Czemu świat pracy będzie tęsknić za Bidenem?

Czemu świat pracy będzie tęsknić za Bidenem?

W lipcu niektórzy obserwatorzy byli zdezorientowani tym, że Bernie Sanders i The Squad – demokratyczno-socjalistyczny kontyngent w Kongresie – należeli do grona tych Demokratów, którzy jako ostatni opuścili tonący statek, gdy widmo reelekcji prezydenta Bidena rozwiało się po jego katastrofalnym występie w debacie prezydenckiej.

Wyjaśnienie jest proste: pomimo wszystkich wad Bidena, jego program był najbardziej populistyczny pod względem ekonomicznym od czasu neoliberalnego zwrotu w latach 70. Obrona Bidena w tamtym momencie odzwierciedlała pewne wątpliwości, czy Kamala Harris będzie równie niezawodną obrończynią klasy robotniczej i zorganizowanego ruchu pracowniczego.

Cztery lata temu drwiłem, gdy Biden obiecał zostać najbardziej prozwiązkowym, propracowniczym prezydentem w historii. I chociaż nie do końca może on rościć sobie prawa do takiego miana, osiągnięcia Bidena są imponujące. Jego National Labor Relations Board była najbardziej prozwiązkowa od co najmniej pół wieku, a liczba pracowników dopominających się o reprezentację związkową uległa podwojeniu. NLRB Bidena ułatwiło również egzekwowanie umów i nakładanie kar za naruszenia przepisów przez pracodawców. W zeszłym roku fiskalnym biura terenowe rady otrzymały 24578 wniosków w związku ze stosowaniem nieuczciwych praktyk antypracowniczych – to najwięcej od ponad dekady. Tymczasem ogromne inwestycje Bidena w politykę przemysłową i infrastrukturę zwiększyły zapotrzebowanie na pracowników w sektorach uzwiązkowionych.

Podsumowując, administracja Bidena skutecznie obniżyła bariery wstępu do związków zawodowych, wzmocniła zdolność państwa do egzekwowania praw pracowniczych i zwiększyła liczbę miejsc pracy objętych uzwiązkowieniem, za pośrednictwem ustaw takich jak Bipartisan Infrastructure Law. Jest duża szansa, że wyniki Bidena wyglądałyby jeszcze lepiej, gdyby senatorowie Joe Manchin i Kyrsten Sinema nie naciskali na Demokratów, aby ograniczyli swoje ambicje. Czy ktoś pamięta wypowiedzi Bidena o możliwości wprowadzenia pełnego zatrudnienia?

Propracownicza polityka Bidena miała wzmocnić Demokratów, ponieważ związkowcy wynagrodziliby ich w wyborach. Zamiast tego, dryf klasy robotniczej w prawo w kierunku Make America Great Again trwa, szczególnie wśród związkowców zaangażowanych w aktywność przynoszącą konkretne zdobycze. Wielu czołowych Demokratów prawdopodobnie uważa historię zaangażowania Bidena w kwestie świata pracy za porażkę, ponieważ nie przyniosła ona pożądanych zysków politycznych, co oznacza, że Harris może obawiać się utrzymania podobnego stanowiska w takich sprawach.

Nie wiadomo, co Harris w Białym Domu oznaczałaby dla związków zawodowych. Dobra wiadomość jest taka, że obiecuje uchwalić ustawę PRO Act, która wzmacnia związki zawodowe, oraz ustawę Public Service Freedom to Negotiate Act, która gwarantowałaby pracownikom sektora publicznego swobodę tworzenia związków zawodowych. Ale są też oznaki, że podchodzi do tej kwestii w sposób podobny do Obamy: niejasne obietnice dla związków, które odzwierciedlają zaangażowanie Demokratów w inne grupy interesów, w przeciwieństwie do takiego, które uznawałoby centralną rolę pracowników. Harris czasami publicznie chwaliła związki zawodowe, jak wtedy, gdy powiedziała uczestnikom wiecu w Michigan w Święto Pracy, że „powinni podziękować związkowcom” – ale gadanie jest tanie.

Przyczyną sceptycyzmu jest to, że głównym doradcą Harris („prawą ręką”, jak nazwał go „Vanity Fair”) jest jej szwagier, Tony West, były urzędnik w Departamencie Sprawiedliwości Obamy. Aby pracować nad kampanią, West wziął urlop jako główny radca prawny Ubera, który niedawno pozwał kalifornijski Departament Pracy za ustawę z 2020 r. zobowiązującą platformy cyfrowe do przewozu osób do traktowania kierowców jako pracowników, a nie niezależnych wykonawców, co uprawnia ich do świadczeń takich jak wynagrodzenie za nadgodziny, płatne zwolnienie chorobowe i ubezpieczenie od bezrobocia.

Istnieje też problem Liny Khan. Mega-darczyńcy Demokratów, tacy jak Reid Hoffman i Mark Cuban, chcą, aby ta antymonopolowa krucjata odeszła w niebyt, a gdy Teamsters zwrócili się do Harris z pytaniem, czy utrzyma Khan na stanowisku przewodniczącej Federalnej Komisji Handlu, szefowa kampanii odmówiła odpowiedzi. To, co Harris zdecyduje, jeśli zostanie wybrana, będzie miało duże znaczenie dla tego, w którą stronę wieją wiatry jej administracji.

Istnieje bardziej fundamentalny problem: Demokraci najwyraźniej wyciągają niewłaściwe wnioski ze słabych wyników Bidena. Zamiast przypisywać to w dużej mierze temu, że mózg Bidena zamienił się w miskę lodów i dotknęła go niezdolność do sprawnego zaprezentowania opinii publicznej swoich osiągnięć, interpretują oni nastroje antybidenowskie jako referendum w sprawie bidenomiki i zakładają, że sceptycyzm opinii publicznej oznacza, iż powinni unikać ambitnych reform gospodarczych – stąd skupienie Harris na drobnym majsterkowaniu przy ulgach podatkowych, pożyczkach dla małych firm itp.

Trump będzie znacznie gorszy w kwestii pracy, jeśli wierzyć jego rekordowej skali mianowania niszczycieli związków zawodowych do NLRB i niedawnym wybrykom, takim jak żarty z Elonem Muskiem o masowym zwalnianiu pracowników. Ostatnio wydaje się, że jego kandydat na wiceprezydenta, bardziej przychylny związkowcom JD Vance, został wyparty przez Muska, zaprzysiężonego wroga ruchu pracowniczego i aparatu regulacyjnego i prawnego, który chroni świat pracy. Jedna z jego firm, SpaceX, wniosła pozew oskarżający NLRB o niezgodność z konstytucją. Jeśli najbogatszy człowiek na świecie będzie mógł wpływać na politykę gospodarczą w stopniu, w jakim by chciał, rezultaty dla amerykańskich pracowników będą przewidywalnie katastrofalne. Niestety, częściowo dlatego, że Demokraci są zawodowymi „przesadzaczami”, wielu wyborców z kręgów związkowych nie wierzy im, gdy wskazują na niebezpieczeństwa związane z drugą kadencją Trumpa. Chociaż Joe Biden jest nadal urzędującym prezydentem, czuje się już jak człowiek, na którym położono krzyżyk. Ale biorąc pod uwagę jego dobrą opinię na temat związków zawodowych – i alternatywy w tych wyborach – nie powinno się go na nim kłaść.

Ryan Zickgraf

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w Compact Magazine 4 listopada 2024 r. Zdjęcie w nagłówku tekstu: WikiImages z Pixabay.

Likwidacja znienacka

Likwidacja znienacka

Jak poinformowało Radio Gdańsk, pracownicy firmy Stoll Polska ze Słupska dowiedzieli się wczoraj o likwidacji zakładu i zwolnieniach grupowych. Wszyscy stracą pracę.

Zakład produkuje części do maszyn rolniczych i ładowacze czołowe montowane w ciągnikach. W poniedziałek 9 grudnia w firmie pojawił się likwidator i oznajmił zaskoczonej załodze, że to już koniec zakładu i zatrudnienia w nim. Przedsiębiorstwo produkuje głównie na rynek niemiecki, a należy obecnie do czeskiej spółki Agrostroj Pelhřimov.

Jej władze podjęły decyzję o likwidacji fabryki w Słupsku. Stało się tak, choć przed kilkoma miesiącami zapewniano załogę, że zakład jest bezpieczny. Teraz okazało się, że pracę tracą wszyscy zatrudnieni – około 90 osób, zakład jest likwidowany, a maszyny i urządzenia są już pakowane i wywożone do zakładów spółki w Niemczech i Czechach.

Upadek trwa

Upadek trwa

Nie złożono żadnej oferty na zakup zakładów porcelany w Jaworzynie Śląskiej.

Jak informuje Polska Agencja Prasowa, nie wpłynęła żadna oferta w przetargu zorganizowanym na zakup w całości Zakładów Porcelany Stołowej „Karolina” w Jaworzynie Śląskiej.

Zakład zamknięto w lutym 2024 roku. Była to ostatnia z funkcjonujących fabryk porcelany stołowej na Dolnym Śląsku. Kilka miesięcy wcześniej upadły wałbrzyskie zakłady porcelany „Krzysztof”. „Karolina” istniała od roku 1860.

Jaworzyńska fabryka dawała w momencie likwidacji zatrudnienie 180 osobom, a niewiele wcześniej pracowało w niej kilkaset osób. Przez ostatnie półtora roku właścicielem firmy była spółka HM Investment (właściciel marki Gerlach).

Strażacy też mają dość

Strażacy też mają dość

Strażacy będą protestować z powodu niespełnienia ich żądań.

Jak informuje portal Tysol.pl, Krajowa Sekcja Pożarnictwa NSZZ „Solidarność” ogłosiła akcję protestacyjną w Państwowej Straży Pożarnej. Przyczyną protestu jest brak spełnienia postulatów zgłoszonych w stanowisku związków zawodowych funkcjonujących w służbach podległych MSWiA.

Członkowie Rady KSP NSZZ „Solidarność” napisali, że „w związku z brakiem ustosunkowania się do postulatów zgłoszonych w stanowisku związków zawodowych funkcjonujących w służbach podległych MSWiA 25 listopada 2024 r. Rada Krajowej Sekcji Pożarnictwa NSZZ Solidarność postanawia ogłosić ogólnopolski protest w Państwowej Straży Pożarnej”.

Rada przekształciła się w Komitet Protestacyjny. Postulaty związkowców, których rząd nie spełnił, mówią m.in. o wzroście uposażeń funkcjonariuszy służb podległych MSWiA o 15 proc. od 1 stycznia 2025 roku oraz wprowadzeniu do „Programu modernizacji na lata 2026-2029” mechanizmu podwyżek uposażeń funkcjonariuszy służb podległych MSWiA. Rząd „podwyższył” płace w całej budżetówce o 5%, czyli mniej więcej o przewidywany wzrost inflacji w 2025 roku.

Strażacy zapowiadają protesty oraz współdziałanie z innymi grupami pracowników, które oczekiwały wyższych podwyżek w sferze budżetowej.

Chcą dobrze żywić chorych

Chcą dobrze żywić chorych

Apelują o przedłużenie programu „Dobry posiłek w szpitalu”.

Jak informuje Portal Spożywczy, Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych zaapelował do minister zdrowia Izabeli Leszczyny o wydłużenie pilotażowego programu „Dobry posiłek w szpitalu”. Wedle najnowszych decyzji resortu zdrowia program ma zostać wydłużony tylko do połowy roku 2025. Organizacja apeluje, aby program trwał co najmniej cały przyszły rok.

Program został wprowadzony przez rząd Prawa i Sprawiedliwości w odpowiedzi na krytykę jakości posiłków szpitalnych, wyrażaną zarówno przez pacjentów i ich bliskich, jak również przez badania NIK oraz Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

Wprowadzony pilotażowy program zakładał, że Narodowy Fundusz Zdrowia przekaże szpitalom dodatkowe 25,62 zł na pacjenta dziennie, aby zapewnić za tę kwotę pełnowartościowe odżywianie. Wcześniej w wielu szpitalach stawki wynosiły zaledwie 10 zł. Planowaniem posiłków mieli się zająć profesjonalni dietetycy. Pilotażem objęto 582 placówki szpitalne w całym kraju. Koszt programu wyniósł 690 milionów złotych.

O przedłużenie programu apeluje Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych. W liście do minister Leszczyny napisano: „Od wielu lat jakość posiłków serwowanych pacjentom w szpitalach była przedmiotem krytyki od strony opinii publicznej oraz mediów. Fotografie przedstawiające dania o niskiej jakości i nieestetycznym wyglądzie stały się symbolem problemów związanych z żywieniem w placówkach medycznych. Program »Dobry posiłek w szpitalu« pozwolił na wprowadzenie znaczących zmian, które wyeliminowały negatywne opinie dotyczące jakości posiłków i przyczyniły się do poprawy żywienia pacjentów”.

Organizacja przekonuje także ministerstwo do tego, aby program kontynuowano jako odrębne świadczenie z NFZ, a jego finansowanie nie było wliczane w cenę świadczeń zdrowotnych. „Tego rodzaju rozwiązanie zapewni większą transparentność finansowania i umożliwi utrzymanie wysokich standardów żywienia w szpitalach. Wchłonięcie programu do wyceny świadczeń mogłoby obniżyć jego skuteczność i ograniczyć dostępność środków na poprawę jakości posiłków” – napisano w liście.