przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Przed Bożym Narodzeniem 2008 roku grupa blogerów www.salon24.pl zorganizowała akcję zbierania prezentów dla dzieci z ośrodka „Antidotum” w Szczypiornie. Ośrodek zrzesza osoby bezdomne, niezaradne życiowo oraz z problemem alkoholowym. Na jego terenie prowadzony jest także program terapeutyczny, służący społecznej reintegracji „trudnych rodzin”. Do akcji przyłączyła się spora grupa blogerów, a także, w mniejszym lub większym stopniu inne platformy blogerskie, np. niepoprawni.pl. Inicjatywa odniosła sukces i dzieciaki otrzymały upragnione prezenty: od hulajnogi po buty.
Powodzenie tej drobnej przecież akcji, zrobionej rękoma ludzi, którzy z reguły kontaktują się ze sobą jedynie przez Internet, pozwala poruszyć o wiele głębsze zagadnienie: co znaczy duch republiki i czy jesteśmy, jako Polacy, zdolni go reaktywować. Zacznijmy od tego, że w przedsięwzięciu uczestniczyli ludzie o bardzo różnych poglądach na sferę polityki, gospodarki, historii, obyczajowości itp., ludzie w różnym wieku i o odmiennych doświadczeniach życiowych, wyrażający mniej lub bardziej radykalne sądy na temat świata. W pewnym sensie można powiedzieć, że reprezentowali „Polskę w pigułce” albo że przedstawiali sobą „Polaków portret własny”, choć pewnie trafniej będzie mówić o szkicu.
Duch republiki bierze się z uzgodnienia wspólnych celów i środków. Wspólny cel, kroki poczynione dla jego osiągnięcia, jeśli noszą w sobie znamiona szlachetności i dobra, godne są określenia mianem republikańskich. Bo rzecz pospolita, czyli przynależna ogółowi, opiera się na cnocie, czyli – pierwotnie – zdolności do działania, aktywności społecznej, a dalej, na przyjęciu wartości, w imię których warto poświęcić czas, pracę, pieniądze. Duch republiki nie wyraża się w monoideowości, dyktaturze proletariatu, pieniądza, w poddaństwie, ale w świadomym i wolnym wyborze, i uznaniu nadrzędności dobra wspólnego (Ignacy Loyola: Dobro jest tym większe, im bardziej powszechne) nad partykularyzmem. Duch republiki pozwala kwestionować cudze racje, ale wcielony w materię życia uznaje kompromis jako narzędzie konieczne dla budowy wspólnoty. Ten kompromis najlepiej wyraża słowo tolerancja w swoim pierwotnym, nie zafałszowanym przez poprawność polityczną znaczeniu. Tolerować to znaczy znosić coś, ścierpieć, powstrzymać się od takich reakcji, które niweczą możliwość porozumienia. Wszystko to sprawia, że duch republikański jest wyzwaniem trudnym, ale niezbędnym dla zdrowego ustroju społeczno-politycznego.
Blogerzy, którzy w grudniu 2008 roku uczestniczyli w akcji na rzecz dzieci ze Szczypiorna, niejako zawiesili swoje poglądy, decydując się na współdziałanie. Przecież można sobie wyobrazić sytuację (i takie rzeczy się zdarzają!), że ktoś wystąpiłby z wnioskiem, iż łysi, siwi, okularnicy, albo ci, co przed snem nie trzymają rączek na kołdrze – nie mają prawa uczestniczyć w inicjatywie. Duch republikański zawsze ściera się z duchem sekciarstwa różnorakiej proweniencji. Nie jest jednak tak, że istnieje proste przeciwstawienie: republikanizm versus sekciarstwo, bo równocześnie pojawia się problem granic wspólnoty, granic rzeczy pospolitej, granic tego, co wspólne.
Istnieją, owszem, różnego rodzaju utopijne uniwersalizmy, od komunizmu zaczynając, a na naiwnie kosmopolitycznym globalizmie kończąc, ale żaden z tych projektów nie może poszczycić się większymi sukcesami. Wiara, że wszyscy ludzie będą braćmi, jest tyleż szczytna, co niebezpieczna. Nawet na gruncie religii nie istnieje coś takiego jak „bezwzględny uniwersalizm”. Mówiąc nieco bezwzględnie: poczucie wspólnoty zawsze zakłada konieczność wyodrębnienia, zdefiniowania (definicja to zgodnie ze źródłosłowem wyznaczenie granic poszczególnych bytów czy pojęć).
Powie ktoś, że stosunkowo łatwo ustanawiać sobie wspólne, małe cele, lecz o wiele trudniej uczynić to na płaszczyźnie szerszej czy ogólnospołecznej, ogólnonarodowej. To prawda, ale trzeba pamiętać, że duch republikanizmu polega właśnie na oddolnym budowaniu więzi, ustanawianiu celów i środków, na budowaniu tożsamości nie zadekretowanej, ale rzeczywistej. Duch republikański jest sumą wielu działań i postaw. Tragedia PRL polegała także na tym, że zniszczono treść słów takich jak „obywatel” (słynne milicyjne: „pozwólcie no, obywatelu”), że jedność narodową próbowano budować przez manipulację, fałsz i przemoc, pod okiem i pod dyktando stojących na trybunach towarzyszy, że splugawiono „najświętsze słowa naszego życia”. Warto pamiętać, że osobny dramat kryje się w tym dla ludzi lewicy. A dziś? Dziś słowa te wegetują gdzieś na dnie społeczeństwa konsumpcyjnego.
Duch republikanizmu jest jedną z najpiękniejszych polskich tradycji historycznych, pomimo wszystkich kontrowersji, jakie towarzyszą naszym dziejom. Ale nie musi się kojarzyć jedynie z szacowną pamiątką, kontuszem czy karabelą. Możemy odbudować republikę w myśl zasady, która przecież także jest dobrem wspólnym: myśl globalnie, działaj lokalnie. Myśl w szerokich kategoriach, ale świat zmieniaj na miarę swoich możliwości. Inaczej inni zrobią to za ciebie i niekoniecznie dla wspólnego dobra.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Pamiętam z dzieciństwa małe wielkopolskie miasteczko Bojanowo, nieopodal Leszna. W jednej z uliczek stał budynek, na który wskazywali mi Rodzice, mówiąc: „Tu była żydowska synagoga. Po wojnie przerobiono ją na łaźnię miejską”. Pamiętam też dyrektora mojej szkoły podstawowej, człowieka wielkiej dobroci i otwartości, opowiadającego uczniom: „Przed wojną mieszkali wśród Polaków także Żydzi, bogaci i biedni. To był zupełnie inny świat. Zostali zamęczeni. Nie ma powodu, byście pogardzali ich pamięcią”. Pogadankę wygłosił, bośmy jako dzieci wyzywali się wzajem: „ty Żydzie”.
Trzymam przed sobą dwie powieści Grigorija Kanowicza poświęcone losom Żydów na terenach dzisiejszej Litwy, Białorusi, Rosji, zatytułowane „Nie odwracaj twarzy od śmierci” i „Park niepotrzebnych Żydów”. Opowiadają o wydarzeniach od mniej więcej lat 20. ubiegłego stulecia, po rozpad Związku Radzieckiego. Powieści gorzkie, refleksyjne, nostalgiczne, wskrzeszające świat, którego nigdy już nikomu nie będzie dane oglądać.
Trudno tu opowiadać ich treść, ale najważniejsze kryje się w rekonstrukcji świata małych żydowskich wspólnot, rzuconych pośród inne nacje, przenikających się z nimi i różniących się od nich, tworzących barwną mozaikę ówczesnej rzeczywistości. Powieści pisane w cieniu śmierci i zagłady, z której nielicznym Żydom było dane wyjść obronną ręką. Kanowicz nie unika tematów trudnych: wzajemnych żydowskich konfliktów, akcesu części środowisk żydowskich do radzieckiego komunizmu, świadomego, często niemal ostentacyjnego podkreślania przez Żydów własnej odrębności. A równocześnie ukazuje ludzi, którzy nie mieli wątpliwości, czym jest bolszewizm, ludzi, w których żyłach płynęła krew i polska i żydowska, krwi tak różnej, tak pomieszanej, ukazuje ludzi różnych nacji i wierzeń w najbardziej dobrosąsiedzkich, bo banalnych i przyziemnych stosunkach, Żydów ateistów i Żydów głęboko wierzących, takich, co chcieli najpierw do Palestyny, a później do Izraela i tych, co nie chcieli oderwać się od ziemi, na której przyszli na świat, tych co wyemigrowali do Ameryki i tych, co przeżyli życie w Rosji Sowieckiej.
I nagle przyszło spustoszenie, ze Wschodu i z Zachodu. Ohydny, krwawy wymiar tego spustoszenia jest dziś niemal banałem, przez niektórych nazbyt chętnie bagatelizowanym. Ale nie mniejsza zbrodnia tego spustoszenia polegała na tym, że zniszczyła kulturę, tradycję i pamięć, jakie przenikały nasz wschodnioeuropejski świat przez stulecia. Dwie ideologie, równie absurdalne i nie troszczące się o człowieka, jakim jest w swoim powszednim żywocie, mordując ludzi, burząc ich domy, karczmy, fabryki, cmentarze, szkoły i miejsca modlitw, niszcząc życie zabiły kulturę, odebrały tożsamość znacznej połaci świata.
Lejzorek Rojtszwaniec to biedny rosyjski Żyd z powieści Erenburga, prostaczek, który dźwiga w sobie los swojego narodu, cały smutek, lecz zachowuje szczególny rodzaj humoru, jakim szczycili się synowie Izaaka, Abrahama i Jakuba. Dla mnie osobiście – symbol obcości wobec każdego i wszystkich, ciągłego oczekiwania na Mesjasza lub pogromy lub drwinę: „Ty Żydku”. Ale nie każda obcość musi budzić wrogość, choć coraz częściej mam wrażenie że tak dziś właśnie jest. Może właśnie dlatego, że żyjemy w świecie zepsutym przez totalitaryzmy, niewypowiedziane krzywdy i zbrodnie, w świecie, który nie wyleczył się z traumy historycznej, bo w odróżnieniu od życia jednostek, narody pozbywają się bólu, poczucia winy i krzywdy znacznie, znacznie dłużej.
A przecież – jak wspomniałem – nie każda obcość musi powodować wrogość. Może budzić rozbawienie, zrozumienie, poirytowanie, dobrotliwe poczucie wyższości, ale może przy tym wszystkim być oswojoną, czy nawet lepiej: swojską obcością. Obcość (wobec) ubogiego szewca Lejzorka Rojtszwańca, która nie kopie dołów i nie bije w twarz, ani nie szuka okazji, by z pogardą warknąć: „parchu”. A przecież Lejzorkowi i wszystkim bohaterom powieści Kanowicza należy się przede wszystkim requiem. I kadisz.
Ktoś zapyta, po co nam ta pamięć? Bo nas odróżnia od zwierząt, bo jest naszym ludzkim prawem i obowiązkiem, bo sublimuje kulturę i nie pozwala jej wyjałowić się w stereotypach i banałach, w schematach i w ignorancji. Bo poskramia złą wolę czy głupotę tych, co chcieliby pisać historię na nowo, albo wykoślawić ją na swoją korzyść. Dlatego lubię te strofy Słonimskiego:
„Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek, W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.
Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany, Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto, I wapnem sinym czysto wybielono ściany, Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.
/…/
Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem, Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni Opłakiwali święte mury Jeruzalem.
Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa, Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa Dwa narody tym samym karmione cierpieniem”.
Nie ma już tych miasteczek. A nie wiem, czy pozostanie pamięć.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Stary slogan reklamowy powiada, że reklama jest dźwignią handlu. Ale ten niemal mechanicystyczny obraz nie oddaje całej prawdy o współczesnej reklamie. W większym jeszcze stopniu jest ona symbolem baśniowej krainy zamieszkałej przez ludzi, którzy nigdy nie dorosną.
Spore wrażenie robi na mnie zwykle oferta tele-zakupów/tele-sklepów. Produkty tam oferowane to – mówiąc kolokwialnie – najgorszy szajs, łatwo niszczące się gadżety, zachwalane jako niezbędne w każdym gospodarstwie domowym, jako konieczne dla osiągnięcia lepszych rezultatów w pracy i w życiu towarzyskim. Najbardziej fascynuje sposób, w jaki towar ten przedstawiany jest potencjalnym klientom tele-sklepów.
Czas jakiś temu z perwersyjną niemal ciekawością obejrzałem blisko półgodzinną reklamę „laserowego grzebienia”, którego użycie ma cofać proces łysienia. Jak poinformowano potencjalną klientelę, produkt został opracowany w oparciu o nowoczesną technologią powstałą na użytek NASA (sic!). Najwyraźniej amerykański instytut kosmiczny troszczy się o to, by na wypadek bliskiego spotkania III stopnia kosmonauci mieli bujne czupryny. „Laserowy grzebień” mienił się od niebieskich i czerwonych diod, których dobroczynne promieniowanie przywraca rzekomo smutnym panom w tupecikach ich naturalne czupryny. Prowadzący tele-sklep ze starannie wystudiowanym uśmiechem zachwalali niezliczone walory urządzenia, które – w ostatecznym rachunku – przynieść ma nieszczęsnym, łysiejącym osobnikom rozwiązanie dręczących ich problemów, przywrócić fizyczną atrakcyjność i pewność siebie, a w ostateczności dać psychiczne ukojenie i szczęście.
Argument ze szczęścia to zresztą mantra współczesnej reklamy, także tej mniej topornej i kiczowatej niż oferta tele-sklepów. Interesujące, w jaki sposób zwykła gadżetomania, uzależnienie od posiadania coraz to nowych produktów, nieustanna presja na dokonywanie zakupów („po coraz niższej cenie”) łączy się z mniej lub bardziej subtelną sugestią, że cały ten zgiełk po to, by pojmowany jako konsument człowiek znalazł/odzyskał szczęście w swoim życiu. Od farb do włosów po nowy model samochodu, od zwykłej herbaty po kredyt w banku: szantażują nas z ekranów i billboardów szczęśliwi ludzie, którzy chcą nas uczynić na swój obraz i podobieństwo. I nic to, że żaden krem nie zdoła już zapobiec zmarszczkom, nic to, że kredyt mieszkaniowy na trzydzieści lat jest smutną koniecznością, nic to, że gazowany napój prędzej nabawi nas wrzodów, niż przeniesie do krainy fantazji, nic to, że najnowszy model komórki nie rozwiązuje problemów w relacjach z najbliższymi – i tak presja konsumpcji odciska na nas swe piętno, a na pociechę otrzymujemy dawkę pozytywnych emocji, które mają nas utwierdzić w słuszności dokonywanych wyborów. Niby nie ma w tym nic niezwykłego i w zasadzie można przyjąć, że każdy racjonalnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę z umowności reklamy. A jednak…
W szkołach, do których uczęszczają moi nieletni krewni, między dziećmi trwa nieustanna rywalizacja o najlepszy, najnowszy model telefonu komórkowego, iPoda, itp. technicznych „uprzyjemniaczy” egzystencji. Oczywiście, ktoś sponsoruje tę dziecięcą rywalizację: rodzice. Socjalizacja, życie społeczne zaczyna się od przyswojenia najprostszej z reguł gry: człowiek jest tym, co ma i na co go stać. Tego typu uogólnienie może wydać się krzywdzące, ale kulturowo jest nie do podważenia. I co ważniejsze, znakomicie obnaża mechanizmy funkcjonowania świata dorosłych.
Dorośli z różnorakich przyczyn zmuszeni są często ukrywać swoje fascynacje gadżetami, czytelnymi znakami stanu posiadania itp., za konwenansami. Nie wypada ani przesadnie ostentacyjnie obnosić się z bogactwem, ani nazbyt wymownie okazywać zazdrości. Status materialny jest zresztą dla osób dorosłych, nie bez racji, znakiem ról społecznych i symbolem odpowiedzialności; trudno tu często rozgraniczyć między infantylnym poczuciem szczęścia, jakie dają przedmioty a ich rzeczywistą wartością użytkową, między majątkowymi, prestiżowymi zależnościami w obrębie grupy znajomych (pani domu szczycąca się na przyjęciu nowym kompletem mebli) a faktyczną potrzebą, np. wymiany sprzętów w gospodarstwie domowym.
Dzieci, ze swoją „naiwnością” i „dziecięctwem” mogą w nieskrępowany sposób, za aprobatą dorosłych licytować się na drobiazgi, wyznaczające ich miejsce w grupie rówieśniczej, poprawiające lub psujące im nastrój. Jest w tym coś naturalnego, czy może ściślej: nieuniknionego. Problem zaczyna się wtedy, gdy za niewypowiedzianym przyzwoleniem dorosłych chęć posiadania prowadzi do kradzieży, rozboju, do kompletnego braku rozróżnienia między wartościami etycznymi a materialnymi, gdy na stałe utrwala się infantylizm jako cecha nie tylko osobnicza, ale społeczna. To zresztą znamienne, jak ludzie majętni od pokoleń w sposób spokojny i zrównoważony potrafią obchodzić się z posiadanym majątkiem, gdy nowobogaccy sprawiają wrażenie, jakby zstąpili na ten ziemski padół łez prosto z Bollywood.
Polacy en masse są społeczeństwem nuworyszy. To, co zachodnie państwa przyswajały – choć przecież nie bez trudu i kryzysów – przez dziesięciolecia, jeśli nie dłużej, w Polsce zdobywa się szybciej, gwałtowniej, z o wiele większą zachłannością, a co za tym idzie, brakiem krytycyzmu. Materialny dobrobyt, w gruncie rzeczy nieodzowny dla prawidłowego funkcjonowania w życiu społecznym, staje się fetyszem, usprawiedliwieniem atomizacji i znieczulicy społecznej, bezrefleksyjnego kultu gospodarki, ekonomicznego darwinizmu. Społeczeństwo dużych dzieci pcha przed sobą wózki wypchane zakupami a później zamyka się w domach, by delektować się swoim dobrobytem (bo „rodzina jest najważniejsza”). Jakie to może mieć konsekwencje dla życia i kultury społecznej, dla jakości instytucji i tzw. demokracji przedstawicielskiej?
Szczęśliwi ludzie nie muszą zadawać sobie takich pytań…
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 23 grudnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
„Hegel powiada gdzieś, że wszystkie wielkie wydarzenia i postacie historyczne występują, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać; za pierwszym razem jako tragedia, za drugim – jako farsa” – tak Karol Marks rozpoczyna esej „Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte”.
Czy gdy Żeromski śnił szklane domy, które miały uosabiać nową, odrodzoną Polskę, wiedział, że projektuje jeden z najbardziej nośnych lewicowych mitów, który jednak nigdy nie został zrealizowany? Szklane domy to dziś oklepany frazes, ale w tamtych realiach, których największym osiągnięciem były obśmiewane dziś „sławojki”, domy ze szkła, jasne, czyste, powszechnie dostępne, były zapowiedzią lepszego bytu, lepszej przyszłości, Polski szczęśliwej dobrostanem swojego ludu, Polski prawdziwie ludowej.
Na naszych oczach powstały szklane domy. „Arkadia”, „Galeria Krakowska”, „Stary Browar”. Zapełnia je lud pracujący miast i wsi, lud konsumencki. Wzniosła wizja Żeromskiego w długim pochodzie czasu i idei zrealizowała się w zupełnie innym kontekście. Czy to źle, czy dobrze? Czy śmiesznie, czy straszno? Cezary Baryka sprawdza stan konta i czeka na posezonowe obniżki cen. Cezary Baryka już nie musi pytać, co z tą Polską, bo od tego ma pana w telewizji. Mnóstwo panów i pań ze szklanego ekranu. Cezary Baryka spłaca 30-letni kredyt na mieszkanie i jest z tym faktem doskonale pogodzony. Cezary Baryka, zmęczony faktem, że nie doczekał ani IV RP, ani „drugiej Irlandii”, wierzy jedynie w zasobność własnego portfela, a w niedzielę w Pana Boga. Cezary Baryka chce autostrad. Cezary Baryka pyta, co się stało z „Solidarnością”, ale po kilku wódkach pokazuje wnukom legitymację nieboszczki partii. Cezaremu Baryce nie jest wszystko jedno, a znajomych zapewnia, że „Wyborczą” kupuje tylko ze względu na program telewizyjny. Cezary Baryka nie zapomniał o ideałach Sierpnia, bo ma pamięć dobrą, choć niestety krótką. Cezary Baryka już nie szwenda się po ulicach, wyczekując gniewu ludu. Gniew ludu to on zna z kolejki na poczcie, gdy na trzydziestu klientów przypada jedno czynne okienko. Cezary Baryka, ten niedzisiejszy ideowiec w każdym z nas, to wcielenie żeromszczyzny, jest po prostu rozczarowany.
Nie lubię pytań w stylu: „co poeta miał na myśli?”. Zwykle coś innego, niż sądzą interpretatorzy i egzegeci. Ale cóż – trudno mi oprzeć się myślom, jak Żeromski opisałby i rozumiał współczesną Polskę. Co budziłoby jego radość, co gniew? Kim byliby dziś bohaterowie jego opowieści? Czy doktor Judym pracowałby w prywatnym, czy w państwowym ośrodku zdrowia? Czy ta żeromszczyzna, niegodna ostatnio nawet szkolnych podręczników, ten duch społecznikowski, ten lewicowy, ale i ojczyźniany patos ma jeszcze sens, w Polsce 2009 roku?
Szklane domy epatują obfitością witryn, Cezary Baryka przegląda się w ich świetle i cicho szepcze do siebie, ni to stwierdzając, ni to pytając: „O take Polske my walczyli”.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 17 listopada 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
90. rocznica obchodów odzyskania niepodległości to zwyczajowa okazja do przemyśleń o losach państwa. Przemyśleń nieco schizofrenicznych, jak cała nasza rzeczywistość. Paradoks polega na tym, że obchodzimy 90. rocznicę odzyskania niepodległości przez byt czysto dziś symboliczny, nazwany II Rzeczpospolitą, gdy tymczasem większość struktur instytucjonalnych, nie mówiąc o kształtach granic, dziedziczymy po państwie, które tak deklaratywnie, jak i w zamierzeniu tradycjom II RP w znacznym stopniu przeczyło. Stąd pewna nieusuwalna sztuczność rekonstrukcji tradycji historycznych sprzed 1945 roku.
Innej Polski, niż po-PRL-owska nie będzie – na mocy samych wydarzeń historycznych. Bo też w dziejach naszego narodu/państwa jest tak, że każda radykalna zmiana ustrojowa odbywała się w ciągu ostatnich stuleci na skutek ingerencji zewnętrznej i pośród wydarzeń, które nie bez przesady można nazwać katastroficznymi. My zaś pozostaniemy już „państwem bez właściwości”, jeżeli miarą charakteru państwowotwórczego uczynić czytelne dla żyjących pokoleń, heroiczne na ogół mity założycielskie. Co jest zaś mitem założycielskim III RP? „Solidarność”? Jeśli tak, to mit to dość wykoślawiony i mocno niepełny, a przynajmniej dyskusyjny. „Okrągły Stół”? Tu sprawa ma się na ogół jeszcze gorzej. A później już tylko szare lata partyjniactwa i ideowej bylejakości, ucieczki w konsumpcję lub wygnania w biedę. I jeszcze tylko wejście do Unii i śmierć Jana Pawła II, do tego fajerwerk IV RP i znów cisza i spokój.
Mam zresztą dziwne wrażenie, że mimo raz po raz ponawianych lustracyjnych bojów, w Polsce istnieje cicha zmowa pokoleń, w którą włączeni są tak 20-, jak i 60-latkowie, by tak naprawdę niczego nie ruszać i nie zmieniać, by raczej żyć i pozwolić żyć innym w tym, co jest i jakie jest. Starsi zyskują dzięki temu święty spokój lub inne formy rekompensaty za swoją przemilczaną czy zmarnowaną przeszłość, młodsi: szansę pracy i jako takiego wynagrodzenia czy startu w dorosłość. I stąd m.in. zgoda na patologie życia gospodarczego, instytucjonalnego czy prawnego. Na partyjne i medialne status quo, które wszelki radykalizm czy nonkonformizm (lewicowy, prawicowy, liberalny czy jaki tam chcecie) skutecznie pacyfikuje i deprawuje: za granty, artykuły w wysokonakładowej prasie, nagrody dziennikarskie i księgarskie, itp. małe przyjemności, które sprawiają, że człowiek czuje się spełniony i mniej myśli, czy aby nie wdepnął w… Matrix. I dlatego do IPN czy innych okołopaństwowych, w tym medialnych, instytucji zatrudniani są chłopcy z prawicowym i neokonserwatywnym certyfikatem jakości, a pryszczaci rewolucjoniści nie wstydzą się brać kasy od cyników z SLD. W końcu trzeba jakoś żyć, by wyartykułować swoje subtelnie ocenzurowane i wygładzone racje.
Dlatego, jeśli o mnie chodzi, jestem z tą Polską coraz doskonalej pogodzony, choć – paradoksalnie – coraz mocniej wobec niej zdystansowany. Innej Polski mieć nie będę i nawet nie chcę, bo jak napisałem powyżej – jak znam świat, a przynajmniej tę jego okolicę – najpierw musiałbym przeżyć jakiś mało sympatyczny konflikt zbrojny. Z drugiej strony: ta Polska wcale mi się specjalnie nie podoba, czy ściśle: zdaje sobie sprawę z jej ułomności. Pięknie tą kwestię opisał Wasilij Rozanow, w odniesieniu do przedrewolucyjnej Rosji, na kartach „Apokalipsy naszych czasów”. Pozwolę sobie na cytat: „Na przykład »chcę urodzić ślicznego i mądrego chłopczyka«, a rodzi się »z sześcioma palcami, przygłupi i z nieoczekiwanymi wadami«. To samo stało się z naszą planetą. Jakby coś ją przestraszyło, gdy była brzemienna i urodziła »nie po Bożej myśli«, lecz »nieco inaczej«. I tak to, »co boskie« zmieszało się z tym, co »inaczej«”.
Pomijając metafizykę, która dla Rozanowa bywała swego rodzaju zabiegiem stylistycznym, zza której nieustannie przebijają rosyjskie sprawy, przekaz jest czytelny także na naszym gruncie. Miała być Polska „śliczna i mądra”, trochę taka jak w piosence Maryli Rodowicz, wyśpiewanej na okolicznościowym festynie medialnym z okazji obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości, a urodziła się „z sześcioma palcami, przygłupia i z nieoczekiwanymi wadami”. Polska upośledzona i schizofreniczna właśnie, która właściwie nikomu specjalnie nie odpowiada (choć każdy ma po temu inne powody), no ale już jest i taką ją przekażemy następnym i następnym pokoleniom, z nadzieją, że one będą w stanie wprowadzić sensowne korekty. Oczywiście pod warunkiem, że nie ulegną presji warunków, koterii i zależności, w jakich im także przyjdzie żyć.
Choć w sumie to ciekawe, jakich mężów stanu, jakich poetów, jakich filozofów, społeczników, kapłanów, generałów, jakich ludzi urodzi ta Polska, gdy nie będzie się jej przeszkadzać, gdy nie będą tu spadać bomby przez lat sto czy dwieście, gdy nikt na mapach nie będzie na nowo zaznaczał granic, a gąsienice czołgów nie zachrzęszczą po skorupach porcelany. Może z brzydkiego kaczątka wyrośnie piękny łabędź, a mądrzy, dumni i majętni Polacy będą spierać się o sprawy, które dziś spowite są dla nas tajemnicą.