Skok do królestwa nijakości

Tę banalną myśl znacznie piękniej i z patosem wyraził w drugiej połowie XIX wieku rosyjski myśliciel, Konstantin Leontjew. Pisał on: „Czy nie strasznie i obraźliwie byłoby pomyśleć, że Mojżesz wspinał się na Synaj, że Hellenowie wznosili swe potężne akropole, Rzymianie toczyli Wojny Punickie, że genialny młodzieniec Aleksander w hełmie z pióropuszem przekraczał Granik i bił się pod Arbellami, że Apostołowie nauczali, męczennicy cierpieli, poeci wznosili pieśni, rycerze błyszczeli na turniejach tylko po to, żeby francuski, niemiecki czy rosyjski bourgeois, w swej komicznej i brzydkiej odzieży, zażywał błogiego spokoju, »kolektywnie« i »indywidualnie«, na ruinach tej całej dawnej wielkości?… Wstyd byłoby za ludzkość, jeśliby ten podły ideał powszechnej korzyści, drobnej pracy i haniebnej prozaiczności zatriumfował na wieki!”.

A przecież wiek XIX trudno uznać za nudny. W autobiografii „Rzeczy minione i rozmyślania”, nietuzinkowy Aleksander Hercen wspomina swego rodaka, Michała Bakunina, miłośnika wszelkich rewolucji, jak to w roku 1848, w czasie podróży z Paryża do Drezna rosyjski anarchista wysiadł na jednym z postojów i spostrzegł chłopów, szykujących się akurat do krwawej rozprawy ze swoim panem. Kłopot w tym, że arystokrata zamknął się w swoim zameczku, a prostym ludziom brak było elementarnego, rewolucyjnego i strategicznego „know-how”. Bakunin, nie za bardzo wnikając w istotę sporu, zorganizował chłopstwo, wydał odpowiednie dyspozycje i ruszył dyliżansem w dalszą podróż ku rewolucji. Zamek spłonął. Jest w tej krwawej niefrasobliwości Bakunina coś z atmosfery „Jesieni Średniowiecza”, coś – mimo upływu stuleci – bliskiego słowom Huizingi, że „gdy świat młodszy był jeszcze o pół tysiąclecia, zewnętrzne formy wszystkich przypadków ludzkiego życia rysowały się o wiele ostrzej niż dzisiaj. /…/ Wszystkie przeżycia miały ten stopień żywiołowości i wyłączności, jaki dziś radość i cierpienie osiągają jeszcze tylko w umyśle dziecka”.

XX wiek? Kto, szczególnie po tej stronie niegdysiejszej Żelaznej Kurtyny, mógłby z czystym sumieniem przyznać, że żył w czasach nijakich? Tu historia oddychała pełną piersią i trawiła czas i ludzi z iście gargantuicznym apetytem. A jednak coraz więcej wokół nas nijakości, przybywa jej niespostrzeżenie, lecz nieuchronnie. Ba, zdaje się, że już – tuż, tuż czeka nas skok do królestwa nijakości, krainy Leontjewowskiej „haniebnej prozaiczności”, którą nie sposób uznać za co innego, jak antycypację „Nowego, wspaniałego świata”. I mimo wzniosłych wydarzeń i kalendarium pełnego wielkich dat „tu i teraz” proponuje się nam byle jakie życie, pośród błogiego spokoju wyzutego z treści, której można poświęcić więcej niż miesięczny zarobek. Co zatem sprawia, że zadomowiła się wśród nas nijakość?

Odpowiem przewrotnie (i poniekąd mało oryginalnie). Otóż, przyczyną tego jest zapoznanie sacrum w sferze publicznej. Konsekwentne zastępowanie czytelnego, radykalnego, a czasem i agresywnego języka – dobro-zło, cnota-występek, błogosławieństwo-przekleństwo – nowym językiem, który ma gwarantować pokój społeczny, który ludzkie konflikty, rozterki i waśnie przemienia w okazję do indywidualnej lub zbiorowej terapii, który kamufluje ludzkie fascynacje i wstręt do obcego, a równocześnie staje się coraz bardziej opresywny, autorytarny i de facto roszczeniowy. Ale czy język nowoczesnej kultury, który jest językiem przeciw religii (części składowej każdej cywilizacji), lub który próbuje urabiać ją na swój obraz i podobieństwo, nie staje się w końcu mową o niczym?

Zaiste, miał rację Wolter – gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Tak, jeśli nie ma Boga, trzeba Go wymyślić. Czy też, jak stwierdził pewien niby-marksista, Ernst Simon Bloch: „Boga nie ma, ale będzie”. Kłopot w tym, że ta wysterylizowana kultura, gaworząca o „heteronormatywności”, „homofobii”, zamykająca pastorów w więzieniu za cytowanie Apokalipsy wg św. Jana i traktująca religię jako niepoprawnie polityczne monstrum, grożące łagodnemu barankowi ogólnoludzkiego pojednania, nie jest zdolna ani ubóstwić człowieka, ani na serio potraktować sacrum. Ale na miejsce tego nieznośnego, władczego, narzucające ograniczenia i tabu sacrum przychodzi Suweren-Lewiatan, nie mniej nieznośny, z pretensjami do omnipotentnej władzy, narzucający własne ograniczenia i tabu. O ile tamten jednak mógł dać śmiertelnym choćby nikłą obietnicę wieczności i wzniosłości, ten najwyżej oferuje dobre samopoczucie. A i to nie zawsze.

Religia i polityka są nieodłączne, ze względu na ludzką naturę. Zarówno wierzącym, jak niewierzącym, przysługuje w przestrzeni publicznej prawo do wyrażania swoich opinii, prawo do konfliktu i do autonomii. Prawo do jawności przekonań i manifestowania ich w życiu polis. Stąd też i dla lewicy płyną pewne wskazania: lepiej pytać wierzących o ich aktywność w sferze publicznej, kierowanie się nauką społeczną chrześcijaństwa, niźli sarkać na religię w szkołach albo na obecność w parlamencie narodowych katolików. Kto z nich chciałby uczynić wyklętych, sam stałby się inkwizytorem. Nurt nowolewicowy lubuje się w opowieściach o ciemnogrodzie, zaścianku, kołtunerii, rzutując na polską rzeczywistość społeczno-polityczną wzięte skądinąd wzorce i klisze ideologiczne, zamiast pytać o społeczny potencjał chrześcijaństwa i o to, jaki z niego może być pożytek w Polsce czasów transformacji.

To jeszcze jeden z symptomów tej nijakości i jałowości sporów, powodujących, że stajemy się mentalną kolonią Zachodu. Bo ludzie bez cnót, bez dobra i zła (czy też choćby bez możliwości skonfrontowania się z tym światem), zanurzeni w mowie pozornego pojednania i pokoju, w mowie maskującej podział świata na sacrum i profanum, apostołowie świeckiej indoktrynacji mogą w każdej chwili przeistoczyć się w hipokrytów, zachowujących pozory moralności, ale w głębi duszy nienawidzących tak suwerena, jak lud. Mogą wychować jedynie podobnych sobie dewotów świeckiego obrządku, których dulszczyzna jest nie mniej duszna, niż ta klepiąca pacierze. Stąd, może lepiej zrobić krok do tyłu, ku akceptacji sacrum, choćby surowego jak Bóg żądający od Abrahama ofiary z Izaaka, niż wylądować w królestwie nijakości? Bo choć powszechna korzyść, drobna praca i prozaiczność nie są bynajmniej tak straszliwym złem, jak się to roiło Leontjewowi, to nigdy nie wiadomo, kiedy kupczyk przemienia się Wielkiego Inkwizytora.

Wszyscy jesteśmy Raskolnikowami

Dotyczy to zarówno tego, co mówi samemu sobie, jak i tego, co opowiada innym. Co zaś inni mówią o nim – na to należy zwykle spuścić zasłonę milczenia. Oczywiście, tak w pierwszym, jak i drugim przypadku zdarzają się wyjątki: spowiedź człowieka nawróconego, rozmowa zakochanych, a bywa, że i wynurzenia dżentelmena zalanego w pestkę. Kiedy zaś można dać wiarę cudzym słowom na nasz temat? Chyba tylko wówczas, gdy zgadza się z nimi nasze sumienie. Tu jednak pojawia się problem: niczemu tak dziś nie należy dowierzać, jak ludzkiej, samokrytycznej świadomości. A jeśli nie ufamy własnej samoświadomości, to dlaczego mielibyśmy zawierzać cudzej? Ostatecznie zapętlamy się w sytuację bez wyjścia: nie możemy wierzyć ani własnym słowom, ani cudzym.

Pewnie są tacy, którzy w takiej sytuacji sięgają po sznur. Ale większość – na szczęście dla rodzaju ludzkiego – znajduje jakąś zasadę, fundament, gwarantujący rękojmię ich własnych sądów. Wybór jest szeroki: od ideologii, szkół propagandy i różnego typu wierzeń, przez powiązane z nimi instytucje i postacie. Równie dobrze może to być partia polityczna, jak AA; dyżurny socjolog, filozof, publicysta, felietonista, wzięty duchowny tej czy innej opcji, znany nonkonformista; wódz, guru, miła pani z telewizji, wróżka, bioenergoterapeuta, kolega/koleżanka z pracy, podręcznik jogi, a nawet książka kucharska itp. dobrze poinformowane, znające się na rzeczy byty umilające nam życie podawaniem recept na temat tegoż życia.

Problem wcale nie polega na tym, że mamy za mało autorytetów, ale na tym, że mamy ich za dużo. Autorytety plenią się jak chwasty, mnożą jak robactwo, wypełzając z każdego kąta przestrzeni społecznej. Gdzie człowiek nie spojrzy – tam autorytet w każdej z dziedzin naszego przebogatego w różnorodność świata. Albo przynajmniej kandydat na autorytet, raczkujący praktykant w tym przemiłym fachu. I tak przybywa nam ludzi, którzy wpływają na naszą krytyczną samoświadomość, z reguły czyniąc ją bezkrytyczną. Kulimy ogon pod siebie, wysłuchując ich sądów, albo pod ich czarownym śpiewem zapadamy w senność i zamykamy się w skorupce własnego „ja”, sycąc niepewność poczucia własnej pewności – „tak, ten ma rację”.

Kto wie, czy jednym z większych nieszczęść świata nie jest spolegliwość – ósmy z grzechów głównych, który umknął przed wiekami prawodawcom naszej cywilizacji (może dlatego, że nie rozróżniali go jeszcze od posłuszeństwa?). Ta nasza spolegliwość, chęć przytakiwania, przyklaśnięcia, wmieszania się w tłum podobnie myślących: by tym sposobem z ziarna piasku przeistoczyć się cudownie w kamień węgielny, by piórka wróbla zamienić na płonącym żarem ogon feniksa, by zyskać pewność fundamentalną, niekwestionowalną, której zbywa tej wątłej, samoświadomej istocie, która naga wyszła z łona matki i naga wróci do ziemi. Szukamy pewności, która często bywa jedynie imitacją sensu i nieświadomym własnej kruchości mniemaniem, tym dalekim, jednym z najdalszych krewnych filozoficznego Logosu, który jest zarazem Słowem/Pojęciem, jak Rozumem. A kto wie, może także pięknem i dobrem.

Co z tym wszystkim wspólnego ma Raskolnikow? I co my mamy wspólnego z byłym studentem Rodionem Romanyczem? Literatura piękna jest jednym z punktów węzłowych kultury – przestrzeni wzajemnego rozumienia, broniącej nas przed tanim moralizatorstwem, albo cynizmem propagandy, bezwzględnością ideologii, nachalnością standardów, norm i konwenansów. Tworzy przestrzeń zaufania – jej postacie, ich losy ukazują nam samych siebie z tą bezinteresownością, z jaką filozofia jest poszukiwaniem mądrości. Odzwierciedla człowieka w sposób o wiele bardziej intymny, niż zwykł on poznawać siebie w dniu powszednim – świat wyobrażony zdziera maski ze świata rzeczywistego; mity literatury kwestionują nasze potoczne zmyślenia i sposoby istnienia, które zwykle nie są niczym innym, jak uniknięciem najboleśniejszych dla nas pytań i odpowiedzi.

Z przyrodzoną łacinie zwięzłością wyrażają to słowa Horacego: Mutato nomine de te fabula narratur – „O tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem”. To przez udział w tym świetle, które wyostrza kontury rzeczy, zyskujemy miejsce pośród „obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów” – pośród szacownych cieni Gilgamesza, Hektora, Rolanda. Pośród cieni Franza K., Raskolnikowa, Don Kichota, Anny Kareniny, Zaratustry, Pana Cogito, Stawrogina, doktora Żywago. Oni nigdy nie staną się wieczystą marionetką śmiertelników, strząsną z siebie kajdany każdej interpretacji i ideologicznej konwencji, każdego roszczenia i pustego śmiechu. Ale też nigdy nie spróbują nas zniewolić, bo choćby chcieli – są jedynie duchami na polach elizejskich, duchami skupionymi na sobie, wątłymi marami – tak kruchymi jak porcelana, po której w wierszu Miłosza przejechały żelazne gąsienice czołgów. Zawsze możemy się od nich wyzwolić i zawsze oni wyzwalają się od nas. Choć, zdecydowanie, to my tracimy na własnym wyzwoleniu: miarą wolności są konwulsje piskorza, wijącego się pośród bylejakości życia.

Zaiste, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami. Nie dlatego, że mamy chęć zabić lichwiarkę, że ulegając żelaznej logice występku mordujemy jej Bogu ducha winną siostrę, Lizawietę. Nie dlatego, że popełniwszy morderstwo usiłujemy oszukać samych siebie, że wszelkie nasze koncepty okazują się niczym wobec gryzącego robaka sumienia, że szukamy zadośćuczynienia za popełnioną zbrodnię. Nie dlatego, że poddani nieprzeniknionej logice ubezwłasnowolniającego procesu wysłuchujemy w świątyni opowieści o odźwiernym i człowieku ze wsi, który „prosi o wstęp do prawa” (wspaniała opowieść!). Nie dlatego, że cierpimy z powodu zakazanej miłości, której spełnienie nie przynosi ulgi, ale coraz to nową boleść. Nie dlatego, że stajemy wobec świata śmieszni lub tragiczni, gotowi się z nim zmierzyć – w konsekwencji stając się tylko jednym z wielu słów, jeśli nie liter, czy znaków zapisanych w dziejach.

A może – kto wie – właśnie dlatego. Tak, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami w przejrzystości naszego istnienia. Wszyscy jesteśmy Raskolnikowami – w rażącym oczy blasku pewności, jaką zyskuje życie, gdy odrzeć je z wszelkich pewników tyczących tego, co mówimy o sobie samych, innych i tego, co o nas się powiada.

Strefa ciszy

Z reguły są to sprawy określane mianem politycznych, choć często niewiele mają wspólnego z tym szlachetnym słowem. Kwestie społeczne nieodmiennie pozostają na dalszym planie, tak jakby były dodatkiem do życia toczonego na widoku telewizyjnych kamer, jakby znajdowały się na peryferiach świadomości garstki dysponentów masowej wyobraźni. Wizja Polski zawęża się do historii opowiadanych przez kilka konkurujących ze sobą frakcji, decydujących o III Rzeczpospolitej.

Jedni powtarzają lustracyjne zaklęcia, uznając je za przepustkę do krainy sprawiedliwości dziejowej, drudzy załatwiają środowiskowe interesy wycierając sobie gęby demokracją. Na targowisku politycznej próżności dobrze sprzedają się ambicje partyjnych aktywistów, którzy w kraju powszechnego braku równych szans traktują „służbę publiczną” jako trampolinę do dostatniego życia. Judzący dziennikarzy i przez nich podjudzani, dumni z siebie tańczą swój chocholi taniec, przekonując nas, że te śmieszne podrygi wykonują „na większą chwałę ludu”. Tymczasem umykają nam sprawy nie mniej ważne, bezwzględnie odciskające swój wpływ na tym, co stanowi tkankę życia wspólnotowego, co decyduje o relacjach i interakcjach społecznych, co – ostatecznie – nie mniej niż decyzje polityczne zadecyduje o jakości polskiego życia w XXI wieku.

Rośnie liczba dzieci regularnie nadużywających alkoholu. Coraz więcej też pijących matek. Dla nastolatków alkohol przestał być zakazanym owocem, po który sięgano łapczywie, ale bardzo rzadko, a stał się nieodłącznym towarzyszem wszelkich sytuacji towarzyskich. Jest też lekiem na stres, frustrację, samotność, poczucie niedowartościowania, brak miłości, czasu, zainteresowania w rodzinie. Dzieci naśladują dorosłych, ale nie są dorosłe, stąd grozi im, że nigdy nie staną się pełnoprawnymi, odpowiedzialnymi uczestnikami życia społecznego. Czy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy społeczeństwem pijaków? Przecież już dziś nie wylewamy za kołnierz. Alkoholizm nieletnich to nie medialna ciekawostka, ale sygnał zagrożeń, jakie drzemią w głębi polskiego społeczeństwa, objaw patologii, których diagnozie poświęca się stanowczo zbyt mało miejsca w przestrzeni publicznej. Pijane dziecko to policzek i hańba nie tylko dla jego rodziców. To oskarżenie wobec nas wszystkich, wobec Polski, jaką jest tu i teraz. A to, że problem narasta, każe zastanowić się, co właściwie najważniejsze w życiu społecznym i jak brzmi definicja brzmiącego dziś dość archaicznie terminu „dobro narodowe”. Że nie jest to PKB – chyba nikogo nie trzeba w tym kontekście przekonywać. Kłopot w tym, że ta niewymierzalna wartość dobra i zła jest czymś wstydliwym w świecie omnipotentnych wskaźników i kwantyfikatorów. Ale cóż, wzrasta dobrobyt – ubywa dobra: chciałbym wierzyć, że to przypadłość czasów przejściowych, a nie „żelazna konieczność”.

A zatem – przybywa pijących dzieci, nieletni coraz częściej są bywalcami izb wytrzeźwień, powstają już dla nich osobne sekcje na Oddziałach Intensywnej Terapii Medycznej – bo agresywne, strute alkoholem dzieciaki trzeba izolować od ludzi na krawędzi życia. Coraz częściej też słychać o pijanych matkach pozostawiających w domach swoje latorośle, o zalanych w sztok rodzicielkach, które zapomniały zabrać swoje pociechy z miejsca libacji, o nietrzeźwych kobietach, którym niemowlaki wypadają z wózka. Powie ktoś – takie rzeczy zawsze się zdarzały i będą się zdarzać, ot, niemiła przypadłość ludzkiej natury. Owszem, ale gdy zaznacza się wyraźna tendencja wzrostowa, trudno to uznać za przypadek. Choć alkoholizm jest aberracją, urągającą ludzkiemu rozumowi i godności, to jednak życie społeczne jest racjonalne: działa tu zasada przyczyn i skutków. Trudno też uznać, że alkoholu nadużywają regularnie i coraz to częściej ludzie szczęśliwi, czy – ściśle mówiąc – szczęśliwie dzieci.

Przyczyny trzeba zatem szukać w domu – padnie odpowiedź. Dobrze, ale ten dom nie jest zawieszony w próżni; dom pijanego dziecka stoi przy konkretnej ulicy, w dzielnicy jednorodzinnych domków lub na strzeżonym osiedlu czy na blokowisku. Ten dom znajduje się gdzieś na zabitej dechami wiosce, w prowincjonalnym, zapyziałym miasteczku, gdzie, jak pisał poeta, „sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją”, lub w wielkim mieście. Ten dom stoi na naszej ziemi, a jego mieszkańcy tutaj płacą podatki, tutaj chodzą/chadzają do kościoła i tutaj walczą o byt. Choć coraz częściej – i to też jest problem – kogoś w tym domu brakuje: bo wyjechał zagranicę, bo nie podołał obowiązkom rodzicielskim i małżeńskim, bo nie radził sobie z samym sobą.

Czy zatem jesteśmy coraz mniej szczęśliwym społeczeństwem, skoro przybywa nam nieszczęśliwych dzieci? Ale jak to możliwe, skoro żyje się nam coraz dostatniej, skoro kraj się rozwija, ba, skoro mamy niepodległość, niezgorszą sytuację geopolityczną i wzrost gospodarczy? Więc jak to możliwe – proszę wybaczyć quasi-dostojewszczyznę – że coraz częściej dzieci płaczą pijackimi łzami? A może to fałszywa perspektywa, może jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Trudno w to uwierzyć. Między kulturą, ekonomią, społeczeństwem a państwem istnieją nierozerwalne więzi obyczajów, narodowych instynktów, niepisanych praw i zależności, do których analizy trzeba tęższych głów niż moja. To nie metafizyka, ale – mówiąc brzydko, bo banalnie – „prawo naczyń połączonych”. Nie opuszcza mnie jednak intuicja, że nasz świat stoi na głowie, że jest światem na opak – zbyt wiele miejsca poświęcamy rzeczom nieważnym, a umykają nam groźne zjawiska, które domagają się, by codziennie, godzina za godziną bić na alarm.

Tak, serwisy informacyjne nie mniej rzadko niż tak zwanej polityki powinny dotyczyć spraw społecznych; niestety, narzucono nam perspektywę, śmiem twierdzić fałszywą, co do tego, jakie kwestie dotyczą spraw makro, a jakie spraw mikro. Liczne błazeństwa różnej maści decydentów musimy traktować serio, a własne życie, codzienność, powszedniość egzystencji naszych najbliższych, krewnych, znajomych – jako incydent. Pokażą nas najwyżej, gdy przydarzy się coś, co któraś z Wyższych Instancji raczy uznać za wystarczająco bulwersujące lub tragikomiczne, by zawiadamiać o tym publikę. Gdy staniemy się elementem statystyki i zadziała prawo wielkich liczb.

Oto banalność zła na nowo odczytana – rzadko kogo interesuje proces, prowadzący do jego kumulacji, proces, za sprawą którego zło doprowadza do nieszczęścia rodziny, jak – suma summarum – unieszczęśliwia społeczeństwo, przyczynia się do jego dysfunkcji, paraliżuje jego obywateli. Ciekawa jest dopiero eskalacja zła – małolat na łóżku w izbie wytrzeźwień, kobieta wstydliwie zasłaniająca twarz na posterunku policji, opuszczony, przerażony malec w policyjnej izbie dziecka. Ale wszystko to jakby w próżni, bez związku ze światem ludzkich aspiracji i frustracji, relacjami w domach, szkołach, miejscu pracy, mniej lub bardziej upokarzającą lub satysfakcjonującą walką o każdy grosz. Bez tego sztafażu faktów, jakie codziennie można odczytać na głównej stronie „Obywatela” – są to przecież rzeczy mało istotne, marginalne wobec majestatu „wielkiego świata”. I jeszcze: wszystko to bez pytań o hierarchię wartości, o etykę społeczną, o sens tego, w czym uczestniczymy. Ale to, co dziś przemilczane, co izolowane w strefie ciszy – nie pozostanie bez konsekwencji. Choć, jeśli wszystko pójdzie tym torem, jakim biegnie teraz, pewnie i o nich da się zmilczeć.

Cyklistów dwóch

Happeningi „pedałów” i „homofobów” pokazują, że antagoniści powoli zmierzają ku kulturowej symbiozie. Tegoroczny plakat, zachęcający do udziału w Marszu Tolerancji, przedstawiał dwóch wąsatych cyklistów, pedałujących na tandemie. Możliwie, że istnieje jakaś poprawna wykładnia tego obrazka, ale osobiście jestem przekonany, że rewolucyjnego, a przecież szacownego jednośladu, niczym apokaliptycznego rumaka, wespół dosiadają Gej i Tradycjonalista, pędzący w siną dal, za horyzont chwili obecnej. Pytanie, kto trzyma kierownicę, pozostawiam na razie bez odpowiedzi, choć przyznam, że bezwzględnie może ono obnażyć słabość niniejszej metafory.

Jeśli wierzyć naoczności telewizyjnych przekazów i kategoryczności medialnych wypowiedzi, niewiele jest w Polsce tak ważnych spraw, jak walka o obyczajową i kulturową nowoczesność, o europejskość standardów myślenia i czucia (cokolwiek miałoby to znaczyć), sposób traktowania kilku starannie wyselekcjonowanych mniejszości. Inni powiadają, że stawką (większą niż życie – wszak chodzi o zbawienie) jest tradycja, zachowanie tożsamości narodowej i cywilizacji chrześcijańskiej. Bój toczy się o każdą pędź polskiej ziemi, o każde polskie serce. Kanonady cywilizacyjnej batalii brzmią wielogłosem konferencji naukowych, paneli dyskusyjnych, specjalistycznych szkoleń, obozów, kursów, wydarzeń artystycznych i artystyczno-podobnych, huczą na łamach niskonakładowych czasopism i w obrębie niszowych organizacji; propagandziści obu wizji harcują w najlepsze po Internecie. Ale tych parę razy do roku Tolerancja staje twarzą w twarz z Tradycją i obie patrzą sobie wzajem głęboko w oczy, skandując hasła i wyciągając ku fotoreporterom transparenty z sekciarskim programem zbawienia świata i moralnej sanacji.

Bardzo lubię te krakowskie Marsze Tradycji&Tolerancji; lubię domyślać się, gdzie przebiega granica między naiwnością a cynizmem, kto jest kim w tych pochodach i dlaczego się na nich znalazł. Lubię ten swoisty fluid, jaki wydziela podekscytowany tłum, projektujący na cały świat swoje fantazje, frustracje i roszczenia. Lubię dziennikarzy, starannie selekcjonujących materiały, by osiągnąć ten poziom autentyzmu, jaki zgadza się z linią programową poszczególnego medium. Lubię policyjne kordony, zza których dochodzą wezwania do miłości i lubię tych podpitych i/lub wulgarnych wyrostków w szalikach i kapturach na twarzach, pałających gorącą miłością tradycyjnych wartości. Co prawda nigdy nie wpadłem na pomysł, by któregoś przepytać ze znajomości katechizmu czy dat z historii Polski, ale wierzę na słowo – wszyscy mają piątki z religii, polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie. A z wychowania fizycznego to już na pewno. Jedyne, czego nie lubię, to świstu kamieni i to tylko ze względu na prawa fizyki, biologii i chemii, którym, o ile wiem, podlegamy wszyscy po równo. Bo już w telewizji najbardziej orgiastyczne momenty tego typu imprez wyglądają wcale malowniczo: gdy napięcie sięga zenitu, jedni eksplodują salwą ciśniętych w przeciwnika kamieni, gdy ten przyjmuje je z dziwną, sadomasochistyczną, bliską ekstazy spolegliwością.

Każde pokolenie musi mieć swoje uliczne spektakle, w których przemoc nie może być czysto symboliczna, jeśli ma zagwarantować autentyzm doświadczenia. Ale do tego typu gier i zabaw na świeżym powietrzu potrzebne są dwie strony, czujące wobec siebie awersję, czasem – fizjologiczną złość i nienawiść, irracjonalną potrzebę dominacji, upokorzenia drugiej strony. A nawet potrzebę bycia ofiarą, męczennikiem (choćby w wersji „light”). Media głównego nurtu pomagają wyznaczyć tu role: jedni są inteligentni, nowocześni, życiowo spełnieni – drudzy sfrustrowani, zaściankowi, durnowaci. I to właśnie widać na ekranach: po jednej stronie tęczowe okularnice i metroseksualnych awangardzistów Nowej Lewicy, po drugiej: prymitywnych bojówkarzy-narodowców. I chyba obie strony w ostatecznym rachunku podświadomie przyjmują ten obraz, wchodzą w kostium, jaki im przeznaczono i przedstawienie trwa, musi trwać w takiej formie. A równocześnie obie strony są sobie potrzebne, wzajem się uprawomocniają i znajdują wyjaśnienie dla swojej aktywności. Czują się pożyteczni dla społeczeństwa. Doktor Jekyll i mister Hyde – pedałujący na jednym rowerze w bliżej nieokreślonym kierunku. Co ważniejsze: to widz określa, kto jest kim na tej trasie. I dlatego jedni tłumaczą zachwyconym zagranicznym turystom, że walczą z faszyzmem i nacjonalistycznym rządem, a drudzy znajdują pokrzepienie w słowach przechodnia: „bijcie, kurwa, pedałów!”.

Oczywiście, gdy opadnie marszowy kurz, opadną ku ziemi transparenty przywiędłe jak kwiaty, a manifestanci siądą w knajpach, by w alkoholu utrwalić obrazy walki i męczeństwa, wtedy można zapytać, dlaczego w marszach tolerancji nie widać trwale bezrobotnych, samotnych matek, niedożywionych dzieci z ubogich bądź patologicznych rodzin, niepełnosprawnych – tych wszystkich, wobec których tolerancja, czy też akceptacja i solidaryzm są najwyższymi społecznymi wymogami. Można by też zapytać w takiej chwili, dlaczego marsze tradycji i kultury przyciągają w niemałym stopniu niezbyt wymagającą, a mało kulturalną klientelę, która własną brutalność może wytłumaczyć i uwznioślić argumentem walki o publiczną moralność.

Ale te pytania nie są zbyt interesujące dla żadnej ze stron konfliktu. By ich uniknąć, znów spogląda się na przeciwnika, a w jego szpetnym obrazie odnajduje się na nowo potwierdzenie własnych racji… Gdyby zabrakło jednej ze stron, czy druga nie poczułaby się osamotniona? Gdyby machnąć ręką na ich wzajemne podchody, pochody i waśnie – czy nie zajęliby się czymś pożyteczniejszym, albo przynajmniej stracili na medialnej atrakcyjności? Ale to niemożliwe. W apatycznym społeczeństwie, które z takim trudem buduje przyczółki własnej tożsamości i dowiaduje się z telewizji i gazet, co powinno myśleć o świecie i samym sobie, potrzebne są wielkie iluzje demokracji, figury spraw, dla których warto się poświęcać i o których warto rozmawiać. Społeczeństwo musi wiedzieć, co jest ważne i gdzie przebiegają linie podziałów. I wiedza ta jest mu dostarczana – aktorzy sami pchają się na scenę, bez ładu i składu, byle tylko znaleźć się po tej lub tamtej stronie, którą im przypisano.

Jedni bronią tradycji, drudzy nowoczesności, ale co jest treścią tych pojęć i skąd bierze się ich rozumienie, w jakiej pozostają do siebie relacji i co stanowi ich specyfikę na gruncie polskim – nikt tam nie dyskutuje. Nowoczesność, tradycja, tolerancja, rodzina, wolność, wartości – terminy, których zrozumienie i opisanie odkłada się na później, albo omawia w zamkniętym gronie „własnych” specjalistów i autorytetów. Na oczach narodowej widowni odgrywa się wielkie przedstawienie o dwóch cyklistach, których połączyła nienawiść i pędzą w siną dal. Tylko naprawdę wciąż nie potrafię określić, kto kieruje tym tandemem. No ale grunt, że bohaterowie spektaklu zgodnie pedałują w walce o lepszą Polskę.

Oni jak my

Wiadomo – bezdomni najgorzej mają zimą. Chleją, zasypiają gdzie bądź, otula ich biały śnieg i bezbarwne zimno. Jeśli nie znajdzie ich patrol policji, Straż Miejska albo poczciwa dusza – zamarzają. To źle, to argument przeciwko każdej ekipie rządzącej – czy to Buzka, czy Millera, czy Kaczyńskiego. Zimą o bezdomnych wspomni TVP, Polsat, TVN. Ekipa telewizyjna zrobi najazd na przytulisko czy noclegownię, pokaże zatłoczoną salę pełną łóżek, materaców, zniszczonych ludzi i parominutowy materiał zakończy bon-motem o wrażliwości społecznej. A później inny temat, inny świat, inne tragedie. Obowiązkowi reagowania na bolączki społeczne uczyniono zadość. Sprawy mogą dalej toczyć się swoim torem – instytucjonalnej rutyny, w której trudno wyliczyć stosunek bezradności do obojętności; pragnienia niesienia pomocy i bezwzględnie cynicznego pasożytowania na cudzym nieszczęściu.

Jak wielką niewiadomą są bezdomni, ujawnia między innymi niepewność statystyki – szacuje się, że w Polsce może żyć od 30 do 300 tysięcy osób dotkniętych bezdomnością (podaję te liczby za aneksem do książki Patrica Declercka „Rozbitkowie. Rzecz o paryskich kloszardach”). Są utrapieniem i hańbą wielkich miast – żyjący na marginesie i na margines spychani, otoczeni opieką, która właściwie nic nie zmienia w ich statusie – „wyjście z bezdomności”, reintegracja społeczna, wejście w krwioobieg normalnego życia, to niemal zawsze piękny sen, bo ciężar patologii ma kamienną naturę – osobowość zniekształcona jest tak bardzo, że życie inne niż wegetacja na marginesie znika z horyzontu widzenia. Stąd niełatwo w kilku słowach odeprzeć twierdzenia tych, którzy przekonują, że bezdomni są sobie winni. Tyle że – i tę odrębność trzeba jasno wykazać – ich odpowiedzialność wobec samych siebie i innych też jest wykoślawiona i niepełna. Bo to, co określamy mianem bezdomności, to wypadkowa zła społecznego i własnej słabości, krzywdy czynionej i doznawanej, obojętności świata i własnego egoizmu.

Zabrzmi to jak banał: bezdomność jest problemem społecznym właśnie dlatego, że jest problemem antropologicznym – dlatego nie rozwiązują go jadłodajnie, noclegownie, przytuliska, plakaty w miejscach publicznych z numerem infolinii dla bezdomnych. Państwo, które i tak ma skłonność traktować obywateli przedmiotowo, z bezdomnymi może sobie poczynać z zupełną dezynwolturą: schorowani, słabi, głupi, bez dochodów, niezdolni do rzeczowego wyartykułowania swoich pragnień (a większości są to i tak pragnienia aspołeczne) – są jak „milczące coś”, tak ciche, że aż nieobecne. Oczywiście – gdy defekują, żebrzą, awanturują się, lub gdy ich po prostu czuć w miejscach publicznych – stanowią zauważalny problem. Z tym jednak można poradzić sobie w sposób czysto mechaniczny – usuwając ich z widoku za pomocą odpowiednich służb. Co jednak zrobić z ich cierpieniem, poczuciem krzywdy, chorobliwym użalaniem się nad sobą, czasem pełną hipokryzji grą z instytucjonalnym światem, tym wszystkim, co składa się na rozpacz duszy? I jeszcze częste choroby psychiczne, mniejsze lub większe upośledzenia, prostytuowanie się; straszne i plugawe wspomnienia z dzieciństwa, straszne i plugawe wspomnienia z lat młodzieńczych, straszne i plugawe wspomnienia ze wczoraj, straszne i plugawe teraz, które jutro się powtórzy (o ile nie przyjdzie śmierć). Zarazem skrzywdzeni i krzywdzący – jak my wszyscy, tyle że niemal bez szans na ekspiację, na ukojenie inne niż narkotyczne czy alkoholowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce mieć ich przy sobie.

Przypomina mi się nieistniejąca już noclegowania na Pawiej, w Krakowie. Stara kamienica, rudera niedaleko dworca PKP, ciemny przedsionek, niechętne spojrzenia mężczyzn, za których trzeźwość nie dałbym sobie ręki uciąć. W pokoju na górze zamknięty od wewnątrz na klucz siedział opiekun. Przytulisko miało zostać zlikwidowane, bo naprzeciwko dumnie zaczął się wznosić gmach „Galerii Krakowskiej”. Wcześniej wyrzucono bezdomnych z dworca – mieli się udać właśnie do noclegowni na Pawiej. Miejsc nie starczało dla wszystkich, opiekun nie miał szans zapanować nad klientelą. Tuż obok, w pustych pomieszczeniach powstała „dzika noclegownia”: smród, którego pochodzenia lepiej sobie nie wyobrażać, bił jak z czeluści. Tam bezdomni mogli pić, czasem przechodzili też do oficjalnie działającej noclegowni, choć opiekun starał się temu zaradzić (bo część bezdomnych pracowała dorywczo, także nad swoją „małą stabilizacją”).

Wiadomo było, że tak czy inaczej bezdomnych trzeba będzie wykwaterować. Fundacja (jak większość w Polsce chlubiąca się patronatem Brata Alberta) była prywatna, więc od miasta nic się jej nie należało. Poza tym – skąd lokal zastępczy z przeznaczeniem na noclegownię? Nikt nie zgodzi się na coś takiego w swojej okolicy. Bezdomnych wykwaterowano na dzień przed otwarciem „Galerii Krakowskiej”, by nic nie psuło humoru wchodzącym do przybytku konsumpcji. Tej konsumpcji, w której wykluczeni uczestniczyć nie mogą, nie mają sił, są zbyt apatyczni, bez motywacji, zbyt mało zaradni. Trzydziestoletni, podejrzliwi starcy, przygłupie nastolatki, którym „przyjaciel” zrobił brzuch, lumpy, którzy w mądre słowa ubierają pożądliwe trzęsienie dłoni na widok alkoholu – oni wszyscy muszą być usunięci z widoku świata, który konsumuje w bardziej wysublimowany, choć często nie mniej egoistyczny sposób. Tak, jakby społeczeństwo bało się swojej parodii, bo jednak wciąż może się w niej domyślać zbyt wielu własnych cech.

Minęła druga rocznica śmierci Jana Pawła II. Przy tej okazji przypomniał mi się wywiad, jaki przed laty przeprowadziłem dla jezuickiego „Życia Duchowego” z Tomaszem Sadowskim, założycielem „BARKI”, którego poznałem jeszcze jako licealista. Sadowski mówił m.in. o inspiracji nauczaniem papieża, o braku solidaryzmu bogatych z biednymi, o tym, jak transformacja przyczyniła się do pauperyzacji części społeczeństwa, skąd (choć nie jest to absolutna reguła) często już tylko krok do wykluczenia. Chłopakowi przed maturą imponował brodaty facet, który zdecydował się razem z żoną i dziećmi mieszkać pod jednym dachem z ludźmi z marginesu. Nazbyt idealistycznie wierzyłem, że to tak piękne i szlachetne – więc pewnie łatwo przychodzi i wszyscy są mu bardzo wdzięczni. Nieco później przez dwa miesiące pracowałem w przytulisku dla bezdomnych, w Przegalinie, niewielkiej miejscowości koło Gdańska. A jakże – nosiło imię brata Alberta. Tam na własnej skórze przekonałem się, jak wielkiego trudu wymaga bycie z bezdomnymi. Jak wielkiego samozaparcia. I że jest w dużej mierze sztuką radzenia sobie z niepowodzeniem i rozczarowaniem. Tak, sądzę, że bez tego nie istnieje duch społecznictwa, jeśli nie sprowadza się do papierkowej roboty lub cwaniactwa. I jest hojnością dawaną za nic. Ale trzeba mieć co dać.

I właściwie trzeba by zapytać, w imię czego społeczeństwo: normalni, zwykli, przyzwoici, stateczni ludzie mają cokolwiek ofiarować bezdomnym? Czy są im coś winni? Czy mają dług do spłacenia? To jest pytanie o to, dlaczego lepsi, bogatsi, zdolniejsi, szczęśliwsi, mądrzejsi (choćby tylko we własnym mniemaniu) mają zobowiązania wobec gorszych, biedniejszych, nieudaczników, zrozpaczonych i głupich? Zdrowi wobec chorych? Dlaczego mają pamiętać o tych przerażających, strasznych, a czasem i niegodnych ciepłego słowa ludziach? I dlaczego krzywda tej garstki ma rzucać się cieniem na całe społeczeństwo? Bo cóż jestem winny ja, ty, bólowi tych istot? Nic nas nie łączy – poza człowieczeństwem. I nic nie znaczy, że przyszła wiosna, że kwitną kwiaty, że bezdomni nie zamarzają i znikają z pola widzenia. Są o krok, a choć to straszna przepaść, na tamtym brzegu wciąż są ludźmi. O ile to słowo jeszcze coś dla nas znaczy.