przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
„Mam mały czarny zeszyt,
a w nim własne wiersze
Mam szczoteczkę do zębów
i grzebień w torbie
Rzucą mi czasami kość,
kiedy jestem dobrym psem
Mam ściągacze, dzięki którym
buty trzymają się na mych nogach
Mam takie doły, po których
ręka jest spuchnięta
Mam trzynaście programów
telewizyjnego gówna do wyboru
Mam światło elektryczne
I jestem jasnowidzem
Posiadam niesamowitą moc obserwacji
I dlatego wiem
Że kiedy spróbuję
Zadzwonić do Ciebie –
Nikogo nie będzie w domu.
Pink Floyd, Nobody Home
(przeł. Irek Dobber)
Wspomnienia i refleksje popłynęły wartkim strumieniem, gdy niespodziewanie stałem się właścicielem odtwarzacza CD Philips 104. Legendarny model, o doskonałych parametrach dźwiękowych, czyta nawet najbardziej porysowane płytki. Deal był prosty: przyjaciel kupił sobie DVD, a ja usłyszałem ofertę: Dasz mi trzy winyle z twojej kolekcji i po sprawie.
W ten sposób wszedłem w posiadanie sprzętu już niemodnego w czasach home cinema – można powiedzieć, że ominąłem epokę fascynacji błyszczącymi kompaktami, oferującymi cyfrową jakość, zresztą nigdy nie mogłem pojąć, co tak naprawdę znaczy – cyfrowa jakość? Trochę mi się to kojarzy z zaklinaniem rzeczywistości, czary-mary itp. Do tego momentu, kompakty kojarzyły mi się wyłącznie z nagrywaniem programów i plików. Natomiast muzyki słuchałem wyłącznie z analogów. Cóż, widocznie jest mi pisane, że nigdy nie wsiądę do tego pociągu, do którego aktualnie pchają się tłumy podróżnych.
– Czego posłuchamy najpierw? – zwróciłem się do syna. Poszedł do swego pokoju, skąd po chwili wrócił z koncertem Pink Floydów „The Wall”, z okazji zburzenia Muru Berlińskiego. Popłynęła muzyka, a gdy usłyszałem, jak widownia razem z zespołem śpiewa „Nobody Home”, nie mogłem ukryć wzruszenia. A więc tak zaczęła się piękna iluzja, której byłem świadkiem…
Zburzenie Muru oglądałem w Filderstadt – uroczym miasteczku pod Stuttgartem (gdzie na powitanie zwracano się do siebie: Grüss Gott, zamiast zdawkowego Guten Morgen), nie pamiętam, jaka to była stacja: 3SAT czy ZDF? Od roku peregrynowałem po ówczesnych Niemczech Zachodnich w poszukiwaniu pracy, a przy okazji, dla uspokojenia emocji, sporo czasu spędzałem w bibliotekach.
Przedtem mieszkałem w Berlinie Zachodnim, a Mur oglądałem wielokrotnie – nie mogłem uwierzyć w jego realność, w to, że po prostu jest. Po tej stronie była sprawiedliwość, filozofia, twierdza Spandau, w której Rudolf Hess odbywał karę dożywotniego więzienia, wielkie jezioro, parki, mądre książki w księgarniach i życzliwi ludzie, z którymi wiele rozmawiałem na tematy polsko-niemieckie. W trakcie tych rozmów zorientowałem się, że Niemcy mają potężny kompleks polski, który przekładał się na ich bezinteresowną pomoc i wszelkie udogodnienia, bezcenne w mojej skomplikowanej sytuacji.
Byłem asylbewerberem, czyli starającym się o azyl.
Co tydzień zajmowałem swoje miejsce w Miejskiej Bibliotece w Stuttgarcie, przeglądałem „Die Zeit” – najlepszy europejski tygodnik kulturalny i próbowałem czytać Heideggera i Jaspersa w oryginale.
Transmisja telewizyjna ze zburzenia muru „szła” na żywo, a ja wierzyłem, że w Europie zaczęła się nowa era powszechnej prawdy, tolerancji i pojednania. Wtedy postanowiłem wrócić do Polski, gdyż i tu, jak głosił Wąsaty, nastąpi czas powszechnej szczęśliwości i dobrobytu…
Wiara w odrodzenie Europy była wtedy powszechna, a filozofów, którzy w swoich wywiadach i dziełach twierdzili, że dopiero teraz zacznie się prawdziwe totalitarne tsunami, uważano za starych neurotyków, zastygłych w profesorskich, bezużytecznych dogmatach.
Nikt wtedy nawet w najgorszych snach nie przeczuwał, że wraz z upadkiem realnego Muru, powstaje nowy niewidzialny Mur z wypisanymi na jego ścianach bezdomnymi słowami, które rozpaczliwie będą prosić o zadomowienie, o duchowe miejsce, ale prawie wszyscy na ich wezwanie będą zatrzaskiwać przed nimi drzwi, nie wierząc już, że cokolwiek znaczą…
Prawda. Wolność. Braterstwo. Odrodzona religia. Zgoda i pojednanie. Sprawiedliwość społeczna. Godne życie…
Cóż zostało z tych słów? Jacy cyniczni graficiarze zbezcześcili ich najświętszą treść?
Monia Olejnik, Kamilek Durczok, redaktorzy naczelni codziennych prasowych wymóżdżaczy, pycha Watykanu, kości naszego Papieża już preparowane do planetarnego ubóstwienia, maryjna czarna magia, dzieci ze Śląska zbierające miał węglowy, ludzie zmiażdżeni w poczuciu krzywdy, nędzy i poniżenia, puste oczodoły wymarłych fabryk, Junajtyd Jełrop – plugawa i wulgarna karykatura naszych marzeń i nadziei, ośmiornica ubecko-komunistycznej oligarchii, degrengolada Kościoła Katolickiego, po okresie heroicznym w latach „realsocjalizmu”, przeżywającego swój moralny upadek…
Herling-Grudziński napisał dawno temu wspaniałe opowiadanie „Pietá dell’ Isola”, o tym, jak na Wyspie był klasztor i zakonnicy. Mieszkańcy Wyspy i Klasztor żyli w doskonałej symbiozie. Aż do momentu, gdy Wyspę nawiedziła zaraza. Ludzie padali jak muchy, w strasznych cierpieniach i złorzeczeniach. Błagali Klasztor o litość, dramatycznie potrzebowali wsparcia i pomocnej dłoni w ostatnich chwilach ziemskiego żywota. Wtedy zakonnicy zamknęli na głucho bramy Klasztoru przed nieszczęściem mieszkańców Wyspy. Postanowili przeczekać zarazę, aż minie. Jednak demon zarazy także tam dotarł. Mieszkańcy z zemsty i krzyczącego opuszczenia wrzucali za mury Klasztoru martwe szczury. Zaraza zebrała krwawe żniwo także wśród zakonników. Zostało ich tylko kilku.
Co roku na Wyspie odbywała się procesja z figurką Matki Boskiej, którą nieśli mieszkańcy Wyspy. Uroczystość ściągała zawsze masę turystów. Tak było do czasu wydarzeń opisywanych w opowiadaniu. Zaraza wreszcie wygasła. Pozostali przy życiu zakonnicy otworzyli bramy Klasztoru, czekali na mieszkańców, którzy jak co roku poniosą ciężki baldachim i Matkę Chrystusa. Nikt się nie pojawił. Ból poniżenia i pamięć opuszczenia w nieszczęściu były silniejszym imperatywem. Zakonnicy, słaniając się ze zmęczenia, ponieśli figurkę i baldachim samotnie wokół Wyspy. Nikt ich już tam, na Wyspie, nie chciał.
Tak w niesławie i hańbie skończą ci, którzy zaprą się ewangelicznego przesłania.
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Między sierpniem 1980 a grudniem 1981 r. postulaty niepodległości i zmiany ustroju były tonowane siłą okoliczności. Środowisko Kornela Morawieckiego było zdania, że polskie sprawy trzeba konsekwentnie posuwać w kierunku zrzucenia sowieckiego jarzma, zarazem będąc przygotowanym do działania w warunkach konfrontacji. Kiedy w pierwszym dniu stanu wojennego ZOMO demolowało drukarnie „Solidarności” a wiązki kabli telefonicznych padały pod siekierami – „ludzie od Kornela” uruchamiali pierwszą podziemną poligrafię i organizowali łączność.
13 grudnia na wrocławskich Krzykach zaczęła działać pierwsza w Polsce stanu wojennego podziemna drukarnia. Dzięki niej ukazała się z datą przypadającą na kolejny dzień pierwsza w kraju wolna prasa czasu wojny polsko-jaruzelskiej, gazeta Regionalnego Komitetu Strajkowego „Z Dnia na Dzień”, redagowana przez Kornela Morawieckiego, Romualda Lazarowicza i Tadeusza Świerczewskiego. Strajki w ciągu kilku dni zostały rozbite czołgami, a Dolny Śląsk stał się terenem najbardziej masowych internowań. Ludzie wydawanego od 1979 r. „Biuletynu Dolnośląskiego” stanowili jedyną strukturę przygotowaną do działania w nowych warunkach. Kontakt z nią przewodniczącego RKS był na tyle wątły, że przekazał on Morawieckiemu uprawnienie do wydawania oświadczeń i podpisywania ich swoim nazwiskiem.
Drugiego dnia ruszyła drukarnia w domu Świerczewskiego, wkrótce pracowały też dwa punkty poligraficzne – w oddzielonych od siebie kilkoma domami willach. W obydwu równocześnie przygotowywano matryce o tej samej treści. Uruchomiono bowiem łączność między dwiema drukarniami – ciągnąc kabel ukryty w płotach kolejnych posesji.
Pomimo maksymalnej aktywności bezpieki bardzo sprawnie działały struktury kolportażowe. ZOMO pastwiło się nad sprzętem zgromadzonym w siedzibie „Solidarności” przy ul. Mazowieckiej, lecz gazetki Związku docierały do tysięcy odbiorców niemal bez zakłóceń. Między 13 grudnia 1981 a czerwcem 1982 r., kiedy wydawaniem „Z Dnia na Dzień” zajmowała się struktura Morawieckiego – pismo ukazywało się trzy razy w tygodniu w nakładzie ok. 40 tys. egz. Spełniły swą rolę zapasy papieru, sprzętu, nieznane esbecji siatki dystrybucji. Nieocenioną rolę odegrały dziesiątki rodzin udostępniających swoje mieszkania.
Już w drugim miesiącu stanu wojennego zaczęły zarysowywać się różnice stanowisk między Władysławem Frasyniukiem a Morawieckim i jego kręgiem. Przewodniczący regionu był przeciwny twardszym formom protestu. Wnioskował, by na łamach „Z Dnia na Dzień” wzywać do akcji w rodzaju kwadransów milczenia czy kilkuminutowych strajków. Rozbieżność ocen dała o sobie znać także, gdy 5 lutego 1982 r. ukazał się pierwszy w stanie wojennym „Biuletyn Dolnośląski”. Swoją rolę próbowała odegrać i SB. Nie zdołała ona zniszczyć niezależnych wydawców, więc emitowała fałszywe „Z Dnia na Dzień”, co zapewne miało na celu sianie dezorientacji i antagonizmów.
W ocenie znacznej części podziemia stanowisko władz związku było zbyt umiarkowane. A dolnośląska „Solidarność” nie wezwała nawet do demonstracji w dniu 3 maja. Wielu konspiratorów uważało takie stanowisko za kolejny z serii błędów i widziało potrzebę utworzenia organizacji, która wyrażałaby jasne cele polityczne. 1 czerwca 1982 r. Kornel Morawiecki złożył rezygnację z członkostwa w RKS, co zostało zaakceptowane przez Frasyniuka.
Organizacja
Idea utworzenia wywodzącej się z „Solidarności” organizacji otwarcie artykułującej swój antykomunizm, dążącej do obalenia porządku PRL oraz odzyskania niepodległości szybko zyskała grono zwolenników. Należeli do nich m.in. współpracownicy „Biuletynu Dolnośląskiego”, często działający w opozycji wiele lat przed rokiem 1980. Kilkadziesiąt osób wywodziło się z samej Politechniki Wrocławskiej, na której Morawiecki był znany i cieszył się autorytetem. Pacyfikacja strajku na tej uczelni w grudniu 1981 r., w czasie której pobito m.in. prof. Wiszniewskiego a jedna osoba poniosła śmierć, pozbawiała złudzeń. Gotowi do współpracy pojawiali się też na innych uczelniach Wrocławia, w zakładowych organizacjach związkowych, wśród studentów, w różnych nurtach opozycji. Szybko w Solidarności Walczącej znalazła się np. struktura biuletynu „Wiadomości Bieżące”, który okazał się jednym z rekordzistów pod względem liczby wydanych numerów. Dziś, gdy znane są nazwiska i późniejsze drogi wielu założycieli pierwszych ogniw „Solidarności Walczącej”, wiemy, że organizację tworzyli zarówno konserwatyści, jak i ludzie patriotycznej lewicy, liberałowie i rzecznicy solidaryzmu. Te różnice stanowiły przedmiot dyskusji, ale nie osłabiały spójności. Cel – niepodległość Polski i obalenie komunizmu – dla wszystkich był bezsprzeczny i zapobiegał podziałom.
Struktura Morawieckiego nie mogła liczyć na pomoc materialną ze strony Związku. Nigdy nie trafiło do niej nic z funduszy napływających za jego pośrednictwem z zagranicy. Organizacja przyjęła nazwę wskazującą swój rodowód i akcentującą postawę czynną. Deklarowała poparcie dla NSZZ „Solidarność” i nie kwestionowała jej pierwszoplanowej pozycji. Zastrzegała sobie jednak prawo do polemiki i własnej inicjatywy. Już 13 czerwca 1982 r. doprowadziła do starć z siłami reżimu. Wrocławska demonstracja przekroczyła tego dnia najśmielsze oczekiwania. Jej skala zaskoczyła ZOMO, które nie było w stanie opanować sytuacji do późnych godzin nocnych. Barykady wzniesione na Lwowskiej i Pereca odpierały kolejne szturmy, a kiedy ulice te zostały wreszcie zdobyte przez milicję – znalazła się ona pod gradem kamieni rzucanych z okien i dachów. Kolejny dzień protestu zaplanowano już na 28 czerwca. Uliczne wystąpienia, do czerwca powstrzymywane przez regionalne władze „Solidarności”, stały się teraz wrocławską specjalnością. Dochodziło do nich spontanicznie np. po mszach w katedrze 13 dnia każdego miesiąca. Stolica Dolnego Śląska stała się ośrodkiem rosnącego w siłę podziemia i permanentnych zmagań ulicznych.
W kręgu Morawieckiego postanowiono, że demonstracje i walki uliczne nie powinny być pozostawiane jedynie żywiołowej grze nieprzewidzianych wypadków. Analizowano taktykę ZOMO i starano się jej przeciwdziałać. Przygotowano grupy, które były w stanie zakłócić manewry atakujących – przebijając koła samochodów, stawiając skuteczne zapory i broniąc ich, nie ulegając psychologicznym „sztuczkom” zomowców. Niejednokrotnie okazywało się, że wyćwiczone na poligonach szyki sił milicyjnych szły w rozsypkę, gdy napotykały grupy działające niestandardowo.
27 czerwca 1982 r. pierwszą audycję nadało Radio „Solidarność Walcząca”. Od tego czasu kolejne programy emitowane były zwykle dwa razy w tygodniu. Średni czas audycji wynosił 8 minut, gdyż tyle uznano za granicę bezpieczeństwa. SB na pojawienie się podziemia w eterze zareagowała tworząc grupę radiopelengatorów, które krążąc po mieście, usiłowały namierzyć nadawców. W analogiczną aparaturę uzbrojono helikopter, a na wieży Poczty Głównej zainstalowano aparaturę zagłuszającą. Przed którąś z audycji w odbiornikach dało się natomiast słyszeć rozmowy po rosyjsku, jednoznacznie wskazujące, że jednostki radiowe największej armii świata także przystępują do zagłuszania Radia „SW”. Ono jednak zaczęło zmieniać taktykę, coraz częściej wchodząc na pasmo Programu III PR. Audycje nadawano też np. z Wzgórz Trzebnickich, nadajniki wnoszono na szczyty wzniesień górujących nad Wałbrzychem, audycję dla Zakopanego i okolic nadano z Gubałówki. Reakcją na aresztowanie małżeństwa Romaszewskich, którzy w Warszawie emitowali audycje Radia „Solidarność”, była decyzja o przynajmniej częściowym kontynuowaniu ich dzieła. Uznano, że może mieć to nie tylko znaczenie natury moralnej, ale i zdjąć z oskarżonych część odpowiedzialności. Do stolicy udała się ekipa radiowa Janusza Krusińskiego i wyemitowała szereg audycji w różnych punktach aglomeracji.
Od połowy lat 80., głównie w Trójmieście, Solidarność Walcząca skutecznie wchodziła ze swym programem w fonię telewizji, a emitowany obraz „Dziennika Telewizyjnego” przesłaniała nadawanym wizerunkiem plansz z hasłami. Działalność SW w eterze mobilizowała znaczne siły bezpieki, lecz pomimo aresztowań i konfiskat sprzętu – radio funkcjonowało bez dłuższych przerw aż do czasu utworzenia rządu Mazowieckiego.
Jednoznaczny antykomunizm
W sierpniu 1982 r. ogłoszony został sztandarowy tekst pt. „Kim jesteśmy, o co walczymy”, wyrażający cele Solidarności Walczącej. Stwierdzał on, że SW nie zmierza do uzyskania jakichkolwiek ustępstw ze strony władz, z którymi rozmawiać może wyłącznie na temat ich ostatecznej rezygnacji z rządzenia Polską. Deklaracja nie roztaczała złudzeń o szybkim upadku komunizmu. Bez względu na to, jak długo miała trwać z nim walka, celem było definitywne obalenie totalitarnego ustroju. W zmaganiach tych wybierano metody pokojowe, ale nie wykluczano sięgnięcia do czynnej samoobrony, jeśli okoliczności będą ją uzasadniały. Do jakichkolwiek działań zbrojnych nigdy nie doszło, ale wyartykułowany został czytelny sygnał, że działania „wet za wet” mogą zostać uruchomione, jeśli reżim komunistyczny uciekać się będzie do krwawego terroru.
SW głosiła chęć współpracy z wszystkimi, których celem była walka z komunizmem, bez względu na różnice programowe. Zasada udzielania wsparcia wszystkim działającym przeciw komunizmowi była realizowana pomimo własnych niedostatków. Wielokrotnie druk przez struktury SW nakładów dla organizacji młodzieżowych, studenckich, rolniczych czy zakładowych komórek „Solidarności” nie był nawet zaznaczany w stopkach pism, a zwykle był wykonywany za darmo, na własny koszt i ryzyko. W 1983 r. kwartalnik „Obecność” zamieścił listę ponad stu tytułów prasy ukazującej się we Wrocławiu poza zasięgiem cenzury. Znaczna ich część należała do SW lub była wydawana dzięki tej właśnie organizacji. Fundusze na działalność czerpano z emisji wydawnictw pełniących funkcję „cegiełek”, np. znaczków, plakatów, kaset magnetofonowych, książek (SW wydała np. „Archipelag Gułag”). Do organizacji płynęły także datki sympatyków z kraju i zza granicy. Pod koniec lat 80. znacząca część posiadanej gotówki była przeznaczana na pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi w Armenii lub wsparcie strajkujących zakładów i uczelni.
Celem SW była niepodległość krajów zdominowanych przez Związek Sowiecki. Uznawała też prawo Niemiec do zjednoczenia. Występowała przeciw porządkowi jałtańskiemu, ale stała na stanowisku nienaruszalności istniejących granic, by nie mnożyć nieszczęść. Warto zauważyć, że hasła te werbalizowano w czasach, gdy wizja połączonych Niemiec budziła niepokój, szczególnie w tej części kraju, która na mapach drukowanych w RFN zaznaczana była jako „obszar pod tymczasową administracją polską”. Zarazem dla sporej części członków i sympatyków SW ziemie odebrane Polsce w 1945 r. były wciąż żywym wspomnieniem domu rodzinnego. Program organizacji zakładał więc pozostawienie Ukrainie Lwowa i Wilna Litwie, lecz zarazem postulował duże otwarcie między krajami wyzbytymi jarzma sowieckiego. SW wyrażała też prawo wszystkich narodów do decydowania o swoim losie oraz zajmowała się prawami człowieka – bez względu na to, przez kogo były one naruszane. Na łamach pism organizacji ukazywały się listy, oświadczenia i studia na temat sytuacji np. w Afryce czy Ameryce Południowej. Nim Nagroda Nobla przyznana Dalaj Lamie skupiła oczy świata na Tybecie – problem tego kraju był obecny w licznych wypowiedziach prasy SW.
Patriotyzm organizacji Morawieckiego daleki był od nacjonalizmu. Wśród bliskich współpracowników znaleźli się np. Rosjanie. Honorowe członkostwo przyjął m.in. Władimir Bukowski, a honorowym redaktorem „Biuletynu Dolnośląskiego” została Natalia Gorbaniewska. SW drukowała też prasę dla Rosjan, Białorusinów Ukraińców, Litwinów, Czechów i Węgrów. Jej instruktorzy szkolili drukarzy w kilku krajach „obozu socjalistycznego”. Pod koniec lat 80. dużą rolę odegrali w Gruzji, dokąd trafiały gdańskie i wrocławskie powielacze. Gestem wdzięczności Gruzinów było posadzenie Piotra Hlebowicza na pierwszym czołgu wjeżdżającym do Tbilisi. Kornel Morawiecki był członkiem-założycielem „Solidarności Polsko-Czechosłowackiej”. Żądanie, by wycofał się z tej inicjatywy, postawił jeden z najgłośniejszych ludzi opozycji jawnej. SW interesowała się też żołnierzami dezerterującymi z Armii Sowieckiej. Na łamach ulotek i czasopism informowała o ucieczkach z jednostek i zaznaczając, że w przypadku schwytania zbiegów czeka nieuchronna śmierć, apelowała o udzielanie schronienia. Znanych jest przynajmniej kilka przypadków, w których dezerterzy ci uratowani zostali dzięki strukturom „SW”.
Przedmiotem zainteresowania nie były żadne wydarzenia w łonie obozu rządzącego PRL-em. Podczas gdy liczni publicyści drugiego obiegu snuli rozważania na temat np. dojścia do władzy „grupy Olszowskiego” albo młodszego pokolenia PZPR-u, SW pozostawała na takie kwestie całkowicie obojętna.
31 sierpnia 1982 r. doszło do największych w stanie wojennym manifestacji ulicznych, które po atakach ZOMO przekształciły się w wielogodzinne rozruchy. We Wrocławiu objęły one większość dzielnic, porażając swą skalą siły reżimu. Znów dały o sobie znać działania zapobiegające temu, by wydarzenia miały charakter wyłącznie żywiołowych zamieszek. Radio „Solidarność Walcząca” tego dnia sześć razy na falach UKF podawało komunikaty o toczących się wydarzeniach. Z kilku punktów miasta korespondenci wyposażeni w walkie-talkie przekazywali informacje do centrali radiowej R. Lazarowicza, który puszczał wiadomości w eter. Audycje te były odbierane w dużej części miasta. Równocześnie inna sekcja prowadziła stały nasłuch częstotliwości wykorzystywanych przez MO i SB. Na ulicach bywało, że dążące do otoczenia demonstrantów oddziały ZOMO same nagle znajdowały się w oblężeniu. Głośnym przypadkiem był atak milicji przez Most Grunwaldzki, w czasie którego nacierający funkcjonariusze zorientowali się nagle, że znajdujące się za ich plecami kolumny MO uciekły pod naporem gęstniejącego również tam tłumu. Zomowcy błyskawicznie doszli do wniosku, że najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji jest rzucenie się z mostu do Odry.
Sukces protestów sierpniowych szybko został zastąpiony serią porażek „Solidarności” – wynikłych głównie z błędów jej przywództwa. 8 października Sejm PRL zdelegalizował NSZZ „Solidarność”. Przywództwo związku powstrzymywało przed demonstracjami i wyznaczyło dzień narodowego protestu dopiero na 10 listopada. SW uznało tak odległy termin za błąd. Jak było do przewidzenia, reżim wykorzystał miesiąc względnego odprężenia na kolejne represje oraz zorganizowanie dodatkowego poboru rezerwistów do służby w wojsku i MO. Dwa dni przed planowanym strajkiem powszechnym i demonstracjami, internowany przewodniczący „Solidarności” wysłał list do gen. Jaruzelskiego, podpisując się „kapral Wałęsa”. 10 listopada 1982 r. zarówno strajk, jak i demonstracje miały ograniczony zasięg, co rządzący PRL-em okrzyknęli postępującą „normalizacją”, czyli wzrostem akceptacji społeczeństwa dla zmian dokonanych kolejnymi etapami stanu wojennego.
Szereg lat w podziemiu
Jesienią 1982 r. stawało się coraz bardziej jasne, że wydarzenia obrały kierunek wróżący zmagania z reżimem trwające lata. Zasięg Solidarności Walczącej wybiegał już daleko poza Dolny Śląsk. Znajdująca się pod przywództwem Zbigniewa Bełza sieć podziemnej „Solidarności” w Gorzowie znalazła się w orbicie SW. Na Górnym Śląsku do organizacji przyłączyło się silne środowisko opozycji kierowanej przez Norberta Liszkę. Do SW weszła też zarządzana przez Jadwigę Chmielowską Regionalna Komisja Koordynacyjna górnośląskiej „Solidarności”.
W Katowicach ukazywały się miesięczniki „Wolni i Solidarni” oraz Podziemny Informator Katowicki. Wg Aleksandra Katowickiego, „SW była odpowiedzią na fiasko polityki TKK oznaczającej taktykę nastawioną jedynie na koordynację a nie przywództwo”.
Rozwój SW skupiał na sobie uwagę kolejnych ośrodków opozycji. Poglądy analogiczne do motywacji Liszki, Katowickiego i Chmielowskiej wyrażał Maciej Frankiewicz. Ten znany działacz NZS stał się jedną z barwniejszych postaci Solidarności Walczącej. Robiący wrażenie nieporadnego oryginała, humanista okazywał się doskonałym organizatorem, sprawdzającym się nie tylko w pracy konspiracyjnej, ale i w przedsięwzięciach pełnych brawury. Pragnąc wyposażyć swoją organizację w sprzęt poligraficzny, dokonywał włamań do zakładów, z których wykradał po kilka maszyn do pisania i powielaczy za jednym razem. Po zatrzymaniach przez SB udawało mu się uciec z aresztu. A kierowany przez niego wielkopolski oddział SW wyróżniał się intelektualną jakością publikacji i wyjątkowym zainteresowaniem sprawami ducha. Poznańska Solidarność Walcząca wydawała m.in. intelektualny periodyk „Czas Kultury”.
SW zyskała przyjaciół wśród Polaków przebywających za granicą. Utworzono przedstawicielstwa organizacji w Niemczech, Norwegii, Francji, Anglii i USA. Organizacja Kornela Morawieckiego była jedyną, oprócz NSZZ „Solidarność”, posiadającą podobne agendy na obczyźnie.
Do połowy 1983 r. Solidarność Walcząca szybko rozwijała się, unikając większych wpadek. Aresztowania w kręgu wydawców „Wiadomości Bieżących” nie pociągnęły za sobą kolejnych zatrzymań. Powstawały struktury w Trójmieście, Warszawie, Jeleniej Górze, Opolu, Wałbrzychu, Głogowie, Legnicy, Rzeszowie, Lublinie, Pile, Kłodzku. Nieco później także w Krakowie i kolejnych miastach.
W Szczecinie silna organizacja wydawała m.in. pismo „Gryf”. SW wspierała wydawanie prasy młodzieżowej (np. popularnego biuletynu „Wyrostek”), ciążyła ku niej Polska Niezależna Organizacja Młodzieżowa, pod okiem starszych kolegów kształcąca swoich drukarzy. Jako pierwsza w Polsce, SW zaczęła używać składu komputerowego, a do swoich komórek rozsyłała bardzo obszerne serwisy informacyjne na dyskietkach.
Nieustanne pojawianie się nowych ogniw Kornel Morawiecki nazwał „konstrukcją fraktalną”. Przyłączały się kolejne grupki, np. skupione wokół wydawanych czasopism. Bezpieka próbowała taki sposób rozwoju wykorzystać do wprowadzenia swoich ludzi w struktury SW. Prawie zawsze zabiegi te były daremne. Bezpieczeństwo zwiększały zespoły kontrwywiadu SW. Kontynuowaną do ostatnich dni konspiry formą jego pracy było stałe monitorowanie działań SB. Rozpoznawano możliwości lokali operacyjnych bezpieki – począwszy od wyposażonych w lunety stanowisk na najwyższych piętrach wieżowców po mieszkania w różnych punktach miast. Do konspiratorów trafiały dane samochodów SB, rysopisy tajniaków. Prowadzono stały nasłuch rozmów radiowych, które poddawano analizie i drukowano ich skróty. Wydruki te trafiały do działaczy, którzy dzięki nim mogli skojarzyć, czy to nie oni są przedmiotem zainteresowania SB. Z czasem bezpieka zorientowała się, że jest podsłuchiwana. Funkcjonariusze coraz częściej uciekali się do szyfrowania swoich wypowiedzi, a czasem woleli korzystać z budek telefonicznych zamiast radia. Po jakimś czasie SB zaczęła posługiwać się kodem liczbowym, który wkrótce został przez ludzi SW złamany.
Wg analizy zachowanych materiałów SB, dokonanej przez Marka Piotrowskiego i Dolnośląską Inicjatywę Historyczną – bezpieka miała ogromne trudności z przeniknięciem do struktury Solidarności Walczącej. W związku z tym, że również raport końcowy z prac operacyjnych przeciw SW zawiera kardynalne błędy dotyczące składu przywództwa organizacji – można być wręcz pewnym, że nigdy nie miała żadnego informatora osadzonego w głównym rdzeniu struktury. Przez całe lata osiemdziesiąte SB dorobiła się kilkunastu tajnych współpracowników dysponujących wiadomościami na temat SW. Jak na organizację liczącą być może nawet parę tysięcy ludzi – jest to liczba znikoma. Pochodzące z kwietnia 1990 r. i liczące ok. stu stron podsumowanie esbeckich zmagań z organizacją Morawieckiego pozwala sądzić, że większą wiedzę bezpieka miała tylko na temat kilku pionów i to na ogół powierzchowną. Esbecki spis rozpracowywanych działaczy zawiera mnóstwo błędów. W przypadku Solidarności Walczącej mamy więc do czynienia z częścią opozycji w wyjątkowo dużym stopniu wolną od agentury.
Najwięcej informacji o SW bezpieka zyskała w wyniku fal aresztowań. Nie przyniosły natomiast skutku różne formy szantażu, np. uprowadzenia dzieci Morawieckiego. Wiosną 1983 r. w Lublinie dokonano szeregu rewizji i zatrzymań, które nie pociągnęły jednak za sobą osłabienia organizacji. Bez rezultatu pozostały analogiczne represje w czerwcu tego samego roku we Wrocławiu. W stolicy Dolnego Śląska miesiącem pełnym aresztowań był grudzień 1983 r., kiedy zatrzymano m.in. kilku ludzi z kręgu Morawieckiego. W 1984 r. bezpieka zorientowała się, że jeden z aresztowanych jest znaczącą postacią struktur druku i kolportażu. Przesłuchania trwały pół roku i niestety prawdopodobnie to ich owocem było uwięzienie 40 członków organizacji oraz zyskanie informacji o kolejnych 150. Organizacja ciągle jednak funkcjonowała bez większych zakłóceń. Zawdzięczać to należy w znacznej mierze jej zdecentralizowanej strukturze oraz tworzeniu dużej liczby małych punktów poligraficznych zamiast dużych drukarń. W praktyce polegało to na tym, że diapozytywy służące do sitodruku przygotowywano w wielu egzemplarzach. Trafiały one w tym samym czasie do różnych zespołów. Każdy na potrzeby własnej siatki kolportażowej drukował swoją część nakładu, zwykle ok. 1500 egz. gazetek. W przypadku wpadki nawet szeregu małych drukarń równocześnie – pozostałe kontynuowały tę samą pracę, mając możliwość zwiększenia wydajności, by pokryć ubytki powstałe w wyniku wyłączenia z pracy innych drukarzy. W efekcie nawet duża fala represji nie zakłócała wydawniczego rytmu. Ponadto SW dążyła, aby każdy jej członek nie tylko umiał drukować, ale w dużym stopniu sam potrafił sobie zorganizować druk. Zwykle każdy zespół sitodrukowy dysponował ukrytą rezerwą sprzętu i materiałów poligraficznych. Takie silnie zindywidualizowane rozwiązanie sprzyjało także oddolnym inicjatywom wydawniczym. W niektórych okresach ukazywało się ponad 20 tytułów prasowych sygnowanych przez SW. Część z nich doczekała się paruset wydań, niektóre w każdorazowym nakładzie przekraczającym 20 tys. egz.
Jesienią 1986 r. władze PRL częściowo złagodziły represje, co polegało na unikaniu wydawania liczonych w latach wyroków więzienia. W 1987 i 1988 r. zdarzały się jednak dni, w których SB dokonywała kilkudziesięciu zatrzymań członków SW w jednym mieście. Ulubioną formą nękania stały się konfiskaty samochodów. Barbara Sarapuk swoją skodę odzyskała dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych. Auto nadawało się już tylko na złom, za to dołączono do niego rachunek za kilkuletni postój na milicyjnym parkingu.
Aresztowanie Morawieckiego
Wg opartego na materiałach IPN opracowania Pawła Piotrowskiego „Solidarność Walcząca w świetle materiałów SB” – przez całe lata 80. organizacja była przez reżim komunistyczny uważana za największe obok NSZZ „Solidarność” zagrożenie dla istniejącego porządku i za najsilniejszą po związkowej organizację opozycyjną. Władze PRL wielokrotnie wyrażały zaniepokojenie ciągłym funkcjonowaniem tak dużej podziemnej struktury.
Faktem zadającym kłam postępom „normalizacji” było ciągnące się latami ukrywanie się jej liderów, przede wszystkim – Kornela Morawieckiego. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych zrodziło się przypuszczenie, że przewodniczący SW zawdzięcza swą nieuchwytność posiadaniu agentury w organach dolnośląskiej SB. Owocem tego podejrzenia było wysłanie do Wrocławia z Warszawy zespołu służb specjalnych, który podjął działania niezależnie od prac operacyjnych bezpieki wrocławskiej. Długotrwałe zabiegi nie dawały znaczących rezultatów. Zaangażowanie dużych sił pozwoliło jednak na stałą obserwację szeregu mieszkań, które rozpoznano jako miejsca spotkań ludzi podziemia. Nagłe wtargnięcia do nich esbeków odbywały się z dużą brutalnością. Członkowie SW nie posiadali broni, lecz aresztowań dokonywano wg zasad stosownych dla akcji antyterrorystycznych. Jedyną formą zabezpieczenia się przed częścią skutków pojawienia się sił SB bywało montowanie dodatkowych, metalowych drzwi. Niejednokrotnie dzięki nim przedłużał się czas potrzebny esbecji do sforsowania wejścia, w wyniku czego ukrywający się mieli szansę np. spalenia dokumentów. Wraz z doskonaleniem metod pracy SB coraz mniejsze były szanse ucieczki z mieszkania, do którego wpadała bezpieka. Aresztowania członków „SW” odbywały się z udziałem liczniejszych ekip, często drogą wybicia drzwi a nawet fragmentu ściany.
Takim sposobem 9 listopada 1987 r. SB wtargnęła do wrocławskiego mieszkania, w którym znajdowali się m.in. Kornel Morawiecki i Hanna Łukowska-Karniej. Esbecy byli zaskoczeni swoim sukcesem i wyrazili też zdziwienie, że szef najgroźniejszej organizacji w Polsce nie ma przy sobie jakiejkolwiek broni. Morawiecki miał na to odpowiedzieć: „Ja nie mam, ale jeśli mnie zabijecie to mój następca będzie miał zawsze przy sobie uzi”. Aresztowany przywódca „SW” w konwoju samochodów służb specjalnych został przewieziony na lotnisko. Następnie został przykuty kajdankami do wnętrza śmigłowca, którym został przetransportowany do aresztu na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W tym samym czasie i kierunku Hanna Łukowska wieziona była samochodem eskortowanym przez kolumnę pojazdów milicji. Nadzwyczajne środki użyte dla pilnowania aresztowanych sprawiały wrażenie, że MSW skłonne było liczyć się z próbą odbijania uwięzionych.
Wydalenie z kraju i „okrągły stół”
Po aresztowaniu Morawieckiego, na czele „SW” stanął Andrzej Kołodziej, ukrywający się w Trójmieście. Kilka miesięcy później został schwytany w podobnych okolicznościach. Zgodnie z przyjętym na taki wypadek planem – funkcję następcy przewodniczącego przejęła wówczas Jadwiga Chmielowska. Prokuratura i SB rozpoczęły długotrwałe śledztwo, mające doprowadzić do procesu i skazania liderów organizacji. W kwietniu 1988 r. rozpoczęły się jednak strajki w kilku miastach Polski. W obliczu wzbierającej fali protestów władze komunistyczne doszły do wniosku, że najlepszym dla reżimu rozwiązaniem będzie wydalenie przywódców SW z kraju.
Sprzyjała temu choroba Andrzeja Kołodzieja. Zaproszeni do mediacji prof. Andrzej Stelmachowski i ksiądz Józef Orszulik przekonali Morawieckiego, że schorzenie jego towarzysza grozi śmiercią w przypadku niepodjęcia natychmiastowego leczenia za granicą. Dając wiarę tej informacji, przewodniczący SW wszedł do samolotu i znalazł się na Zachodzie, lecz wrócił do kraju natychmiast, gdy tylko Andrzej Kołodziej znalazł się pod opieką lekarzy. Na Okęciu znów został zatrzymany i przymusowo wyprawiony w kolejny lot – bez prawa powrotu. Wkrótce okazało się, że stan zdrowia Kołodzieja nie był nawet w części tak zły, jak to wynikało z pełnych troski zapewnień Orszulika i Stelmachowskiego. Nie było więc już wątpliwości, że dokonana wspólnie banicja miała na celu wyeliminowanie Solidarności Walczącej z wydarzeń, których bieg przyspieszył w 1988 r.
Powtórne wywiezienie Morawieckiego za granicę zbiegło się w czasie z opadaniem wiosennej fali strajków. Postanowił on więc wykorzystać przymusowy pobyt na obczyźnie, spotykając się z emigracją i politykami. Jednym z głównych wniosków był minimalizm celów niektórych ośrodków i brak wiedzy na temat sytuacji w kraju. Pojawiały się oferty finansowego wsparcia dla SW, warunkowane jednak rezygnacją z radykalnych żądań. W ocenie działaczy polonijnych łagodzenie stanowiska opozycji było konieczne, gdyż stabilizacja sytuacji otwierała możliwość „amerykańskiej pomocy, która uratuje Polskę przed głodem”. Równie rozczarowujące były spotkania z niektórymi członkami Kongresu USA, pozostającymi pod ogromnym urokiem Gorbaczowa. Najczęściej miały jednak miejsce sytuacje świadczące o wielkim uznaniu dla wysiłków i dokonań. Jan Paweł II przyjął Kornela Morawieckiego na audiencji prywatnej. Okazało się, że papież świetnie zna program, ofiarę i historię Solidarności Walczącej.
Późnym latem 1988 r. przewodniczący SW wrócił do kraju przez „zieloną granicę” i ponownie stanął na czele podziemnych struktur. Solidarność Walcząca wyrażała w tym czasie sprzeciw wobec niejawnych rozmów części opozycji z gen. Kiszczakiem. W ocenie SW nastawał czas, w którym zarówno sytuacja wewnętrzna, jak i międzynarodowa pozwolą postawić żądanie w pełni wolnych wyborów. „Okrągły stół” oceniano jako koło ratunkowe dla ludzi reżimu – transakcję polegającą na dopuszczeniu do władzy części „Solidarności” przy równoczesnym obłowieniu się komunistycznej nomenklatury na narodowym majątku. Sprzeciw budziła też metoda przemian ekonomicznych. Wskazywano, że nawis inflacyjny można wykorzystać sprzedając obywatelom udziały w przedsiębiorstwach, co stanowiłoby krok w stronę powszechnego uwłaszczenia. SW protestowała, że w czasie, gdy działa „solidarnościowy” rząd – nadal cenzurowane są książki, pozwala się SB palić archiwa, naród zachęca się do ofiar, równocześnie dopuszczając do przejmowania bardziej wartościowych przedsiębiorstw przez spółki założone przez byłych „właścicieli PRL-u”.
W 1988 r. jawną działalność rozpoczęli przedstawiciele Solidarności Walczącej. Kornel Morawiecki, pozostając w ukryciu aż do roku 1990, demonstrował sprzeciw wobec charakteru zachodzących przemian. Jak wynika z zachowanych w IPN raportów, prace operacyjne przeciw Solidarności Walczącej zostały zawieszone dopiero w kwietniu 1990.
W sytuacji, gdy nowa „Solidarność” zyskała dostęp do telewizji i otrzymała koncesję na „Gazetę Wyborczą”, SW znalazła się w cieniu. W budzących kontrowersje okolicznościach odmówiono też Morawieckiemu prawa kandydowania w wyborach prezydenckich jesienią 1990 r. Utworzona przez członków SW Partia Wolności nie znalazła się w parlamencie w roku 1991 ani w 1993. W połowie lat 90. Morawiecki zrezygnował z działalności politycznej i ponownie pracuje na Politechnice Wrocławskiej. Podobnie potoczyły się losy większości członków SW, z których tylko nieliczni zajmują się dziś działalnością publiczną.
Więcej informacji o SW można znaleźć na stronie internetowej: www.sw.org.pl
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Z perspektywy 25 lat wydarzenia 1980 r. jawią się jako jeden z najważniejszych faktów w burzliwej polskiej historii XX wieku. Myślę, że tak samo będą oceniane z perspektywy tysiącletniej, kiedy to nieunikniona skrótowość spojrzenia wymusi na przyszłych pokoleniach pominięcie nie tylko szczegółów, lecz także wielu pierwszoplanowych dla tego zdarzenia postaci i zredukuje ten złożony fakt historyczny do kilku symboli.
Myśląc dzisiaj o Grunwaldzie nie pamiętamy, że zwycięstwo to było politycznie zmarnowane przez ówczesne kierownictwo państwa w osobie Jagiełły – myślimy tylko o psychologicznym przełomie i początku końca naszego śmiertelnego wroga. Podobnie, myśląc o Sierpniu przyszłe pokolenia nie będą pamiętać np. tego, że trzej główni przywódcy komitetów strajkowych, którzy podpisali porozumienia z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia byli agentami SB. Znaczenie tych wydarzeń przerasta osoby, które brały w nim udział.
Myśląc o Sierpniu winniśmy mieć na uwadze, że był on przejawem tych cech, które w naszej zbiorowości przejawiają się rzadko i właśnie dlatego ich masowe wystąpienie powinno być pamiętane. W trakcie wydarzeń sierpniowych i późniejszych lat wystąpiły też cechy inne – te, które od XVI w. ciągną w dół naszą zbiorowość, ale ich działanie jest naturalne, a zatem nie może budzić ani zdziwienia, ani podziwu. Z tych negatywnych cech można wymienić przesadne zaufanie do przywódców, płynące nie tylko z faktu, że polska kultura polityczna jest kulturą gestu, lecz prawie zawsze będące odbiciem braku wiary zbiorowości i jej członków w siebie samych.
Pierwszą cechą godną uwagi jest roztropność, jaką okazali nie tylko liderzy Sierpnia – niektórzy z nich bowiem często, jak Wałęsa czy jego inteligenccy doradcy, dawali w gruncie rzeczy pokaz małoduszności – lecz przede wszystkim masy strajkujących. Rozwaga ta płynęła także z krwawych doświadczeń wcześniejszych robotniczych protestów. Także groźba sowieckiej interwencji nakazywała umiar wszystkim – nawet ekipie rządowej, bo interwencja byłaby także jej końcem. Niemniej rys umiaru podczas wydarzeń sierpniowych jest wyraźny i godny podkreślenia.
Zauważalne jest w Sierpniu wyciągnięcie przez jego uczestników wniosków z historii. Decyzja robotników o pozostaniu w zakładach pracy i niewychodzeniu na ulice, była efektem doświadczeń roku 1956 i zwłaszcza 1970. Ale ostrożność i chęć porozumienia ze strony związkowców pomimo prowokacji w wykonaniu PZPR miała za podkład inne doświadczenia narodu w XX w., nakazujące mu dokładne liczenie ubytków i zysków, i zalecające pamięć o stratach, jakie mogą powstać w razie błędów w rachubie. Nad Sierpniem ‘80, będącym w istocie swoich skutków bezkrwawym powstaniem narodowym, unosił się cień warszawskiego Sierpnia ’44.
Sierpień to także demonstracja jedności narodu ponad podziałami klasowymi i regionalnymi. Ci robotnicy, którzy do swoich postulatów dopisywali żądania środowisk nie mogących strajkować z racji specyfiki zawodowej (jak np. pielęgniarki) dali dowód myślenia nie tylko w kategoriach wąsko rozumianego interesu własnej branży czy nawet grupy społecznej. To samo dotyczy postulatów swobód kulturalnych i religijnych, mających wszak charakter ponadklasowy. Pamiętajmy, że działo się to w systemie, którego oficjalna ideologia przez 35 lat wpajała wagę identyfikacji klasowej, pomniejszając narodową. Dodatkowo czysto pragmatycznie (a z punktu widzenia interesu narodowego – skrajnie nieodpowiedzialnie) ekipy rządzące z PZPR manipulowały wykorzystując uprzedzenia regionalne, np. między Śląskiem a resztą kraju. To wraz z powyższym znaczeniem doświadczenia historycznego, uwidocznionym w Sierpniu, wyraźnie pokazało, że dla człowieka większe znaczenie ma tworzona przez jego zbiorowość rzeczywistość historyczna i płynące z niej wnioski niż rozwiązania wynikłe z rozważań filozofów, wierzących (jak marksiści), że znaleźli klucz do sensu dziejów. Zwłaszcza, że te rozważania kasta rządząca z nadania obcych wykorzystywała czysto instrumentalnie.
Sierpień ‘80 z perspektywy lat jawi się jako doświadczenie ważne nie tylko dla Polaków, lecz także dla całego świata. To jedno z nielicznych wydarzeń, dzięki którym nasz naród wpłynął na oblicze planety. Wydarzenia te zapoczątkowały bowiem erozję komunizmu, systemu, który jeszcze w latach tuż przed omawianymi wydarzeniami miał nadzieję na podbój świata. Pamiętajmy, że poprzez swoje obietnice, pewną atrakcyjność intelektualną, a także powiązanie doktryny z prawdziwymi problemami społecznymi, marksizm był ruchem poważnie traktowanym jako propozycja społeczna w wielu częściach świata, zwłaszcza tam, gdzie nie panował. Jego masowe odrzucenie przez robotników, których interesy rzekomo wyrażał, w kraju, gdzie rządzono w jego imieniu przez dziesięciolecia – było ciosem w samo serce tej ideologii. Stan wojenny rozbił wyrosły z Sierpnia ‘80 ruch robotniczy i społeczny, ale ideologia, której jedynym argumentem są czołgi, sama daje dowód swojej martwoty.
Ponieważ komunizm zagrażał całemu światu, zadanie mu tak mocnego ciosu w Polsce miało znaczenie dla wszystkich, a przynajmniej dla tych cywilizacji, którym zagrażał realnie. W tym sensie ruch wyrosły z polskich problemów zdobył znaczenie ogólnoludzkie.
Z tym wszystkim, co powiedziałem, Sierpień, a także to, co zostało z jego spuścizny, jest jednak także dowodem na przyrodzoną Polakom jako zbiorowości umiejętność marnowania szans i niezdolność do działań konsekwentnych i długofalowych. Nie zdołaliśmy wykreować w świecie mitu Sierpnia, będącego naszą wizytówką z braku Nokii czy Mercedesa. Symbolem upadku komunizmu jest w świecie upadek muru berlińskiego, wydarzenie późniejsze i zaistniałe przecież także dzięki naszemu Sierpniowi. 15 lat po odzyskaniu swobody ruchów w tej dziedzinie, nie prowadzimy „polityki historycznej” – jak byśmy nie wiedzieli, że w świecie mediów mniej liczy się prawda niż masowe wyobrażenie o niej. I jak byśmy nie mieli przykładów narodów, które z wykreowanych mitów historycznych uczyniły jeden z elementów swojej potęgi. Polak zbiorowy jeszcze raz okazał się zdolny do wspaniałego zrywu, lecz słabszy w działaniach wymagających pracy, konsekwencji i wytrwałości.
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Wielu ludzi krytykuje dzisiejszą NSZZ „Solidarność” za działania części jej przywódców, za znaczne odejście od ideałów roku 1980. Trudno im nie przyznać racji. Doskonale wiemy, jak bardzo brakuje demokracji w naszym Związku, jak duża jest władza biurokracji związkowej, jak często lokalni przewodniczący eliminują mechanizmy demokratycznej kontroli, wchodzą w zażyłe układy z pracodawcami, nie zwołują statutowych władz Związku, utajniają dokumenty, fałszują protokoły, eliminują wartościowych ludzi. Jednak odważymy się napisać, że jest to w tej chwili najbardziej demokratyczna organizacja społeczna i polityczna w Polsce. Jedyna, która odwołuje się do doświadczenia jawności w najtrudniejszych sytuacjach.
Demokracja nie jest kwestią deklaracji i haseł, lecz praktyki. Historia „Solidarności” jest ważną lekcją nie tylko tego, jaką siłę stanowi solidarność międzyludzka, lecz także tego, jakie czynniki doprowadziły do kryzysu ruchu „Solidarności” i jego częściowej porażki. Porażką niewątpliwie było – i jest nadal – społeczne odrzucenie w wyniku „reformy gospodarczej” (zwanej reformą Balcerowicza) znacznej części obywateli III RP. Lekcja ta jest ważna szczególnie dzisiaj.
I. NSZZ „Solidarność” i upadek systemu PRL
Strajki latem 1980 r. zaczęły się od postulatów podwyżki płac. W Stoczni Gdańskiej dodano postulat przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy. Stocznia stanęła, do niej zaczęły się przyłączać inne zakłady pracy Wybrzeża. Bunt w imię „chleba” stał się zagrożeniem dla systemu. Po kilku dniach, 15 sierpnia 1980 r., władza ustąpiła. Zgodziła się na podwyżkę płac w Stoczni o 1500 zł. Powiedziano: „Zwyciężyliśmy, rozchodzimy się do domu”. Wtedy pojawiły się delegacje z sąsiednich zakładów: „zostawiliście nas, zdradzili”. Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz zatrzymały wychodzących stoczniowców. Następnego dnia strajkujący wrócili, powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy i słynne 21 postulatów. Pierwszym punktem była teraz: „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych”. „Podwyżka płac o 2000 zł, jako rekompensata wzrostu cen”, wróciła jako punkt 7. Ostatecznie wynegocjowano 800 zł, ale już dla całego kraju. Stanęła cała Polska, wszyscy nasłuchiwali, co się dzieje w Gdańsku, potem Szczecinie i Jastrzębiu.
W Stoczni Gdańskiej, sala BHP została zajęta przez liczący już ponad 100 osób MKS. Z delegacją rządową negocjowało wybrane Prezydium MKS. Jawnie, na oczach całego MKS-u. Głośniki przekazywały negocjacje bezpośrednio do wszystkich na terenie całej Stoczni. Tu nie można było dogadać się w cztery oczy, tu trzeba było mówić otwarcie, aby gra była uczciwa. Charakterystyczna sytuacja zdarzyła się już prawie na końcu. Rząd nie chciał się zgodzić na postulat 4: zwolnić wszystkich więźniów politycznych, w tym członków Komitetu Obrony Robotników. Lech Wałęsa i doradcy nie wierzyli, że się uda, Andrzej Gwiazda nie chciał ustąpić, słychać było narastające niezadowolenie całej sali BHP i stoczniowców na zewnątrz. Premier Jagielski ustąpił, nie miał wyboru. Taka demokracja oparta na jawności była siłą MKS-u. To najważniejszy wniosek z tej lekcji historii.
Zwycięstwo. Wszyscy przestaliśmy się bać. Podnieśliśmy głowy. Po kilku miesiącach do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” należało już 9,5 miliona ludzi. PZPR-ia i ich poplecznicy już nie byli tacy butni. Zresztą, sporo szeregowych członków PZPR wstąpiło do naszego Związku. Euforia – „festiwal Solidarności”.
I nastąpił 13 grudnia 1981. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRONA) ogłosiła stan wojenny. Naszą odpowiedzią było gromadzenie się w dużych zakładach pracy i strajki okupacyjne. Taktyka ta, z jednej strony, wynikała z chęci uniknięcia ofiar takich, jak w 1970 roku, z drugiej, niestety, ułatwiała koncentrację ZOMO i wojska do tłumienia poszczególnych strajków okupacyjnych. Internowano i aresztowano ponad 6 tys. osób. Zostało zamordowanych kilkadziesiąt, w tym kilku księży. Do dzisiaj większość zabójców pozostaje bezkarna.
W lutym 1982 r. pod osłoną stanu wojennego ogłoszono ogromną podwyżkę cen: podstawowe produkty podrożały o kilkaset procent. Szybko pojawiły się nielegalne gazetki, „Solidarność” zeszła do podziemia. Najaktywniejsi ludzie skupili się na wyciąganiu swoich kolegów z więzień i internowania. Sprawa „wolności” przeważyła nad „chlebem”. Ale na razie nie było ani chleba, ani wolności.
Długotrwała konspiracja siłą rzeczy zniszczyła demokrację wewnątrzzwiązkową. Nie można było przeprowadzać regularnych wyborów, zebrań, konsultacji. Wszystkie decyzje musiały być podejmowane przez wąskie grupy ludzi, im mniej liczne, tym trudniejsze do wykrycia. Nie można było jawnie, publicznie podejmować decyzji. Nie mogło być mowy o demokratycznej kontroli członków „Solidarności” nad decyzjami przywódców. Dziewięć milionów związkowców nie mogło aktywnie konspirować. Można było czytać bibułę i płacić składki związkowe, ale niewiele więcej. Terror WRON-y, trudne warunki życia i zmasowana propaganda zrobiły swoje. W roku 1988 było już przede wszystkim zmęczenie narodu. Sukcesem władzy, choć nie zdobyła ona wiarygodności, było doprowadzenie do zobojętnienia, do znacznego zmniejszenia aktywności społecznej. Z jednej strony konieczność „okrągłego stołu”, porozumienia elit, dążenie do pokojowego przejęcia choćby części władzy.
Z drugiej strony, zupełnie niespodziewanie dla podziemnej „Solidarności”, nierozwiązane problemy, przede wszystkim nie wystarczające na utrzymanie niskie zarobki, stały się w roku 1988 motorem następnej fali strajków. W Nowej Hucie i w Stoczni w Gdańsku strajki rozpoczynali robotnicy o niemal 10 lat młodsi od pokolenia 1980 roku.
Wywalczenie prawa do ponownej legalizacji NSZZ „Solidarność” oraz częściowo wolnych wyborów do Sejmu i całkowicie wolnych do Senatu, zmobilizowało cały naród. Dowodem był masowy udział w wyborach w czerwcu 1989 r. i całkowite zwycięstwo wyborcze obozu solidarnościowo-niepodległościowego.
Niestety, po bezapelacyjnej wygranej w wyborach czerwcowych 1989 r., zwycięskie elity polityczne zrobiły wszystko, aby nie dopuścić do demokracji i jawności – mówiło się, że „ciemne masy” nie zrozumieją liberalnej reformy gospodarczej i będą przeszkadzać. Nie był potrzebny silny Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Ideologowie liberalnej reformy nawoływali, aby nie wstępować do naszego Związku, bo… „to nie ten sam ruch społeczny, co w 1980 roku”, „teraz nie jest potrzebny związek zawodowy”. Nasiliło się to szczególnie po odebraniu „Gazecie Wyborczej” prawa do znaku „Solidarności”. Zaczęło się propagowanie krańcowego indywidualizmu. Ideałem mieli być ci, którzy potrafili ukraść pierwszy milion, oni mieli być motorem rozwoju Polski. Elity okrzyknęły strajkujących związkowców „hamulcowymi”: stoczniowców, górników, pielęgniarki, nauczycieli… A oni nie chcieli poświęcać się dla idei wolnego rynku, ponieważ groziła im bieda lub utrata pracy. Władza robiła wszystko, by nie dopuścić do protestów. A przecież strajk to też element wolnego rynku. Strajkujący okazują siłę kapitału ludzkiego.
W reaktywowanym NSZZ „Solidarność” było nas ok. 3 miliony. To była duża siła. Pierwszy po stanie wojennym Krajowy Zjazd Delegatów w 1990 r. nie wysłuchał sprawozdania ustępujących władz, nie zaproszono nawet członków Komisji Krajowej. Sądzimy, że jednym z powodów takiego złamania zasad demokracji wewnątrzzwiązkowej była chęć niedopuszczenia Związku do oceny „reformy Balcerowicza”. Była to reforma całkowicie inna niż dotychczasowy społeczno-gospodarczy program „Solidarności”. Stanowiło to swego rodzaju zamach stanu wewnątrz „Solidarności”.
Pierwszym sygnałem nieufności pracowników wobec tej reformy było wystąpienie Małgorzaty Calińskiej z wrocławskiego Polaru, ostatniej nocy Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność”. Około piątej nad ranem Małgorzata powiedziała: „Wy sobie nawet nie wyobrażacie jakie straszne rzeczy nam oni szykują…”. W dobranym Prezydium Komisji Krajowej zadbano, by w imieniu Związku trzymać parasol nad tą reformą gospodarczą. Zrobiono wszystko, aby Związek nie wypowiedział się na temat reformy. Zaś Sejm w ekspresowym tempie (przez 11 dni) zaakceptował 10 całkowicie nowych ustaw wprowadzających „reformę”. Posłowie w większości nie wiedzieli do końca, za czym głosują. Szczegółowe relacje Ryszarda Bugaja odsłaniają mechanizmy nacisków ze strony natchnionych ideologicznie popleczników tej reformy. Parasol polegał m.in. na umożliwieniu Leszkowi Balcerowiczowi uchylenia się od dyskusji. Ceną za to są nie tylko 3 miliony bezrobotnych, ale także znaczna utrata dobrego imienia przez NSZZ „Solidarność”.
Narastające niezadowolenie społeczne pierwszy w środowisku elit politycznych wyczuł Lech Wałęsa. W maju 1990 r. na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego oświadczył, że „wojna na górze” jest potrzebna, „bo /…/ jeżeli spokój jest u góry, to na dole jest wojna. Dlatego zachęcam państwa do wojowania”. Widocznym sygnałem narastającego niezadowolenia był wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich w grudniu 1990. Przypadkowy kandydat Stan Tymiński, wyraźnie kwestionujący ten kierunek gospodarczych przemian, otrzymał około 25% głosów i wygrał z Tadeuszem Mazowieckim, urzędującym premierem i symbolem zmian. Elity polityczne całkowicie nie zrozumiały tego sygnału. „Naród oszalał” – powiedział jeden z czołowych polityków.
Także NSZZ „Solidarność” zaczął „zdejmować parasol znad reformy”. Podajemy kilka faktów w postaci kalendarium:
- Marzec 1990 – w Warszawie doszło do jedynej w ciągu ostatnich 15 lat publicznej konfrontacji z wicepremierem L. Balcerowiczem. Brali w niej udział przedstawiciele Komisji Zakładowych przemysłu Regionu Mazowsze. Zarzucano rządowi dążenie do likwidacji wielu gałęzi polskiego przemysłu i wywołania bezrobocia na dużą skalę. Leszek Balcerowicz już nigdy więcej do takiej konfrontacji nie dopuścił. Do dziś nie było ani jednej publicznej dyskusji Balcerowicza z jakimkolwiek ekonomistą o poglądach innych niż liberalne (co ciekawe, w relacji z tamtego spotkania Polskie Radio w programie I przekazało wyłącznie wypowiedzi wicepremiera).
- Luty 1991 – na obradach Komisji Krajowej dyskutowano o ewentualnym ogłoszeniu strajku generalnego w związku z pominięciem postulatów „Solidarności” przy nowelizacji „popiwku”. „Popiwek” był jedną z trzech kotwic tej reformy, mechanizmem utrzymania niskich płac pracowników przedsiębiorstw państwowych, niezależnie od ich wyników ekonomicznych. Miał sztucznie doprowadzić do wymuszenia zgody załóg na prywatyzację (jakąkolwiek). Powołano komisję do rozmów z rządem oraz postulowano przyspieszenie prac parlamentarnych nad pakietem ustaw związkowych.
- Maj 1991 – pod hasłami przyspieszenia reform i osłony najuboższych, rozliczenia komunistycznej nomenklatury, przedstawienia społeczeństwu realnych perspektyw rozwoju kraju oraz podjęcia przez rząd „rzeczowych rozmów” z „Solidarnością”, odbył się ogólnokrajowy dzień protestu. Na apel Komisji Krajowej odpowiedziało ok. 80% komisji zakładowych (oflagowanie zakładów, wiece i krótkie strajki).
- Początek 1993 – spór zbiorowy i strajk pracowników sfery budżetowej. Długotrwały upór rządu i brak woli porozumienia doprowadził, na wniosek „Solidarności”, do upadku rządu premier Hanny Suchockiej.
Aktywność NSZZ „Solidarność” w obronie pracowników rosła i malała w zależności od „odległości” jego przedstawicieli wobec struktur władzy. Po podjęciu decyzji o nieangażowaniu się w działania bezpośrednio polityczne, Związek aktywniej angażuje się w obronę praw pracowniczych. Powoli odzyskuje autorytet. Podstawowa działalność Związku dotyczy obecnie negocjowania układów zbiorowych i wysokości płac, przeciwdziałania likwidacji zakładów pracy, a przede wszystkim walki z niepłaceniem należnych wynagrodzeń oraz łamaniem innych praw pracowniczych. Nacisk 800 tys. pracowników należących do NSZZ „Solidarność” powoduje, że biurokracja związkowa musi się wykazać zainteresowaniem tymi problemami i próbami ich rozwiązywania, choćby pozorowanymi. Przykładem pozytywnym może być założenie organizacji zakładowych NSZZ „Solidarność” w wielu hipermarketach, gdzie poniżanie i elementarne oszukiwanie pracowników jest zjawiskiem niemal powszechnym. Udało się to m.in. dzięki kontaktom ze związkami zawodowymi działającymi w tych samych sieciach hipermarketów w Europie Zachodniej. Przede wszystkim jednak dzięki tradycji NSZZ „Solidarność”.
II. Solidarność międzyludzka – przezwyciężenie systemu III RP
Aby przeciwstawić się agresywnej propagandzie egoizmu, potrzebny jest powrót do wartości roku 1980. Są to: solidarność międzyludzka, wspólne działanie i wzajemne wspieranie się, jawność działania oraz przezroczystość wszystkich struktur organizacyjnych (związkowych, administracyjnych, samorządowych itp.). To jest droga do ograniczania wszechobecnych dziś „przekrętów” i korupcji.
Musimy pokazać, że pomagając sobie wzajemnie, jesteśmy mocniejsi, że każdy z nas dzięki temu sam też będzie miał lepiej. Trzeba to pokazać na poziomie pojedynczego człowieka, a nie wielkich partii czy systemów politycznych. Należy zacząć od solidarności w skali lokalnej – wśród kolegów w pracy, sąsiadów w bloku, pracowników instytutów, studentów w akademiku i na wydziale w uczelni. Nie muszą to być jednolite struktury. Można próbować wewnątrz NSZZ „Solidarność” czy choćby w oparciu o lokalne struktury „Solidarności”. Można w samorządzie studenckim lub osiedlowym. Wbrew pozorom, w spółdzielczości mieszkaniowej prawo i formalne reguły gry są bardzo demokratyczne. Ze względu na nikłą aktywność poszczególnych mieszkańców spółdzielni, zarządy i rady nadzorcze są opanowane przez większych i mniejszych cwaniaczków, często wywodzących się ze starej nomenklatury spółdzielczej. Można jednak domagać się jawności decyzji i informacji finansowych. Zawiadomienie o tym choćby tylko mieszkańców swojego bloku może być początkiem samoorganizacji społecznej. Porozumienie uczciwych ludzi z kilku bloków może zagrozić lokalnym mafiom i nomenklaturze spółdzielczej. Musimy tylko przełamać niechęć i strach przed wspólnym działaniem, zanegować popularne powiedzenie, że w Polsce wszyscy kradną i dają łapówki. Kluczowe i nośne jest dbanie o jawność wszystkich decyzji i przezroczystość ich podejmowania.
Powróćmy do tego, co działo się w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 w czasie negocjacji z rządem. Przykład jawnych obrad Sejmowej Komisji Śledczej w sprawie afery Rywina dowodzi, że już sama jawność obrad ma olbrzymi wpływ na opinię publiczną i na elity polityczne. Teraz jest łatwiej niż w 1980 roku, ponieważ formalnie trudniej nam coś zakazać. Poza tym, łatwiej drukować informację, szczególnie w małym nakładzie. Można też wykorzystać Internet, a nawet SMS-y do szybkiego przekazywania wiadomości. Przeszkodą jest przede wszystkim powszechne zobojętnienie i atomizacja, brak wiary w przyszłość i nieufność wobec ludzi podejmujących działalność społeczną.
Pamiętajmy, że „Nie ma wolności bez solidarności”, ale też „Nie ma wolności bez chleba” oraz „Nie ma chleba bez wolności”. Bez wolności ekonomicznej i politycznej system jest całkowicie niewydajny, nie jest w stanie zapewnić „chleba”. Wolność, którą podobno teraz się cieszymy, dla większości społeczeństwa jest fikcją. Człowiek zagrożony utratą pracy lub już bezrobotny i pozbawiony „chleba”, nie może korzystać z należnych mu praw. Niepotrzebna mu demokracja lub po prostu w nią nie wierzy. W sytuacji, w której państwo oraz środki masowego przekazu nie są już instrumentem gwarantowania prawa do godnego życia, lecz stają się narzędziami tylko elit władzy, jedynie solidarność międzyludzka może doprowadzić do autentycznej zmiany, doprowadzić do podważenia obecnej struktury władzy.
przez redakcja | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Ktoś powiedział, że nie wojny, lecz wielkie idee zmieniają świat. Taką ideą była i pozostała „Solidarność”, której nie należy utożsamiać jedynie ze związkową strukturą. To jest IDEA, która wybuchła w sierpniu 1980 r. i żyła do „okrągłego stołu”. Potem rozpoczął się „wyścig szczurów”, które rozdeptały ten bezcenny skarb.
Komuniści bali się zmian, więc musieli zniszczyć „Solidarność”. To był bardzo starannie przygotowany proces rozpoczęty 13 grudnia 1981 roku. Ogłoszenie stanu wojennego umożliwiło niszczenie zbudowanych demokratycznie struktur „pierwszej »Solidarności«” a uzgodnienia przy „okrągłym stole” dały początek niszczenia tego, co w nas przetrwało mimo stanu wojennego – przetrwała niezwykła idea, okupiona ofiarami zwyczajnych ludzi.
Po 1989 r. nastał czas tzw. konstruktywnej opozycji, która otrzymała możliwość zasiadania w parlamencie. Nobilitacja solidarnościowych elit sprawiła, że zarejestrowana na nowo „S” uwierzyła, iż zdobyła władzę, ale nie sądzę, by nadal wierzyła w sens idei… Jakże prawdziwe są słowa, jakie kiedyś przeczytałam „buszując” po niezależnych stronach Internetu:
Kto w twierdzy wyrósł nie pragnie ogrodu
Kto krew ma w oczach nie zniesie błękitu
Sytość zabije nawykłych do głodu
Myśl upodlona nie dźwignie zaszczytów.
Wałęsa zajął się „wojną na górze” i umacnianiem „lewej nogi”. Społeczeństwo stało się jedynie przedmiotem, z którym już nikt się nie liczył. „Solidarność” została wydana na pastwę polityki. Przytłoczona ciężarem transformacji, systematycznie dyskredytowana przez polityczne elity, utrwaliła się w świadomości społecznej jako przyczyna wszelkiego zła III RP.
Z pewnością liderzy opozycji zasiadający przy „okrągłym stole” wiedzieli, że druga strona jest wspierana przez tajne służby, nie wiem tylko, czy mieli świadomość tego, że sieć agentów zwerbowanych w stanie wojennym odda bezcenne usługi konstruktorom III RP.
Na podstawie złożonych w IPN raportów SB twierdzę, że „Solidarność” była nie tylko inwigilowana przez bezpiekę – służby specjalne od początku sprawowały pełną kontrolę nad władzami Związku. Przytoczę fragment raportu zachowanego w teczce 2 z 9 pod kryptonimem „Związek”, karta 307: „W okresie od I WZD [Walnego Zjazdu Delegatów] nie prowadziliśmy akcji zmierzających do eliminowania w ZR [Zarządzie Regionu] poszczególnych działaczy; wynika to z faktu, że do ZR nie weszły osoby o ekstremalnych poglądach”. Bardzo ciekawe są raporty z 1982 r., czyli po zakazaniu działalności związkowej, gdzie wymienia się nazwiska osób przewidywanych przez SB na funkcje przewodniczących zakładowych organizacji związkowych. Oprócz tych raportów są plany działania przeciwko osobom niepokornym, które utrudniały sterowanie niezależnymi grupami społecznymi. Od początku stanu wojennego trwało werbowanie TW na wielką skalę. Używając przemocy lub szantażu, SB łamała ludzkie sumienia i wymuszała współpracę. Budowana po raz drugi „Solidarność” nie miała szans. Była pod presją ogromnej ilości agentów, którzy po 1989 r. mogli działać już nie tylko w Związku, ale także w polityce. Bezpieka ulokowała agentów wszędzie, jednak najważniejsze zadanie wykonali ci, którzy skanalizowali NSZZ „Solidarność” po to, aby unicestwić ideę i na długie lata zniechęcić obywateli do solidarnej postawy. Oni zostali moderatorami „transformacji ustrojowej”.
Tak się złożyło, że bardzo szybko doświadczyłam układów wynikających z paktowania przy „okrągłym stole” i w wyborach nie uczestniczyłam. Gdy 4 czerwca 1989 r. większość Polaków cieszyła się ze zwycięstwa, mnie dręczyły różne wątpliwości. Ostatecznie moc mediów, a zarazem ufność w zbiorową mądrość Narodu sprawiły, że mimo wszystko postanowiłam włączyć się w „przywracanie normalności”. Niestety, były to „syzyfowe prace”.
Ogłoszona przez Mazowieckiego „gruba kreska” była aktem politycznym i nie miała nic wspólnego z chrześcijańskim gestem. To nie przypadek, że lustracja nie objęła banków oraz wymiaru sprawiedliwości – mafijne grupy interesu mogły bezkarnie rozkradać majątek narodowy. Nowa władza niezależnie od tego, czy zaliczała się do prawej, czy do lewej strony, zgodnie uznała cudowne działanie „niewidzialnej ręki rynku”. Dziś wiemy, że ta „niewidzialna ręka rynku” jest jedynie postkomunistyczną strukturą, która się wciąż reprodukuje i wpływa na rozmaite dziedziny życia społecznego. Rozbicie tej struktury jest zadaniem o wiele trudniejszym niż rozbicie komunizmu i dlatego Polska wciąż potrzebuje wojska „Solidarności”, ale tej oczyszczonej z agentów.
W III RP toczy się walka o symbole dobra, o historyczną pamięć. Wbrew pozorom to nie jest kwestia przeszłości, jak twierdzi społeczeństwo pozostające pod wpływem medialnych emocji. Trwając w niebywałym zamęcie pojęciowym nie rozumiemy, że przeszłość ma kapitalne znaczenie dla teraźniejszości. Zamęt umysłowy i nieprawdopodobna pokora obywateli wolnego przecież kraju nie pozwala nam wyrwać się z obowiązujących w III RP układów.
Być może jest tak dlatego, że jak mówił Bernard Shaw – „wolność to odpowiedzialność, dlatego ludzie się jej boją”. W III RP władze związkowe nie chciały brać żadnej odpowiedzialności za drugiego człowieka i utrwalały biurokratyczny charakter organizacji, działającej głównie na użytek polityków. Zaniechano wszystkiego, co było siłą „pierwszej »Solidarności«”, a przecież NSZZ „Solidarność” w III RP miał wszelkie warunki, by stanąć w obronie solidarności społecznej – jednak nie zrobił tego. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że „S” utraciła wymiar ideowy, stała się zależna od układów politycznych. Wciąż jest tak, że w jeden dzień strajkują pielęgniarki, innym razem kolejarze itd. Jedność jest tylko wówczas, gdy liderzy postanowią użyć struktur związkowych niczym trampoliny do indywidualnych karier. Jednak nie ma to nic wspólnego z ideą, która może zmienić świat globalnego wyzysku człowieka.
Nie zmieni się nic, póki nie zrozumiemy, że feta pod patronatem Wałęsy i Kwaśniewskiego nie ma nic wspólnego z Jubileuszem „Solidarności”. Popieram Andrzeja Gwiazdę, sygnatariusza listu w sprawie obchodów 25-lecia „Solidarności”. Potrzeba rzetelnych badań nad historią „S”. Nie wolno utrwalać kłamstw dotyczących transformacji ustrojowej w Polsce. Utrzymywanie stanu, w którym jedni są prawi, drudzy lewi, a wszyscy bez kręgosłupa i bez poglądów – służy tylko politycznym potrzebom agentury. Podział powinien przebiegać między przyzwoitymi a nieprzyzwoitymi. Najwyższy czas oddzielić jednych od drugich – łączyć może nas tylko pamięć.
Nie możemy wciąż mylić postaw z poglądami, idei ze strukturami, bezkarności nazywać wolnością, w której można ukraść nie tylko pierwszy milion. Nie może być zdrowym kraj, w którym kompletnie zaciera się przeszłość, a ludzie bezkarnie fałszują swoje biografie. Nie może być tak, że prześladowcy i prześladowani pozostają bezimienną grupą, w różny sposób wpisaną w polityczne układy, bo nie dokonała się nawet moralna ocena ich postaw i prawdziwi winowajcy są nadal bezpieczni. Musimy nauczyć się rozpoznawania źródeł współczesnego zła i zabiegać o zrozumienie, czym naprawdę była „Solidarność”.
To był spontaniczny, obywatelski opór przeciwko kłamstwu władz i zniewalaniu sumień. To była przede wszystkim postawa – i symbol – patriotyzmu i obywatelskiego zaangażowania. Ta postawa zdecydowanie wykraczała poza struktury „S” i była skierowana przeciwko władzy lękającej się nawet krzyża z kwiatów, patriotycznych rocznic, pielgrzymek i papieża wskazującego na wspólnotowy charakter naszej idei: „jedni drugich brzemiona noście”. Byłam i jestem zafascynowana nauką Jana Pawła II, który rozpoczynając swój pontyfikat wołał: „Nie lękajcie się…”. Wezwanie Ojca Świętego przyjęłam i uwierzyłam, że mogę czerpać z mocy Chrystusa obecnego w solidarnościowym, wspólnotowym wymiarze działań. Może dlatego nie lękałam się ani prześladowań, ani przegranej – nie kalkulowałam, czy trwanie w opozycji się opłaca. Pragnęłam wolności, ale jakaż to wolność, gdy ludzie panicznie się boją głównie o to, aby nie utracić bezcennego miejsca pracy.
Naprawdę „nie ma wolności bez Solidarności” – solidarność jest przeciwieństwem samotności. Jeśli człowiek wie, że nie jest sam, to przestaje się bać. Strach zawsze paraliżuje i ogranicza możliwości człowieka. Solidarność wyzwala, uczy odpowiedzialności, bo wszyscy są odpowiedzialni za wszystkich. Druga „S” nie zdała egzaminu z wolności, skoro wciąż tkwi w układach i pozwala niszczyć bezcenne wartości. Jest tak, że już nikt nikomu nie ufa. Liczy się tylko wielka forsa, sukces, układy, jakby z „tamtych lat” nie zostało nic poza ukrytymi w archiwach IPN aktami SB.
Gdy wybuchła „Solidarność”, miałam 30 lat i dwoje dzieci. Dziś mam 56 lat, troje dzieci i dwie wnuczki – najstarszy syn i córka ukończyli już studia i są samodzielni, natomiast najmłodszy syn studiuje historię na UAM w Poznaniu. „Solidarności” – Polsce oddałam najlepsze lata mojego życia. Mając dwójkę dzieci włączyłam się w wir solidarnościowych działań. Zauroczyła mnie idea, którą – niestety – w wolnej Polsce zniszczono. Gdy podczas grudniowej nocy zostałam wraz z mężem internowana, miałam wrażenie, że runął cały mój świat. Mimo lęku nie pogodziłam się z przemocą i starałam się budować wolny świat wokół siebie nawet wówczas, gdy byłam w wiezieniu. Dwukrotnie aresztowana i zawsze ostro represjonowana spędziłam pół roku w celi sama – to była kara za niepokorną postawę. Jakież było moje zdumienie, gdy sądy III RP uznały, że nie ma podstaw, abym mogła ubiegać się o odszkodowanie, bo wszystko odbywało się zgodnie z prawem – surowym, ale obowiązującym prawem. W uzasadnieniu wyroku sędzia podkreślił, że przecież nic złego mi się nie stało, bo np. nie jestem chora psychicznie (!). Ostatecznie, dwa lata po wyroku w Sądzie Najwyższym, wszystkie moje akta sądowe zaginęły. Przypadek? Nie wierzę w przypadki – mimo 15 lat wolności nie rozliczyliśmy się z systemem, który łamiąc sumienia dysponował (i nadal dysponuje) siecią agentów, aby budować obecną, mroczną rzeczywistość. Przeszłość wciąż wlecze się za nami jak cień, od którego nie da się uciec w świetle prawdy.
Jestem przygnębiona, bo po 15 latach wolności czuję się jak bezużyteczny, wbity w ziemię kamień polny, po którym przetoczyła się lawina historii. Mój wysiłek na rzecz tego, co wspólne, okazał się bezsensowny. W nowej rzeczywistości miarą wszystkich rzeczy jest pieniądz, celem władzy umacnianie wpływów agentury. Rosną fortuny ludzi żyjących z przestępczości, panuje potworna bezsilność wobec globalnej machiny i licznych skandali korupcyjnych. Prawica akceptuje model życia, w którym dominuje bogactwo nielicznych, a 60% ludzi żyje w nędzy. W czasach „pierwszej »Solidarności«” taka sytuacja byłaby niemożliwa. W czasach „drugiej »Solidarności«” działacze związkowi wspierają polityczny kapitalizm, w którym polityka miesza się z biznesem. Wydaje się, że jedyną troską liderów Związku jest to, aby obsadzić rady nadzorcze swymi kolesiami, tymczasem zwyczajni ludzie muszą dźwigać wstyd za „lewiznę” tzw. rządzącej prawicy.
Jaskrawość moich poglądów wywołuje dyskomfort, bo w polityce obowiązuje pragmatyzm – spontaniczność i bezinteresowność są niepożądane. W takich warunkach trudno jest zabiegać o pamięć i roztropne wykorzystanie naszych doświadczeń. Chciałabym te doświadczenia zostawić (zamiast testamentu) nie tylko moim dzieciom i dlatego zgodziłam się na propozycję „Obywatela”, aby napisać kilka słów z okazji Jubileuszu „Solidarności” – tej, która wpisała się w mój życiorys jako druga po łasce wiary wartość. Nie jestem pewna, czy moje dzieci zechcą pamiętać i cenić tę wartość, wszak moje zbyt upolitycznione życie nie jest dla nich zachętą. Na szczęście praca nie jest dla nich problemem, więc stronią od polityki i chcą już tylko pracować, a nie zastanawiać się nad etosem pracy, nad tym, dlaczego wokoło rosną fortuny, a większość ludzi ma problem jak przeżyć „do pierwszego”.
Moje refleksje zakończę osobistym akcentem. Był wieczór, połowa lat dziewięćdziesiątych. Jechałam do Poznania z najstarszym synem, który jest programistą. Syn nie ukrywał radości, bo w ramach premii dostał dobrej marki samochód. Wspomniał, że podczas zakupów uwielbia wypełniać po brzegi koszyk, a potem ładować wszystko do auta. Rozmawialiśmy o tym, co „tu i teraz”. Wyraziłam żal, że tylu wspaniałych ludzi doczekawszy upragnionej wolności, nie może korzystać z jej owoców. Mówiłam również, o moich problemach w spółdzielni mieszkaniowej, trudnościach z pracą, a właściwie jej brakiem. Nagle syn zapytał: i co mamo? Warto było tak się poświęcać?
Pytanie tak zabolało, że przez chwilę czułam się jak znokautowany zawodnik. W milczeniu połknęłam pierwsze łzy i stanowczo stwierdziłam: WARTO, bo mimo wszystko coś się zmieniło. Masz paszport w szufladzie i otwarte granice, korzystasz z kilkunastu programów telewizyjnych, Internetu… Nie musisz spędzać czasu w „kolejkach po życie” i możesz robić zakupy o każdej porze i w każdym miejscu. Ja robiłam to wszystko dla was, bo marzyła mi się Polska, w której bezpieka nie będzie nachodzić najlepszych studentów, aby werbować ich do służby przeciwko człowiekowi. Dziś już nikt nie będzie zmuszał Cię do tajnej współpracy.
Milczeliśmy, a ja błogosławiłam wieczorną porę, bo w mroku nie było widać łez, które wciąż spływały mi po policzkach. Faktem jest, że mój syn nie poznał rzeczywistości politycznej PRL-u. Gdy wybuchła „Solidarność”, miał 9 lat i mógł tylko pamiętać, jak wyglądały sklepy i zakupy na kartki… Po chwili zreflektował się, że głupio wyszło i mnie przeprosił…