest coraz szerszą i coraz bardziej zatomizowaną masą, w której partycypujemy w duchu współodpowiedzialności (o tyle trudnej, że trudno czuć się współodpowiedzialnym za wybory milionów ludzi). To, co piszę, nie jest zresztą szczególnie odkrywcze: warto sięgnąć po znakomite, marksizujące studium Bronisława Baczki o Janie Jakubie Rousseau, „Samotność i wspólnota”, by zobaczyć jak ten nie lubiany przez wielu myśliciel trafnie analizował rodzący się handel na wielką skalę i mieszczańską konsumpcję – chcecie mieć coraz więcej, po coraz niższej cenie, ale pamiętajcie, że dzieje się to kosztem eksploatacji innej części świata. I kiedyś wy także, jako ludzie Zachodu, będziecie ponosić tego konsekwencje. Chcecie coraz więcej wolności, rozumianej jako nieskrępowany dostęp do coraz liczniejszych i lepszych dóbr, chcecie wolności od przymusu, ale czy zastanawiacie się, jakie może to przynieść konsekwencje w rzeczywistości tak niestabilnej i ostatecznie ograniczonej w swych możliwościach (materialnych)?
Gdybym był moralistą, mógłbym w tym miejscu wygłosić płomienny apel o większą ascezę technologiczną i konsumpcyjną. Ale nie jestem naiwny: ludzie cywilizacji, w której żyję, chcą coraz lepszych środków komunikacji, coraz szybszych i komfortowych sposobów przemieszczania się, coraz bogatszej oferty konsumpcyjnej. Wszystko to, niezależnie od najpiękniejszych haseł i najszczytniejszych idei oraz odwołania do szacownych wartości, generuje jednak nowe zagrożenia i wymusza nowe formy kontroli, zapewniającej bezpieczeństwo cywilizacyjne kosztem nie tylko jednostkowej wolności. Antyutopie opisują właśnie taki świat; możemy twierdzić, że się na niego nie zgadzamy, możemy szukać kozłów ofiarnych, ale nie zmieni to faktu, że sami ten świat współtworzymy. Kwestie socjalizmu, liberalizmu, konserwatyzmu są ostatecznie wtórne wobec tego zagadnienia, choć często nie-wprost je rozważają: jeśli więcej wolności, to za jaką cenę? Jeśli więcej bezpieczeństwa, to w imię jak daleko posuniętej kontroli, procedur i obostrzeń?
Płacimy cenę za to, że – zwykle w dość perwersyjny sposób, bośmy niedoskonali – „czynimy sobie ziemię poddaną”. Czy jednak bylibyśmy w ogóle zdolni postępować inaczej?
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 26 lipca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Z czym kojarzy mi się polski katolicyzm? Z apoteozą gospodarczego liberalizmu, często zapożyczonego od amerykańskich neokonserwatystów, z politycznym triumfalizmem, niemal wprost proporcjonalnie rosnącym do regresu w sferze oddziaływań społecznych, z kuriami przypominającymi twierdze, ze sprowadzaniem etyki do kwestii rozporka, z kompletną obojętnością (by nie powiedzieć wrogością) wobec zagadnień ekologicznych i znaczną mizerią w sferze troski o losy gorzej sytuowanych i ubogich. Czy w Polsce, kraju ponoć tak katolickim, istnieje chadecja? Czy ktoś tu słyszał o chrześcijańskim socjalizmie? Nie. Religię jako akt społeczno-polityczny mają u nas dla siebie środowiska narodowo-katolickie. Owszem, traktują ją z całą konsekwencją także politycy pokroju Marka Jurka, ale oni przypominają dziś bardziej „kustoszy Tradycji”, niż ludzi realnie oddziaływujących na sferę publiczną polityków.
W pewnym sensie polski katolicyzm wydaje się martwy i wycofany z przestrzeni publicznej. Myślę o pewnego rodzaju intelektualnym prymitywizmie, który zakłada, że religia jest albo dla nacjonalistów (i wtedy pejoratywnie nazywa się ją zwykle „fundamentalistyczną”), albo dla miłośników „społeczeństwa otwartego”, co czyni ją miłą, a przynajmniej znośną w oczach epigonów Oświecenia. Ostatecznie da się ją pogodzić z tzw. wolnym rynkiem, czyli – w praktyce – z ekonomicznym darwinizmem i egoizmem, wyznawanym przez część lepiej sytuowanych Polaków na dorobku. Na ostatni rodzaj katolicyzmu made in III RP składa się niemal równorzędnie Biblia, Tradycja i koncepcja państwa jako nocnego stróża. Bo, wedle tej wizji, co z państwa jest, od złego pochodzi…
Nie wynika to jednak z natury religii katolickiej, ale z polskiej traumy historycznej. Tu bowiem każda forma odwołania się do państwa, niemal każda forma etatyzmu traktowana jest jako relikt PRL-u. A każde odwołanie do troski o dobro wspólne (definiowane inaczej niż często-gęsto sprowadzone do czystej formułki wezwania: „Bóg, honor, ojczyzna”), jakim jest np. środowisko naturalne i dbałość o nie, uważane – zgodnie z najgorszą, krótkowzroczną (bo nie chcę nikogo oskarżać o złą wolę) manierą – za formę straszliwego lewactwa. Nic też dziwnego, że w rodzimym dyskursie publicznym skrzętnie pomija się niedawne, pro-ekologiczne wypowiedzi Benedykta XVI. Polscy katolicy – en masse – by nie narażać się na wysiłek przemyślenia własnych poglądów wolą przemilczeć to, co jest dla nich w niedawnych) wypowiedziach papieskich niewygodne. A etyka chrześcijańska – powtórzę – jest traktowana przede wszystkim jako zbiór przypisów dotyczących tego, co w łóżku wolno, czego nie wypada i z kim. Można odnieść przykre wrażenie, że jesteśmy tu po prostu zakładnikami współczesnej pop-kultury, tyle że ze zmienionym znakiem. Kler zaś, który mógłby podpowiedzieć coś więcej, koncentruje się zwykle na odzyskiwaniu kościelnego majątku, fraternizacji z klasą polityczną wszelkich nurtów i życiu w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest w najlepszym porządku. A jeśli nie jest, to znaczy, że winni są jacyś „oni”. Z tym że „oni” znaczy co innego dla abp Życińskiego, a co innego dla duchownych z miasta Torunia, co innego dla ojców paulinów z Częstochowy, a jeszcze co innego dla abp Dziwisza.
Czy istnieje dziś w polskiej polityce autentyczny ruch religijny, poza nurtem narodowo-katolickim? Wątpię. Nawet jeśli traktować z dobrą wolą deklaracje aktywu PiS czy PO, w obu tych partiach widać daleko idące dwój-myślenie, które ostatecznie każe się domyślać, że religia jest tu pewnym szacownym zabytkiem (czasem szczerze przyjmowanym), który jednak nie obliguje do poważniejszych przemyśleń natury politycznej. I nie chodzi tu bynajmniej o kwestię aborcji, w której politykom najłatwiej pogodzić się z hierarchami, bo nie narażają żadnych wiążących dla siebie interesów. Czy słyszeliście o tym, by ktokolwiek liczący się w polityce tworzył dziś w Polsce programy w oparciu o solidaryzm społeczny, wywiedziony z Katolickiej Nauki Społecznej? Czy pamiętacie, jak najważniejsze ugrupowania polityczne odnosiły się do nauczania Jana Pawła II w sprawie wojny w Iraku? Czy wreszcie słyszeliście, by pro-ekologiczne wezwania Benedykta XVI rozeszły się szerszym echem w polskiej debacie publicznej? Pewnie nie. Nadmienię, że np. tekst Cezarego Michalskiego, poświęcony tej kwestii, został w zasadzie gruntownie przemilczany. Bo i opinie Ojca Świętego w tej kwestii są w Polsce niemal dla wszystkich niewygodne: Nowej Lewicy nie pasują do jej obrazu Kościoła, kręgom około-kościelnym do ich dziwacznie bojaźliwego (a czasem cynicznego) światopoglądu, zgodnie z którym ekologia to zło wcielone i narzędzie Żydów, masonów i lewaków.
Powtórzę: w kwestii religii w kraju tak bogatym w tradycje religijne panuje zadziwiający prymitywizm. Możesz być katolikiem-nacjonalistą, możesz być katolikiem-liberałem, możesz być wreszcie katolikiem z „Arki Noego”: bylebyś nie traktował zbyt serio państwa (boś etatysta i lewak), albo kwestii ekologicznych (boś lewak i ewentualnie z Unii się urwałeś), albo samej doktryny (bo widać nie było cię w „Arce Noego”). Mówiąc uczenie: jest dziś w Polsce, tak w życiu politycznym, jak i religijnym kilka paradygmatów, których przekroczyć nie wolno. A przynajmniej dla świętego spokoju nie wypada.
Tym bardziej zachwycił mnie tekst mowy Baracka Obamy, opublikowanej w pierwszym numerze reaktywowanej „Res Publiki Nowej” („RPN”, wiosna/lato 2008, 192/rok XXI); mowy zatytułowanej „Wezwanie do odnowy” (Call to Renewall), wygłoszonej przezeń 28 czerwca 2006 roku. Jest to przejrzysty intelektualnie, treściwy głos na rzecz pełnoprawności religii w życiu publicznym współczesnej Ameryki, aprobujący wielość wyznań na gruncie państwa multi-kulturowego. Ten tekst znacznie poszerza horyzonty rozumienia współczesnej polis, która w pewnym sensie w swojej egzystencji cofnęła się do czasów przed-chrześcijańskich, podporządkowując intuicję religijną polityce (wspomnijmy na los Sokratesa!). Co ciekawe – i na to zwróciłem uwagę z polskiej perspektywy – religia jest dla Obamy polityczna w sensie społecznym, nie odwrotnie. To znaczy: jest polityczna przez zmiany (z reguły zmiany na lepsze, co on sam zauważa), jakich dokonuje w świecie.
Nie zamierzam w tym miejscu referować wspomnianego tekstu obecnego kandydata Demokratów na prezydenta, zainteresowani mogą sięgnąć po „Res Publikę”. Zwrócę tylko uwagę na ważną, a zapoznaną z polskiej perspektywy kwestię, którą porusza, gdy wspomina, m.in. Martina Luthera Kinga: „Twierdzę /…/, że zwolennicy świeckości mylą się, żądając od osób wierzących, by przed wkroczeniem w sferę publiczną zostawiły swą religię na progu domu. Frederick Douglas [wybitny czarny abolicjonista – przypis tłumacza], Abraham Lincoln, William Jennings Bryant [trzykrotny kandydat na urząd prezydenta USA – [przypis tłumacza], Dorothy Day [katolicka działaczka na rzecz ubogich – przypis tłumacza], Martin Luther King – jak i większość wielkich reformatorów w amerykańskiej historii – nie tylko byli motywowani wiarą, ale także używali religijnego języka dla poparcia swej sprawy. Mówienie, że w debatach publicznych ludzie nie powinni odwoływać się do »prywatnej moralności« jest absurdem. Nasze prawo z definicji stanowi kodyfikację moralności w znacznej mierze ugruntowanej w tradycji judeochrześcijańskiej. Co więcej, jeśli my, progresiści, odrzucimy część tych uprzedzeń, mamy szansę na nowo odkryć wartości, wpływające na moralny i materialny kierunek rozwoju naszego kraju, podzielane zarówno przez osoby religijne, jak i świeckie. Możemy dojść do wniosku, iż wezwanie do poświęceń na rzecz następnych pokoleń, potrzeba myślenia w kategoriach »ty«, a nie tylko »ja«, znajduje oddźwięk w kongregacjach religijnych w całym kraju”.
Ważność tego opisu nie polega tylko na tym, że człowiek, określający się mianem „progresisty” wskazuje na ważność religii w życiu publicznym, ale że widzi jej społeczne konsekwencje (a może i źródła?): realną możliwość budowy choć odrobinę lepszego świata. Tu rodzi się oczywiście problem: na ile doczesny, lepszy świat dla wszystkich jest kwestią zainteresowania chrześcijan, a na ile mrzonką (herezją). Dziś, jak sądzę, zbyt wielu gorliwych katolików w Polsce uważa, że bezpieczniej uciec się do eschatologii i (słusznej) nadziei na Powtórne Przyjście, niż zająć się wykluczonych i pokrzywdzonych realiami III RP. Jest to forma społecznego kwietyzmu, pozwalająca z czystym sumieniem zająć się robieniem własnych interesów, bez specjalnie głębokiej refleksji (co najwyżej ograniczonej do pomstowania na post-komunistów) nad meandrami współczesnej Polski. A zawsze znajdzie się taki pleban, co ewentualne smutki rozgrzeszy, w zamian za nowy dach na kościele. Bo choć wierni już w większości nie wierzą i do świątyni chodzą pro forma, to jednak nie wypada, by im na głowy cokolwiek padało… Są bowiem tacy księża, którzy już nie wierzą w Boga, ale wciąż wierzą, że nie powinno się psuć dobrego nastroju parafianom.
A mowa Obamy przypomniała mi czytaną niegdyś książkę Martina Luthera Kinga: „Dlaczego nie możemy czekać”. Zacytuję jej fragmenty: „Zaczyna się Rok Pański 1963. Widzę młodego czarnego chłopca. Siedzi na schodkach, które prowadzą do pełnej robactwa czynszowej kamienicy w Harlemie. Korytarze cuchną śmieciami. Chłopiec co dzień obraca się w świecie pijaków , bezrobotnych i szmaciarzy. Chodzi do szkoły, do której uczęszczają głównie Murzyni i niewielu Portorykańczyków. Jego ojciec jest bezrobotny. Matka – służąca – mieszka i pracuje na Long Island. Widzę młodą czarną dziewczynkę. Siedzi na progu zmurszałego drewnianego domku jednorodzinnego w Birmingham. Ktoś inny nazwałby to budą. Ściany aż proszą się o pomalowanie, a połatany dach grozi zapadnięciem. Pół tuzina małych mniej lub bardziej rozebranych dzieci biega po domu. Dziewczynka musi występować w roli matki. Nie może dłużej chodzić do pobliskiej szkoły, gdzie uczą się tylko Murzyni, ponieważ jej matka zginęła niedawno w wypadku samochodowym. Sąsiedzi twierdzą, że mogłaby żyć, gdyby karetka, która miała ją zabrać do szpitala – szpitala przeznaczonego tylko dla Murzynów – nie przyjechała tak późno”.
I tu skończę ten tekst, by uniknąć nadmiaru patosu: możliwe jest chrześcijaństwo i możliwe społeczeństwo nadziei. Tylko nie jestem pewien, czy akurat tutaj, gdzie niemal wszyscy zdają się być przeniknięci Dobrą Nowiną (z poprawką na lyberalizm) aż do mdłości.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 3 lipca 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Ilekroć oglądam medialne migawki i relacje z polskich strajków, tylekroć mam wrażenie, że temat ten próbuje się upchnąć w kąt lub przedstawić strajkujących w nienajlepszym świetle. Zwykle jest to rozhisteryzowana tłuszcza, albo nieporadnie wypowiadający swe racje ludzie, którzy nie budzą w odbiorcy ni krzty sympatii. A jako tzw. głos ulicy słyszymy zwykle poirytowanych i wściekłych ludzi, zmęczonych protestem pocztowców, kolejarzy, kierowców MPK, pielęgniarek czy nauczycieli. Ci, którzy podejmują się strajków, to roszczeniowcy, związkowa sitwa lub nieudacznicy, wrzód na zdrowym ciele organizmu. Interesujące, jak ta retoryka, choć o wiele bardziej subtelna, przypomina to, co o strajkujących ludziach „Solidarności” w czasach PRL-u mówiła oficjalna propaganda (a w pewnym okresie także część solidarnościowych elit). Tyle że wtedy częściej używano terminu „warchoły”, który dziś, w III RP wypadł z obiegu, może i dlatego, że zbyt wyraźnie przypominałby pewne podobieństwa w ideologii wyznawanej przez nomenklaturę.
Strajk jest zawsze rozsadnikiem istniejącego ładu, zjawiskiem budzącym niepokój strażników istniejących struktur, jest także czynnikiem anarchizującym istniejące status quo. I desperackim wołaniem o sprawiedliwość, a przynajmniej o zachowanie ducha tej sprawiedliwości w życiu społecznym i ekonomicznym. I właśnie ten ostatni element zwykle zostaje usunięty w cień w większości współczesnych przekazów medialnych. Ludzi domagają się podwyżek, zachowania uprawnien, próby wynegocjonowania lepszych warunków pracy czy też – najbanalniej w świecie – zachowania etatu. Oficjalna ideologia III RP, skutecznie zaszczepiona społeczeństwu, przedstawia tego typu kwestie z dobrodusznym politowaniem lub jawną pogardą. Marks miał rację: panujące idee są ideami panujących. A panujący chcą mieć święty spokój: myślę zarówno o „stu najbogatszych Polakach”, zagranicznym kapitale, jak i politycznych krewnych i znajomych tych państwa ze wszystkich partii liczących się na naszej scenie politycznej. Z drobnym zastrzeżeniem: jedynym przyjacielem strajkujących jest aktualna (w danym momencie) opozycja. I kilka lewicowych partii kanapowych, które z zasady nie mają większego poparcia wśród gorzej opłacanych mas: resztki klasy robotniczej czy szerszej rzeszy pracowników najemnych.
Zresztą, kto dziś może sobie pozwolić na strajk? Większe centrale związków zawodowych, reprezentujące resztkę haniebnie – wedle rozumienia neoliberałów czy nekonów – nie sprywatyzowanych zakładów pracy. Na marginesie została większość „transformowanych” Polaków, utrzymujących się na tzw. rynku pracy. Tu trzeba jasno przyznać, że spora w tym zasługa samych związków zawodowych, które przez lata kompletnie nie radziły sobie z nowymi wyzwaniami w rodzaju sieci hipermarketów, albo cynicznie realizowały własną politykę, politykę upolitycznionych, sfraternizowanych z biznesem sitw związkowych. W ramach politycznych wojen posyłano na bitwy swoich związkowców, by np. utrudnić życie aktualnie rządzącym. Za grosz w tym suwerennej, dalekowzrocznej wizji.
Kryzys lewicy w Polsce jest nie tylko kryzysem politycznym, ale – w dużej mierze – także kryzysem dzisiejszego ruchu związkowego, hybrydy post-solidarności i post-PRL-u. Nowa, obyczajowa lewica zaś podsuwa nową wizję protestu: marsze tolerancji. Abstrahując od kwestii obyczajowych, różnica jest taka, że marsze protestu osłania policja, zaś w czasie „klasycznych strajków” protestujący mają siły porządkowe przeciwko sobie. W zasadzie mają przeciwko sobie wszystkich: od „stu najbogatszych Polaków”, przez rządzących, po fotoreporterów i gryzipiórków, niepomiernie zdziwionych, że są jeszcze takie dwunożne, nieopierzone zwierzęta, ze złością i gniewem w oczach wegetujące na obrzeżach nowego, wspaniałego świata. A gdy to chamstwo zwali się do Warszawy, to już w ogóle jest płacz i zgrzytanie zębów.
Jak dotąd pamiętam tylko jeden incydent, gdy media pozytywnie odniosły się do długotrwałych strajków pielęgniarek: gdy za czasów rządów PiS przed siedzibą Rady Ministrów siostry rozbiły „białe miasteczko”. Wielce byłem zdziwiony, jak długo, szczegółowo i z jaką empatią większość mediów potrafi relacjonować strajkowe wydarzenia, jak umie współczuć, sympatyzować i pochylać się z troską. Wtedy to właśnie Sławomir Sierakowski stworzył jedną ze swych wielkich wizji, wieszcząc rychły sojusz inteligencji i ludu pracującego, jak z czasów „Solidarności”, w imię obalenia kaczofaszyzmu. Miała to być nowa jakość, co z niejakim zachwytem odnotowała część wybitnych publicystów. Owszem, była. Jak wszystko w czasach mediokracji – miała swoje pięć minut. I ani chwili dłużej. Bal maskowy (bo trudno to nazwać karnawałem) szybko się skończył ku chwale rosnącego PKB. Trzeba odnotować zresztą, że wśród zwolenników PiS, którzy histerycznie reagowali wówczas na białe miasteczko, reakcje wobec strajkujących diametralnie się zmieniły już w czasach rządów PO. Strajkujący ludzie, niczym kolektywny chłopiec do bicia czasów III RP, zaczął po prostu otrzymywać cięgi i pieszczoty od kogo innego. Ale zasadniczo ich pozycja nie uległa zmianie: są na kolanach. Tyle że obecnie łatwiej wstać, otrzepać pył polskiej ziemi i udać się za chlebem na obczyznę.
Kłopot w tym, że ktoś tu musi zostać, by obsługiwać „stu najbogatszych Polaków”, dać zarabiać ludziom z show-bizu, utrzymywać klasę polityczną itp. Kto zatem zostaje, a wie, że nie samą myślą żyje człowiek, niech pamięta to hasło: kto nie strajkuje, niech też i nie je.