Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Chrześcijańscy burżuazyjni politycy Austrii mają pewien cel, dla którego żyją: poskramianie marksizmu. Slogan walki z marksizmem panuje nad tutejszymi umysłami, jest on potrzebny, aby ożywić słabnący entuzjazm. Slogan ten działa niczym czerwona płachta na byka, która jest w stanie podnieść ciśnienie nawet najbardziej flegmatycznego drobnomieszczaństwa. Diabelskość marksizmu jest tutaj malowana wszędzie, stąd nie dostrzegają oni przyczyny swojego tragicznego przeznaczenia, jakim jest proletaryzacja i kapitalizm, dlatego też są gotowi podążać za tzw. politykami chrześcijańskimi, mimo wielkiego zamieszania, w imię zbawienia „zagrożonego społeczeństwa” oraz obrony „wiary przodków”. Faktem jest, że ci drobnomieszczanie – nawiasem mówiąc – nigdy nie nauczyli się niczego od Marksa oraz z dzieł jego życia, co właściwie nie odróżnia ich od większości ich polityków, którzy też nigdy nie byli obciążeni tą wiedzą, co jednak sprawia że polityka „antymarksizmu” jest dla nich tym łatwiejsza.

Psychoza antymarksizmu nie pozostaje tylko sprawą w zakresie chrześcijańskiej polityki, ostatnio zaczęła się rozlewać także na inne wymiary chrześcijaństwa. Mamy tutaj do czynienia ze starymi metodami walki oraz hasłami skierowanymi przeciwko socjalizmowi, które zostały zebrane pod szyldem „Walki z marksizmem”. Marksizm jest tutaj czerwoną płachtą, jednak nie taką, która ma wzbudzić morale do walki politycznej, lecz chrześcijański entuzjazm wiary.

A co teraz się dzieje z antymarksistami z burżuazyjnych i chrześcijańskich odcieni?

Jest kilka grup do rozróżnienia. Jedna z nich bezpośrednio reprezentuje politykę sił kapitalistycznych. Dla tej grupy marksizm jest zawsze niczym innym jak społecznymi oraz politycznymi dążeniami siły robotniczej do samoorganizacji. Ich walka z marksizmem jest walką z prawami ludzi pracy.

Druga grupa to burżuazyjni politycy, którzy jednocześnie są zatrudnieni jako przedstawiciele chrześcijaństwa. Ich celem jest zwalczanie politycznych przeciwników i temu celowi są oddani bez reszty.

Trzecia grupa to ci wśród chrześcijan, którzy w konfrontacji z nami mówią, że nie są „ani identyczni, ani spokrewnieni” z obiema poprzednimi grupami. Chcemy włączyć tę grupę w zasięg naszej dyskusji ponieważ takie zachowanie ujawnia płytką oraz nieskuteczną metodę obrony i utrzymania wartości religijnych i etycznych wobec współczesnego ruchu robotniczego.

Ta grupa, mówiąc o „antymarksizmie” – mówi po prostu o przezwyciężaniu tych tendencji w marksizmie, które wynikają z jego historycznych relacji z ideologicznym materializmem oraz ideami burżuazyjnego oświecenia, które odbijają się echem do dziś.

Takie intencje nie są niczym nowym. Wszystko to istniało na długo przed chrześcijańskim antymarksizmem. Musimy wskazać na religijno-socjalistyczne podejście, które było obecne w lewicowym ruchu robotniczym o wiele wcześniej niż pojawił się marksizm. Co więcej, możemy wskazać na pracę tych grup, które nie tylko z religijnego, ale również z punktu widzenia czysto etycznego i naukowego, przedstawiają swoją krytykę marksizmu w duchu robotniczym.

Jednak tym, co odróżnia te grupy od nowych chrześcijańskich antymarksistów, jest to, że ci pierwsi mając za punkt odniesienia socjalistyczny ruch robotniczy, chcą po prostu przezwyciężyć rzekome lub rzeczywiste błędy w nauce lub w fundamentach socjalizmu. Natomiast chrześcijańscy antymarksiści chcą przezwyciężyć sam socjalistyczny ruch robotniczy. Chcą wylać dziecko z kąpielą.

Czy to nie jest przesadą lub fałszerstwem?

Cóż, nie jest to trudne do udowodnienia. Religijni socjaliści są tymi, którzy chcą wnieść religijne i etyczne wartości do socjalizmu. Czy krytyka chrześcijańskich antymarksistów skierowana w stronę religijnych socjalistów nie koncentruje się właśnie na fakcie, że chcemy wypełniać nasze religijne obowiązki w oparciu o socjalistyczny ruch robotniczy? Jednak takie wytłumaczenie może być zasadne tylko wtedy, gdy krytycy chcą przezwyciężyć istniejące błędy socjalizmu poprzez przezwyciężenie socjalistycznego ruchu robotniczego w całości.

Tutaj ujawnia się fundamentalny błąd, który ma wpływ na stanowisko chrześcijan wobec socjalizmu: socjalistyczny ruch robotniczy jest widziany jako przyczyna, o której fałszywie przypuszcza się, że została zainicjowana przez program Karola Marksa. To, co jest niedostrzegane, to fakt, że socjalistyczny ruch robotniczy istniał na długo przed ogłoszeniem „Manifestu Komunistycznego”, że jego źródłem jest nędza klasowa oraz dziedzictwo religijne i etyczne, które zawsze było blisko klasy robotniczej, a które manifestuje się w jej sposobie życia i cierpieniu. W efekcie ruch ten zrodził się z elementarnej potrzeby swojego czasu, z historii, z Boga; stąd jego siła życiowa i stąd siły życiowe w historii będą większe i silniejsze niż wszelkie teorie, silniejsze niż prześladowania.

Jest to zatem główny punkt i tutaj nasze drogi się rozchodzą: dla chrześcijańskich antymarksistów i chrześcijaństwa jako takiego, socjalistyczny ruch robotniczy jest wytworem fałszywej doktryny. Widzimy tutaj, że głównym zadaniem, jak i celem jest pokonanie antykapitalizmu.

Oprócz tego jest jednak jasne, że pomija się osiągnięcia socjalistycznego ruchu robotniczego w walce społecznej, gospodarczej i politycznej ludu pracującego. Bo czym jest, gdy na przykład kardynał Piffl [1] powiedział niedawno w związku z reportażem dla „Reichspost” [2], że program socjaldemokracji „może wznieść niektórych jej przywódców, ale nie jest wstanie wyrwać mas ludzkich z nędzy ekonomicznej, pomimo wszystkich obietnic”? Rzeczywiste osiągnięcia socjaldemokracji jako przedstawicieli socjalistycznego ruchu robotniczego są tutaj po prostu pomijane, ich walka o najbardziej podstawowe prawa socjalne oraz polityczne w celu podniesienia poziomu życia oraz kultury ludu – także. I dlatego nawet historyczna funkcja socjalistycznego ruchu robotniczego jest tutaj lekceważona. Ponieważ broni się teraz – jak niedawno ustaliliśmy – jako „fałszywa doktryna”, broni się jako wynik swojej rzeczywistej pozycji władzy oraz społeczno-politycznych i państwowo-politycznych osiągnięć ludu pracującego, które zostały uzyskane dzięki niej.

Jeśli chrześcijanie, jak mówią, a nie partyjno-polityczni antymarksiści, byliby skupieni na walce z błędami, musieliby używać odpowiedzialnych metod w taki sposób, aby mogli wykluczyć jakąkolwiek szkodę na rzecz sytuacji robotników. Ale ponieważ nie oddzielają oni domniemanego lub faktycznego błędu od metody, którą stosują – odpowiedzialność ta nie została przez nich przyjęta. W związku z tym, interesy ludzi pracy są zagrożone, ponieważ w obecnych okolicznościach, poza partią socjalistyczną nie ma innego godnego uwagi ruchu robotniczego który stawiałby czoła kapitalizmowi. A tylko kapitalizm zyskuje na osłabionym ruchu robotniczym.

Dla każdego, kto chce walczyć z socjalistycznym ruchem robotniczym nie ma oczywiście innego środka jak polityczna, a nawet polityczno-partyjna walka przeciw niemu. I to właśnie widzimy u chrześcijańskich antymarksistów, którzy zgadzają się z antymarksistowską polityką pseudochrześcijańskich pseudosocjalistów. Jednakże nie mogą wyświadczyć gorszej przysługi chrześcijaństwu, które reprezentują. Nigdy, przenigdy nie możesz uratować wartości religijnych i etycznych, gdy bronisz ich w sojuszu z pseudochrześcijańskimi pseudosocjalistami. Takimi metodami nie można wyostrzyć sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego (a więc mas ludzi pracy). Takimi metodami poszerzasz tylko istniejącą przepaść.

Jest to bardzo niebezpieczna i ryzykowna gra ostatnią kartą: antymarksizmem. Niebezpieczna gra o prawa i ostateczne wyzwolenie ludu pracującego tak samo jak o chrześcijaństwo, o samą religię.

Metody i polityka chrześcijańskiego antymarksizmu doprowadzą do tego, że pewnego dnia chrześcijańscy antymarksiści wszystkich odcieni – próbując walczyć o dwie sprawy jednocześnie – mogą zostać w sytuacji bez racjonalnego wyjścia. Socjalistyczny ruch robotniczy ma bowiem wystarczającą witalność, by dać początek odmłodzonemu ruchowi socjalistycznemu, stąd też chrześcijański antymarksizm będzie odgrywał rolę mimowolnego akuszera, co być może jest jego ostatnią rolą przed upadkiem. Socjalistyczny ruch robotniczy sam w sobie ma wystarczającą siłę, by bronić wartości religijnych i etycznych bez wątpliwej pomocy z zewnątrz. I stąd, wbrew fałszywym hasłom chrześcijańskich antymarksistów, stawiamy własne hasło dla chrześcijan, którzy naprawdę poważnie podchodzą do głoszenia wartości religijnych i etycznych oraz do podboju sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego, dla nas samych. A brzmi ono: Nie walczyć przeciwko socjalistycznemu ruchowi robotniczemu, ale współdziałać w jego wysiłkach jako ruchu na rzecz obalenia kapitalizmu. Podejmować próby wyrażania w nim wartości religijnych i etycznych.

I wydaje się, że jest to dla nas podstawowa perspektywa chrześcijańska.

Otto „Kleiner” Bauer

tłumaczenie: Artur Matuszkiewicz; poprawki: Barbara Matuszkiewicz, Miłosz Matuszkiewicz.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w roku 1930 w czasopiśmie „Menschheitskampf”, organu Stowarzyszenia Socjalistów Religijnych (Bund Religiöser Sozialisten).

 

Otto Bauer (1897-1986) – aby odróżnić go od legendarnego lidera austriackiej socjaldemokracji o tym samym imieniu i nazwisku, nazywany był Otto Bauer „Kleiner” – Małym. Pochodził z wiedeńskiej rodziny robotniczej, pracował jako robotnik w przemyśle chemicznym i metalowym, socjalista, katolik. Jako 15-latek wstąpił do Bund der christlichen Arbeiterjugend – Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Robotniczej, bliskiego socjal-chadecji. Pod koniec I wojny światowej zaczął sympatyzować z lewicą, a po wojnie wstąpił do Sozialdemokratische Arbeiterpartei – głównej lewicowej partii austriackiej. Łączył katolicyzm i religijność z socjalizmem i marksizmem, odrzucając zarówno antymarksowskie poglądy socjal-chadecji, jak i antyreligijność i antykatolicyzm części lewicy. W roku 1926 należał do założycieli Bund Religiöser Sozialisten i został redaktorem naczelnym organu tego ugrupowania, pisma „Menschheitskämpfer“. Organizacja miała status grupy autonomicznej w łonie partii socjalistycznej i starała się oddziaływać w duchu tonowania w głównym nurcie ruchu socjalistycznego nastrojów antyreligijnych i antykatolickich. Starała się także oddziaływać na kręgi kościelne i tonować w ich łonie postawy antylewicowe oraz przeciwdziałać sojuszowi Kościoła z prawicą polityczną. Był krytykiem austrofaszyzmu, a po objęciu władzy przez skrajną prawicę Bund Religiöser Sozialisten został zdelegalizowany jako pierwsza z autonomicznych organizacji w łonie socjaldemokracji. Po zdławieniu demokracji przez austrofaszystów działał w nielegalnej organizacji Revolutionären Sozialisten Österreichs. Po zajęciu Austrii przez hitlerowców uciekł z rodziną z kraju i przez Zurych i Paryż emigrował w roku 1940 do USA. Od końca II wojny do emerytury pracował na Manhattanie w bibliotece ufundowanej przez jednego z jego przyjaciół.

Przypisy:

[1] Friedrich-Gustav Piffl – arcybiskup Wiednia, duchowny katolicki. Wspierał Chrześcijańską Partię Społeczną (Christlichsoziale Partei) oraz Chrześcijańskie związki zawodowe oraz prasę. 15 maja 1927 miało miejsce podpalenie Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu przez robotników, którzy protestowali przeciw uniewinnieniu dwójki nacjonalistów, którzy byli oskarżeni o zabójstwo dwojga działaczy socjalistycznych. Dodatkowo robotnicy podpalili siedziby gazety „Reichspost”. Chrześcijański ruch robotniczy i jego prasa popierały egzekucje uczestników zamieszek (skazano 84 osoby) oraz nie potępiały nacjonalistycznych morderców. To wydarzenie sprawiło że drogi Chrześcijańskiego ruchu robotniczego oraz socjalistów religijnych rozeszły się ostatecznie. Po zamieszkach chrześcijański ruch robotniczy założył paramilitarne bojówki przeciw socjalistom (Freiheitsbund).

[2] „Reichspost” – wydawana w Wiedniu między 1894 a 1938 gazeta codzienna związana z Chrześcijańską Partią Społeczną.

Justyna Budzińska-Tylicka: Nasz program (1929)

Justyna Budzińska-Tylicka: Nasz program (1929)

Przy codziennej walce o każdy kawałek chleba, przy ciągłym niedostatku, szczególniej licznych rodzin po wsiach, jak i w miastach, nie zawsze stroskani rodzice mają czas i chęć, by głębiej zastanowić się nad niesprawiedliwościami wynikającymi z ustroju społecznego.

Jedni znoszą swą niedolę w obojętności i pokorze, przemęczeni pracą i trudem ponad siły, a drudzy, inteligentniejsi szukają poprawy, wytężając wszystkie swe siły, oszczędzając co się tylko da – a tylko uświadomiony człowiek rozumie, że oprócz tego konieczna jest solidarna praca w związkach i ciągłe dopominanie się lepszych praw i ciągłe żądanie spełnienia już wywalczonych praw, bo tylko w ten sposób można i trzeba stale i wytrwale niszczyć wyzysk i niesprawiedliwość społeczną.

Jedne z tych praw obejmują sprawy dotyczące całego państwa – to są prawa polityczne, inne, dotyczące codziennego życia ludu pracującego, jego dobrobytu i zdrowia, to są prawa społeczne.

Choć sprawy polityczne są trudniejsze do zrozumienia, ale jednak trzeba najważniejszymi się interesować, tak samo na wsi, jak i w mieście, tak samo mężczyźni, jak i kobiety; bo wszyscy jesteśmy obywatelami Państwa polskiego, bo wszyscy płacimy podatki na utrzymanie i rozwój naszego państwa, bo wszyscy, przez głosowanie do Sejmu i do rad miejskich i do rad gminnych, głosujemy i wybieramy posłów i radnych.

Toteż, kiedy teraz jest postanowione, że zmieniać ma Sejm prawa, które rządziły dotąd Polską przez te 8 lat, to powinniśmy wszyscy żądać, żeby te prawa, nazwane Konstytucją, nie tylko nie były pogorszone, ale przeciwnie, żeby były polepszone – dla tej najważniejszej części narodu, która daje swą pracę i swój rozum. To znaczy dla ludu pracującego na wsi i w mieście i dla inteligencji pracującej, a dla tych, co nie pracują ani mózgiem, ani rękoma, a tylko żyją kosztem pracy innych i opływają w bogactwa, to takie prawa powinny być zmienione, by wszyscy musieli pracować.

Oprócz niepogorszenia praw musimy dopominać się, by dobre prawa już uchwalone przez Sejm były nareszcie dobrze wykonywane. Jak Ochrona pracy, która ma bronić pracujących od niszczenia swego zdrowia w brudzie i zaduchu i złych wyziewach fabrycznych; jak przestrzeganie 8-godzinnego dnia pracy, żeby nie zamęczać się długą pracą i mieć czas na odpoczynek, na dalszą naukę i na przyjemności kulturalne, jak różne ubezpieczenia społeczne od bezrobocia, od choroby, od kalectwa itp., a oprócz tego powinny być prawa zabezpieczające starość ludziom pracy.

Wiele, wiele jest tych różnych praw, ale tu chcę specjalnie mówić o tych, które są najpilniejsze dla szczęścia rodziny, dla dobra dzieci, dla wyswobodzenia kobiety z jej codziennych cierpień, trosk i straszliwego przemęczenia w pracy.

Chyba na pierwszym punkcie postawić tu trzeba tę straszną klęskę, która po wojnie nastała i do dziś tak trapi biedne i mniej biedne rodziny robotnicze po miastach, miasteczkach i po wsiach – to klęska mieszkaniowa, to ten straszliwy brak dachu nad głową, gdy parę rodzin musi często razem mieszkać, albo rodzice z 4, 5 i 6 dzieci gnieżdżą się w ciasnocie i zaduchu w suterynach, na poddaszach, albo w wilgotnych, ciemnych, nieludzkich norach. A z tej ciasnoty powstają różne kłótnie, demoralizacja i pijaństwo. Mąż ucieka do karczmy, bo nie ma domów ludowych, by odpoczął i poczytał po pracy, a kobieta – matka, gospodyni to męczennica od świtu do nocy, a dzieciska nieszczęśliwe źle chowane. Zdrowe, tanie, wygodne mieszkania to szczęście, zdrowie, i moralność całych rodzin – ludu pracy.

Na drugim miejscu żądać musimy, żeby była dobra, sprawiedliwa uczciwa opieka nad matką i dzieckiem. Przecież taki wyzysk pracy, jaki istnieje dziś dla kobiety, która rodzi dzieci, karmi je, wychowuje, prowadzi całe gospodarstwo, a oprócz tego jeszcze musi zarabiać poza domem, czy jako wyrobnica, czy jako robotnica fabryczna – toż to okropna niesprawiedliwość!

A to dlatego, że mężczyźnie, ojcu rodziny za mało płacą, albo biedaczysko traci zupełnie robotę i jako bezrobotny szuka na próżno lub źle szuka i niedbale. A cały kłopot na barkach biednej matki i żony! Tak być dalej nie może! A jeszcze teraz od panów i pań rozpustnych przyszła do proletariatu moda rzucania swych żon z małymi dziatkami – by z młodymi dziewczętami szukać zadowolenia.

Nieszczęsne te opuszczone rodziny pozostają w nędzy, matka rozpacza – nie może sobie dać rady – a na opuszczającego rodzinę ojca i męża nie ma dotąd żadnego prawa. A jeszcze gorzej ma matka nieślubna z dzieciątkiem przy piersi: nikt jej nie chce wspomóc, wszyscy potępiają, dziecko ginie z głodu.

Trzeba z tą niesprawiedliwością skończyć! Powinno być nareszcie w Polsce takie prawo, jak już w wielu narodach, że ojciec musi płacić część swego zarobku na utrzymanie nieślubnego dziecka, o ile nie chce z tą matką się żenić.

Ot wiele, wiele innych niesprawiedliwości dokucza kobietom, jeszcze więcej jak mężczyznom, a ta najgorsza z nich niesprawiedliwość to taka niska płaca za pracę. Nawet gdy kobieta pracuje tak dobrze, jak mężczyzna, a nawet lepiej – to i tak jej mniej fabrykant płaci. Niemądre są robotnice, że na taką małą płacę się zgadzają, a to dla tego, że są nieuświadomione, że nie należą do związków klasowych, że słuchają różnych rad swoich wrogów, którzy je wyzyskują. Powinny kobiety zawsze i wszędzie żądać równej płacy z mężczyznami, o ile spełniają tę samą pracę.

Trzeba także walczyć, by była prawem ustalona najniższa płaca i mniej nie wolno by było żadnej robotnicy płacić…

Ponieważ kobiety są więcej wyzyskiwane od mężczyzn, to powinny się jeszcze silniej organizować i dodawać sobie otuchy i zachęty, i o wszystkie prawa się dopominać. Patrzcie! Teraz są w Polsce ustanowione Sądy pracy, żeby pilnować sprawiedliwych wyroków, jak wam majster, albo fabrykant zrobi jaką krzywdę, jaki wyzysk, jaką niesprawiedliwość, a wiecie, że choć w Polsce kobieta ma te same wszystkie prawa co i mężczyzna – jednak kobiety w Polsce minister sprawiedliwości nie dopuścił, żeby była ławnikiem przy sądach pracy… Wasi koledzy, i towarzysze mogą być, a my kobiety, obywatelki nie… Żadna kobieta nie będzie pilnować spraw kobiet wyzyskanych, oszukanych, omamionych, skrzywdzonych, zhańbionych; taka to równość, taka to sprawiedliwość.

Tyle, tyle do zrobienia! – program nasz kobiecy duży, ogromny! A jeżeli jeszcze dodać te wszystkie nieszczęścia i hańby, które pchają młode dziewczęta do prostytucji, do sprzedawania swego ciała za pieniądze…

Jeżeli wspomnieć te przeogromne cierpienia kobiet, których szczęście rodzinne ginie z powodu pijaństwa męża, ojca, syna…

Jeżeli zakończyć tę listę cierpień wielką śmiertelnością ukochanych dziatek, które matka wydaje na świat w cierpieniach, by trumna za trumienką szła na cmentarz, – to naprawdę każda z kobiet powinna dobrze się zastanowić, czy dla szczęścia własnego i dla dobra Ojczyzny jest lepiej urodzić i wychować dwoje lub troje zdrowych dziatek – móc je dobrze wykształcić na pożytecznych ludzi – niż rodzić i rodzić bezliku w niedostatku, ciasnocie i ciągłych cierpieniach, by nawet połowy nie zostało przy życiu.

Nad tym wszystkim trzeba się dobrze zastanowić, o tych wszystkich brakach i niesprawiedliwościach trzeba mówić teraz, gdy idzie 1 maj – dzień święta robotniczego, a następnie przyjdzie dzień specjalnie przyznany dla wysuwania żądań kobiecych, to „Dzień Kobiet”, w którym wszystkie stańcie w szeregu!

dr Justyna Budzińska-Tylicka

Powyższy tekst Justyny Budzińskiej-Tylickiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Głos Kobiet. Wydawnictwo Polskiej Partii Socjalistycznej”, numer 4-5/1929, Warszawa, kwiecień-maj 1929 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.

Grafika w nagłówku tekstu: MOM from Pixabay.

Wilhelm Liebknecht: Muchy i pająki, czyli robotnicy i kapitaliści

Wilhelm Liebknecht: Muchy i pająki, czyli robotnicy i kapitaliści

Znacie tego owada z okrągłym brzuchem i lepkim kosmatym ciałem, co po ciemnych kątach jak najdalej od światła dziennego rozciąga swe mordercze sieci, w których śmierć znajdują biedne, nieopatrzne lub lekkomyślne muchy. Ten wstrętny potwór o okrągłych szklistych oczach, o długich wygiętych nogach, które tak doskonale służą do chwytania i duszenia ofiary, ten potwór – to pająk.

Patrzcie, jak martwo i nieruchomo siedzi w swym kącie, czyhając na zdobycz, która ma dostać się w zakres jego władzy, albo z jaką piekielną zręcznością snuje tę zabójczą tkaninę, która ma chwycić słabą muchę i spętać ją bez litości! Wstrętne zwierzę poświęca dużo, nieraz bardzo dużo czasu na to, by wydoskonalić swe sieci podług wszelkich prawideł sztuki, aby zdobycz w żaden sposób nie umknęła. Oto przeciąga naprzód jedną nitkę, potem drugą, trzecią – coraz więcej. Przerzuca nitki poprzeczne, związuje je nowymi poprzecznymi, ażeby usiłowania ofiary, nawet w najwyższym śmiertelnym strachu czynione, nie mogły rozerwać sieci, tylko ją jeszcze bardziej zacieśniły.

Nareszcie pajęczyna jest gotowa, pułapka zastawiona. umknięcie – prawie niemożliwe. Pająk wraca do swojej nory i czeka, dopóki bujająca w powietrzu mucha, pędzona głodem, nie nadleci, szukając pożywienia.

Nie potrzebuje długo czekać: mucha nadlatuje wkrótce. Wypatrując pożywienia naprawo i na lewo, biedaczka zahacza się raptem o rozciągnięte przed nią sieci i zaplątuje się w nich, przerażona usiłuje wyrwać się i – ginie na wieki.

Zaledwie pająk spostrzeże, że ofiara jest złapana, porzuca swą norę, z krwi żądnym spojrzeniem i wyciągniętymi pazurami, zbliża się z wolna do swej zdobyczy – spieszyć nie ma potrzeby, nędzne zwierzę wie bardzo dobrze, że nieszczęsny owad, który się raz złapał – nie może ujść jego mocy. Coraz bliżej podchodzi, mierzy swą ofiarę zielonkawymi wytrzeszczonymi oczyma i pozbawia ją przytomności. Mucha drży na całym ciele ze strachu, widząc grożące niebezpieczeństwo, chce wyplątać się z więżących ją sieci, chce uciekać i wyczerpuje siły w rozpaczliwym szamotaniu.

Ale próżne wysiłki, daremny trud! Tkanina zaplątuje się coraz bardziej i pająk podchodzi coraz bliżej. Za każdym poruszeniem muchy, pragnącej wyrwać się z pajęczyny, w której drobne i zręczne oka się złapała, coraz więcej nici ją obejmuje, coraz nowe sieci ją oplątują. Nareszcie bezsilna i wyczerpana, niezdolna już do oporu, wpada w ręce swego wroga i zwycięzcy, obrzydliwego pająka!

I oto wstrętny potwór wyciąga kosmate łapy, chwyta ją w śmiertelny uścisk. Po tym zaczyna ssać drżące ciało swej słabej zdobyczy – chłepce krew raz, drugi, trzeci –– zależnie od apetytu i chęci. Zaspokoiwszy na chwilę swe pragnienie krwi, zostawia ją, nie zabijając całkowicie. Potem wraca i ssie na nowo, odchodzi i powraca, aż dopóki nieszczęsnej muchy całkiem nie wyniszczy, póki jej nie pozbawi krwi i soków żywotnych. I długa chwila mija, nieraz bardzo długa, zanim śmierć zakończy te męczarnie.

Dopóki jednak pożądliwa pijawka znajduje jeszcze w ciele lub trupie ofiary najmniejszą cząstkę siły żywotnej do wyssania, nie traci swej zdobyczy z oka. Wchłania w siebie jej życie, wysysa jej siły, chłepcze jej krew i porzuca dopiero wtedy, kiedy nic zgoła już w niej nie ma.

Wtedy biedna mucha, martwa, wyssana, lżejsza od źdźbła słomy, wypada z pajęczyny. Pierwszy powiew wiatru unosi ją z sobą i – wszystko skończone.

Pająk zaś, syty, zadowolony, powraca do nory, kontent z siebie i z całego świata, i dochodzi do przekonania, że porządnym ludziom jednak wcale nieźle dzieje się na tym świecie.

Muchy, które wysysają i zabijają, muchy, które niszczą i których krwią się karmią – to wy, proletariusze po miastach i po wsiach! To wy, uciskane ludy, wy, robotnicy ducha, wy, robotnicy fabryczni i rzemieślnicy, wy, drżące młode dziewczęta i słabe, gnębione kobiety, wszyscy, którzy nie śmiecie żądać swych praw, słowem, wy wszyscy, biedni, wyzyskiwani, których odrzucają precz, kiedy już z waszych żył nic nie można wyssać; to wy, którzy stanowicie całą produkcję, serce, rozum, żywotne siły kraju, i którym jedno tylko prawo przyznają – pokornie i cicho w jakimś kącie nędzny zakończyć żywot, uzbroiwszy w potęgę i upasłszy własną krwią, potem, trudem, myślą, życiem – swoich panów i ciemięzców: obrzydliwe pająki.

Pająki – to panowie, bogaci finansiści, wyzyskiwacze, spekulanci, kapitaliści, uwodziciele, wyższe duchowieństwo, pasożyty wszelkiego rodzaju, twórcy niesprawiedliwych praw, które nas duszą, tyrani, którzy nas ciemiężą. Pająki to ci wszyscy, którzy żyją naszym kosztem, kosztem ludu, którzy nas depczą nogami, którzy szyderczo urągają z naszej nędzy i z naszych daremnych trudów.

Mucha – to biedny robotnik, który się musi poddać wszystkim krwawym przepisom swego pracodawcy, dlatego, że nieszczęsny pozbawiony jest wszelkich środków do życia i musi dla siebie i swoich zdobywać pożywienie. Pająk – to wielki fabrykant, który co dzień zarabia na każdym swoim robotniku 2-3 ruble i raczy płacić mu łaskawie za 10-11-godzinną pracę 1-1,5 rubla dziennie.

Mucha – to górnik, co poświęca swe życie w dusznej kopalni, ażeby wyrwać ziemi skarby, które nie są dla niego przeznaczone; pająk to pan akcjonariusz, którego akcje podnoszą się podwójnie i potrójnie w cenie, i który jednak nigdy nie jest zadowolony i chce zagarniać coraz wyższe dywidendy, który okrada robotników z ich pracy, a kiedy się ważą żądać choćby najmniejszego podwyższenia płacy, woła policję i wojsko na pomoc, aby zmiażdżyło „buntowników”.

Mucha – to dziecię, które już w najmłodszym wieku musi ciężko pracować w fabryce, w warsztacie w rodzicielskim domu, bo praca rodziców nie wystarcza na wyżywienie. Pająk – to nie biedni rodzice, którym nędza każe poświęcać swe dzieci, lecz dzisiejszy przeklęty ustrój społeczny, który z żelazną siłą zmusza ich do gwałcenia naturalnych uczuć, do niszczenia własnej rodziny.

Mucha – to prawe dziewczę ludu, a pająk to nędznik pryncypał lub fabrykant, majster lub dyrektor, którzy czyhają na młode robotnice, korzystając ze swej władzy. Pająk to młody nadęty wietrznik, próżniaczy szlifibruk z „dobrej” rodziny, który ze śmiechem uwodzi młode dziewczęta i wciąga je w błoto, który w tym widzi punkt honoru, aby jak najwięcej kobiet zbezcześcić.

Mucha – to ty, pracowity rolniku, który użyźniasz ziemię dla bogatego dziedzica, siejesz zboże, którego nie zbierzesz, hodujesz owoce, które nie będą twoim pożywieniem. Pająki – to wielcy właściciele ziemscy, którzy zmuszają swych biednych chłopów, swych parobków i najemników do pracy bez chwili spoczynku, aby samym wieść próżniacze życie i opływać w dostatki, którzy z roku na rok podnoszą ciągle dzierżawę i zniżają zapłaty za uczciwą pracę. Muchy to wy, żony robotnicze, które dziś, podczas krwawej zawieruchy wojennej, nie możecie związać końca z końcem i nie wiecie, w jaki sposób wyżywić z nędznego zarobku całą rodzinę. Pająki to spekulanci, kupcy, sklepikarze, obszarnicy, chłopi bogaci, którzy korzystają z wojny i zręcznie tkają sieć drożyzny i spekulacji.

Muchy – to wy wszyscy robotnicy, którzy musicie krew swą przelewać na wojnie, to wdowy i sieroty po żołnierzach. Pająki – to rządy i kapitaliści, którzy przędą sieć intryg i matactw w swym własnym samolubnym interesie, którzy sieciami swej nikczemnej oszukańczej polityki oplątują miliony ludzi, posyłając ich na rzeź, każąc im mordować się wzajemnie niby to dla dobra „ojczyzny”.

Muchy – to my wszyscy, biedni i prości, którzyśmy od wieków drżeli na stopniach ołtarzy, kłonili głowy pod klątwą księży, ku czci i zabawie klechów wzajemnie się pobijali i ciemiężyli, chylili karki i zginali kolana, my, którzy pozwalamy naszym ciemięzcom używać owoców ich nieprawości dlatego, że sparaliżował nas osłabiający wpływ nauki religijnej. Pająki – to te czarne sutanny z obłudnym i zmysłowym spojrzeniem, które oplątują proste dusze swych owieczek poniżającymi naukami i trują je przez ducha poddania i służalstwa, ducha, który, jak temu Polska przykładem, cały naród rujnuje.

Słowem, muchy – to gnębieni, to uciskani, wyzyskiwani; pająki – to haniebni spekulanci i wyzyskiwacze, to samowola i despotyzm we wszelkiej postaci.

Dawniej pająki zarzucały swe sieci z wysokich zamków rycerskich i dworów, dziś obierają sobie z upodobaniem siedlisko w wielkich ośrodkach przemysłu i handlu, w bogatych dzielnicach szczęśliwców naszego wieku. Przeważnie znaleźć ich można po fabrycznych miastach, ale gnieżdżą się też i po wsiach i po małych miasteczkach, ujrzysz ich wszędzie, gdzie istnieje wyzysk, gdzie robotnik, ubogi proletariusz, drobny rzemieślnik, najemnik, zadłużony chłop wystawieni są bez miłosierdzia na bezgraniczną chciwość spekulantów.

W jakimkolwiek miejscu, w mieście i na wsi, wszędzie biedne owady szamocą się daremnie w sieciach swych wrogów, opadają z sił, umierają.

Ileż okropnych tragedii odegrało się w ciągu wieków w tej walce słabych i bojaźliwych much z pożądliwymi i okrutnymi pająkami! Czyż nie widzimy dzisiaj zwłaszcza, jak miliony much-robotników giną na wojnie i jak krwią ich tuczą się pająki – rządy i pijawki kapitalistyczne. Im dłużej trwa rzeź rozpasana, tym więcej trupów zaściela pobojowiska, tym gęściej giną za obcą sprawę bezimienni żołnierze-proletariusze, by sprawcy wojny, cesarzowie, generałowie, urzędnicy, wielcy kapitaliści używali dalej życia w pełni sławy i bogactw, by jeszcze większą stała się potęga tych pająków. Krwawa to i bolesna historia

Przyjrzyjmy się więc bliżej walce, którą dziś muchy z pająkami wiodą, poznajmy warunki, w których się odbywa, oświećmy się, my, muchy, jak urządzone są sieci, które nasi wrogowie na nas zastawiają, starajmy się odkryć ich zasadzki, a przede wszystkim – połączmy się my, którzyśmy pojedynczo za słabi, aby stargać oplątujące nas sieci. Zerwijmy kajdany, które nas pętają, wypędźmy naszych wrogów z ich siedzib, rozszerzmy wszędzie światło, jasne światło wiedzy, aby podłe potwory nie mogły w ciemnościach prowadzić swego zabójczego rzemiosła.

Ach gdybyście tylko chciały, muchy, gdybyście tylko chciały, byłybyście niezwyciężone! Wprawdzie pająki są dziś jeszcze silne, ale ich jest niedużo. Wy zaś, muchy, choć nie macie znaczenia ni wpływu, ale ilość wasza jest olbrzymia. Wy – to życie! Wy – to świat. Gdybyście tylko chciały! Gdybyście chciały się połączyć, za jednym uderzeniem waszych skrzydeł zerwałybyście wszystkie nici, wszystkie sieci, w których was dziś spętano, w których szamocecie się i giniecie z głodu. Koniec byłby wszelkiej nędzy i niewoli – gdybyście tylko chciały!

Nauczcież się chcieć!

Wilhelm Liebknecht

______________________
Powyższy tekst Wilhelma Liebknechta był kilkakrotnie wydawany przez różne polskie ugrupowania socjalistyczne pod koniec XIX i w początkach XX wieku jako krótka i przystępna broszura agitacyjna dla środowisk robotniczych.

Świat po pandemii – debata „Nowego Obywatela”

Świat po pandemii – debata „Nowego Obywatela”

Powyższy tekst to zredagowany zapis debaty poświęconej publikacji „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy” – można ją w całości i za darmo pobrać tutaj. Debata odbyła się online 15 grudnia 2020 i została zorganizowana przez „Nowego Obywatela” i Komitet Dialogu Społecznego KIG. W dyskusji udział wzięli: Magdalena i Remigiusz Okraskowie, prof. Monika Kostera, Bartłomiej Kozek oraz Bartosz Bartosik jako prowadzący. W roli gospodarza wystąpił: Konrad Ciesiołkiewicz (Komitet Dialogu Społecznego KIG). Całość spisała i zredagowała Marta Tumidalska.

 

Jak zmieniła nasz świat pandemia?

Remigiusz Okraska: Mówiąc wprost, nasz świat eksplodował. Okazało się, że mamy gigantyczny problem o zasięgu globalnym, który wywraca do góry nogami pewniki na których wszyscy bazowaliśmy, fundamenty gospodarki liberalnej, zglobalizowanej, opartej na intensywnej presji na środowisko naturalne. Pandemia stała się dobitnym potwierdzeniem tego, co od wielu lat staramy się w „Nowym Obywatelu” głośno mówić zarówno w sprawach społecznych jak i gospodarczych, ale w większości przypadków uważano to wcześniej za przesadę, czarnowidztwo, straszenie, szukanie dziury w całym, a w najlepszym razie – za ekscentryczność intelektualną.

Tymczasem rzeczywistość niemal z dnia na dzień potwierdza wiele tych diagnoz. Okazało się na przykład, że gospodarka zglobalizowana ma problem z łańcuchami dostaw. Myślenie typu tego, że będziemy produkować na drugim końcu świata, bo tam jest taniej, nie zdaje egzaminu, bo nagle przywóz tych towarów napotyka na blokadę z powodu problemów sanitarnych, izolacji społecznej, kwestii bezpieczeństwa. A dotkliwym skutkiem są m.in. braki na półkach, w tym braki środków ochronnych, lekarstw itp.

W pandemii coraz głośniejszy jest głos krytyków kapitalizmu.

Magdalena Okraska: Pandemia jasno pokazała, że kapitalizm nie ma odpowiedzi na wszystko. Co więcej, upiera się przy stosowaniu ciągle tych samych rozwiązań. To jest bardzo ważne np. w kontekście tego, jak wygląda obecnie świat pracy i sytuacja pracowników. W 2008 r. na skutek krachu gospodarczego nastąpiło pierwsze otrzeźwienie, pojawiła się świadomość potrzeby zmiany narracji. Tzw. wyczekiwany koniec historii nie nastąpił. Pojawiły się np. ruchy „Occupy”, rozróżnienie na 1 i 99 procent społeczeństwa, a klasowy kontekst sytuacji w świecie pracy zaczął być dostrzegany również przez media liberalne i klasę średnią.

W broszurze „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy”, którą napisaliśmy wspólnie z Remigiuszem, przedstawiamy idee odpowiadające na wyzwania dzisiejszych czasów, ale robimy to wbrew tradycyjnym podziałom ideowym. Nie dzielimy ich np. na lewicowe i prawicowe, bo uważamy, że one są niejednorodne środowiskowo. Taka konwencja pozwoliła nam umieścić tam np. tematy związkowe i stricte pracownicze, ale także dotyczące pracy reprodukcyjnej kobiet – niepłatnej pracy domowej, emocjonalnej, fizycznej, niewartościowanej rynkowo i lekceważonej społecznie.

Piszemy też o ideach dotyczących tego, czego jeszcze nie ma, ale już nie ze sfery science fiction. Chodzi o decyzje, które będziemy musieli podejmować w krótkim czasie, np. dotyczące bezwarunkowego dochodu podstawowego, wypłacanego każdemu w równej kwocie tylko za to, że jest obywatelem danego kraju.

Broszura dotyczy globalnych trendów, ale w dotychczasowej publicystyce zajmowaliście się także sprawami lokalnymi, opisując np. sytuację Zawiercia, gdzie mieszkacie. Czy ta zmiana perspektywy była dla was problemem?

R. O.: To, co dzieje się w społecznościach lokalnych, zazwyczaj jest odzwierciedleniem zdarzeń i procesów na poziomie krajowym czy coraz częściej właśnie globalnym. Nie ma już społeczności odizolowanych, nie możemy abstrahować od globalnych procesów, zresztą one często dopiero na lokalnym poziomie są jaskrawo widoczne. Opowieść o globalizacji gospodarczej trafia do odbiorców mniej lub bardziej, ale bardzo wyraźnie przekłada się na społeczność lokalną, bo jeśli powstaje 5 dyskontów to znika 50 małych sklepów, które należały do ludzi związanych z tym miejscem na dobre i złe, i stanowiły część lokalnej tkanki społecznej.

Piszecie o „nowym lokalizmie”. Co to znaczy?

R. O.: To idea, która wybrzmiewa na świecie już od jakiegoś czasu. Bardzo mocno wybrzmiała u początków ruchu antyglobalistycznego, który zwrócił uwagę na fakt, że mimo kulturowego i gospodarczego powiązania, a nawet ujednolicenia wielu miejsc na świecie, wciąż istnieją tradycje i specyfiki lokalne, które są często rezerwuarem pomysłów na rozwiązywanie problemów społecznych. W kosmopolitycznym świecie intelektualnym możemy funkcjonować w ogólnym wymiarze haseł, ale życie ludzi nadal bardzo mocno związane jest z konkretnym miejscem, z jego problemami i wypracowywanymi tam rozwiązaniami. Ruch antyglobalistyczny zwrócił uwagę na lokalną specyfikę problemów, na to, że mimo pewnej wspólnoty doświadczeń w świecie, w którym coraz więcej rzeczywistości się przenika, nie ma uniwersalnej czy uniformizacyjnej recepty na wszelkie problemy. A perspektywa lokalna nie tylko nie przeszkadza w rozmowie o globalnych trendach, ale wręcz przeciwnie, nadaje im dodatkowe zakorzenienie w konkrecie.

Wróćmy jeszcze do wątku krytyki kapitalizmu. Czy pogłoski o jego rychłej śmierci nie są przesadzone? I co nadejdzie po nim?

M. O.: Nie wierzę w to, że kapitalizm podda się bez walki. W euroamerykańskim kręgu ideowym ruchy oddolne dochodzą do pewnych wniosków na temat modyfikowania czy też wręcz obalania kapitalizmu. Ale jest przecież mnóstwo krajów, na których peryferyjności i taniej sile roboczej, problemach zdrowotnych, problemach z wodą itp. kapitalizm korzysta.

Absolutnie nie jestem fanką kapitalizmu, który nawet pomimo pewnych modyfikacji jest moim zdaniem jednym z najgorszych, najbardziej wyzyskowych systemów kontroli człowieka i jego pracy, jaki kiedykolwiek przydarzył się ludzkości. Trzeba mieć świadomość, że on nie jest jedyny, że są alternatywy, ale to wymaga ogromnych zmian i to nie tylko ideowych, bo kapitalizm to potężny przeciwnik. Jednocześnie my znajdujemy się w tej części świata, która może starać się wymóc kierunkowe decyzje np. na wielkich korporacjach.

A kapitalizm w czasie pandemii decyduje m.in. o tym, kto, kiedy i za ile będzie miał dostęp do konkretnych leków. Sam fakt, że szczepionka na COVID-19 będzie darmowa bierze się z tego, że chorują biali ludzie. I ci sami ludzie chcą, żeby szczepionka była szybko. Gdy epidemie uderzały w Afrykę czy w Azję, szczepionki były tworzone wolniej, a więcej osób umierało z powodu braku dostępności, bo koncerny farmaceutyczne kładły łapę na patentach. Zdrowie i życie ludzkie spoza kręgu euroamerykańskiego to są liczby, które w pewien sposób podlegają handlowi, wymianie i wszelkim kapitalistycznym prawom.

R. O.: Zbyt często żyjemy naiwną nadzieją, że system – możemy go nazwać kapitalizmem – zmieni się sam z siebie. To tak nie działa. Mamy do czynienia z brutalną grą interesów, w której ten system pazurami trzyma się swoich stref wpływów i nie odda swojego stanu posiadania bez walki. A zmiany następują albo w wyniku ogromnej presji społecznej, której nie da się zneutralizować, albo wtedy, gdy system staje się dysfunkcjonalny na taką skalę, że nie da się udawać, że jest inaczej.

Tu niezwykle ważna staje się ekologia i ochrona środowiska, które dotyczą samych podstaw bytowania człowieka i innych gatunków. Bo PKB może rosnąć, na rynek mogą wchodzić nowe modele smartfonów czy kolejne udogodnienia cywilizacyjne, ale to wszystko traci znaczenie, gdy w kłopotach pogrąża się fundament przetrwania, czyli odporność naszej planety. Kapitalizm nauczył się sprawnie omijać czy spychać na ubogie obrzeża wiele problemów społecznych, ale wobec wyzwań klimatycznych dochodzi do ściany, bo tu nie da się udawać, że jest inaczej niż jest.

Jestem trochę pesymistą dziejowym, to znaczy uważam, że wiele pozytywnych zmian społecznych wynikało z walki, z determinacji, z upominania się o prawa słabszych, ale wiele innych wprowadzono dopiero po rozmaitych kataklizmach, hekatombach, po wyniszczających wojnach, wśród ruin i zgliszczy.

A gdyby jednak próbować zdążyć przed kolejnym kataklizmem – jak i wokół czego budować skuteczne koalicje na rzecz zmian?

R. O.: Trzeba uświadamiać ludziom, że nie są sami, myśląc, że coś z tym światem jest nie do końca w porządku. Z perspektywy czasu widzę, wyraźnie, że dzisiaj łatwiej już o refleksję, o artykułowanie w sferze publicznej pewnych problemów i nowych idei. To jest duża zdobycz, bo jeszcze 10-20 lat temu propagowanie czegoś, co było w kontrze do neoliberalnego mainstreamu, przypominało walenie głową w mur.

Ale budowanie koalicji to nadal poligon, na którym poruszamy się trochę po omacku, metodą prób i błędów. Nie ma dróg na skróty, trzeba się sprawdzać w boju, a przede wszystkim rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi z bardzo różnych środowisk. Metody działania w systemie demokratycznym są tak naprawdę ciągle takie same: mobilizacja społeczna, mobilizacja polityczna. Wiem, że wielu osobom polityka bardzo źle się kojarzy, ale nacisk na decydentów rożnego szczebla jest po prostu niezbędny. Nie wierzę w prezenty od odpowiedzialnych elit władzy czy pieniądza. Musimy się o te reformy społeczne i ekonomiczne ciągle upominać – każdy tak, jak potrafi, w zgodzie z własnym temperamentem i możliwościami. Kluczem jest aktywność, próba osiągnięcia sprawstwa społecznego, a nie oglądanie się na elity.

Co odróżnia presję od skutecznej presji?

M. O.: Żeby wywieranie presji było skuteczne, musi być masowe. Dlatego jeśli ktoś doprowadzi do zmian relacji pracy i kapitału to będzie to prawdopodobnie ruch pracowniczy. Żeby przerazić kapitał, elity, rządzących potrzeba dużych grup ludzi, którzy są w stanie wyjść na ulicę, albo jak w Amazonie blokować wyjazdy ciężarówek. Albo usiąść do stołu negocjacyjnego i tam zabrać głos w imieniu dziesiątek tysięcy osób myślących podobnie.

Druga rzecz to lobbing. Tu dobrym przykładem jest ruch prozwierzęcy. To trochę paradoks, bo obok ruchu ekologicznego należy do tych wyjątków, gdzie beneficjenci nie są w jego stanie zabrać głosu we własnej sprawie. Tu zmianę jakościową wywalczyli nie tyle ludzie, którzy stali na ulicach z transparentami „Macie krew na rękach”, co ci, którzy chodzili do firm, ubierali się w garsonki i szpilki i starali się negocjować jednocześnie z biznesem i z polityką.

I wreszcie to, co zdarza się najrzadziej, ale jednak się zdarza. Tak jak w Polsce przed 5 laty, gdy władza w pewnym sensie odpowiedziała na potrzeby społeczne, mimo że nie były one poparte strajkami czy protestami, a jedynie niezadowoleniem i rezygnacją. To zostało sprawnie wykorzystane przez obecnych rządzących, ale z korzyścią dla wielu słabszych grup społecznych.

Wróćmy do ekologii, o której wspomniano wcześniej jako jednym z kluczowych wyzwań.

Bartłomiej Kozek: Kwestie tego, czy chronić środowisko, przestają być w Europie i w Polsce elementem sporu ideowego lewicy z prawicą. Stają się przestrzenią dyskusji nad sposobami jego ochrony (szczególnie ważnej w obliczu kryzysu klimatycznego), w której odnajdują się siły usytuowane po różnych stronach politycznego spektrum.

Jest to zauważalne również w Polsce, gdzie np. przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. kwestie środowiskowe pojawiały się w przekazach w zasadzie każdej kandydującej partii, niezależnie od jej nurtu ideowego. Ta sytuacja wpływać będzie pozytywnie również na siły ekopolityczne – odwołujące się przede wszystkim do ekologii, środowiska, zrównoważonego rozwoju – bo zmusza je do zaakceptowania faktu, że nie mają monopolu na kwestie środowiskowe. Pozwala też przekonywać do tych kwestii różnego rodzaju grupy – i to nie tylko te wielkomiejskie, liberalne, kosmopolityczne, ale też te, które łączą kwestie środowiskowe z szeroko pojętą konserwacją, zachowywaniem więzi społecznych i więzi człowieka z przyrodą.

Kto na tym skorzysta?

B. K.: Warto zwrócić uwagę, że już sam fakt konkretyzacji wizji ekologicznej na poziomie Europy – czyli Europejski Zielony Ład – nie wyniknął tylko z dobrej woli, lecz z dość banalnego faktu, że w wielu krajach siły progresywnie patrzące na kwestie ekologiczne zaczęły zyskiwać szersze poparcie. Wywołało to parcie na to, by projekt europejski – jeśli zachować ma swą legitymację społeczną – odpowiadał na trapiące opinię publiczną wyzwania. Czy rzeczywiście odpowiada? W dużej mierze tak. W dokumentach, które towarzyszą temu projektowi, widać wciąż jednak napięcie między starą wizją gospodarki opartej na wzroście a próbą wyjścia poza paradygmat nieograniczonego wzrostu PKB.

W odpowiedzi na kryzys klimatyczny pojawiają się m.in. rozwiązania oparte na mechanizmach rynkowych, jak np. europejski system handlu emisjami, które jednak ich krytykom kojarzą się ze sprowadzaniem przyrody do roli towaru. Są też rozwiązania z obszaru ekologicznej polityki podatkowej, czyli przenoszenia ciężaru opodatkowania z pracy na zanieczyszczenia. Pojawia się pytanie o to, na ile może ona sprzyjać redystrybucji i kto na tej zmianie skorzysta. Czy będzie to np. klasa średnia inwestująca w różnego rodzaju odnawialne źródła energii (co będzie sprzyjać obniżkom ich ceny), czy też raczej skupić się powinno na przeznaczaniu środków na inwestycje publiczne, masowe programy termomodernizacyjne, które mają m.in. zwalczać ubóstwo energetyczne.

Od poprzedniego kryzysu gospodarczego coraz więcej mówi się o tzw. rematerializacji ekopolityki. Upowszechnia się przekonanie, że jest to kwestia bezpośrednio dotykająca tego, w jaki sposób żyjemy: jaki jest poziom naszego życia i jego jakość. W 2008 r. zaczęły upowszechniać się idee takie jak zielony nowy ład czy tworzenie zielonych miejsc pracy. Na forum ONZ w ostatnich latach coraz więcej mówi się o łączeniu sprawiedliwości środowiskowej i sprawiedliwości społecznej. Dane wskazują, że emisje gazów cieplarnianych, wygenerowane przez najbogatszy jeden procent ludzi na świecie, są dwukrotnie większe niż najbiedniejszej połowy ludzkości. W świecie nierówności dużo trudniej troszczyć się o środowisko.

W ostatnich latach zmienia się na lepsze jakość debaty o ochronie środowiska – na bardziej inkluzywną, zarówno pod kątem uwzględniania kwestii społecznych, jak i ideowej różnorodności. Nadal dużym wyzwaniem pozostaje natomiast łączenie kwestii praw środowiskowych z prawami człowieka, oparcie prawdziwie trwałego, zrównoważonego rozwoju na prawie do jakości życia na odpowiednim poziomie, prawie do edukacji, prawie do zdrowia i jego ochrony. A przecież mowa tu o podstawowych dobrach i usługach publicznych niezmiernie istotnych, abyśmy w ogóle mieli siłę myśleć z perspektywy trochę szerszej niż tylko „od pierwszego do pierwszego”.

Czy lokalny kontekst ma znaczenie?

B. K.: W ekologii dużo mówi się o kontekście lokalnym. Problemem jest nie tyle to, że chcemy kopiować 1:1 jakieś rozwiązania ze świata, ale raczej kwestia, że często nie wykonuje się wystarczająco dużego wysiłku intelektualnego, aby się z danym rozwiązaniem zapoznać przed jego wykorzystaniem. Niezwykle ważne jest dostosowywanie rozwiązań środowiskowych do lokalnego kontekstu, specyfiki metropolii, obszarów przemysłowych czy rolniczych. Uwzględnienie kontekstu lokalnych społeczności, nadanie tym rozwiązaniom partycypacyjnego, obywatelskiego, demokratycznego charakteru. Mówienie językiem korzyści o poprawie komfortu życia wynikającej z polityki środowiskowej.

Wracając do kryzysu klimatycznego, mniej boję się apokaliptycznej wizji końca ludzkości niż scenariusza, w którym przez najbliższe dziesięciolecia będziemy stąpać po cienkiej linii na skutek braku ambitnej globalnej polityki klimatycznej, w ekosystemach będzie dochodzić do sprzężeń zwrotnych gwałtownie pogarszających naszą jakość życia, a bardziej tego, że równolegle bogata Północ uzbroi się i okopie, a nasz kontynent stanie się „fortecą Europą” próbującą bronić się przed ludźmi uciekającymi do niej w poszukiwaniu lepszego życia.

Zakończę pozytywnym akcentem z Polski – całkiem niedawno we wschodniej Wielkopolsce powstała strategia sprawiedliwej transformacji tego subregionu, która zakłada dojście do celu neutralności klimatycznej do 2040 r., czyli aż 10 lat wcześniej niż cel europejski. Co ważne, strategia ta została stworzona przy udziale samorządów, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców i związków zawodowych. To pokazuje niezwykłą wagę dialogu społecznego, którego istnienie wymaga silnych stabilnych instytucji, również publicznych – kreujących, współtworzących, wspierających ten dialog. Jest on potrzebny do tego, byśmy nie żyli w swoich oddzielnych „bańkach”, lecz przekraczali nasze strefy komfortu. Nagle może się okazać, że właśnie rozmawiając będziemy w stanie stworzyć coś, co realnie odpowiada na wyzwania współczesności. Przykład z Wielkopolski pokazuje jasno, że zmiana jest możliwa. Pozostaje kwestia tego, czy i w jaki sposób naciskać oraz jak najbardziej skutecznie generować sojusze po to, aby ta zmiana faktycznie nastąpiła.

A jak Pani profesor wyobraża sobie przyszły świat? Będzie lepszy niż obecny?

Monika Kostera: Wszyscy zastanawiamy się dzisiaj jak będzie wyglądał świat po pandemii. A ja zaczęłabym od próby odpowiedzi na pytanie, gdzie właściwie znajdujemy się obecnie. W 2012 r. Zygmunt Bauman ponownie zaproponował na dzisiejsze czasy metaforę interregnum autorstwa Antonio Gramsciego jako moment pomiędzy dużymi systemami, kiedy jeden z nich już nie działa, ale nie mamy jeszcze nic nowego na horyzoncie. I teraz mamy do czynienia właśnie z metaforycznie ujmowanym bezkrólewiem. Znajdujemy się bowiem w próżni instytucjonalnej, w próżni socjologicznej – ani tu, ani tu.

Ten okres interregnum jest bardzo nieprzyjemny, z czego zdaję sobie sprawę jako naukowczyni i uczestniczka życia społecznego. Mówimy bowiem o stanie, kiedy wszystko przestało działać i zdaje się być skazane na czarne scenariusze – opisuję to w moich publikacjach jako „apokalipsę socjologiczną”. Obserwujemy rozpad wielkich struktur i instytucji, które latami dźwigały bardzo skomplikowane rozwiązania i mechanizmy społeczne – to wszystko legło w gruzach.

Ale przecież „apokalipsa” oznacza objawienie. Rozpad ujawnia to, co jest pod spodem, to, na czym były zbudowane struktury i instytucje. One powinny być zbudowane na wspólnych wartościach, a okazuje się, że tam pod spodem są przemoc, naga władza, rzeczy, które nas przerażają i odrzucają. To też wprowadza mroczne nastroje społeczne, wywołuje pytania o to, dokąd właściwie zmierzamy.

Uważam, że te wspólne wartości też tam są. Obecnie jest czas na to, aby ich celowo i świadomie szukać, bo one nam się bardzo przydadzą do budowy nowego świata, w którym będzie się nam – ludziom i przyrodzie – lepiej funkcjonowało.

A to dzisiejsze „pomiędzy” przypomina stan, który w antropologii nazywa się liminalność, czyli faza rytuału przejścia pomiędzy odebraniem i nadaniem właściwości, np. roli społecznej. To może być bardzo trudny stan, ale on jednocześnie oferuje też przestrzeń myślenia, potencjał do tego, żeby coś się skrystalizowało, można go wykorzystać do myślenia nad rzeczami, których „nie da się zrobić”. Czyli np. różne anarchistyczne inicjatywy prefiguratywnego zarządzania, kooperatywy, które sobie zresztą ekonomicznie bardzo dobrze radzą, czy też inne alternatywne organizacje gospodarcze, które zarządzają sprawnie, ale za granicą istniejącego systemu – mając na uwadze to, że w przyszłości będzie inaczej, proponując strukturyzację wokół kluczowych wartości.

A co z kapitalizmem?

M. K.: Nigdy zbytnio nie przepadałam za kapitalizmem, ale trzeba uczciwie przyznać, że miał on swoje lepsze czasy, potrafił wchłaniać różnorodność, kraść twórcze rozwiązania socjalistom czy nawet komunistom i na tym budować swoje strategie przetrwania. Ale utracił tę żywotność, stracił sterowność, wpadł w błędne koło oparte na dodatnim sprzężeniu zwrotnym – czyli na zasadzie, że jeśli występuje zakłócenie, to dodaje się więcej do parametru zgodnym z kierunkiem zakłócenia. Czyli, potocznie rzecz ujmując, że jeśli coś nie działa, to stosuje się więcej tego samego. Kapitalizm nie potrafi już w obecnej fazie uczyć się na własnych błędach. Co więcej, w ostatnich czasach zaczyna odcinać marginesy, a jak wiadomo marginesy to są życiodajne peryferia wielkiego systemu. Czyli nie ma skąd czerpać energii dla odnowy.

Jest to jednak wielki system społeczny, więc on może tak umierać przez pięćdziesiąt, albo i sto lat. Popatrzmy na poprzednie systemy – na imperium rzymskie, na feudalizm. A kapitalizm ma nadal bardzo dużą siłę bezwładu i mechanizmy, które w części nadal działają – jak np. mechanizm wzrostu ekonomicznego. Ale bez struktur wspierających i źródeł odnowy to prowadzi do systemów przemocowych, niedemokratycznych i co więcej – do takiego wyniszczenia planety, że dalszego ciągu już nie będzie.

Co mogłoby to zmienić?

Rozmawiamy na przykład o powszechnym dochodzie gwarantowanym. On mógłby być klinem, który możemy wbić kapitalizmowi i pomóc mu umrzeć. Bo gdy ludzie dostaną ten dochód, to mogą się zorientować, że wcale nie muszą pracować w neoliberalnych korporacjach, nie muszą się godzić na hegemoniczne zarządzanie, które już w tej chwili – nikt tego nie ukrywa – opiera się głównie na przymusie. Gdy damy dochód podstawowy, to może ludzie zajmą się np. opieką nad swoimi bliskimi czy nawet po prostu wysypianiem się. Bo trzeba dać się ludziom wyspać. I może zobaczą wówczas, że istnieje dla nich realnie jakaś alternatywa. I to może zrobić dużą różnicę, pomóc temu wielkiemu systemowi umrzeć. A potem możemy próbować na bazie tego coś nowego budować. Ja bym sobie najbardziej wymarzyła jakiś ustrój oddolnego, kooperatywnego socjalizmu. Ale to jest moje prywatne marzenie, nie jestem prorokiem.

Skąd przyjdzie zmiana? Papież Franciszek namawia, abyśmy poszukiwali rozwiązań na obrzeżach, na marginesach. To jest zresztą stara prawda systemowa – zmiana nigdy nie przychodzi z centrum, lecz z marginesu. System je odcina, ale one istnieją – tyle że poza systemem, a więc nie ma ich w mediach, nie są widoczne ani łatwo dostępne. Centrum systemu nie jest źródłem odnowy, bo ono stabilizuje i konserwuje to, co ma. Owszem, bywały takie momenty, był oświecony feudalizm czy też oświecony kapitalizm, ale to były tylko momenty, w których rozwój systemu polegał na umiejętności odnowy, a w tej chwili to absolutnie nie ma miejsca.

Czyli musimy szukać alternatyw?

M. K.: Już w latach 90. profesor zarządzania Heather Höpfl – po słynnej deklaracji brytyjskiej premier Margaret Thatcher „There is no alternative” – powiedziała: musimy szukać alternatyw, bo tam jest przyszłość. Stąd rozwinęło się zresztą zarządzanie organizacjami alternatywnymi, działającymi na obrzeżach systemu czy też poza systemem, bo niektóre z tych organizacji definiują siebie jako funkcjonujące poza systemem kapitalistycznym. Taki totalny margines, choć oczywiście margines jest szeroki, zwłaszcza w złożonym, wielowymiarowym systemie.

Nie mamy pojęcia, skąd przyjdzie ta przyszłość. Może z pięknych kooperatyw, a może z czegoś, co nie jest ani piękne, ani miłe, ani nie gwarantuje przetrwania naszej cywilizacji. Tym bardziej powinniśmy poznawać te obrzeża, te marginesy, te alternatywy, żeby one funkcjonowały w przestrzeni fizycznej, żeby ludzie wiedzieli, że one istnieją.

Jest jeszcze stara dobra rada. Pochodzi z nauk organizacji i zarządzania i brzmi: organizujmy się. Możemy się uczyć od Skandynawów jak organizować się w związki zawodowe. A pamiętajmy, że związki zawodowe zawsze broniły praw pracowniczych, gwarantowały przynajmniej jakieś tam reprezentowanie najsłabszych. A więc zbierzmy się, organizujmy się, róbmy to świadomie. I może będzie dobrze.

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Sekularyzm jest przekleństwem

„Największym problemem społeczeństwa współczesnego jest oddzielenie tego, co duchowe, od tego, co materialne”, pisze Glenn Frank [1]. Separację duchowego i materialnego wymiaru życia nazywamy sekularyzmem. „Sekularyzm jest plagą współczesności”, poucza ojciec święty Pius XI. Edukacja bez religii to nie edukacja, a informacja. Polityka bez religii to nie polityka, a partyjniactwo. Gospodarka bez religii to nie gospodarka, a komercjalizm. Religia pomoże na wiele, na co dzień i na niedzielę.

Utylitaryzm

Gdy filozofowie angielscy „wyzwolili” się już zupełnie z więzów filozofii średniowiecznej, stworzyli coś, co nazywa się dziś utylitaryzmem. Utylitarystyczni myśliciele: Lock, Hobbes i Hume, wychowali uczniów – (f)utylitarystycznych [2] ekonomistów szkoły manchesterskiej. Od czasu powstania szkoły manchesterskiej, szkoły leseferyzmu, religia straciła związek z ekonomią polityczną – ponieważ ekonomia polityczna straciła związek z etyką społeczną.

Ekonomia futylitarystyczna

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej twierdzili, że realizacja materialnych interesów jednostek w czarodziejski sposób doprowadzi do realizacji powszechnego interesu ludzkości. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej definiowali dobrobyt jako stan społeczny, w którym wszyscy obywatele dorabiają na boku. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej wierzyli w prawo popytu i podaży i nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, w której byłoby za dużo podaży i za mało popytu.

Państwa futylitarystyczne

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej uważali, że biznes to biznes i państwu nie wolno mieszać się do gospodarki. Według futylitarystycznych ekonomistów szkoły manchesterskiej państwo to wielki windykator na usługach bogaczy. Wojna roku 1914 i pokój roku 1919 to ledwie logiczne konsekwencje głupich przekonań manchesterskich futylitarystów. Anglia, Francja i Ameryka, państwa futylitarystyczne, większość czasu i energii poświęcają obecnie na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez ekonomiczną ignorancję futylitarystycznych ekonomistów z Manchesteru.

Państwa totalitarne

Anglia, Francja i Ameryka wierzą, że przetrwają obecny kryzys nie zmieniając znacząco swej polityki z osiemnastego wieku. Rosja, Włochy i Niemcy odrzuciły system dwu- czy trójpartyjny i wprowadziły monopartyjny. Motto państwa futylitarystycznego brzmi: „Pilnuj swego interesu”. Motto państwa totalitarnego: „Rób, co ci każę, bo inaczej wylądujesz w obozie koncentracyjnym”.

Pluralizm

Humaniści wierzą, wespół z Robertem Burnsem [3], że „człowiek to człowiek, mimo wszystko”. Teiści wierzą, że Bóg stworzył świat, że jest ojcem wszystkich ludzi, ludzie zaś są braćmi wszystkich ludzi. Protestanci wierzą, że Bóg-Ojciec posłał swego Syna jednorodzonego, aby zadośćuczynił za grzechy świata. Katolicy wierzą, że ten Syn, Jezus Chrystus, założył Kościół – Kościół Katolicki. Humaniści to humaniści. Teiści to humaniści plus teiści. Protestanci to humaniści plus teiści plus chrześcijanie. Katolicy to humaniści plus teiści plus chrześcijanie plus katolicy.

Państwo pluralistyczne

Wszyscy – humaniści, teiści, protestanci i katolicy – wierzą w to, że człowiek jest osobą. Na tej wierze łatwo mogliby zbudować razem państwo pluralistyczne. Państwa futylitarystyczne i totalitarne nie opierają się na cywilizacyjnych tradycjach Zachodu. Państwo pluralistyczne to takie, w którym humaniści starają się być ludźmi, ortodoksyjni Żydzi – Żydami, protestanci – chrześcijanami, a katolicy – katolikami.

Wspólnymi siłami

Państwo pluralistyczne nie jest zagrożeniem dla ruchów społecznych opartych na osobistej odpowiedzialności. Kooperatyzm, korporacjonizm, agraryzm, komunitaryzm są w państwie pluralistycznym u siebie. Państwo pluralistyczne nie rozwiązuje problemów poprzez legislację czy tworzenie nowych urzędów, ale właśnie usuwając ze swych kodeksów wszelkie przepisy krępujące działalność społeczną opartą na osobistej odpowiedzialności. Państwo pluralistyczne opiera się na autorytecie, a więc jest wolne od autorytaryzmu.

Peter Maurin

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pochodzi z książki „Catholic Radicalism” (1949).

Przypisy tłumacza:

1. Prawdopodobnie chodzi tu o Glenna Franka (1887-1940), dziennikarza, wykładowcę i rektora Uniwersytetu Wisconsin-Madison w latach 1925-37, agrarystę i krytyka prezydenta Roosevelta.

2. Gra słów od łacińskiego futil – daremny, bezsensowny.

3. Robert Burns (1759-96) – poeta szkocki chłopskiego pochodzenia, prekursor romantyzmu, popularyzator szkockiej sztuki ludowej i przedstawiciel pogodnego „liberalizmu agrarnego” XVIII stulecia.

Peter Maurin (1877-1949) był francuskim rolnikiem, jednym z 24 rodzeństwa. Początkowo związany z ruchem Sillion, w latach 20. wyemigrował do USA, gdzie pracując w slumsach Nowego Jorku przeżył nawrócenie religijne i postanowiwszy rozpocząć prawdziwie katolicką akcję społeczną założył Katolicki Ruch Robotniczy i czasopismo „The Catholic Worker”, a także stał się mentorem wielu młodszych pisarzy, np. eks-komunistki Dorothy Day. Ze względu na swoje nastawienie prospołeczne, pacyfistyczne i antyfaszystowskie, był bardzo zwalczany przez konserwatywną hierarchię. Deklarował się jako „katolicki anarchista” bądź „katolicki radykał”. Często posądzany o ignorancję, był świetnym samoukiem i erudytą (czerpał głównie z filozofii personalistycznej Jacques’a Maritaina i dystrybucjonizmu Gilberta Keitha Chestertona). Charakterystycznym narzędziem literackim, którym się posługiwał, były tak zwane „proste eseje”, szczególny gatunek prozy wierszowanej, którego celem jest przekazanie trudnych i ważnych prawd w przystępnej, często dowcipnej, formie, z szerokim wykorzystaniem kalamburów, powtórzeń, żartów, paradoksów, zaskakujących metafor czy porównań.