Wykształciuchy i japiszony

Stare wykształciuchy schodzą ze sceny, by ustąpić miejsca japiszonom idei i propagandy. Wykształciuch jest karykaturą inteligenta. Stworzeniem moralnie i politycznie podejrzanym, rodzajem pasożyta wegetującego w trzewiach organizmu państwowego kosztem jego zdrowia. Istotą wyobcowaną z ducha narodowego, niechętną prawdzie, kultywującą jedynie interesy i język własnej koterii, zatruwającą ojczysty krwioobieg swoim jadem. Jest wynikiem nieudanego eksperymentu społeczno-politycznego, który zaczął się hen, przed dziesięcioleciami, a po transformacji ustrojowej przeszedł lekką mutację, by dostosować się do rzeczywistości. Taki właśnie jest wykształciuch w oczach swoich przeciwników: typ niesympatyczny, podejrzany i godny pogardy.

Skazą na definicji wykształciucha jest jednak to, że od początku nosiła na sobie brzemię upolitycznienia. Nie był to termin „bezinteresowny poznawczo”, ale taktyczny zwrot, dystynkcja wyróżniająca jeszcze jednego zbiorowego przeciwnika IV RP. Co prawda sympatyzujący z moralną rewolucją myśliciele próbowali nieco zobiektywizować, unaukowić wykształciucha, osadzić go w historyczno-kulturowym kontekście, nawiązać do Sołżenicyna, ale bez większych skutków. „Wykształciuch” nie po to był potrzebny, by go nadto sublimować i dookreślać na gruncie historii idei. Zaczął więc żyć własnym, pogmatwanym i niejasnym życiem, wyskakując tu i ówdzie jak diabeł z pudełka, by śmieszyć, tumanić, przestraszać.

Wykształciucha szybko polubili i przekuli na własną broń przeciwnicy rządzącej jeszcze partii. Obelgę zamienili w dumny sztandar ludzi niepokornych wobec kaczystowskiego reżimu. Wypowiadając to słówko, mrugają znacząco okiem: „wiemy, żeś inteligent pełną gębą, ale przyjmij na siebie tę nazwę jako znak ideowo-politycznego namaszczenia i wtajemniczenia, wspólnoty interesów”. I błyskawicznie przybyło osobników ostentacyjnie obnoszących się z mianem wykształciucha – kalumnia zamieniła się w komplement, środowiskowy znak rozpoznawczy, określający choćby miłośników życia i twórczości Adama Michnika. Inni zaś, choć nie tak jasno zdeklarowani światopoglądowo, czy nawet pogubieni w meandrach historii, polubili „wykształciucha” z przekory, albo pod wpływem poczucia fatalizmu i rezygnacji, przyzwyczajeni do dyshonorów ze strony władzy i społeczeństwa, wcale częstych pod tą szerokością geograficzną.

Taka sytuacja jeszcze bardziej rozjuszyła politycznych/ideowych japiszonów, często młodych, dwudziesto-, trzydziestokilkuletnich Don Kichotów moralnej rewolucji. Oni to bowiem, po części w ramach pokoleniowego buntu, współ-wyznaczają i rozpowszechniają standardy myślenia o swoich starszych kolegach, zramolałych w służbie PRL-owi i III RP inteligento-wykształciuchach. Oni to uważają się za depozytariuszy świadomości niczym nie sfałszowanej, arcypatriotycznej i suwerennej, tyleż spragnieni prawdy, co władzy, jej profitów i dobrobytu zasłużonego w ramach nienazwanego wprost aktu „sprawiedliwości dziejowej”. Inteligent-wykształciuch, który inaczej definiuje własną samoświadomość i poczucie lojalności, to w świetle ich założeń postać umysłowo nieuczciwa, tożsamościowo podejrzana, której miejsce jest na śmietniku historii.

I gdzie tu prawda? Między bezkrytycznym samouwielbieniem i apoteozą wykształciucha a jego całkowitym potępieniem leży szerokie pole dla interpretacji. Przede wszystkim problem polega na tym, że krytycy wykształciuchów, definiując ich jako sieroty po Polsce Ludowej albo współpracowników i współuczestników elit zawłaszczających III RP, nie zauważają, że byli/są oni (o ile nie należeli do wąskiej grupy pierwszoplanowych beneficjentów transformacji) takimi samymi ofiarami przemian ustrojowych, jak tzw. zwykli ludzie, za którymi chętnie wstawiają się obecni prominenci. Nie widzą także, iż środowiska inteligenckie, wychowywane/edukowane jeszcze w PRL-u, przy całej złożoności swoich biografii i różnorodności życiowych wyborów nie były w swej masie demiurgami, ale zakładnikami historii, z całym brzemieniem obiektywnie istniejących uwarunkowań i możliwości.

Dziś polityczne japiszony, wzajem sobie potakując, ciesząc się poparciem i protekcją swoich starszych kolegów, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ponoszone słowa i nie muszą obawiać się niczego z tego, co ongiś było udziałem wykształciuchów. Dana im jest łaska późnego urodzenia i korzystając z tego przywileju wyciągają swoje małoduszne wnioski wobec wykształciucha jako podmiotu zbiorowego. Nie budzi ich współczucia ta rzesza rodaków, częstokroć oszukiwana w nie mniejszym stopniu, niźli „zwykli ludzie”, poddawana manipulacjom i praniu mózgu, ratująca się – często bezwiednie – przed duchowym, tożsamościowym kryzysem w grupach wzajemnej adoracji. Nie budzi ich współczucia ani głębszej refleksji ta małomiasteczkowa albo wiejska inteligencja, która swój awans społeczny zawdzięcza Polsce Ludowej, bo akurat w innej żyć nie mogła, a pozwoliła sobie na luksus posiadania życiowych ambicji.

Owszem, ta inteligencja zwróciła się na początku lat 90. ku Unii Wolności – ale jaki promil tych ludzi mógł znać wszystkie niuanse politycznych kompromisów, planów transformacji, podejmowanych decyzji i poglądów faktycznie głoszonych przez „wierchuszkę”? Zresztą, i tak dość szybko zdała sobie sprawę, że jest samotna. A małomiasteczkowy wykształciuch, choćby wiele rozmyślał o tolerancji, zachodnich standardach demokracji itp. głoszonych wszem i wobec dobrodziejstwach, a przy tym pomstował na rodzimy ciemnogród, to i tak ciężko pracował za grosze w swojej szkole, obserwując z przerażeniem, że ubywa mu z roku na rok resztek szacunku, jaki mniej lub bardziej sztucznie podtrzymywano w PRL.

Dziś, rozważając kwestie czysto formalne, wynikające ze zmiany ustrojowej, o wiele łatwiej jest być inteligentem. Ale szczerze mówiąc, nie widać wielu kandydatów do tej grupy: ani w centrum, ani po lewej, ani po prawej stronie. Dziś w modzie jest ideowo-polityczny japiszon, albo japiszon pragmatyczny, spec od manipulacji wyobraźnią, pragnieniami i przekonaniami. Taki japiszon może nosić za politykami teczkę, albo udzielać się w mediach. Może być młodym pracownikiem IPN-u albo doradcą wysokiego urzędnika państwowego. Od wykształciuchów różni go to, że jest jeszcze za młody, by przeżyć jakikolwiek głębszy ideowy, duchowy kryzys, nie ma też żadnych wątpliwości co do swojej misji. Nie żywi złudzeń, że służy jedynej prawdzie. Jest w fazie wschodzącej: dopiero za 30-40 lat usłyszy podobne zarzuty, jakie dziś stawia tym, których za swoimi mentorami określa mianem wykształciuchów. Pewnie będzie zaskoczony, o ile wcześniej nie spocznie w trumnie.

Nie ma sensu przystawać do towarzystwa tych, którzy z premedytacją wykorzystują wykształciuchów do własnych celów, na siłę poprawiając im samopoczucie i zbiorowo rozgrzeszają każde ich głupstwo i przewinę. Z drugiej jednak strony: ideowo-polityczne japiszony ze swymi niewinnymi buźkami i wcale pokaźnym arsenałem polityczno-koteryjnych psikusów i słownych manipulacji również nie zasługują na większe zaufanie. Kto czyni się zakładnikiem jakiejkolwiek ideologii, ten choćby miał buzię cherubinka, musi budzić nieufność, tym bardziej, gdy kroczy w triumfalnej pozie. Zwycięzcy są zawsze bardziej niebezpieczni niż przegrani. Przynajmniej do czasu, gdy historia nie pobruździ im twarzy zmarszczkami i nie przygnie sumień do ziemi. Wtedy jednak ktoś inny krzyknie im w twarz: wykształciuchy!

Wyznania melancholika

Rozmyślając nad treścią tego felietonu, stawiałem sobie zadanie ambitne: naszkicować koncepcję „melancholii politycznej” jako doświadczenia trapiącego od lat, nas Polaków, ludzi niezakorzenionych w sferze publicznej i zatopionych w polityczno-historycznej apatii, obywatelskim smutku i niemożności. Chciałem też zadać pytanie, jak kształtują się relacje między polityczną melancholią a demagogią. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nawet formuła felietonu nie pozwala na tak daleko idącą spekulację. Bo to, że doskwiera mi melancholia polityczna, nie znaczy, że ogół współobywateli odczuwa to samo. Wszak machają do mnie z telewizora bliźni strojni w polityczne barwy, którzy – jak sądzę – wprost tryskają energią polityczną w drodze ku lepszej, jak zwykle, przyszłości.

Ograniczę zatem studium politycznej melancholii do introspekcji, co najwyżej pozwalając sobie tu i ówdzie na niewinne uogólnienia. Zacznę od tego, że kampanii wyborczej oczekiwałem z jako takim zainteresowaniem i pewnym ożywieniem intelektualnym. Że pójdę do wyborów – nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości: wszak ojczyzna to nasz wspólny, zbiorowy obowiązek. Zawczasu, niejako intuicyjnie, określiłem, które partie nie wchodzą w zakres mego zainteresowania, po czym cierpliwie oczekiwałem jakimi propozycjami programowymi, jako potencjalnego wyborcę, zaszczycą mnie pozostałe ugrupowania. Jako niepoprawny i zdeklarowany mięsożerca uwielbiam bowiem kiełbasę wyborczą.

Pewnego deszczowego dnia, tuż po wyjściu z tramwaju, ochlapał mnie samochód, przejeżdżający z nadmierną prędkością uliczką pełną dziur w asfalcie. Zezłoszczony, pomyślałem cokolwiek demagogicznie, że ktokolwiek wygra te i następne wybory, to i tak te cholerne samochody będą wciąż na mnie chlapać, wjeżdżając pełną parą w dziury w połatanym niechlujnie asfalcie. Przypomniałem sobie równocześnie, że przy pięciokilometrowym odcinku drogi nieopodal mojej rodzinnej miejscowości stoją trzy skromne krzyże, każdy oznaczający śmiertelne ofiary. Trzy trupy na pięć kilometrów wąskiego paska zdeformowanego przez koleiny asfaltu, po którym od dobrych kilkunastu lat pędzą TiR-y – oto arytmetyka postępu. Myśli te, choć z czasem odpłynęły, to jednak zatruły mi smak kampanii wyborczej i – niczym kamyczek w bucie lekkomyślnego piechura – zaczęły jątrzyć się melancholią. Bynajmniej, nie znaczy to, że przyjąłem za swój argument Donalda Tuska o 13 tysiącach upolitycznionych ofiar wypadków drogowych w ciągu ostatnich dwóch lat. Zacząłem raczej rozmyślać, czy aby jedyny pożytek, jaki obywatele czerpią z rodzimych karteli partyjnych, to pląsający w telewizji poseł. Oczywiście, szybko zdałem sobie sprawę, że to także jest myśl demagogiczna.

Czas płynął, w polityce wrzało jak w kotle trzech wiedźm i z przerażeniem spostrzegłem, że przybywa we mnie myśli demagogicznych, a ja sam pogrążam się w melancholii. Ubywało mi entuzjazmu, decyzja wyborcza nie zyskiwała na klarowności, myśli rozpraszały się w nieokreślonym smutku i byle jakich, niedoprecyzowanych sądach. Poczęła mnie dręczyć jakaś nieokreślona tęsknota, która – jak to w przypadku melancholii bywa – nie ma jasno określonego celu, przez co nie wiadomo, czy tęskni się za czymś, co było, czy za tym, co ma nadejść. Tęskni się i pogrąża w cichej desperacji niejako bezinteresownie, dla samej tęsknoty i smutku.

I oto na moich oczach PiS toczył oligarchomachię w dekoracjach wyborczych spotów. Aleksander Kwaśniewski zatoczył się w czasoprzestrzeni od Kijowa od Charkowa. Na moich oczach „Samoobrona” z sobie tylko przyrodzoną zdolnością ujęła w klamrę ideową różnorodność polskiej lewicy. Jan Maria Rokita pod osłoną małżonki wykonał zgrabny taktyczny manewr na z góry upatrzone pozycje. A ja, mimo tego bogactwa zdarzeń i ferii ideowych potyczek pogrążałem się w melancholii, nie mogąc w tym wszystkim znaleźć miejsca dla siebie. Jakby odebrana mi była zdolność utożsamienia się z tym światem, w którym uczestnictwo jest przecież znakiem mej obywatelskiej podmiotowości, znakiem możności wyboru i współodpowiedzialności za ojczyznę. A przynajmniej jako taki zwykł się przedstawiać – i w tym względzie dopadły mnie myśli demagogiczne i przykre.

Na dodatek, w pewien melancholijny wieczór sięgnąłem po „Złą godzinę” Marqueza i tam na własne nieszczęście trafiłem na zdanie: „zmienił się rząd, obiecywał spokój i bezpieczeństwo i z początku wszyscy w to wierzyli. Ale urzędnicy nadal są ci sami”. Słowa te również odczytałem nader demagogicznie, myśląc o tych wszystkich sympatycznych i kompetentnych oraz absolutnie nieskorumpowanych urzędnikach niższego, średniego, wyższego szczebla, którzy odporni są na zmiany władzy, ewentualnie ulegają lekkim przepoczwarzeniom kadrowym, by od lat sprawnie zarządzać publicznym dobrem. Są to czasem ludzie, z którymi spotkanie nie wiedzieć czemu przyprawia o ból głowy zwykłych zjadaczy chleba.

Właściwie nie jestem pewien, czy jest dla mnie jeszcze nadzieja przed najbliższymi wyborami, by wyrwać się z melancholii. Werble partyjne grają do boju, elektoraty się mobilizują, w powietrzu aż świszczy od walki o lepszą Polskę, a ja melancholijnie patrzę na pacjentów wywożonych z likwidowanego częstochowskiego szpitala i czekam debaty między Kaczyńskim a Kwaśniewskim. Melancholijnie i jak najbardziej demagogicznie myśląc, że nic to, k…, nie zmieni.

Wstęp do rewolucji

Hasło „rewolucji moralnej”, z którym zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska, szły do ostatnich wyborów, było jedynym w historii III Rzeczpospolitej liczącym się projektem politycznym, alternatywnym wobec zastanej rzeczywistości. Wizja uzdrowienia polskiej sfery publicznej i przewartościowania priorytetów społeczno-politycznych okazała się na tyle nośna, że stała się bezdyskusyjnym punktem odniesienia w debacie medialnej i chętnie używanym argumentem zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. W wyobraźni protagonistów nieistniejącej IV RP rewolucja moralna zawisła jak miecz Damoklesa nad wszechobecnym Układem. Z kolei sceptycy i zdeklarowani przeciwnicy traktowali ją jako dopust Boży, polityczne monstrum puszczone przez radykałów na żywioł bez kagańca. Dwa ostatnie lata dały tym ostatnim sporo okazji do szyderstw, przynoszących tym większą satysfakcję, że pozwalały zapomnieć o licznych „dobrodziejstwach” III RP, które zgotowali swoim rodakom.

Dziś odtrąbiono już zmierzch rewolucji moralnej i rychły powrót do demokratycznej świetności minionych czasów. Do jej przyzwoitości i wysokich standardów, do tych chwalebnych dni, gdy społeczeństwo obywatelskie rozkwitało w pełnej krasie po miastach, wsiach i miasteczkach. Tak, to była piękna epoka, przerwana raptem przez populistów i klerofaszystów. A jeśli były błędy i wypaczenia? Fraszka wobec zbrodni dwóch ostatnich lat!

Oczywiście, powyższy opis jest przerysowany. Także dlatego, że na dobrą sprawę rewolucji moralnej nie było. Ten projekt, zarysowany w sumie dość pobieżnie, przygotowany naprędce po podsycanej przez media kompromitacji rządu Millera, scalający kilka koncepcji z dziedziny politologii, filozofii polityki i socjologii, oparty na doświadczeniu politycznym kilku postsolidarnościowych polityków, miał wszystkie wady i zalety raczkującej wizji. Tylko propagandziści partyjni PiS mogli wierzyć, lub podawać do wierzenia, że ich projekt jest zapięty na ostatni guzik i nie ma możliwości jakiejkolwiek pomyłki, że będą działać ze sprawnością automatów, bezbłędnie rozpoznając, gdzie dobro i zło i niczym najsprawniejszy chirurg dokonywać operacji na żywej tkance polskiej państwowości, by przywrócić organizm do pełnej sprawności. Szybko jednak się okazało, że pacjent wierzga i – mówiąc obrazowo – nie wszystkim jego członkom odpowiada zafundowana terapia. I że rewolucja moralna nie odbywa się w sterylnych warunkach. Zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niedwuznacznie zaczęli dawać do zrozumienia, iż nie do końca odpowiadają im pomocnicy w podjętym przez siebie dziele: nie dość czyści jak na wymarzoną IV RP.

To, co było chwalebnym wyzwaniem rewolucji moralnej, rzuconym zastanej rzeczywistości, miało się też okazać jej piętą achillesową. Jasno zadeklarowana konieczność prowadzenia integralnej, etycznej polityki w służbie państwa/społeczeństwa, przeciwstawionej zepsuciu III RP, była przecież swoistym novum. Jednak bezpośrednie odwołanie do kategorii dobra i zła w programie partii niesie ze sobą ryzyko ich upolitycznienia, instrumentalizacji; wtedy też łatwo o utożsamienie dobra z własną opcją ideowo-polityczną i zepchnięcie przeciwnika w otchłań zła. Tu już nie ma miejsc na dialog, każdy kompromis określa się mianem „zgniłego”. Sytuacja zyskuje z pozoru na klarowności, czy jednak różni się od tej wersji polityki, w której o wszystkim przesądza interes własnej koterii? Dobro na usługach polityki traci swoją bezinteresowność, przestaje służyć ogółowi, by zamienić się w wygodny pretekst dla mniej lub bardziej jasnych poczynań. A przeciwnik wcale sprawnie potrafi to wykorzystać. I on posługuje się orężem obiektywizmu i słusznej racji.

Co jednak ciekawe, bezpośrednim przeciwnikiem na niwie publicznej dla partii koalicyjnych (czy też samego PiS) nie były bynajmniej ugrupowania opozycyjne. Platforma, sfrustrowana niespodziewaną porażką, miotała się bezsilnie między werbalną agresją (by odróżnić się od PiS) a ugodowością (by odróżnić się od SLD), zaś po-PRL-owska lewica musiała szukać wytchnienia i uprawomocnienia dla dalszej egzystencji w ramionach największego Narcyza polskiej sceny politycznej: środowiska Unii Wolności. Wyobraźnia społeczna pozostałaby pod kontrolą piewców rewolucji moralnej, gdyby nie skonfliktowana z nimi część mediów. One to de facto przez ostatnie dwa lata pełniły rolę skutecznej opozycji. Wałęsa, Tusk, Frasyniuk, Olejniczak, Geremek, Osiatyński, a później także Kwaśniewski – plejada gwiazd przygasłych lub niedoszłych znalazła schronienie za medialną barykadą, zbyt słaba, by samodzielnie przeciwstawić się triumfującym rewolucjonistom. Którzy przecież, prawdę mówiąc, kuleli od początku, rozdzierani koniecznością niechcianej koalicji, co rusz wieszcząc przedterminowe wybory. A jednak – byli konsekwentni. Rewolucja moralna stała u bram. Ba, zajrzała nawet za wrota III RP, choć pewnie nie z tym wdziękiem, jaki wymarzyli sobie jej miłośnicy. To, co było, wystarczyło jednak, by w mediach ukazać ją Polsce i światu jako ni to groźnego, ni to strasznego potworka.

Nie ma się co łudzić – jesteśmy zakładnikami własnej historii, nasza klasa polityczna nie zstąpiła tutaj z nieba. Idee w zderzeniu z ziemią odkształcają się, poddane tutejszym prawom. Oczywiście, inną rzeczą jest ocenić, co zrobiono, co można było zrobić i co warte było, jest i będzie zmiany. Nawet jeśli wstęp do rewolucji moralnej w wykonaniu PiS to krok raczkującego dziecka, to przecież nie da się już twierdzić, wbrew oczywistym faktom, że możliwy jest tylko jeden model transformacji, zaaplikowany Polsce po 1989 roku. Powstał rzeczywisty punkt odniesienia, nośna idea, polityczna perspektywa, która przecież dopiero co zaczyna swój żywot. Oczywiście, nie brak takich, którzy z chęcią by o niej zapomnieli, bo dobrze wiedzą, że nie przyniesie im nic dobrego. I zrobią wiele, by potraktować ją jako rzecz chybioną i zaprzeszłą. Dlatego nie mamy właściwie zbyt dużego pola wyboru: za albo przeciw, mimo wszystkich niuansów i zastrzeżeń.

Dziś jednak – i to chyba jest największym niepowodzeniem wstępu do moralnej rewolucji – jej kontury zatarły się za sprawą niejasności politycznych sporów i decyzji podejmowanych przez rządzących. Także dzięki mrówczej pracy tych, którzy od początku grali na ośmieszenie całego projektu. Jasne kryteria etycznej polityki rozmyły się na oczach widowni i pozostało to wrażenie, które Polacy dobrze już poznali: partyjnych gierek, korzystania z aparatu państwa do własnych potrzeb, triumfalizmu nieudaczników i totumfackich władzy. Nawet jeśli jest to obraz nie do końca prawdziwy, to jednak ma swoją siłę oddziaływania i trzeba się z nim liczyć. A sceptycyzm, najzdrowsza postawa wobec świata, który często znamy z trzeciej ręki, nie pozwala bezkrytycznie ufać moralnym rewolucjonistom oraz ich zaciężnym kadrom różnych szczebli. Widać jednak, że III RP, jaką ją znamy i doświadczamy, ciągle budzi nieprzyjemne skojarzenia i nieufność sporej części elektoratu. A IV RP nie jest jedynie projektem garstki polityków, jako tako realizowanym przez ostatnie lata, ale czymś oczekiwanym przez wcale liczną rzeszę Polaków. Na naszych oczach kończy się najprawdopodobniej pierwsza próba, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Wstęp do rewolucji jest być może w pośpiechu zabazgraną notatką, wsuniętą w karty polskiej historii. Co nie znaczy, że nie stanie się kiedyś osobnym rozdziałem. Ale co do tego nie ma żadnej pewności. Choć lepsza taka niepewność, niż poddanie się myśli, że najlepiej nam było za Geremka.

Smutek nieistniejącego świata

30 kwietnia 1982 r. Bronisław Łagowski wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim wykład zatytułowany „Filozofia rewolucji czy filozofia państwa?”. Okazją było zbliżające się święto 1 maja. Łagowski mówił: „Nasz kraj wraz z innymi krajami socjalistycznymi uczestniczy w pewnej przygodzie historycznej, upajającej jednych i przerażających drugich, która to przygoda wydaje mi się niezwykła i bez precedensu w skali dziejów powszechnych. Panujący u nas ustrój w swoich rozstrzygających zasadach nie ukształtował się – jak to z reguły w dziejach społeczeństw bywało – na drodze ewolucji, nie metodą prób i błędów, nie poprzez wiekowe konflikty i kompromisy, lecz został stworzony od razu – mówię o jego rozstrzygających założeniach – jako teoria, jako ideologia. /…/ Twórcą tej ideologii był intelektualista z Nadrenii, z prastarego miasta Trewiru, przechowującego pamięć średniowiecznych millenaryzmów i mesjanizmów. Ten to myśliciel stał się naszym Solonem i Likurgiem, naszym i całej Słowiańszczyzny”.

I twierdził dalej: „Są słowa, które dla samych skojarzeń, jakie wywołują, przyjemnie jest słyszeć: słowa takie, jak »wolność«, »demokracja«… Są inne słowa, które ze względu na same skojarzenia wydają się przynosić niedobre wieści. Takim słowem jest na przykład »konserwatyzm«. Proponowałbym osłabić nieco uprzedzenia w stosunku do tego słowa, jak też w stosunku do tego, co oznacza. Przede wszystkim nie powinniśmy sądzić, że konserwatyzm jest największym złem, jakie się może zdarzyć naszemu państwu i aparatowi władzy tego państwa. Konserwatyzm w pewnym sensie jest nieunikniony i naturalny w dobrze funkcjonującym państwie”.

Trzeba dziś mocno wysilić wyobraźnię (najlepiej wspartą rzeczową wiedzą), by zrozumieć, jakie emocje i jakie myśli musiało wzbudzić wśród słuchaczy to filozoficzne i polityczne „credo” Łagowskiego. Wykład, który miał uświetnić pierwszomajowe święto, był wszak apoteozą konserwatyzmu, niepozbawionego elementów liberalnych, określonego mianem „filozofii państwa” i przeciwstawionego „filozofii rewolucji”, czyli de facto temu wszystkiemu, co legitymizowało władzę w krajach bloku wschodniego od ich powstania. Gdzieś u źródeł tej filozofii, której przeciwstawił się Łagowski, trwał wszak mit Października 1917 r., oficjalnie nie do podważenia w ówczesnym czasie. Mową władzy był – przynajmniej deklaratywnie – język lewicy, język „ludzi pracy”, język „mas ludowych”, pełen sloganów o budowaniu „socjalistycznej przyszłości”. W Polsce trwał stan wojenny, który miał pomóc władzy odzyskać kontrolę nad życiem społeczeństwa. Świeża była pamięć pierwszej „Solidarności”, w znacznej mierze ruchu lewicowego, tyle że na przekór oficjalnej „lewicowości” korumpującego się państwa. I oto, wobec tych żywiołów, Łagowski głosił zerwanie z rewolucyjną utopią marksizmu, kultem anty-rynkowości i proponował rehabilitację „homo oeconomicus”, który „działa według zasady rzeczywistości i kieruje się głównie egoizmem”. Moralność rewolucyjna traktuje taką jednostkę jako chorą – twierdził Łagowski – podczas gdy to ona stanowi źródło ekonomicznej wydajności. Człowiek musi być wolny od ideologii, także po to, by móc zbudować silne państwo.

Ów stary tekst z minionej epoki wciąż wyznacza miejsce profesora w filozoficznym i społeczno-politycznym uniwersum. Niegdysiejszy publicysta „Tygodnika Powszechnego”, dzisiejszy felietonista związanego z Sojuszem Lewicy Demokratycznej „Przeglądu” nie przestał być konserwatywnym liberałem, który – przynajmniej deklaratywnie – za swój obowiązek uważa trzeźwe, nieuprzedzone myślenie, niezależne od panujących mód intelektualnych. Traktując niezwykle poważnie swe związki z Oświeceniem (jego konserwatyzm jest pozbawiony elementu religijnego, metafizycznego, opiera się raczej na uznaniu racji historycznych, czy wręcz historiozoficznych), z niezwykłą nieufnością traktuje ogólnonarodowe mity, którymi karmi się świat polityki i wyobraźnia społeczna, uznając je raczej za zabobony krępujące niedojrzałe ludy, niźli wzniosłe opowieści narodów poznających swój byt.

W jego publicystyce ta awersja wobec mniemań i namiętności ogółu, niejednokrotnie wyrażana dość brutalnie, choć z elegancją, wiąże się z troską o los państwa, wpisuje się w dziejową wizję, która nie wyklucza żadnego etapu historycznego w życiu Polski. To sprawia, że nie jest cynikiem, ale raczej – w swej twórczości – człowiekiem żyjącym nadzieją, że da się połączyć pragmatyzm, technokratyzm władzy z pewną moralną klasą jej sprawowania. I tu rodzi się smutek nieistniejącego świata: bo polska polityka nie może zaoferować Łagowskiemu tego, co traktuje z taką powagą. Jego sojusz z post-PRL-owskimi epigonami lewicy, wbrew temu, co twierdzą oponenci profesora, wynika nie tyle z poczucia tożsamości z byłymi przywódcami aparatu partyjnego PZPR, co z przekonania, że to właśnie w tym środowisku, które uczyło się władzy nieco dłużej, można znaleźć choć trochę historycznej, geopolitycznej, ekonomicznej „trzeźwości myślenia”, politycznego realizmu, który ratuje państwo przed szaleństwem mitologii. Przynajmniej taki pogląd wydaje się przezierać z kart jego publicystyki. Ale może to być wizja fałszywa: dziś nie jest już tak oczywiste, kto w Polsce uprawia „real politik”, a kto żywi się jedynie sentymentami rodem z III RP, nakazującymi czcić tylko jeden paradygmat polityczny.

Jako student wydziału filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego uczestniczyłem przed kilkoma laty w znakomitym kursie z filozofii polskiej, prowadzonym przez prof. Łagowskiego. Autor „Filozofii politycznej Marucego Mochnackiego” jest znawcą rodzimej myśli filozoficznej. Tym bardziej przykre jest wrażenie, że Łagowski-myśliciel coraz bardziej zatraca się w publicystycznej doraźności. Jego teksty sprzed lat, zebrane w tomach „Co jest lepsze od prawdy?” (1986), „Liberalna kontrrewolucja” (1994), „Szkice antyspołeczne” (1997) mają o wiele większy ciężar gatunkowy niźli teksty zebrane w ostatnio wydanym tomie „Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej. Rozważania”. A może filozofia polityki i kultury, wizja jedności tych światów, oparta na konserwatyzmie i klasycznym liberalizmie, które Łagowski tak umiejętnie łączył w całość jako wykładowca i autor dawniejszych tekstów, musi odejść w cień pod naporem publicystycznego opisu świata, w którym wciąż tak mało trwałości? Może wszystko, co najważniejsze, zostało już przez Łagowskiego opowiedziane? I pozostaje jedynie to niedowierzanie, gorycz krytyki, z którą filozof stara się podzielić ze światem, by nie pozwolić mu zapomnieć o jego iluzjach? Także w imię własnych, niespełnionych iluzji?

W kwietniu tego roku w krakowskiej restauracji „Chimera” odbyła się konferencja naukowa z okazji 70-tej rocznicy urodzin profesora. Zgromadziła wcale liczną rzeszę uczestników i znakomitych panelistów, na czele z prof. Andrzejem Walickim i Henrykiem Woźniakowskim z Wydawnictwa „ZNAK”. Znamienne, że do Łagowskiego przyznają się tak ludzie związani z konserwatyzmem, także katolickim, jak i zadeklarowani liberałowie (na czele z prof. Walickim). Jego uczniowie wspominali zajęcia z profesorem z lat 80-tych, gdy jako członek PZPR (pozostał nim do końca) głosił wykłady pozbawione cienia nowomowy. Łagowski opowiadał studentom o Tukidydesie, Makiawelim, Monteskiuszu, Hobbesie, tak by dać życie ich ideom, by znajdowały swoje miejsce w teraźniejszości pomimo upływu wieków i zmienionego kontekstu dziejowego. To charakterystyczne dla Łagowskiego: żadnej myśli nie traktuje jako obcej, choć nie każdą jest wstanie uznać za swoją.

Jako myśliciel jest o wiele bardziej „wielkoduszny”, niż jako publicysta. Z tym, że ową drugą rolę pełni coraz częściej. Na dobrą sprawę Łagowski ma bodaj tylko dwóch wrogów: są nimi socjalizm i anarchia, niosące w sobie zarzewie „zbiorowych urojeń”. Mocą niezbadanych wyroków historii (i całkiem przyziemnych okoliczności społeczno-politycznych) jego przeciwnicy, jak mniema, usadowili się po prawej stronie sceny ideowo-politycznej. Czy można wymierzyć większy policzek myślicielowi, który przedstawia się jako konserwatysta? Nie sądzę. I także to stało się pewnie przyczyną takich a nie innych wyborów Łagowskiego po 1989 roku.

Z perspektywy czasu taki obrót spraw jasno zdaje się zapowiadać tekst profesora z 1991 roku: „List otwarty do Trzydziestolatków”. Łagowski niedowierzał ludziom „Solidarności”, niedowierzał początkującym politykom opozycji, którzy wówczas, na gruzach rozpadającego się ustroju, przychodzili do władzy. Podejrzewał, że tkwią w kajdanach uproszczeń i mitów zarówno anty- jak i stricte PRL-owskich. Ale czy ze względu na ludzi władzy konserwatysta ma prawo obrażać się na państwo? Czy nie powinien szukać państwowotwórczego sensu w ich działaniach, pomimo własnych sympatii?

Posługując się pewną metaforą: oto stara bolączka filozofów, którzy starają się wychować (a przynajmniej nie żałują im dobrych rad) na władców nie swoje dzieci: światy mędrców, ludów i polityków rządzą się własnymi prawami, zderzają się ze sobą albo ignorują, a nawet gdy znajdują przez chwilę wspólny język, to tylko po to, by zrozumieć, w jak niewielkim stopniu wzajem się pojmują. Filozof zatem, by uczynić swą mowę bardziej zrozumiałą dla „tamtych”, czyni krok w ich kierunku. I może dlatego właśnie myśliciel przybrał maskę publicysty, dookreślając swoje miejsce ideowo-polityczne – by przez tę wyrazistość, przez powszedniość słowa, rezygnującego z nadto wysublimowanej hermeneutyki znaczeń wzbogacić dyskurs publiczny o własny głos. Tak, by uczynić mniej nieznośnym smutek nieistniejącego świata. I sprawić, by mógł choćby po części zaistnieć.

Rządy zrzęd

O tej porze roku należy się nam właściwie sezon ogórkowy. Szum medialny powinien mieć w sobie coś z beztroskiego szumu fal, obmywających stopy plażowiczów. Powinno być lekko, łatwo i przyjemnie, gdy naciskamy guzik pilota, sięgamy po gazetę, przeglądamy w Internecie serwisy informacyjne, by otrzymać swoją dawkę chleba naszego medialnego. Informacje powinny mieć w sobie coś z niefrasobliwości chmurki, lekko przemykającej na horyzoncie. Nasze rozleniwione, senne zmysły mają prawo do ciszy i ukojenia. Żadnych politycznych awantur, bomb, strajków. Jeśli rozpacz i śmierć – to na drugim końcu świata, a w każdym razie oby jak najdalej od nas. Jeśli nieszczęście bliźnich – to jak najbardziej anonimowe, nieznane, cudze. Jeśli tragedia, to tylko taka, która nie stuka do naszych drzwi. Jeśli powody do zadumy, to jak najbardziej ogórkowe – choćby: „dlaczego ogórek nie śpiewa?”.

Tak, w sezonie ogórkowym mamy do tego wszystkie prawo, jako dobrzy obywatele Rzeczpospolitej Medialnej. Na nieszczęście, wszystko to są pobożne życzenia. Bombarduje nas histeria, ciągłe i nieprzerwane podniecenie, którego chcąc nie chcąc stajemy się uczestnikami. Naszymi myślami chcą zarządzać licencjonowane zrzędy o nazwiskach powszechnie znanych redaktorów i ich pomniejszych pomagierów, co rusz przekonujących, w jak paskudnym świecie przyszło nam żyć.

Owszem, trzeba im oddać sprawiedliwość – tego lata falę upałów poprzedziła polityczno-religijna maligna. Właściwie, publicystom należy się odrobina współczucia – dzień w dzień bili na trwogę, nastawali w porę i nie w porę, stali czujni na warcie, dla dobra społeczeństwa węsząc uszczerbki w demokracji i praworządności, w nieustannych wariacjach ćwiczyli się w tonie Kasandry. I zdać się mogło, że zabraknie im środków ekspresji, gdy okazało się, iż toruński zakonnik nie panuje nad własnym językiem i gdy chwilę później Andrzej Lepper pożegnał się ze stołkiem wicepremiera.

Permanentny kryzys i kompletna degrengolada polityki, obwieszczane co dnia przez licencjonowanych zrzędów, przybrały już wymiar niemal mistyczny. Słowa nie nadążają za tym, co mają opisać, łamią się i gubią pod naporem treści, którą mają dźwignąć, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. W takich chwilach pozostaje już tylko rozpacz albo – u bardziej heroicznych jednostek – prometejska chęć czynu. Najpiękniej wyraziła ją Katarzyna Kolenda-Zaleska na falach TOK FM, mówiąc pewnego ranka: „Rząd kiepski, opozycja kiepska, musimy sami brać się do roboty i wybudować społeczeństwo obywatelskie”. Budowa trwa od lat: na fundamentach słów i obrazów wzniesiono wcale pokaźny gmach zakłamania.

Mówiąc szczerze, ten zrzędliwy język, ton i poza malkontentów towarzyszy dziennikarzom niemal od zawsze. Oczywiście, bywa mniej lub bardziej dawkowany, zniuansowany lub radykalny – ale od lat powtarza się niemal w tych samych kliszach i odsłonach. Rzecz nie w tym, że dziennikarze krytykują, ale w pretensjonalności i zdawkowości wielu zarzutów, w tonie pogardy i napastliwości wobec polityków, instytucji państwowych, przedstawicieli opcji ideologicznych innych niż własna, w masce obiektywizmu, cnoty o proteuszowym obliczu, niezwykle przydatnej dla każdej propagandy. Rządy zrzędów sprawiają, że epitet zastępuje komentarz, złośliwość analizę, tworząc wizję świata politycznego, demonizującą tę przestrzeń. A równocześnie – zniechęcającą doń i oddalającą przeciętnego obywatela od sensownego zainteresowania debatą i aktywnością publiczną.

Kto dziś będzie w stanie ocenić, jak wielkie spustoszenie w głowach Polaków uczyniła tak często powtarzana przez lata myśl, że „polityka jest brudna”? Ten krótki refren powraca echem, jest jak ukryte założenie mnóstwa medialnych przekazów. Role zostały rozdane: źli politycy – dobre media. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że Bestia jest jak mucha, którą Piękna łatwo może sprzątnąć, machając gazetą na oślep, albo i z premedytacją. Bestia jest mnie bestialska, a Piękna znacznie szpetniejsza, niż mówi o tym zwierciadło szklanego ekranu. Dlatego jest coś perwersyjnego w nieustannym odmalowywaniu polityki w najczarniejszych barwach i skupianiu się niejednokrotnie na kwestiach trzeciorzędnych, zamiast rzetelnego, systematycznego pokazywania faktycznej pracy polityków i systemowych działań podejmowanych na rzecz społeczeństwa i państwa w ramach jego instytucji. Tak, jakby odbiorca był głupcem, albo dzieckiem, które zasługuje jedynie na bajki o żelaznym wilku albo – dla odmiany – bezy słodkie aż do zemdlenia.

Niedawno spędziłem nieco czasu w ośrodku „Emaus”, skupiającym kilku mężczyzn wychodzących z bezdomności. Wspólnota działa w Nowej Hucie, na pięknym osiedlu Willowym, przy placu im. Piotra Ożańskiego, przodownika pracy, postaci tyleż malowniczej, co tragicznej. Pomysł na ośrodek jest genialny w swej prostocie: bezdomni, których na dno zepchnął zwykle alkohol, przez codzienną, ciężką pracę przywracają godność i sens swojemu życiu. Reperują i odsprzedają darowane im meble, sprzęt AGD, RTV, handlują bibelotami, książkami, używaną odzież. Jednym się udaje, znajdują pracę, wchodzą w stałe związki, na dobre zrywają z dawnym towarzystwem – zwycięża pragnienie życia, lepszego życia. Inni nie wytrzymują, wracają do alkoholu, do przytulisk, na melinę, na działki. Wszyscy oni walczą. Ta ich z trudem wygospodarowana normalność jest nader banalna i skromna: pracą własnych rąk zarabiają na chleb, zmagają z codziennymi kłopotami, klną, palą papierosy i przegadują się między sobą i z klientami. Żadnych aureoli, certyfikatów świętości i widomych oznak heroizmu. Żadnych wielkich słów i patosu, żadnych fajerwerków i oklasków, które konsumentom pop-kultury często kojarzą się ze zwycięstwem dobra nad złem. Banalność, banalność. A choć wspólnota tętni życiem, rubasznym dowcipem, czyjąś sprzeczką, siarczystym przekleństwem i hałasem pracujących urządzeń, znalazłem tam wielką ciszę. Ciszę niepozornego świata kilku ludzi, tak odległego od zrzędów zajmujących się wielkimi sprawami.

Tak, wiem, to świat zbyt drobny, by go porównać inaczej niż przez metaforę z obrazami zajmującymi pierwsze strony gazet. Że zrzędy nie miałyby tu czego szukać, bo gdzie indziej zapadają decyzje dotyczące milionów polskich obywateli, bo nie ma tu wielkich pieniędzy, podnoszących adrenalinę namiętności politycznych, eleganckich zegarków, garniturów i pilnie strzeżonych sekretów.

Ale z perspektywy zwykłych zjadaczy chleba, zamęczanych i molestowanych przez opowieści tysiąca i jednej zrzędy, znacznie lepiej skupić się na niepozornym świecie wokół siebie. Bez pretensji do budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. Tym niech zajmie się znana dziennikarka. My, zwykli zjadacze chleba, znajdźmy po prostu trochę czasu na ciszę i rozejrzenie wokół siebie. A przed światem pozornym i jego zrzędzeniem zatrzaśnijmy drzwi. Choćby na czas sezonu ogórkowego. Niech się zmieni w miesiąc miodowy między nami a otaczającą nas rzeczywistością.