przez redakcja | poniedziałek 13 lipca 2026 | aktualności
Narasta fala zwolnień grupowych i maleje liczba ofert pracy w Wielkopolsce.
Jak informuje portal Fakty Kaliskie, w Wielkopolsce odnotowano dwa fatalne wskaźniki obrazujące sytuację na rynku pracy.
Znacznie wzrosła skala zwolnień grupowych. Tylko w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku 2026 firmy działające w województwie zapowiedziały zwolnienia grupowe dotyczące 5000 osób. To o 70% więcej niż w całym roku 2025. Najwięcej zwolnień dotyczy branż handlowej i przemysłu. Największa skala zwolnień grupowych objęła miasto Poznań.
Druga z kiepskich tendencji to liczba ofert pracy. Firmy w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2026 roku zgłosiły ich 10 000. To aż o połowę mniej niż w tym samym okresie roku 2025. W powiatach ostrzeszowskim i poznańskim spadek liczby ofert pracy wyniósł rok do roku 70%. W dodatku aż jedna czwarta ofert to krótkotrwałe i zazwyczaj najniżej płatne etaty dofinansowane przez państwo: staże, prace interwencyjne itp.
przez redakcja | niedziela 12 lipca 2026 | opinie
Jednym z najważniejszych filarów społecznej akceptacji neoliberalizmu jest jego mitologia. Kapitalizm bowiem wykracza zdecydowanie poza bycie tylko koncepcją czy systemem ekonomicznym lub gospodarczym. Mark Fischer pisze wprost o „Realizmie kapitalistycznym”, to jest kulturowej władzy neoliberalizmu, która powoduje, że ustrój ten traktowany jest jako nie posiadający alternatywy, konieczny, niemożliwy do zastąpienia i podważenia. W tym ujęciu realizm kapitalistyczny to prawdziwa, zgodna z arcykapłanem liberalizmu Fukuyamą, koncepcja końca historii – kapitalizm nastąpił po ustrojach feudalnych, autorytarnych czy niewolniczych, ale po nim nie będzie już nic innego i nowego.
Tak skonstruowany realizm kapitalistyczny posiada oczywiście swoją sferę symboliczną i aksjologiczną, neoliberalną mitologię. I musi tak być, bo przecież przeciętny człowiek często nie poparłby wprost idei wolnorynkowej wyłożonej wprost. Ale jej konkretne mity, „prawdy” i obiegowe opinie – już jak najbardziej. Niekiedy zresztą, a nawet całkiem często, mitologia neoliberalna urasta do miana naukowych (czy raczej „naukowych”) koncepcji, a te szybko stają się „obiektywne” i powszechnie obowiązujące, także w świecie akademickim. Znaleźć je można jako powszechnie akceptowane twierdzenia w podręcznikach, skryptach i codziennych dyskusjach ekspertów.
Jednym z największych takich mitów, wręcz konstruujących i będących jednym z filarów neoliberalizmu, jest definicja ekonomii. Otóż w każdej szanującej się wyższej szkole handlu, biznesu etc. dowiemy się, że ekonomia to sztuka wykorzystania i zarządzania zasobami w warunkach deficytu. Twierdzenie to, niby mające wyłącznie wartość naukowej definicji, w gruncie rzeczy jest ideowym manifestem oraz kierunkowskazem systemu, który z samej definicji opiera się na rosnących nierównościach, drenażu publicznych finansów i usług, oraz coraz większym kumulowaniu kapitału, a przez to władzy, przez wielki kapitał.
A co jeśli ekonomia to tak naprawdę sztuka zarządzania nadwyżkami – i to coraz większymi?
To, że w skali państw, regionów i wreszcie całego świata panuje nierówność, jedni mają więcej, inni mniej, jest sytuacją trwającą od zawsze. Absolutną równość i pełne zrównanie majątkowe ani nie jest możliwe, ani do końca pożądane. Czy chcemy ostatecznie, aby lekarz ratujący życie zarabiał mniej niż np. patoinfluencer?
Nierówności takie mają jednak pewne ramy – nie tylko Globalne Południe jest biedniejsze niż Bogata Północ, ale w ramach tejże Północy jedni mają więcej, inni mniej, a do tego na wszystko, w skali globalnej, nakłada się rosnąca wszechwładza korporacji.
A skoro rozpatrujemy całość globalnie, to zacznijmy od podstaw. Ile jest bogactwa na świecie i jak to się matematycznie rozkłada?
Profesor Ladislau Dowbor, powołując się na analizę UBS, podaje, że globalny majątek gospodarstw domowych szacowany jest łącznie na 463,6 bln dolarów i znajduje się w rękach 5,3 mld dorosłych na naszej planecie. Skumulowany majątek osobisty na świecie wynosi około 87 tys. dolarów na osobę dorosłą. W przypadku rodziny składającej się z dwóch dorosłych osób byłoby to 174 tys. Co to znaczy? Wybitny ekonomista nie ma złudzeń: „Po raz pierwszy w historii ludzkości mamy wystarczająco dużo dla każdego, nie licząc wartości infrastruktury”.
Potwierdzają to dane dotyczące światowego PKB. Jeśli sumę tę – 110 bilionów dolarów – podzielimy przez 8-miliardową populację, zdamy sobie sprawę, że to, co dziś produkujemy w postaci towarów i usług, stanowi równowartość ponad 4,2 tys. dolarów miesięcznie dla czteroosobowej rodziny. To około 15,5 tysiąca złotych.
O czym świadczą te statystyki? Jeśli zestawimy je z odsetkiem osób na świecie dotkniętych ubóstwem, głodem, biedą etc., to okazuje się, że generalnie dobrobyt rozumiany jako dostępność dóbr rośnie szybciej niż liczba ludzi na świecie, więc uznać należy, że o ile kiedyś faktycznie można było mówić o niedoborach konsumpcyjnych i życiowych, o tyle dziś produkujemy i posiadamy wystarczająco dużo. Nie tylko aby zapewnić godne życie literalnie każdemu na świecie, ale także aby zwiększać ten poziom oraz rozwijać nasze gospodarki.
Skoro jest tak dobrze, to czemu nierówności rosną (bo rosną), a korporacje mają coraz więcej i więcej, nie tylko zresztą pieniędzy, ale przede wszystkim władzy?
Otóż ekonomia to faktycznie sztuka zarządzania. Tyle że nadwyżkami – oraz tak, aby generować niedobory. I taką definicję ekonomii neoliberalnej możemy przyjąć.
W świecie wolnego rynku bowiem następuje splot zjawisk, które ongiś Naomi Klein wyszczególniła jako główne filary neoliberalnych „doktryn szoku”: prywatyzacja, deregulacja oraz podatkowe przywilej dla najbogatszych. Stąd nie dziwi, że w świecie, w którym szarlataństwo Chicago Boysów jest obowiązujące, następuje tak ogromna akumulacja kapitału w rękach ostatecznie bardzo niewielkiej liczby podmiotów.
Prof. Dowbor pisze, że 80% kontroli nad wszystkimi korporacjami ponadnarodowymi sprawuje tylko 737 podmiotów. To oznacza skrajną nierówność skupienia i rozkładu władzy i wpływów. Do tego aż 40% kontroli nad wartością ekonomiczną tychże korporacji ponadnarodowych znajduje się w rękach zaledwie 147 struktur.
Możemy więc roboczo przyjąć następującą wizję rzeczywistości: ze względu na postęp technologiczny, informacyjny i ostatecznie polityczno-społeczny na całym świecie, jak również w większości regionów, wielkość produkcji i wytwarzanych dóbr i usług pozwala na mówienie o nadmiarze (nadwyżce). To z kolei oznacza, że możliwy jest stan ogólnego wzrostu poziomu życia. Tak się jednak nie dzieje, gdyż przeważająca większość nadwyżki skapuje do portfela niezwykle wąskiej grupy odbiorców, głównie korporacji i kapitału międzynarodowego, która kumuluje go w celu zwiększenia swej władzy i wpływów. Efektem jest nie tylko utrzymująca się nierówność i pauperyzacja kolejnych grup ludności (co wynika z ekspansywności neoliberalizmu i poszukiwania kolejnych sfer do drenażu), ale przede wszystkim rosnące wpływy polityczne i decyzyjne tychże podmiotów.
Jak podają oficjalne raporty dotyczące światowego rozkładu bogactwa: 62,5 mln ludzi – 1,2% dorosłej populacji – posiada 47,8% zgromadzonego bogactwa: 221,7 bln dolarów. 627 mln dorosłych – 11,8% ogółu – posiada 38,1% bogactwa: 176,5 bln dolarów. To, co można sklasyfikować jako niższą klasę średnią, ze zgromadzonym majątkiem 10-100 tys. dolarów, ma 13,0% majątku: 60,4 bln dolarów. A 2,818 mld dorosłych, 53,2% ogółu, posiada zaledwie 5 bln: 1,1%.
Wniosek, jaki wysuwa Ladislau Dowbor, jest druzgocący dla koncepcji neoliberalnej rozpatrywanej z perspektywy sprawiedliwości społecznej: „około dwie trzecie ludzkości jest wykluczone lub niepewnie włączone do systemu”. Trudno o bardziej dobitny dowód nie tylko na to, że ekonomia to sztuka zarządzania nadwyżkami, ale i na to, że w warunkach kapitalizmu sztuka ta służy skrajnie niewielkiej grupie osób.
I nie jest to przypadek lub anomalia. To celowa polityka, realizowana od kiedy kapitalizm w gruncie rzeczy powstał, ale przede wszystkim widzimy skokowy wzrost tego zjawiska od początku lat 80., gdy do władzy doszli Reagan i Thatcher, a sukinsyn Pinochet od paru już lat niszczył i terroryzował Chile ku pełnej aprobacie liberalnych heroldów „niewidzialnej ręki” – a nawet z aktywnym ich doradztwem i wsparciem.
O ile bowiem na Zachodzie po wojnie zapanował konsensu, wedle którego pracownicy i społeczeństwo mieli partycypować w zyskach i rozwoju ekonomicznym, o tyle dojście do władzy wspomnianych piewców neoliberalizmu odwróciło sytuację. W latach 1946-1980 dochód najbiedniejszych 50% wzrósł o 129%, natomiast najbogatszego 1% „tylko” o połowę. W USA do połowy lat 70. panował swoisty konsensus wśród Republikanów i Demokratów, że płace minimalne powinny rosnąć szybciej niż inflacja – to najłatwiejszy sposób na poprawę losu najgorzej sytuowanych. I faktycznie w tym czasie liczba milionerów i miliarderów w USA spadała, o tyle same Stany Zjednoczone stały się krajem niespotykanego dobrobytu i powszechnego awansu społecznego.
Od ponad 40 lat sytuacja jednak wygląda zupełnie inaczej, co połączone jest nie tylko z drenażem finansowym i ekonomicznym szeroko rozumianych klas ludowych, ale i całych państw oraz ich aparatury. Bo jeśli jeszcze kilka lat temu Brazylia posiadała rezerwy finansowe na poziomie 30 mld dolarów, a Argentyna zaledwie 10 mld dolarów, to spekulant Edward Jones obracał, według „Business Week”, kwotą 255 mld dolarów, a Merrill Lynch… tryliona dolarów!
Całość wynika nie tylko ze wspomnianej skrajnej deregulacji, ale także jej skutku w postaci zmiany struktury ekonomii i dywidend. Przesuwa się to bowiem z sektora produkcji do sektora finansowego lub jak kto woli: spekulacyjnego. Ten umożliwia wyprowadzanie kapitału i jego skupienie, także w rajach podatkowych i wszelkich innych formach wymykających się opodatkowaniu i nadzorowi, a w efekcie redystrybucji i sensownemu wykorzystaniu.
Tylko w 2015 roku 28 gigantów kontrolowało tak zwane produkty pochodne (spekulacyjne) o wartości 600 bln dolarów – to 8-krotność światowego PKB. W tym samym czasie na całym Zachodzie neoliberałowie powszechnie i bezustannie powtarzają o konieczności cięć, oszczędności, przeklętej austerity i okraszają to zawsze tym swoim durnym pytaniem: kto za to zapłaci?
We wspomnianych rajach podatkowych według Tax Justice Network i „The Economist” ukryte jest od 20 do 32 bilionów dolarów. Dla porównania: PKB światowe to w analizowanym okresie 73-80 bln. Dowbor przywołuje przykład Brazylii, w której nieproduktywne zawłaszczanie zasobów (odsetki, unikanie podatków i ulgi fiskalne) stanowi ponad 25–30% całego PKB.
Nie tylko jesteśmy już teraz w stanie produkować i tworzyć zasoby umożliwiające dostatnie życie pozbawione głodu i nędzy dla absolutnie każdego. Gdyby to, co jest nielegalnie i przestępczo zagarniane i wyprowadzane zostało z powrotem „wlane” do gospodarki społecznej, to ten dobrobyt byłby nawet o 30-50% większy.
Ale całość wybiega także poza samą analizę socjo-ekonomiczną.
Definicja (jak już wiemy – fałszywa) o ekonomii jako sztuce zarządzania niedoborami służyć ma także drenażowi umysłów i propagowaniu określonej wizji świata.
Po pierwsze – jest to ohydne, ale jakże skuteczne usprawiedliwianie biedy i ubóstwa. Bo skoro ekonomia zarządza niedoborami, to są one obiektywne, a więc ci którzy są biedni – muszą być biedni. To skrajnie protestancka wizja świata, gdzie jednym przeznaczone jest bogactwo, innym nie, ale całość oparta jest na boskich i niezbywalnych prawidłach. Do tego skoro jest to obiektywne, więc jest też należne oraz sprawiedliwe – gdyby ktoś miał otrzymać dar bogactwa, to by tak się stało, a skoro tak nie jest…
…to jest sam sobie winien. Czyli docieramy do kolejnego mitu neoliberalizmu: kowala swojego losu i self made mana. W tymże ustroju panuje przekonanie, że o tym, jak nam układa się życie, decydujemy tylko my: nasza praca, poświęcenie i zdolność do wyrzeczeń (jakżeby inaczej!). Skoro „społeczeństwo nie istnieje” i mamy określoną, z definicji za małą dla wszystkich pulę dostatku, a z drugiej strony „każdy pracuje na swój sukces”, to efektem jest obiektywny i sprawiedliwy podział bogactwa oraz biedy. Mówiąc językiem neoliberałów: „Dla ciebie nie wystarczyło, a poza tym jesteś sam sobie winien, mogłeś bardziej się starać”.
Drugi skutek to wspomniana obsesja wolnorynkowców w kwestii niszczenia finansów publicznych, czyli osławiona polityka austerity. Promowanie polityki oszczędności i cięć budżetowych nie ma służyć określonym celom fiskalnym czy budżetowym, ale określonej wizji rzeczywistości – oraz z niej wynikać. Skoro mamy niedomiar i wszystkiego za mało, to logiczne jest, że trzeba oszczędzać. Poczynając oczywiście od „fanaberii” typu ochrona zdrowia, komunikacja, edukacja, budownictwo społeczne, programy socjalne. A pokażcie liberała, który powie, że oszczędności należy zacząć od zastopowania drenażu finansów i wyprowadzania pieniędzy przez korporacje do rajów podatkowych. Prędzej (vide Mentzen i jego kancelaria) spotkamy liberałów, którzy jeszcze doradzają, jak to robić.
I po trzecie – skoro w tej wizji ekonomia to była i będzie sztuka zarządzania niedoborami i charakteryzuje się stałym brakiem nadwyżek, to nigdy nie będzie odpowiednio dużo zasobów i wytwarzanych produktów oraz usług, by starczyło dla wszystkich. Przy czym „dla wszystkich” rozumiem tak, że jesteśmy w stanie wyeliminować biedę, wykluczenie i głód. Zawsze usłyszymy: „jeszcze nie teraz”, „jeszcze nie osiągnęliśmy określonego poziomu ekonomicznego”, „musimy oszczędzać” etc.
Gdy mówimy o kapitalizmie, to pamiętać musimy, że nie chodzi tylko o określony model ekonomiczny i finansowy. Mówimy przede wszystkim o pewnym imaginarium i sferze kulturowo-symbolicznej, która posiada swoje mity, prawdy i całą przestrzeń aksjologiczną. Myśleć raczej powinniśmy o „kapitalizmie kulturowym”, bo to ze skrajnie zatomizowanych, indywidualistycznych i egoistycznych pobudek idea liberalna dopiero wyprowadza swoje koncepcje gospodarcze czy fiskalne.
Grzegorz Ćwik
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alexa from Pixabay
przez redakcja | piątek 10 lipca 2026 | aktualności
Przedstawiciele szpitali powiatowych domagają się przywrócenia dostępności badań.
Jak informuje portal Rynek Zdrowia, Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych domaga się przywrócenia nielimitowanych badań. Przypomnijmy, że neoliberalny rząd Tuska przywrócił od 1 kwietnia 2026 roku limity na wiele ważnych badań, w tym pozwalających wcześnie wykryć nowotwory. Badania ponad przyjęte niewielkie limity mają być refundowane dopiero w kolejnym roku i wedle stawek, które czynią to nieopłacalnymi. Oznacza to, że wiele szpitali rezygnuje z badań. Dla pacjentów oznacza to duże ryzyko zdrowotne lub konieczność odpłatnego wykonania badań w sektorze prywatnym.
W stanowisku Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych napisano: „Ograniczanie dostępności porad specjalistycznych to nie oszczędność – to przeniesienie kosztów w czasie i ich zwielokrotnienie”. Organizacja informuje, że po wprowadzeniu limitów i niewielkich stawek za nadwykonania, znacznie wydłużyły się kolejki na badania. Na rezonans magnetyczny czeka się nawet 105 dni, a na kolonoskopię 263 dni.
Związek przekonuje, że zapowiadane przez rząd kolejne „reformy” grożą powtórką takiego scenariusza także w kwestii wizyt specjalistycznych, obejmując tym razem szerszą grupę chorych przewlekle – kardiologicznych, diabetologicznych, neurologicznych, pulmonologicznych i reumatologicznych. Autorzy apelu uważają, że takie pomysły nie poskutkują oszczędnościami budżetowymi, lecz większymi wydatkami – choroby wykryte później, będą droższe w leczeniu, a w „bonusie” otrzymamy cierpienie i dodatkowe zgony pacjentów.
Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych domaga się m.in. rozliczania nadwykonań co miesiąc, a nie w kolejnym roku, gdyż szpitale nie mają z czego kredytować takich działań. Uważa też, że nadwykonania powinny być płatne wedle standardowej stawki, a nie obniżonej, jak obecnie. Apelują także o zniesienie limitów na badania endoskopijne i diagnostykę obrazową, gdyż limity zagrażają zdrowiu i życiu pacjentów.
przez redakcja | środa 8 lipca 2026 | aktualności
Wczoraj odbył się strajk w publicznym zakładzie.
Jak informuje Radio Wrocław, wczoraj miał miejsce dwugodzinny strajk ostrzegawczy w Instytucie Elektrotechniki „Łukasiewicz” – Departamencie Doświadczalno-Produkcyjnym w Międzylesiu. To publiczne przedsiębiorstwo wytwarza izolatory dla przemysłu energetycznego i kolei. To największy taki producent w Polsce. Jest jednym z największych pracodawców na Ziemi Kłodzkiej i największym w gminie Międzylesie – zatrudnia około 140 osób.
Strajk ostrzegawczy to kolejny etap trwającego sporu w przedsiębiorstwie. Pracownicy i związkowcy domagają się podwyżek płac oraz poprawy warunków zatrudnienia. Chcą podwyżek płac o 600 zł – ich obecne płace ledwo przekraczają pensję minimalną, także w przypadku najbardziej doświadczonych pracowników o wieloletnim stażu pracy w zakładzie. Ale spór nie dotyczy tylko pensji. Pracownicy skarżą się na warunki zatrudnienia – wyeksploatowane i stare maszyny, brak wydajnej wentylacji, temperatury sięgające w hali latem nawet 30 stopni itp.
Dotychczasowe negocjacje nie przyniosły efektów. Przedstawiciele zarządu zakładu twierdzą, że nie posiadają środków na oczekiwane podwyżki i proponują śladowe wzrosty pensji. Negocjacje z udziałem rządowego mediatora zaplanowano na 14 lipca. Związkowcy zapowiadają, że jeśli sytuacja nie ulegnie poprawie, kolejnym działaniem może być bezterminowy strajk generalny.
We wczorajszym strajku ostrzegawczym wzięła udział niemal cała załoga zakładu zrzeszona w związkach zawodowych „Solidarność” i „Sierpień ‘80”.
przez redakcja | wtorek 7 lipca 2026 | aktualności
Duży zakład w niewielkim mieście zwalnia niemal połowę załogi.
Jak informuje portal Business Insider, szefostwo walcowni metali „Dziedzice” w Czechowicach-Dziedzicach zapowiedziało wielkie zwolnienia grupowe. Walcownia istnieje od 130 lat, obecnie należy do grupy kapitałowej Boryszew.
Szefostwo spółki zamierza zwolnić 163 pracowników produkcyjnych oraz 37 pracowników administracyjnych. 200 osób planowanych do zwolnienia to niemal połowa załogi wynoszącej obecnie 447 osób. Decyzja jest motywowana przyczynami ekonomicznymi, problemami rynku wyrobów metalowych oraz planowaną reorientacją produkcji.
przez redakcja | wtorek 7 lipca 2026 | aktualności
W fabryce niemieckiego koncernu pracownicy są oburzeni ich traktowaniem.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, pracownicy fabryki niemieckiego koncernu samochodowego MAN w Niepołomicach rozpoczęli przygotowania do sporu zbiorowego. Nie wykluczają nawet strajku. Są oburzeni tym, jak wielkie różnice w wysokości premii dotyczą zakładów w Polsce i w Niemczech.
Premia roczna w niemieckich zakładach MAN-a ma wynieść 1600 euro, czyli niemal 7000 zł. Tymczasem premia roczna w polskim zakładzie to 1500 zł brutto. W niemieckich zakładach nawet uczniowie-praktykanci mają dostać 365 euro, czyli mniej więcej tyle samo, ile najbardziej doświadczeni pracownicy w Polsce. Dzieje się tak pomimo że – jak wskazują związkowcy i pracownicy – efektywność produkcji w Polsce jest wyższa niż w niemieckim zakładzie. W Polsce podczas jednej zmiany wytwarza się 105 ciężarówek, w Niemczech zaledwie 40. Zakład MAN w Niepołomicach jest jednym z największych, najbardziej nowoczesnych i wydajnych ze wszystkich fabryk tego koncernu w skali świata.
Wieści o wysokości premii wywołały oburzenie załogi zakładu. Związkowcy z „Solidarności” zapowiedzieli przygotowania do wszczęcia sporu zbiorowego. Jeśli jego kolejne etapy negocjacyjne nie przyniosą efektów, są gotowi zorganizować strajk. Związkowcy domagają się, aby premia w Polsce wyniosła 5000 złotych.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Intercooler422 – Praca własna, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=170489304
przez redakcja | poniedziałek 6 lipca 2026 | aktualności
Znikają zakład i 100 miejsc pracy.
Jak informuje portal Radomsko24.pl, w Radomsku rozpoczął się proces kontrolowanej likwidacji spółki Metalurgia SA. Oznacza to koniec zakładu i wszystkich miejsc pracy w nim.
Firma od pewnego czasu znajdowała się w kłopotach finansowych. Nie pomogły działania naprawcze. Spółka zajmowała się produkcją i sprzedażą m.in. drutu ocynkowanego, drutu spawalniczego, drutu ciągnionego oraz wyżarzanego. Główne przyczyny kłopotów finansowych zakładu to malejący popyt w krajach Unii Europejskiej, spowodowany napływem tańszych produktów z Chin, a także rosnące koszty energii.
Likwidacja zakładu oznacza koniec zatrudnienia całej jego załogi, czyli około 100 osób.
przez redakcja | poniedziałek 6 lipca 2026 | aktualności
Trwa walka związkowców z szefostwem jednej z sieci handlowych, a spór się zaostrza.
Jak informuje portal Dla Handlu, w sieci handlowej Stokrotka zaostrza się konflikt związkowców z szefostwem firmy. Ta sieć, należąca do kapitału litewskiego, jest jedną z największych w Polsce. Ma ok. 1000 sklepów, a zatrudnia 11 500 osób, nie tylko w sklepach, ale także w magazynach i centrach dystrybucyjnych.
Od 2024 roku trwa w sieci spór zbiorowy „Solidarności” z szefostwem firmy. Związkowcy domagają się nie tylko podwyżek płac, ale przede wszystkim zmian organizacyjnych – zwiększenia obsady sklepów. Zdaniem związkowców sieć celowo zredukowała obsadę sklepów do minimum, co skutkuje fatalnymi warunkami pracy, przeciążeniem zatrudnionych, niemożnością korzystania z urlopów itp. Związkowcy twierdzą, że dzieje się tak od roku 2019, gdy sieć została przejęta przez litewską grupę kapitałową Maxima. Ich zdaniem od tamtej pory obsada poszczególnych sklepów została zredukowana o 30-40 procent.
Wskutek działań związkowców w sieci Stokrotka rozpoczęła się właśnie całościowa kontrola Państwowej Inspekcji Pracy. Ma ona sprawdzić nie tylko ogólne warunki pracy, ale także to, czy kierownictwo sieci nie utrudniało związkowcom przeprowadzania referendum strajkowego.
przez redakcja | niedziela 5 lipca 2026 | opinie
***
Dla uproszczenia przyjmijmy, że chodzi o płot zagradzający drogę. Nowoczesny typ reformatora podbiega do niego w podskokach i oznajmia: „Nie widzę żadnego pożytku z tego płotu. Usuńmy go!”. Bardziej inteligentny reformator powinien na to odpowiedzieć: „Jeśli nie widzisz pożytku z tego płotu, na pewno nie pozwolę ci go usunąć. Odejdź i pomyśl. Kiedy wrócisz do mnie i powiesz, że widzisz sens jego istnienia, wówczas może będzie wolno ci go zniszczyć” – Gilbert Keith Chesterton, przeł. J. Rydzewska
Brytyjska publicystka i działaczka przeciwko przemocy seksualnej Louise Perry, pomimo młodego wieku szybko stała się czołową heretyczką zachodniego feminizmu. W „Rozprawie przeciwko rewolucji seksualnej” nie tylko stawia obrazoburczą tezę, zgodnie z którą biologia istnieje, ale także – o zgrozo! – konsekwentnie wyciąga z tego wnioski o charakterze społecznym i politycznym. Warto prześledzić jej argumentację krok po kroku, bo w sposób klarowny, przekonujący i dobrze osadzony w literaturze autorka obnaża największe absurdy liberalnego feminizmu, który z czarującą uszczypliwością nazywa „thatcheryzmem seksualnym”.
Różnica płciowa i to, co powyżej szyi
Gdy negujemy biologiczne różnice między mężczyznami i kobietami, ignorujemy problem, który w kontekście przemocy seksualnej jest absolutnie najistotniejszy: przeciętny mężczyzna jest w stanie gołymi rękami zabić przeciętną kobietę. Wbrew zarzutom thatcherystek seksualnych Perry nie odnosi się tutaj do stereotypu płciowego, ale do statystyk dotyczących siły fizycznej i wytrzymałości, które szczególnie widoczne stają się w górnym kwartylu badanych. Autorka nie należy do grona histerycznych konserwatystów, którzy poświęcają całe życie na spory o udział osób transseksualnych w sportowych kategoriach kobiecych. Ale nie unika tego przykładu, kiedy chce urealnić ideologicznie zamroczone feministki – wcale nie po to, by prowadzić kampanie dotyczące sportu, lecz aby uzmysłowić nam, że w większości przypadków napaści na tle seksualnym kobieta nie jest w stanie sama obronić się przed mężczyzną, który nie potrafi poddać się samoograniczeniu.
Perry idzie jeszcze dalej, udowadniając, że biologiczne różnice dają o sobie znać również „powyżej szyi” – z taką konstatacją mają z kolei problem feministki radykalne, które nawet jeśli przyjmują do wiadomości płciową odrębność biologiczną, to różnicę w zakresie struktury psychicznej traktują już zwykle jako „konstrukt kulturowy”. Na tym gruncie Perry wykonuje gest kontrintuicyjny i tylko pozornie niezrozumiały, a mianowicie sięga do psychologii ewolucyjnej – obszaru badań, który w kręgach feministycznych uchodzi za pseudonaukowy i skompromitowany. W ten sposób autorka wykazuje, że na reputację psychologii ewolucyjnej wpływ mieli zarówno związani z manosferą manipulanci, jak i feministki, które zamiast formułować kontrargumenty przeciwko skrajnie seksistowskiej wizji świata, po prostu wytworzyły wokół tej dziedziny aurę „szurstwa”, choć same stały na stanowisku denializmu biologicznego. Jeżeli tak wiele osób o lewicowo-liberalnych poglądach uznaje istnienie „długiego trwania” w historii, to dlaczego mają one tak wielką trudność z uznaniem różnicy płciowej w zakresie struktury psychicznej, za którą odpowiada proces ewolucyjny?
Podstawowa teza Perry w tym zakresie jest w gruncie rzeczy bardzo prosta i nie powinna budzić szczególnych kontrowersji: kobiety uprawiają seks inaczej niż mężczyźni. Dostrzegając wszelkie odstępstwa od norm i wyjątkowe przypadki, autorka sięga do badań statystycznych dotyczących preferencji seksualnych, by wskazać uśrednione, najczęściej występujące wartości. Jej celem nie jest więc udowodnienie tego, że wszyscy mężczyźni są socjoseksualni i wszystkie kobiety preferują seks z jednym partnerem – Perry twierdzi wręcz, że nie istnieje coś takiego jak „przeciętny mężczyzna” i „przeciętna kobieta” – ale tego, że uogólnienia możemy stosować w odniesieniu do większości przypadków. Statystyki dotyczące seksualności mężczyzn i kobiet układają się w dwie krzywe Gaussa, które są niemal całkowicie antynomiczne.
Takie wyniki można bardzo łatwo wyjaśnić, sięgając właśnie do psychologii ewolucyjnej. Od wieków seks wiązał się z większą odpowiedzialnością kobiet, które ryzykowały zajście w ciąże i podporządkowanie całego życia dziecku. Podczas gdy kobieta w wieku reprodukcyjnym była w stanie urodzić maksymalnie jedno dziecko w ciągu roku, mężczyzna mógł zapłodnić w tym czasie dowolną liczbę kobiet. Silniejsza potrzeba wyboru odpowiedniego partnera przez kobietę wydaje się zatem czymś w stu procentach rozsądnym i racjonalnym. Rewolucja seksualna i wprowadzenie do obrotu pigułki antykoncepcyjnej były w tym sensie prawdziwym trzęsieniem ziemi. Ale czy możemy oczekiwać, że pod wpływem narracji kulturowej i technologii społecznej w ciągu niespełna siedemdziesięciu lat całkowicie zmieni się ludzka psychika?
Perry odpowiada przecząco i wykonuje demaskujący gest, którym poważnie naraża się seksualnym thatcherystkom. Twierdzi mianowicie, że pigułka antykoncepcyjna nie była wcale technologią, która wyzwoliła kobiety z gorsetu pruderyjności i pozwoliła im docenić przyjemność seksualną. Była technologią, która odebrała im ostateczny argument przeciwko niepohamowanym żądzom mężczyzn – ten sam argument, który na poziomie społecznym egzekwował ścisłą regulację socjoseksualnych zachowań preferowanych przez płeć męską. Antykoncepcja, która miała przede wszystkim pozwolić na uniknięcie niechcianej ciąży, ostatecznie stała się tym, co wymuszało na kobietach, by uprawiały seks „jak faceci”, a tym samym działały w sprzeczności z intuicją moralną i odziedziczoną konstrukcją psychiczną.
Pułapki „zgody”
Wbrew zarzutom, jakie wobec Perry wysuwają kręgi lewicowo-liberalne, autorka wcale nie postuluje powrotu do konserwatywnej moralności lat 50. – twierdzi wręcz, że nie jest to ani możliwe, ani pożądane. Jednak z zaprezentowanych powyżej rozpoznań wyciąga inne daleko idące wnioski. Formułuje krytykę, która uderza w sam rdzeń seksualnego thatcheryzmu, z jego absurdalnym, przerysowanym pojęciem wolności indywidualnej. I właśnie dlatego autorka ściąga na siebie gniew feministek. Według Perry rewolucja seksualna lat 60. ustanowiła paradygmat kulturowy, który w napastliwy sposób nakłania kobiety do tego, by „ruchały się jak faceci” – w czasopismach kobiecych znajdziemy dziesiątki porad na temat tego, jak uniknąć emocjonalnego zaangażowania podczas przygodnego seksu („myśl o kimś innym”, „nie patrz w oczy”), a prawdziwym majstersztykiem ideologicznym w tym zakresie stał się kultowy serial „Seks w wielkim mieście”. Jeśli w uszach czytelnika nadal brzmi to jak zwykły purytanizm, skupmy się na kwestii, która najlepiej przemawia za słusznością wywodu Perry – na słynnej idei „konsentu”.
Podczas gdy większość autorów podejrzliwych wobec tego pojęcia traktowana jest przez feministki jak korwinistyczne złogi społeczne („jak baba mówi «nie», to myśli «tak»), w odniesieniu do Perry z pewnością nie można użyć tego argumentu. Nie skupia się ona bowiem na tym, jak biurokratyczny ideał zgody zniszczył namiętność, lecz na tym, jak duże zagrożenie dla bezpieczeństwa kobiet stanowi głębokie przekonanie – i stojące za nim rozwiązania legislacyjne – że słowo „tak” załatwia sprawę i może w całości zastąpić intuicję moralną. Kobiety, które ze wszech stron otaczane są przez dyskurs promujący socjoseksualność (uprawianie niezobowiązującego seksu z wieloma partnerami), żyją w poczuciu winy, kiedy nie spełniają standardów społecznych. Każda dziewczyna po ukończeniu 16. roku życia, która szybko angażuje się emocjonalnie w relacje romantyczne, okazuje się w jakimś sensie „nienormalna”, a już na pewno nienowoczesna, zanadto cnotliwa, mentalnie małomiasteczkowa. Większość ludzi, gdy znajduje się pod taką presją, gotowa jest iść na duże ustępstwa, również w odniesieniu do własnej autonomii cielesnej. W takich realiach dorastają kolejne pokolenia nastolatek, w miażdżącej większości wykazujących się niskimi potrzebami socjoseksualnymi, a jednak bezlitośnie tresowanych przez media i kulturę do zachowań wyraźnie socjoseksualnych, którym – co najgorsze – towarzyszyć ma nimb „emancypacji”. Przestrzeń do nadużyć staje się więc ogromna, a przed przekraczaniem granic nie chroni już wcale zgoda na seks wyrażona werbalnie. Przykładem, na który powołuje się Perry, jest głośna sprawa Aziza Ansariego, która ujrzała światło dzienne na fali kampanii #MeToo. W 2017 roku aktor umówił się na randkę z kobietą o imieniu Grace, którą później zabrał do domu i natrętnie próbował zainicjować z nią seks, mimo wyraźnego dyskomfortu partnerki. Ostatecznie doszło do seksu oralnego i choć Ansari nie używał siły, to Grace poczuła się wykorzystana i po jakimś czasie opublikowała callout. Ansari tłumaczył się, że „źle odczytał pewne sygnały”, a ostatecznie otrzymał przecież zgodę na stosunek, ale intuicja moralna wyraźnie podpowiada nam, że zachował się niewłaściwie. Wykorzystał swoją pozycję celebryty w warunkach kulturowych, w których absolutnie oczywiste jest to, że osoby takie jak on uprawiają seks na pierwszej randce – oczywiste było to również dla Grace, która czułaby się winna, gdyby tego wieczoru Ansari nic od niej nie dostał.
Powyższy przykład jest nieoczywisty i może relatywizować pewne kwestie, skoncentrujmy się zatem na czymś bardziej jednoznacznym. Perry pokazuje wprost, że normalizacja parafilii takich jak BDSM, w żadnym wypadku nie sprzyja kobietom, a już na pewno nie wzmacnia ich pozycji społecznej. Po pierwsze, autorka kwestionuje fakt, jakoby ktokolwiek z nas był w stanie funkcjonować, posiadając dwie niezależne od siebie tożsamości: jedną w życiu społecznym, a drugą w sypialni. Jeśli podnieca cię przemoc, to nie ma żadnego znaczenia, czy na przemocowe zachowania seksualne otrzymujesz zgodę od swojej partnerki – najwyraźniej jesteś skłonny do przemocy seksualnej.
Ponownie: jeśli ten argument kojarzy się czytelnikom z wiktoriańskim purytanizmem, przyjrzyjmy się realnym konsekwencjom. To samo zachowanie, które w pewnych okolicznościach spełniać będzie wszystkie warunki przemocy domowej, w innych będzie zupełnie normalnym, konsensualnym seksem. Nie jest to czysto teoretyczny problem, który sprowadzałby się do sporu o definicje. Perry pracowała przy kampanii We Can’t Consent to This – w jej ramach udokumentowano sześćdziesiąt siedem (sic!) zabójstw na obszarze Wielkiej Brytanii, z których sprawcy tłumaczyli się w sądzie, używając argumentu „konsensualnego”. Ich zdaniem śmierć następowała na skutek „nieudanej gry erotycznej”. Dane, które działaczki zgromadziły w ramach kampanii, wskazują na dwie niepokojące tendencje: 1. po roku 2000 wyraźnie wzrosła liczba spraw sądowych związanych z ostrym seksem; 2. sprawcy przemocy z roku na rok coraz częściej wygrywają sprawy sądowe i unikają konsekwencji, powołując się na preferencje seksualne (obecnie niemal połowa spraw tego rodzaju nie kończy się wyrokiem skazującym). Wniosek jest dość prosty: w wyniku usunięcia ciężaru moralnego z intuicyjnego sposobu postrzegania nadużyć i przesadnej wiary w autonomiczną decyzję jednostki w ostatnich dwóch dziesięcioleciach sądy zaczęły sprzyjać sprawcom przemocy seksualnej.
Czy oznacza to, że nie istnieją kobiety, które podniecają zachowania przemocowe, a zgoda na praktyki tego rodzaju wiąże się wyłącznie z narzuconym paradygmatem kulturowym? Nic z tych rzeczy, Perry w ogóle nie neguje faktu, że pewne pragnienia mogą mieć dla kobiet zgubny charakter. Również w tym zakresie widać jednak znaczącą różnicę między płciami: „Jedną z uderzających cech, które są typowe dla płci żeńskiej, jest zaabsorbowanie przejawami lojalności emocjonalnej ze strony partnerów. Ciężarna albo karmiąca piersią kobieta jest nadzwyczaj podatna na zranienie. Zarówno ona, jak i dziecko mają większe szanse na przeżycie, jeśli partner będzie oddany oraz dobrze uposażony. […] Mężczyzna może zademonstrować swoje predyspozycje do wykonania tej roli na różne sposoby, choćby poprzez kupowanie prezentów, poświęcanie uwagi partnerce czy okazywanie życzliwości dzieciom. Swoje oddanie może okazywać również w sposób nieprzyjemny” (s. 165).
Mówiąc krótko, działa tu niebezpieczna, destrukcyjna logika: „jeśli bije, to mu zależy”. Perry powołuje się nie tylko na ogromny sukces komercyjny „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, ale pokazuje, że podobny schemat fabularny – z pominięciem pikantnych wątków parafilskich – od zawsze funkcjonował w słabej literaturze romansowej: przystojny, silny mężczyzna zakochuje się w bohaterce tak bardzo, że robi wszystko, żeby ją zdobyć, staje się kontrolujący i zazdrosny, a z czasem wreszcie ucieka się do przemocy.
Jeśli czemuś winny jest wzorzec kulturowy, który zachęca kobiety, by „ruchały się jak faceci”, to nie temu, że pragnienia związane z przemocą w ogóle istnieją, ale temu, że bardziej akceptowalny społecznie okazuje się pociąg do „łobuza” niż pociąg do „tatuśka”. Te dwa modele męskości w sposób skrajnie odmienny realizują ekspresję emocjonalnego zaangażowania, ale tylko drugi z nich opiera się na regulowaniu męskich skłonności socjoseksualnych i idei opiekuńczości. A ustaliliśmy już przecież, że ideologiczna nadbudowa neoliberalizmu nie zachęca mężczyzn, by pohamowali żądze i zorganizowali swoje życie wokół rodziny założonej z jedną partnerką. Wręcz przeciwnie – to kobiety zachęcane są do tego, by uprawiały przygodny seks z wieloma partnerami i wyzbyły się emocjonalnego zaangażowania. Brzmi to przerażająco, a nawet trochę absurdalnie, ale w takich warunkach niebezpieczna skłonność do przemocy okazuje się domyślnym sposobem, w jaki mężczyzna ma artykułować swoje emocjonalne zaangażowanie w związek.
Pokrętna logika i ucieczka do przodu
Najzabawniejsze fragmenty w książce Perry dotyczą tego, jak seksualni thatcheryści próbują adaptować się do sytuacji, w której ich ideologia zostaje przyparta do muru przez zwykłe fakty biologiczne i głęboką intuicję moralną wciąż tkwiącą w społeczeństwie. Kiedy już nie dało się dłużej zaprzeczać temu, że istnieją kobiety, dla których seksualność ściśle związana jest z zaufaniem i więzią emocjonalną – oczywiście w rzeczywistości jest ich większość – w mainstreamowej prasie funkcjonować zaczęło pojęcie „demiseksualności”. Z rozbawieniem, ale i pewnym niepokojem, autorka wspomina artykuł z „Elle”, w którym opisana została historia dziennikarki, Meryl Williams. Williams od lat „borykała się ze swoją seksualnością” aż w końcu w roku 2016 zetknęła się na Twitterze z kategorią „demiseksualności” i dzięki niemu wreszcie mogła pogodzić się ze swoją orientacją. Co takiego charakterystycznego było w orientacji dziennikarki, czego wstydziła się w swoim środowisku wielkomiejskiej inteligencji? Otóż była ona niezdolna do zachowań socjoseksualnych, podniecał ją jedynie partner, z którym zbudowała więź emocjonalną i przy którym czuła się bezpiecznie. Czyli była po prostu przeciętną kobietą, świadomą swoich emocji i odporną na agresywną propagandę kulturową.
Na końcowych stronach książki znajdziemy też wzmiankę o grupie studentów, którzy w 2020 roku zainicjowali akcję Affirmative Consent Project i zaczęli sprzedawać przez internet „zestaw zgody” za 2,99 dolara. W zestawie znajdowała się prezerwatywa, dwie miętówki i umowa, w której oficjalnie stwierdzano, że niżej podpisani wyrazili zgodę na seks. Twórcy inicjatywy zachęcali, by para robiła sobie zdjęcia z podpisanym dokumentem i publikowała je w sieci – czy coś nam to przypomina? Perry opisuje również postulat dziennikarki Julii Ioffe, która w reakcji na ograniczenie prawa aborcyjnego w Teksasie zaproponowała, by na mężczyzn nałożyć obowiązek wsparcia finansowego dla partnerki, jeśli zajdzie ona w ciążę. W przypadku utrudnionego dostępu do aborcji bardzo sensowne wydaje się to, by na poziomie legislacyjnym zmusić mężczyzn do finansowej odpowiedzialności za wychowanie dzieci, prawda? Rzecz w tym jednak, że mamy już instytucję, która za to odpowiada – nazywamy ją małżeństwem.
I właśnie w konkluzjach „Rozprawy…”, gdzie Perry dokonuje solidnie uargumentowanej obrony małżeństwa, znajdziemy najciekawsze rozpoznania. Klarownie wykazują one, że autorce nie chodzi o prosty powrót do tradycjonalistycznego modelu ról płciowych, ale o ucieczkę do przodu – o przekroczenie ideologii seksualnego thatcheryzmu przy użyciu rozwiązań, których konserwatywny światopogląd może nam dostarczać na nowych warunkach. W tym sensie Perry jest myślicielką historyczną, bo pokazuje, że nawet jeśli dawniej małżeństwo służyło legitymizowaniu i podtrzymaniu władzy mężczyzn (choć nigdy nie był to jego jedyny cel), to we współczesnym paradygmacie kulturowym wzmacnia ono przede wszystkim interes kobiet. Od teoretyków towarzyszących Nowej Lewicy i feministek drugiej fali Perry przejmuje koncepcję małżeństwa jako „konstruktu kulturowego”, a zatem zdaje sobie sprawę, że monogamia nie jest ugruntowana w biologii – a w każdym razie nie w męskich predyspozycjach biologicznych – lecz jest społecznym sposobem regulowania pożądania („Według danych antropologicznych taki system relacji dotyczył tylko około 15% społeczeństw”). Jeśli jednak zgadzamy się co do tego, że życie kolektywne wymaga regulacji prawnych, gospodarczych i instytucjonalnych, to zupełnie niezrozumiałe wydaje się to, że mamy tak duży opór przed regulowaniem życia seksualnego, szczególnie gdy uwzględni się fakt, że istnieją już formy regulacji, które pozwalają przynajmniej częściowo rozwiązywać towarzyszące nam dzisiaj problemy społeczne.
Seksualny socjalizm
Perry wyczerpująco opisuje instytucję małżeństwa jako skuteczny i pragmatyczny instrument prawny, pozwalający zachować równość między kobietami i mężczyznami. W innych miejscach, szczególnie w licznych wywiadach, jakich udzieliła, starała się osadzić małżeństwo w jeszcze innym kontekście, komentując problemy takie jak epidemia samotności czy zagrożenia związane z aplikacjami randkowymi. Właśnie na tym tle pisarka mówi chyba najbardziej fascynującą rzecz na temat związku małżeńskiego, nazywając go – zupełnie serio – „seksualnym socjalizmem”.
Logika, którą podąża Perry, jest całkiem prosta: jeśli chcemy szukać odpowiedzialności za samotność młodych ludzi na poziomie kulturowym, to powinniśmy przyjrzeć się zarówno „seksualnemu thatcheryzmowi”, do którego zachęca się kobiety, jak i ogólnie panującemu przyzwoleniu na promiskuityzm wśród mężczyzn. Cnotą nie jest dziś samokontrola i ograniczenie własnych skłonności socjoseksualnych – współczesny mężczyzna „cnotliwy” może uprawiać seks z wieloma partnerkami, o ile tylko ma na to ich zgodę. Dawniej taki rodzaj braku samokontroli skutkować mógł społecznym wykluczeniem, bo potencjalne partnerki często miały wspólnych znajomych, ich rodziny się przyjaźniły lub mieszkały w podobnej okolicy. W erze zmediatyzowanego „rynku seksualnego” potencjalne partnerki nie muszą mieć ze sobą absolutnie nic wspólnego. Nie powinno nas dziwić, że w takich warunkach społeczeństwa tracą „równowagę płciową” i coraz więcej jednostek żyje w samotności. Incelska subkultura ma wiele na sumieniu, ale gdy jej przedstawiciele powołują się na zasadę Pareto, właściwie mają rację – wyciągają tylko niewłaściwe wnioski. Mężczyźni żyjący w przymusowym celibacie robią co mogą, by choć trochę przypominać 20% „giga chadów”, którym przysługują kontakty seksualne z 80% kobiet. Ale czy małżeństwo i związane z nim samoograniczenie atrakcyjnych mężczyzn do kontaktów seksualnych z jedną partnerką nie zmieniłoby radykalnie zasad tej gry? Właśnie w odniesieniu do takiego fenomenu Perry używa sformułowania „seksualny socjalizm”. Epidemię samotności można interpretować jako skutek kulturowego przyzwolenia na socjoseksualność mężczyzn i kulturowego przymusu socjoseksualności wśród kobiet, które – jeśli preferują monogamiczną, stabilną relację – muszą szukać wymówek w rodzaju „orientacji demiseksualnej”.
„Seksualny socjalizm” jako koncepcja społeczna prowadzi nas do jeszcze poważniejszych – choć przecież zupełnie oczywistych – wniosków. Społeczeństwa monogamiczne charakteryzują się o wiele większą spójnością i trwałością; w społeczeństwach monogamicznych o wiele rzadziej dochodzi do przemocy domowej i morderstw dzieci; w społeczeństwie monogamicznym wyżej cenionym modelem męskości jest facet opiekuńczy, odpowiedzialny i godny zaufania, a nie brawurowy, skłonny do agresji i niestały. Nowoczesna lewica doskonale rozumie, że regulacje gospodarcze i prawne są absolutnie niezbędne, aby zachować spójność społeczną i poprawić jakość życia wszystkich – dlaczego więc ma tak duży problem z zaakceptowaniem zupełnie pragmatycznych zalet wynikających z regulacji w sferze seksualnej?
Współczesne małżeństwo nie odgrywa już dawnej roli, bo w laickiej rzeczywistości nie jest „świętym przymierzem”, którego celem jest reprodukcja, a w społeczeństwie dobrobytu nie jest „pomocą w codziennej walce o przetrwanie”, jaką było w społeczeństwach agrarnych. Od lat 60. XX wieku stanowi ono przede wszystkim „formę samoekspresji”, która pozwala wyrażać miłość i przywiązanie do najważniejszej dla nas osoby (dlatego też nie ma żadnego powodu, by odmawiać go partnerom tej samej płci). Akceptując te kwestie, Perry przestrzega nas, byśmy nie wylewali dziecka z kąpielą – dawne normy, zakazy i regulacje nie były związane z przesądami, lecz z pragmatyką życia codziennego. „Współczesne feministki, które nie znają już świata bez pigułki, łatwo mogą zapomnieć, że w czasach przed wynalezieniem antykoncepcji taki zakaz [seksu przedmałżeńskiego – przyp. D. K.] służył kobiecym, a nie męskim interesom, jako że chronił akurat te osoby, które doświadczały ciężaru (i to dosłownie) pozamałżeńskiej ciąży” (s. 248).
Wbrew temu, co sugerują liberalne krytyczki oburzone tą znakomitą książką, Perry nie jest żadną dewotką, ale zupełnie rozsądną feministką, która ma odwagę myśleć na przekór snobizmowi swojej epoki.
Dawid Kujawa
Louise Perry, Rozprawa przeciwko rewolucji seksualnej. Nowy przewodnik po seksie w XXI wieku, przeł. Tomasz Sikora, Ha!art, Kraków 2026.
Grafika w nagłówku tekstu: Elisa from Pixabay
przez redakcja | niedziela 5 lipca 2026 | aktualności
OPZZ krytycznie ocenia wzrost skali wypadków przy pracy.
Na stronie internetowej Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych czytamy krytyczną opinię na temat dużego wzrostu skali wypadków przy pracy w I kwartale bieżącego roku. Rok do roku liczba takich zdarzeń wzrosła o 19,3%.
Renata Górna z Wydziału Polityki Społecznej OPZZ napisała: „Dane te potwierdzają, że bezpieczeństwo pracy w Polsce ulega wyraźnemu pogorszeniu, a działania prewencyjne państwa i pracodawców są niewystarczające”.
Dane GUS wskazują, że najbardziej wypadkowe są następujące branże: górnictwo, gospodarka odpadami, ochrona zdrowia. Choć ponad 40% wypadków przy pracy wynika z zachowań pracowników, OPZZ twierdzi, że to nie są błędy pracowników, lecz błędy systemowe wynikające m.in. z przeciążenia, złej organizacji pracy, braku szkoleń, zmęczenia czy psychospołecznych warunków pracy. Zatrudnieni są przeciążeni obowiązkami, w wielu branżach zatrudnienie jest zbyt małe wobec potrzeb, pracodawcy wymuszają zbyt szybkiego tempo pracy itp.
przez redakcja | czwartek 2 lipca 2026 | aktualności
Kończy życie zakład, cała załoga na bruk.
Jak informuje portal Sadeczanin.info, zapadła koszmarna decyzja w sprawie jednego z zakładów działających w Nowym Sączu. Zostanie on zlikwidowany, a cała załoga straci pracę.
Mowa o Nowosądeckiej Fabryce Urządzeń Górniczych „NOWOMAG”. Zakład powstał w 1976 i produkował elementy i urządzenia dla górnictwa i energetyki. W 1992 został sprywatyzowany, a od 2003 wchodził w skład grupy FAMUR. Od pewnego czasu działał pod nazwą GRENOVIA FAMUR NOWOMAG Oddział w Nowym Sączu. W okresie największej świetności zatrudniał ponad 1000 osób.
Właśnie zapadła decyzja o jego likwidacji. Pracę straci cała załoga. Przed podjęciem decyzji o likwidacji pracowało w zakładzie około 300 osób.
Decyzja jest motywowana likwidacją górnictwa w Polsce, co oznacza dla zakładu duży spadek zamówień. Również energetyka znajduje się w kryzysie i zmniejszyła skalę zamówień.
Niedawno na likwidację całego wydziału i zwolnienie 190 osób zdecydowano się w odniesieniu do zakładu Glinik w Gorlicach – należy on do tego samego właściciela, co przedsiębiorstwo w Nowym Sączu. W Gorlicach również zlikwidowana zostanie produkcja na potrzeby górnictwa, a resztki przyszłościowej i rentownej produkcji z obu zakładów zostaną skoncentrowane w jednym z wydziałów firmy w Gorlicach.
przez redakcja | środa 1 lipca 2026 | aktualności
Rekordowy długi jest obecnie średni czas poszukiwania pracy.
Jak informuje portal Money.pl, nowe badania przynoszą koszmarne wieści z rynku pracy. 61 edycja Monitora Rynku Pracy, przygotowanego przez Instytut Badawczy Randstad i Instytut Badań Pollster, wykazała, że średni czas szukania pracy w Polsce wyniósł wiosną 2026 aż 4,5 miesiąca.
To najwyższy wynik w historii pomiarów, które odbyły się 61 raz, a są przygotowywane co kwartał. W ciągu 15 minionych lat średni czas poszukiwania pracy nigdy nie był tak długi.
Wynik ten jest nie tylko rekordowy w dziejach pomiarów. On także drastycznie wzrósł w ciągu roku. W pierwszym kwartale 2025 roku wynosił 3,3 miesiąca, czyli 45 dni krócej niż obecnie.
Najgorsza jest sytuacja osób w wieku 50-64 lata. Wśród nich średni czas szukania nowej pracy wynosi 8,7 miesiąca. Tylko w ciągu kwartału jest to wzrost z 7,2 miesiąca.
W tym czasie znacznie zmalał także optymizm Polaków w kwestii poszukiwania pracy. W ciągu pół roku z 83% do 77% spadł odsetek osób uważających, że łatwo będzie znaleźć jakąkolwiek pracę. Natomiast 56% badanych uważa, że w ciągu pół roku znaleźliby pracę podobną lub lepszą od obecnej, gdyby tę ostatnią stracili.
przez redakcja | poniedziałek 29 czerwca 2026 | aktualności
Przed sejmem protestowali dawni franczyzobiorcy Żabki.
Jak informuje Portal Spożywczy, 25 czerwca przed budynkiem sejmu odbył się protest byłych franczyzobiorców Żabki. Protestujący apelowali o ustawowe uporządkowanie reguł działania tej sieci oraz samych zasad franczyzy w Polsce.
Dawni ajenci Żabki zwracali uwagę na to, że sieć utrudnia audyt rozliczeń i dostępu do dokumentów. Od lat są niezadowoleni z tego, w jak niejasny sposób sieć prowadzi rozliczenia z franczyzobiorcami.
Wspiera ich „Solidarność”. Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”, mówi, że po wielu dotychczasowych wspólnych działaniach franczyzobiorców i związkowców, obecnie trwają naciski na rząd Tuska w celu wprowadzenia specustawy dotyczącej uregulowania franczyzy (zasada zatrudniania, ochrony pracowników, odprowadzania podatków i składek itp.) oraz zabiegi na forum europejskim w celu ponadkrajowego rozwiązania tego problemu.
przez redakcja | poniedziałek 29 czerwca 2026 | aktualności
Pracownicy Auchan w Polsce dostali żenujące podwyżki.
Jak informuje portal Dla Handlu, pracownicy polskich sklepów sieci Auchan otrzymali podwyżki, które wywołały ich złość, a nie zadowolenie. Zaproponowano im aneksy do umów opiewające na kwoty… 50-60 zł brutto.
Pracownicy Auchan od dawna domagali się podwyżek. Związki zawodowe działające w polskim oddziale sieci żądali podwyżek w wysokości 400-500 zł brutto oraz dodatkowej premii za wyniki poszczególnych sklepów. Płace w Auchan rosły znacznie wolniej niż w innych sieciach, a względem wzrostu kosztów życia mowa była o stagnacji. Na początku roku pracownicy otrzymali informację, że podwyżki będą. „Miało to być minimum 140 zł brutto dla 75% pracowników. W czerwcu okazało się, że podwyżki są rzędu 50-85 zł brutto, a w większości przypadków nie przekraczają 60 zł brutto” – powiedział portalowi Dla Handlu jeden z pracowników sieci. Również premie mają być znacznie niższe od zapowiadanych, a ich zasady sformułowano tak, że zamiast deklarowanych 450 zł brutto większość zatrudnionych otrzyma nie więcej niż 270 zł brutto. Za to ucięte zostały inne benefity, jak premia kwartalna, doładowanie, bony Auchan itp.
W rozmowie z portalem pracownicy narzekają także na niefinansowy aspekt zatrudnienia. Choć przez lata przybyło sklepów sieci, zauważalnie zmniejszono ich obsadę. Oznacza to, że tyle samo lub więcej pracy wykonuje mniejsza liczba osób. Zatrudniane są jedynie osoby z niepełnosprawnościami, których etaty dofinansowuje PFRON.
Obecnie w Polsce działają 253 sklepy tej sieci. To wzrost o 7 placówek od roku 2023. W roku 2020 sieć zatrudniała w Polsce 19233 osoby, a w 2024 już tylko 15630 osób.
przez redakcja | niedziela 28 czerwca 2026 | opinie
Pretekstem do napisania wspólnego tekstu jest współdzielenie pewnego doświadczenia. Otóż gdy spotkaliśmy się na żywo przy okazji imprezy jubileuszowej z okazji 25-lecia „Nowego Obywatela”, biorąc udział w panelach dyskusyjnych, początkowo odczuwaliśmy nie do końca chyba uświadomioną potrzebę usprawiedliwienia tam swojej obecności. Choć przecież w różnej formie współpracujemy z „Nowym Obywatelem”, to jadąc do Katowic czuliśmy się trochę jak przybysze z obozu wrogich sił: jako ludzie nie do końca tam pasujący, jeden jako uniwersytecki intelektualista, drugi jako przedstawiciel klasy menedżersko-eksperckiej. Podobne niedopasowanie odczuwamy jednak i w świecie opisanym naszymi zawodowymi metrykami. Zaczęliśmy się zastanawiać nad tym doświadczeniem bycia pomiędzy światami, przyglądać się naszym biograficznym decyzjom, niekoniecznie zależnym od nas kolejom losu, które sprawiły, że jesteśmy w takiej, a nie innej sytuacji. Nie chodzi nam jednak o pisanie o sobie, bo w tym przedstawiciele naszej klasy profesjonalnych menedżerów, jak nazywa ich Catherine Liu, są mistrzami, ale o podjęcie refleksji nieco szerszej. Dlaczego spotkaliśmy się w Katowicach oraz spotykamy przy okazji innych wydarzeń organizowanych przez różne miejsca „zdrowego fermentu” – jak określił to Roman, mając na myśli środowisko „Nowego Obywatela” czy wrocławski Klub DLR? Nie byłoby także jakimś wielkim zaskoczeniem, gdybyśmy spotkali się przy okazji wydarzenia klubu „Nowego Ładu” czy organizowanego przez Klub Jagielloński.
Na ile nasze spotkania są tylko naszymi, czyli Romana i Michała? Czy popularność oddolnych inicjatyw społeczno-politycznych, przyciągających przecież wielu młodych ludzi, jest znakiem i głębszym symptomem pewnej reakcji na sytuację polityczną w Polsce, ale także ogólnokulturowej diagnozy Zachodu? Obserwując dużą aktywność środowisk o charakterze antyliberalnym, czy mówiąc łagodniej: krytycznych wobec liberalizmu zarówno ekonomicznego, jak i światopoglądowego (nastawionego na hiperindywidualizm), można zasadnie argumentować na rzecz tezy, że mamy do czynienia ze zdrowym fermentem. Póki co jest on jeszcze politycznie nieskanalizowany (kwestię tę, jak i samą potrzebę skanalizowania, pozostawiamy na osobną dyskusję), ale trudno nie zauważyć, że sporo ludzi poszukuje przestrzeni rozmowy, myślenia i działania.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego takie inicjatywy jak Kluby DLR oraz „Nowego Ładu”, które powstały we Wrocławiu (o nich piszemy, bo tutaj mieszkamy), odniosły sukces? Bywając w tych, i podobnych miejscach, o „Nowym Obywatelu” nie wspominając, jako goście lub słuchacze, bądź pisząc na łamach związanych z tymi inicjatywami, dochodzimy do kilku wniosków.
Suwerenność opinii
Pierwszy dotyczy wolności oraz niezależności naszego myślenia. Podczas panelu dyskusyjnego w Katowicach Dawid Kujawa odniósł się do pojęcia klasy specjalistyczno-menedżerskiej, na którą ukierunkowana jest współczesna lewica odkąd porzuciła klasę robotniczą. Dawne nadzieje pozwalały widzieć w tej klasie (nie właścicieli, ale też nie proletariatu) napęd dla ruchów lewicowych. Eksperci, intelektualiści i menedżerowie mieli rozumieć problemy z kapitalizmem i stanąć po właściwej stronie. Jednak w przypadku tej klasy oznaczałoby to wyjście poza granicę własnych interesów, jak w najbanalniejszym przykładzie, jakim jest zgoda na wyższe podatki dla lepiej zarabiających. Tylko tego rodzaju postawy byłyby rzeczywistym, wspólnotowym stanięciem po stronie słabszych, ale wymaga to zrozumienia, że są sprawy ważniejsze od indywidualnych interesów. W rezultacie klasa specjalistyczno-menedżerska (do której należymy) świetnie wypełnia zadania utrzymywania porządku i reprodukowania ideologii elitarnej. Dzięki temu utrzymuje przywileje symboliczne i materialne. A bycie częścią szeroko rozumianej elity to bycie osobą uprzywilejowaną: kulturowo, towarzysko, finansowo. Jednej rzeczy elita nie posiada jednak jako przywileju: suwerenności opinii.
Ta zdolność do wyrażania poglądów niezależnych od własnego środowiska nie jest prostym nonkonformizmem. Przede wszystkim wymaga posiadania własnej opinii, a w klasie menedżersko-specjalistycznej w dużej mierze wystarcza zestaw opisujący, przeciwko czemu się jest, protestowanie jest prostsze od programu pozytywnego. Łatwiej być przeciwko zapaści w systemie ochrony zdrowia, trudniej o zgodę na systemową jej naprawę, począwszy od podniesienia składki zdrowotnej (akcyjna charytatywność wystarcza na zagłuszenie tego dysonansu).
Elita ma swoje mechanizmy korygowania niepoprawnych sądów: od okazywania zaskoczenia, próby edukowania, przez obśmiewanie, usuwanie z grona znajomych, po ostracyzm czy zabranie możliwości zarabiania. W rezultacie porządek jest podtrzymywany, a klasa specjalistyczno-menedżerska upupiona. Być może obserwujemy tak duże zachwianie się porządku (nazwijmy go upraszczająco neoliberalnym), że i w tej klasie rodzi się zdrowy ferment, którego początkiem jest owa potrzeba suwerenności opinii. To zachwianie jest powiązane z ekonomią i z perspektywami młodych ludzi, którzy klasę specjalistyczno-menedżerską mieliby (i chcieliby) zasilić. Coraz trudniejszy start, czy to jeśli chodzi o mieszkania, czy o perspektywy posiadania dobrej pracy, zachęca do refleksji „Co z tym wszystkim jest nie tak?”. To bardzo dobry początek dla dojścia do suwerenności opinii, gdzie nie prowadzi przecież jedna ścieżka. Najlepiej jeśli ta suwerenność kształtuje się w dyskusjach, konfrontacji z innymi opiniami. Stąd potrzeba istnienia środowisk, które pole do dyskusji tworzą, niezależnie od ich odcienia ideologicznego.
Zastanawiając się nad tym, na ile taki wniosek jest tylko naszym wnioskiem, zapytaliśmy kilka znanych nam osób, które spotykamy przy okazji wymienionych miejsc, dlaczego poświęcają czas na tego typu inicjatywy.
Jedna z osób mówi, iż powodem poszukiwania tego typu inicjatyw, traktowanych jako źródła informacji czy przestrzeni dla dyskusji, jest zmęczenie i rozczarowanie współczesną kondycją świata i Polski. Jej zdaniem obecnie w naszym kraju nie ma politycznych alternatyw, które mogłyby uwolnić nas od polityków działających na szkodę obywateli. Uczestnictwo w takich przedsięwzięciach to pewien akt buntu, poszukiwania nadziei, szansa na zerwanie ze społeczną samotnością. Bardzo ważne jest odnalezienie innych osób, które nie wierzą mediom i temu, co wciskają nam propaganda i dezinformacja. Stąd chęć odnalezienia sensu ponad to, co jest, nadzieja na lepszą alternatywę dla rzeczywistości i przede wszystkim odnalezienie osób, które mogą stworzyć grupę przeciwstawiającą się obecnym narzuconym systemowo poglądom. To pewien rodzaj ulgi, że nie wszystko jest jeszcze stracone, a tolerancja i brak podziałów na lewych i prawych to tylko miły dodatek, choć istotny, gdyż łączy, a nie dzieli.
Także inna osoba podkreśla kwestię mediów:
«Mam wrażenie, że tak zwany główny nurt dyskursu jest strasznie fragmentaryczny. Nikt nic nie tłumaczy, nikt nie stara się rozumieć. Media są jak dostarczyciele nieskończonej ilości „kontentu”, a nie środki przekazu, które komukolwiek chcą i mogą pomóc zrozumieć obecny świat. Nie da się też ukryć, że forsują interesy swoich właścicieli, co skutkuje tym, że wygląda to jak przeciąganie liny na odpuście – każdy przegina w swoją stronę. Nie ma mowy ani o misji publicznej, ani o obiektywizmie mediów, ani też o próbie wyjaśniania procesów, które obserwujemy. Myślę, że takie inicjatywy jak „Nowy Obywatel” są czymś świeżym; miejscem, gdzie można się spotkać niezależnie od tego, czy ktoś identyfikuje się jako lewak, prawak, czy też żadna z opcji go lub jej nie dotyczy. Przyciągają osoby otwarte, myślące krytycznie, które są po prostu zmęczone poziomem debaty w głównym nurcie».
Jedna z osób mówi, że brakuje je trochę klimatów „z kiedyś”, czyli z czasów „sprzed zbydlęcenia i zdziczenia debaty publicznej”. Jakieś dwadzieścia lat temu na korytarzach akademika można było normalnie pogadać, pooglądać „Młodzież kontra”, ludzie z różnych opcji szli razem na piwo i gadali o polityce czy gospodarce. To utrzymywało w dobrej kondycji intelektualnej, ale i uczyło pokory. Co więcej:
«Widzę osobiście w takich miejscach realizację demokracji, ale nie hasłowej i post-politycznej, tylko tej realnej. Dialogu opartego o rzeczywistość, a nie tej parodii z Polski 2050, wolności słowa nie z „Gazety Wyborczej”, tylko takiej realnej, gdzie na wydarzeniach związanych z „Nowym Obywatelem” masz ludzi z różnych baniek, czasem bardzo nieoczywistych. Nieraz pozytywnie się zaskoczyłem, gdy spotkałem na łamach gazety czy na spotkaniu jubileuszowych ludzi z tzw. prawa, czy nawet tego, co się określa jako „far right”. Ludzi, co uczestniczą w takich inicjatywach, łączy moim zdaniem zrozumienie, że nie są pępkiem świata, nie uważają, że im się cokolwiek należy z definicji, tylko artykułują swoje potrzeby i wizje, są gotowi na pójście na kompromis, na faktyczne wysłuchanie innych, a nie etykietowanie. Zresztą, finalnie uważam – i nie będę w tym odkrywczy – że podział „lewo/prawo” w kwestiach społecznych i gospodarczych już dawno utracił aktualność. Kolejną rzeczą jest chęć zrobienia jakiegoś konkretu – i robienie tych konkretów, bez oglądania się na czystość ideową czy nawet na profil ideowy. I znowu – wracamy do „współpracy ponad podziałami”, ale nie hasłowo-postpolitycznej, tylko realnej PS. Podobną inicjatywą jest np. Stowarzyszenie BEZ, gdzie inicjatywa do zwalczania prostytucji wyszła z umownie „lewej” strony, a jednak działają w nim również kobiety-chrześcijanki, m.in. moja małżonka. Bo mimo tego, że przesłanki są inne, to jednak działają w jakimś jednym partykularnym celu na tej wspólnej płaszczyźnie».
Z kolei inna osoba napisała nam:
«Dopiero w wieku 50 lat zrozumiałem fałsz pojęcia „społeczeństwa obywatelskiego”, którym karmiono moje pokolenie od czasu przełomu 1989 roku. Z wykształcenia jestem politologiem, „bezrobotnym politologiem”, jak pogardliwie stwierdził kiedyś Donald Tusk, i od czasu szkoły średniej kwestie bieżącej polityki przykuwały mniej lub bardziej moją uwagę. Przez cały ten okres słyszałem zewsząd, że żyjemy w wolnorynkowym, demokratycznym kraju-raju. Tymczasem żyłem i żyję w kraju, w którym role, które odgrywamy w politycznym spektaklu, są jasno określone i niezmienne. Jesteś obywatelem po to, by raz na kilka lat zagłosować w wyborach, tak jak wskazują ci autorytety odmieniające przez wszystkie przypadki właśnie hasło „społeczeństwa obywatelskiego”. I na tym kończy się twoja rola – zamknij ryj i czekaj na kolejne wybory, przed którymi obiecamy ci wszystko, co chcesz usłyszeć. Tymczasem oddolne inicjatywy, o których mowa (NO, DLR, KJ) idą w poprzek takiemu postrzeganiu polityki. Po części pełnią rolę think-tanków (z zastrzeżeniem, że nie widać na razie na horyzoncie konkretnych ugrupowań politycznych, które chciałyby korzystać z ich usług), a po części są dyskusyjno-integracyjnymi klubami, które umożliwiają swobodną wymianę poglądów osobom o podobnych horyzontach politycznych, ale, co istotne, tylko horyzontach, a nie jednolitych tożsamościach politycznych. Nie ma co ukrywać, że w większości aktywne są tu osoby młode, bliższe wiekowo moim synom niż mnie, ale, co osobiście mnie zadziwia, to osoby z niesamowitą wiedzą, elokwencją i umiejętnością klarownego przekazywania swoich myśli».
Tym, co niewątpliwie wspólne dla osób, które odpowiedziały na nasze pytanie, jest fakt, że nie chcą, jak to określiła jedna z nich, „kupować poglądów w pakiecie” Są zmęczone plemiennym podejściem do polityki, „nawalanką dwóch obozów, w której chodzi głównie o personalia oraz o to, kto przy korycie osiądzie i swoich przy nim obsadzi”. Dlatego chcą samodzielnie wyrobić sobie zdanie – suwerenną opinię.
Wspólnota jako miejsce dialogu
Drugi wniosek wiąże z obserwacją, że istnieje wielu młodych ludzi, choć nie tylko ich, którzy nieustannie, w różnych językach, powielają pytanie o to samo: o możliwość zaistnienia nie-liberalnej wspólnoty. Można mieć poczucie, że suwerenność opinii i wspólnota nie idą ze sobą w parze, ale to nieprawda. Wspólnotowość zakłada akceptację różnic, inaczej nie będzie szerszej wspólnoty. Nie chodzi przecież o grupę, w której wszyscy mają poglądy jak spod jednej sztancy. To współcześnie promowany wzorzec indywidualizmu jest bliższy tworzeniu zbiorowości ludzi podobnych, którym wmawia się, że się wyróżniają – z tego między innymi względu są tak opresyjne i, wbrew deklaracjom, nieinkluzywne, lecz skupione na utwierdzaniu swojej tożsamości.
Jeśli przyjąć wzorzec indywidualizmu jako bazowy, trzeba mieć możliwości i wzorce oderwania się od niego. Dlatego tak ważne są wszelkiego rodzaju inicjatywy, gdzie ludzie mają możliwość spotkania się, żeby wspólnotę współtworzyć. Czy to sport, klub dyskusyjny czy działalność aktywistyczna – jeśli wiążą się z wyjściem poza swoją bańkę społeczną, to dają możliwość budowania relacji z innymi o niekoniecznie podobnych poglądach. Wymaga to jedynie (i aż) otwartości.
Trzecim wnioskiem jest potrzeba znalezienia swojego głosu, w którym etykietowanie „lewak” czy „prawak” nie jest kluczowe, gdyż więcej te etykiety zaciemniają niż wyjaśniają. Jest to możliwe tylko w życzliwym i pełnym szacunku dialogu, w którym każdy z rozmówców może być sobą, nie obawiać się tego, że zaraz jego pytania, wątpliwości i obserwacje zostaną określone mianem np. „faszyzmu”. Taka forma przywoływania do porządku zresztą już nie działa, a jej stosowanie to naszym zdaniem jeden z powodów braku sympatii do liberalnej lewicy, która miejsca na rozmowę pozostawia znacznie mniej niż środowiska określane jako altleftowe czy prawicowo-konserwatywne. Ponadto nie dostrzega ona wielu realnych problemów, np. sytuacji mężczyzn, określając je, w najlepszym razie, jako „prawicowe” problemy, gdyż jakoby z natury anty-feministyczne (co nie jest prawdą).
Uniwersytet i niezrealizowana potrzeba rozumienia rzeczywistości politycznej
Czwarty wniosek związany jest z faktem, że często poza wspomnianymi miejscami młodzi ludzie nie mają gdzie dyskutować, spierać się, krytykować, wspólnie dochodzić do wniosków, po prostu być ze sobą i rozmawiać. Takim forum powinien być uniwersytet. Jednak można tu jedynie wskazać na deficyty uniwersytetu, który staje się coraz bardziej wsobny i zamknięty na oddolny „zdrowy ferment”, nie zaspokajając w tym względzie ambicji części studentów. Uniwersytet ma też ewidentny problem z dyskusją i debatą, gdyż ulega nierzadko wyśrubowanym normom poprawności politycznej (zresztą źle pojętej).
Na zajęciach z analizy dyskursu poświęconych populizmowi, zaczynam (Michał) od pytania do studentów, czy ktoś interesuje się polityką. Mam na myśli to, czy ktoś czyta książki poświęcone historii politycznej Polski po 1989 roku, śledzi analizy obecnej sceny politycznej, słucha podcastów czy ogląda youtubowe kanały poświęcone tej tematyce, orientuje się w aktualnych wydarzeniach i potrafi je umiejscowić w nieco szerszej oraz dłuższej perspektywie polityczno-historycznej. Chcę poprzez te pytania sprawdzić, czy studenci mają poczucie, że rozumieją, co się dzieje w polityce, czy mają jakiś pogląd na ten temat i potrafią uargumentować swoje wybory polityczne. Nie chodzi oczywiście o to, czy ich poglądy są słuszne czy nie, zajęcia nie są od tego, aby to oceniać. Interesuje mnie, na ile potrafią ulokować samych siebie w świecie polityki, także pod kątem społecznego podejmowania racjonalnych decyzji politycznych, czyli tego, która partia najlepiej reprezentuje ich interes klasowy i światopogląd oraz czym się kierują głosując: światopoglądem czy podejściem do gospodarki. Ma to także na celu uczenie dyskusji na ten temat.
Pytanie to stawiam od dobrych kilku lat, na dwóch uniwersytetach, dla dwóch trybów studiów: stacjonarnych oraz niestacjonarnych. Choć tendencja jest zwyżkowa, to moi studenci w większości nie interesują się polityką (w obecnym roku akademickim „interesowanie się polityką” deklarowało około dwudziestu procent grupy). Można się tym poziomem oburzyć, ale to byłoby błędne, gdyż studenci wymieniają zrozumiałe powody stosunkowo nikłego zainteresowania polityką – i doprawdy trudno im się dziwić. Najczęściej mówią o braku rzetelnego i w miarę obiektywnego medium, któremu mogliby ufać, bardzo dużych kosztach czasowych oraz wymogu wysokich kompetencji w zrozumieniu podawanych im analiz dla samodzielnego rozumienia sceny politycznej. Równie istotne są takie kwestie, jak ich zdrowie psychiczne, albowiem interesowanie się polityką budzi silne emocje i prowadzi do antagonizmów z najbliższymi i dalszymi znajomymi, co obniża komfort psychiczny. Ponadto uznają, że lepsze rozumienie polityki i tak nie daje im większej sprawczości i wpływu na losy kraju, czego generalnie nie odczuwają, a zatem zajmują się samymi sobą, nie licząc, że politycy pomogą im zrealizować plany życiowe.
Interesujący się polityką studenci narzekają czasami, że brakuje im zajęć z zakresu rozumienia polityki, że wykładowcy niechętnie podejmują te kwestie. Dzieje się to choćby z tego względu, że większości prowadzących to nie interesuje, nie zawsze czują się kompetentni, aby rozmawiać o polityce z punktu widzenia analitycznego, a nie osobisto-subiektywnego, nie mówiąc już o tym, że ujawnianie poglądów politycznych może narazić na utratę sympatii ze strony studentów. Ci zainteresowani pytają, co czytam, jakich słucham podcastów, co mogę polecić. Pokazuje to, że uniwersytet nieco zawodzi ich oczekiwania w tym względzie, choć istnieją koła naukowe poświęcone tematyce politycznej. Kilka osób mówiło mi, że uniwersytet nie dostarcza im żadnej diagnozy rzeczywistości społeczno-politycznej, szukają tej wiedzy poza uniwersytetem, gdyż stracił on swoją sensotwórczą funkcję.
Dlatego o rzeczywistości społecznej lepiej niż uniwersyteccy profesorowie opowiada „Nowy Obywatel” (wystarczy sięgnąć po jubileuszowy tom), a o polityce choćby Giełzak i Dymek (naszym zdaniem dobry punkt wyjścia dla poszukujących). Można oczywiście powiedzieć, że „uniwersytet nie jest od polityki”, ale to byłoby błędne, albowiem uniwersytet posiada swoją sensotwórczą funkcję, ma być miejscem tworzenia wiedzy, ścierania się różnych poglądów i światopoglądów, co pozwala zobaczyć szerzej konsekwencje określonych ścieżek rozwoju. Uniwersytet nie może – i nie powinien – od tej kwestii uciekać, szczególnie że obecnie bardzo ceni się popularyzację nauki. Przecież wytwarzamy tę wiedzę za pieniądze podatników, którym coś się od nas realnie należy. Po drugie, i to wydaje się kluczowe, zmusza badaczy akademickich, do wejścia na obcy dla siebie teren, w którym będą musieli się konfrontować z nie-badaczami oraz z różnymi poglądami i światopoglądami. Niestety nie zawsze wypadają w tej konfrontacji dobrze. Na osobne studium zasługiwałaby kwestia związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy wejściem profesorów do mediów, głównie liberalnych, a spadającym zaufaniem i prestiżem społecznym tego zawodu, odnotowywanym przez CBOS.
Uniwersytet musi tę kwestię przemyśleć, znaleźć na siebie pomysł, gdyż w przeciwnym razie będzie sprawiał wrażenie skansenu (słusznie czy nie), tracąc monopol nawet na wytwarzanie wiedzy, która byłaby poddawana dyskusji, a nawet weryfikacji poprzez różnorodne środowiska opiniotwórcze. Uważamy, że już to ma miejsce, gdyż często poza światem akademii powstają książki o wiele lepsze poznawczo. Sami na uczelni jesteśmy często w sytuacji, w której różne pozauczelniane inicjatywy wykorzystują naszą wiedzę, a uniwersytet nie potrafi lub nie chce jej zagospodarować. Tworzenie wiedzy to za mało, musi ona jeszcze mieć swój społeczny obieg.
Czy faktycznie jest jakiś zdrowy ferment, jakaś rodząca się u wielu osób potrzeba bycia porządnym człowiekiem w niezbyt fajnym świecie? Jak być częścią klasy profesjonalistów/menedżerów/ekspertów, służących systemowi, a jednocześnie mieć poczucie, że jest się owym porządnym człowiekiem? Jak stworzyć taki wzorzec? Takich wzorców potrzeba szczególnie młodym ludziom, którzy zaczynają widzieć, że jest coś nie tak z mitami, na których opiera się system, w którym wzrastali. Coraz większa grupa dostrzega, że wizja w miarę bezpiecznego i przewidywalnego życia w aspekcie ekonomicznym, jak i kulturowym, staje się coraz bardziej zamglona, choć liberałowie przekonują, że wciąż jest wspaniale.
Być może obserwujemy tylko kolejną powtórkę z historii, może ten zdrowy ferment nic nie przyniesie, może to tylko złudzenie, ale spróbujmy je podtrzymywać. Nawet jeśli efektem jest tylko tyle, że ileś tam osób zyska poczucie sensu, bycia po odpowiedniej stronie i robienia właściwych rzeczy.
Michał Rydlewski, Roman Rostek
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
przez redakcja | czwartek 25 czerwca 2026 | aktualności
Duże zwolnienia na prowincji.
Jak informuje „Gazeta Krakowska”, duże zwolnienia grupowe planuje firma Famur Glinik w Gorlicach. Zostały już one zgłoszone do urzędu pracy. Wszystkie dotyczą osób zatrudnionych w dziale mechanicznym. Wytwarza on m.in. elementy hydrauliczne do maszyn stosowanych w górnictwie.
Likwidacji ma ulec cały wydział. Pracę ma stracić 189 osób.
Firma zajmuje się projektowaniem i produkcją urządzeń dla przemysłu. Zakład jest jednym z największych pracodawców w powiecie gorlickim. To jedne z największych zwolnień w okolicy od wielu lat.
przez redakcja | środa 24 czerwca 2026 | aktualności
Zwolnienia grupowe w wielkiej korporacji z powodu przenoszenia zadań do Indii.
Jak informuje krakowska Gazeta Wyborcza, wielkie zwolnienia szykują się w polskich strukturach koncernu HSBC. Świadczy on usługi finansowe dla firm w modelu outsourcingu. W polskich strukturach zatrudnia 6000 osób, z czego ogromną większość w Krakowie.
Teraz pracę ma stracić co najmniej 400 Polaków pracujących w krakowskim oddziale. Pracę straciło już 128 z nich. Poprzednie zwolnienia grupowe w firmie miały miejsce zaledwie w marcu. Likwidacja etatów obejmuje całe działy firmy. Część osób traci pracę z powodu AI i automatyzacji pracy, a część wskutek przenoszenia zadań do Indii do nowego oddziału koncernu.
przez redakcja | środa 24 czerwca 2026 | aktualności
Jutro protest przed jednym z zakładów.
Jak informuje portal Beskidzka24.pl, w czwartek 25 czerwca odbędzie się protest pracowników i związkowców przed zakładem firmy T.Erre Polska w Czechowicach-Dziedzicach. To firma z sektora automotive.
Protest organizuje „Solidarność” ze struktur ponadzakładowych działających w tej branży. Grzegorz Maślanka, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” FCA Poland, powiedział portalowi beskidzka24.pl: „O podjęcie rozmów w sprawie zbiorowej podwyżki wynagrodzeń wystąpiliśmy jeszcze w ubiegłym roku. Od lutego jesteśmy w płacowym sporze zbiorowym, jednak wciąż daleko do porozumienia akceptowanego przez załogę. Nasze niezadowolenie dotyczy również warunków i organizacji pracy. Szczególne rozgoryczenie wywołało zaplanowanie w czerwcu roboczych sobót, czyli sześciodniowych tygodni pracy, zwiększających obciążenie pracą oraz utrudniających właściwą regenerację sił”.
Jeśli kolejne protesty i negocjacje nie przyniosą efektów, związkowcy rozważają podjęcie strajku.
przez redakcja | środa 24 czerwca 2026 | aktualności
Duży bank zapowiada zwolnienia grupowe.
Jak informuje portal Bankier.pl, zwolnienia grupowe zapowiedział Velo Bank. Szefostwo banku przedstawia ten proces jako kolejny etap działań po przejęciu banku Citi Handlowy – jego części detalicznej.
O planowanych zwolnieniach grupa bankowa poinformowała już właściwy urząd pracy oraz związki zawodowe. Wiadomo już, że zwalniani otrzymają jedynie odprawy wynikające z regulacji kodeksu pracy.
Nie podano dotychczas skali planowanych zwolnień. Wiadomo jednak, że obejmie ona co najmniej kilkadziesiąt osób.
przez redakcja | wtorek 23 czerwca 2026 | opinie
Jolanta Woźnicka, wieloletnia pracownica „trzeciego sektora”, napisała tekst dotyczący zmiany pokoleniowej czekającej polskie organizacje pozarządowe. Tekst ten jest perspektywą z wewnątrz sektora. Tymczasem warto zarysować szerszy kontekst zarówno funkcjonowania sektora NGO w Polsce, jak i tego, że znakomita większość organizacji jest lustrzanym odpowiednikiem najpowszechniejszego, a jednocześnie najsłabszego elementu drugiego sektora, czyli biznesu, a więc jednoosobowych działalności gospodarczych i mikroprzedsiębiorstw rodzinnych.
„Trzeci sektor” w Polsce stoi przede wszystkim niewielkimi organizacjami. Pełnią one funkcję służebną wobec administracji samorządowej, wyręczając ją w najbardziej niewdzięcznych zadaniach z zakresu opieki społecznej, edukacji czy kultury. Poza piątką czołowych miast w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto i Poznań) w zasadzie trudno mówić o istnieniu większych organizacji, w których aktywną, codzienną pracę zarobkową wykonuje więcej niż kilkanaście osób. Podobnie jak w „drugim sektorze” odróżnić należy prekarną drobnicę (odpowiednik JDG) od dobrze prosperujących firm rodzinnych (najczęściej różnego rodzaju fundacje) czy wręcz trzeciosektorowych „korporacji”, które co do zasady działają niemal wyłącznie w miastach TOP5.
Cechą wspólną tego typu organizacji jest brak istotnego majątku pozwalającego bezpiecznie przetrwać bez pozyskiwania grantów i realizowania projektów. Ustawia to je w pozycji czysto prekarnej, podobniejszej do losu wolnego najmity z zapomnianego wiersza Marii Konopnickiej, niż do niezależnego kowala własnego losu. Pozycja ta jest tożsama z pozycją uzależnionych od jednego kontrahenta jednoosobowych działalności gospodarczych czy „przedsiębiorców” na umowie B2B, którzy od etatowców różnią się głównie brakiem jakiejkolwiek siatki zabezpieczającej i jeszcze wyższym stopniem autowyzysku. Jednocześnie są to grupy tak samo dumne ze swojej niezależności, jak i ze swojej misji – i tu, i tu jak refren wraca poczucie bycia niezastąpionymi i fundamentem funkcjonowania życia społecznego w gminie, mieście czy wręcz w całym kraju.
Na tym podobieństwa się zresztą nie kończą. Zarówno jednoosobowe działalności gospodarcze czy mikrofiremki, zwane dla lepszego samopoczucia mikroprzesiębiorstwami czy sektorem MSP (małe i średnie przedsiębiorstwa), jak i organizacje pozarządowe powstałe w ostatnich dekadach były odpowiedzią na bezrobocie i fatalne realia rynku pracy. Znakomita większość stojących przed problemem sukcesji NGOsów powstała właśnie dlatego, że tworzące je pokolenie wyżu demograficznego i ogromnego bezrobocia wśród młodych po prostu coś musiało ze sobą zrobić, a „korporacyjnych” miejsc pracy i dróg awansu było wtedy bardzo niewiele i ograniczały się one w zasadzie do kilku wielkich miast. Szerzej pisałem o genezie tego typu organizacji w moim tekście „Ruchy antymiejskie” w 2021 roku, więc tutaj pokrótce tylko zauważę, że od tamtego czasu jeszcze bardziej rozwarła się przepaść pomiędzy organizacjami z TOP5 polskich miast a tymi z interioru. Te pierwsze radzą sobie zdecydowanie lepiej i mają skąd pozyskiwać nowych działaczy, te drugie stoją zaś przed ogromnym problemem systemowym, wynikającym nie tylko z demografii, ale również z tego, jak same działają.
Po pierwsze, w Polsce utarło się, że prezesura czy stanowisko kierownicze to ukoronowanie drogi zawodowej i konieczność, jeśli chce się zarabiać dobre pieniądze. Zupełnie nie ma znaczenia to, czy posiada się odpowiedni zestaw umiejętności i czy po prostu umie się zarządzać zespołem – każdy w końcu albo zostanie kierownikiem zespołu albo pozostanie na niższym, gorzej opłacanym stanowisku. Nadal nieliczne są stanowiska eksperckie tak samo czy lepiej płatne niż stanowiska kierownicze, poza tym często pojawia się ciśnienie wywierane właśnie przez ekspertów, że „co nam tu jakaś osoba będzie mówiła, co mamy robić, przecież jako specjaliści w danej dziedzinie wiemy lepiej” – a niejednokrotnie wcale nie wiemy, bo bycie ekspertem w dziedzinie X nie oznacza, że bycie ekspertem w dziedzinie zarządzania ludźmi magicznie dostaje się w paczce. W organizacjach pozarządowych jest to widoczne jeszcze bardziej. Wiele z nich jest statkiem jednego kapitana, który często wymienia załogę, poświęcając ją w imieniu misji i własnego celu. Trudno zresztą, aby było inaczej. Kapitanowie są często mistrzami autowyzysku i oczekują podobnego poświęcenia od swoich podwładnych, nie dając im jednocześnie perspektywy awansu czy rzeczywistej decyzyjności. Organizacji pozarządowych, w których kapitan-decydent otoczony jest wianuszkiem osób „od roboty” (często zresztą w układzie decydent-mężczyzna oraz kobiety od czarnej roboty) mamy nadal na pęczki i to pomimo chętnie deklarowanej postępowości i europejskości.
Po drugie i ważniejsze: NGO to bardzo często wehikuł zarobkowy prezesa czy zarządu. Zarobek ten jest zresztą niespecjalnie atrakcyjny i uwarunkowania finansowe sektora są takie, że zwyczajnie nie da się utrzymać więcej niż 2-3 osób na niepełnych etatach. Oddanie zarządu to oddanie dochodów i perspektywa szukania pracy poza sektorem, w zasadzie od zera budując pozycję zawodową w wieku 40 czy 50 lat. Tu ponownie wracamy do systemowego braku zabezpieczenia majątkowego i uzależnienia od grantów i projektów. W kieracie wiecznie doraźnych projektów i grantów niemal niemożliwy jest rozwój organizacji czy jej powiększenie, a każda przerwa w finansowaniu to realna perspektywa likwidacji całej organizacji.
Po trzecie wreszcie, nie ma się co dziwić młodym, że nie garną się do pracy w „trzecim sektorze”. Nie są tak zdesperowani (czy raczej „zmotywowani”, jak lubią mawiać mistrzowie autowyzysku), jak byliśmy my w ich wieku. A praca w NGO nie jest dla nich specjalnie atrakcyjnym sposobem na życie dłużej niż przez kilka sezonów. Nie wynika to z mitycznego lenistwa tzw. Generacji Z, o które zresztą też byli oskarżani tworzący trzon „trzeciego sektora” tzw. millenialsi, ale z prostej kalkulacji. Stabilność pracy, jej jakość, możliwości rozwoju, pewna łatwość w zmienianiu swojej sytuacji wynikająca z lepszego wykształcenia, ale też po prostu lepszej sytuacji na rynku pracy niż w latach 90. czy dwutysięcznych nie wskazują ani małych firm, ani organizacji pozarządowych jako miejsc pracy, z którymi można się bezpiecznie związać na lata.
Jak mówią młodzi – not gonna happen. Opisywane w tekście Jolanty Woźnickiej organizacje po prostu umrą wraz ze swoimi założycielami i wynika to wprost zarówno ze sposobu ich powstania i działania, zmian demograficznych i ekonomicznych w ostatnim dwudziestoleciu, jak również z faktu, że na dzisiejszym rynku pracy praca w NGO musi konkurować ze znacznie większą ofertą niż w 2006, i to z ofertą, która zapewnia znacznie więcej za znacznie mniej zaangażowania.
Zresztą nie jest to też jakaś specjalna tragedia – mimo tego, co się nam w sektorze wydaje bądź do niedawna wydawało, NGO nie zbawiły świata. Za to bardzo często uwiązały nas na lata w toksycznym kieracie pracy ponad siły i życia w ciągłym poczuciu winy (zawsze się nie dowiezie wystarczająco, prawda?). Dodatkowo „praca projektowa” i ogromne dziury w ubezpieczeniach społecznych wynikające z pracy na śmieciówkach (swojej pierwszej prawdziwej umowy o pracę doczekałem się w roku 2014, po prawie dekadzie działania w NGO – i oczywiście już poza tym sektorem) zostawiły nas z potężnym problemem zabezpieczenia na starość i z, delikatnie mówiąc, nie najlepszym stanem zdrowia. Ale to już osobna opowieść na kiedy indziej.
Jarosław Ogrodowski
Grafika w nagłówku tekstu: Olena from Pixabay
przez redakcja | poniedziałek 22 czerwca 2026 | aktualności
Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do strajku.
Jak informuje portal Tysol.pl, w zakładzie mięsnym Agryf w Szczecinie coraz większe jest prawdopodobieństwo strajku. Zakłady należą do giganta branży mięsnej Animex Foods.
Fiaskiem zakończyło się 18 czerwca spotkanie związkowców z zarządem firmy przy udziale mediatora wyznaczonego przez ministerstwo pracy. Pracownicy zakładu opowiedzieli się natomiast w referendum strajkowym za przerwaniem pracy w przypadku niespełnienia ich oczekiwań finansowych.
Zarząd zakładu nie zgodził się na podwyżki oczekiwane przez związkowców. Stało się tak mimo iż związkowcy z „Solidarności” i OPZZ zaproponowali różne warianty podwyżek, w tym rozłożenie ich na raty.
W zakładzie przeprowadzono referendum strajkowe. Wymagana prawem frekwencja została znacznie przekroczona – udział w głosowaniu wzięło 67% zatrudnionych. Za przeprowadzeniem strajku opowiedziało się 94,4% uczestników głosowania. Jeszcze wyższy odsetek – 94,8% – stwierdził w głosowaniu, że nie jest usatysfakcjonowany poziomem podwyżek oferowanym przez zarząd firmy.
Strajk ostrzegawczy ma odbyć się 25 czerwca i potrwać półtora godziny. Na 23 czerwca zaplanowano spotkanie ostatniej szansy z zarządem firmy. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, kolejnym krokiem może być strajk oznaczający całkowite bezterminowe zaprzestanie pracy w zakładzie.
przez redakcja | poniedziałek 22 czerwca 2026 | aktualności
Jak informuje portal Puls HR, nowe dane z gospodarki przynoszą złe wieści w kwestii pracy i płacy.
Nowe dane GUS mówią, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających 9 osób lub więcej) w maju 2026 r. wyniosło 9173,24 zł brutto. Oznacza to spadek o 357 zł wobec kwietnia. Takie wahanie byłoby zrozumiałe, bo w kwietniu wypłaca się corocznie więcej premii i podobnych dodatkowych świadczeń. Jednak rok do roku wzrost płac wyniósł w maju 5,8%, jednak analitycy spodziewali się wzrostu na poziomie 6,2%. Spadek poniżej poziomu 6% miał już miejsce w kwietniu i oznacza spore wyhamowanie wzrostu płac w roku 2026. Jest on najniższy od ponad 5 lat. Równie mizernie wygląda wzrost płac na tle inflacji – choć jest ona niska, to realne pensje wzrosły w maju 2026 o zaledwie 2,6% w ujęciu rocznym.
Kiepskie są także dane GUS dotyczące zatrudnienia w maju 2026 w sektorze przedsiębiorstw. Mówią one, że zatrudnienie w tym sektorze zmalało w ciągu roku o 0,9%. To już szósty z rzędu miesiąc spadków zatrudnienia w tym sektorze. Tylko w ciągu miesiąca ubyło 9000 etatów.
przez redakcja | piątek 19 czerwca 2026 | aktualności
Kolejny raz pracownicy czekają na zaległe pensje.
Jak informuje Radio Bielsko, fatalnie wygląda sytuacja pracowników zakładu Andoria w Andrychowie. Kolejny raz czekają oni na zaległe wynagrodzenia.
Andoria to wytwórnia silników wysokoprężnych. Od roku 2025 ma ona kłopoty finansowe. Maleje produkcja, a pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń. W chwili obecnej czekają wciąż na wypłaty za maj. Jednak podobne sytuacje miały miejsce w ubiegłym roku. Latem pensje wypłacano w ratach, nawet siedmiu kolejnych. We wrześniu dwukrotnie wstrzymano produkcję z powodu braku zamówień. Firma nie odprowadza należnych składek i podatków. W zakładzie trwa kontrola Państwowej Inspekcji Pracy.
Władze firmy nie kryją, że sytuacja jest trudna. Twierdzą, że starają się o pozyskanie inwestora branżowego. Problem zaległych płac i zagrożonych miejsc pracy dotyczy 280 osób.
przez redakcja | czwartek 18 czerwca 2026 | aktualności
Zamiast zwolnień grupowych – dużo niewielkich zwolnień.
Jak informuje „Rzeczpospolita”, sytuacja na rynku pracy nie polepsza się, a redukcja etatów przybiera nową postać. O ile obecnie nie widać podobnej fali zwolnień grupowych jak wcześniej, o tyle znacząco wzrosła skala zwolnień indywidualnych.
W pierwszych czterech miesiącach 2026 w urzędach pracy zarejestrowało się niemal 163 000, które straciły zatrudnienie z przyczyn leżących po stronie zakładu pracy. To rok do roku wzrost skali zjawiska aż o 11 proc. „Rzeczpospolita” informuje, że podobny trend zauważyła branża HR. Firma LHH, która analizuje zjawisko, informuje, że w okresie styczeń-maj w 2026 rok do roku wzrosła o 12% liczba osób objętych programami wsparcia dla zwalnianych. To oznacza nowy rekord – już rok 2025 był pod tym względem najgorszy od lat.